Wyścig ze śmiercią cz 1

Wyścig ze śmiercią.

Serial nie był ciekawy, wiedziałem to od pierwszego odcinka. Jednak oglądałem. Bo cóż innego można robić o w pół do dziesiątej wieczorem. Nie mieliśmy psa, z którym mógłbym wyjść na długi spacer. Naczynia suszyły się na suszarce. Dziecko nie płakało, bo miało już siedemnaście lat i wkrótce powinno wrócić ze spotkania z koleżanką. Podejrzewałem, że tą koleżanką jest dziewiętnastoletni Jackson, ale nawet gdyby tak było, Sara była moim sprzymierzeńcem, jedynym na którego mogłem liczyć w niekończącej się wojnie z Carry.  
  Gdyby jeszcze miała powody. Właśnie, gdyby je miała! Ostatnio zacząłem się zastanawiać, że powinienem, jako dobry mąż wspomagać moją drugą stronę. Skoro uparcie twierdziła, że kogoś mam, to jako dobry mąż powinienem w końcu spełnić jej życzenie. Bo w prawie cowieczornych sprzeczkach nigdy nie padło pytanie: czy się z nią spotykasz. To zawsze pozostawało faktem. Upartym graczem byłem ja, ponieważ nie chciałem powiedzieć przysłowiowego: tak.  
  Zwykle zaczynało się zaraz po kolacji, pytaniem. Jak długo to trwa. Jak długo jeszcze będzie trwać. Czy nie wiem jak to strasznie być oszukiwanym. Czy mam zamiar się wyprowadzić i być z nią. I czy w końcu, jeżeli nie żal mi jej, to chociaż powinienem żałować córki.
  Na samym początku, a to miało miejsce dwa lata temu, próbowałem zaprzeczać. Odwoływać się do rozsądku. Do faktów. Do mojej uczciwości. Bez rezultatów.
  Czasami, średnio raz na dwa miesiące, Carry żądała dowodów, że jest jeszcze kochana. Nie chodziło o kwiaty czy prezenty. Nie działały zaproszenia do kina, restauracji. Chodziło jej o ten najprostszy dowód.  
  I znowu na początku robiłem to chętnie. Podczas, a nawet zaraz po, było całkiem miło. Prawie jak przez poprzednie siedemnaście lat, bo poznaliśmy się rok przed ślubem. Po spełnieniu życzenia, lub raczej dowodu, przez dzień lub dwa wyglądało, że sprawa została rozwiązana. Niestety najdalej na trzeci dzień, pytania powracały.  
  Ostatni dowód miłości miał miejsce trzy miesiące temu i Carry wytrzymała tylko do czasu jak wróciła z pod prysznica.  
  Fakt, w czasie kiedy ja udowadniałem, robiła wszystko by mi udowodnić, że jest lepsza we wszystkim od mojej domniemanej kochanki. Prawdę mówiąc sporo wyprzedziła swoje zdolności i starania, jakie posiadała na początku naszej znajomości. A muszę przyznać, że była gorącą kobietą już wtedy.  
  Leżałem zadowolony i patrzyłem w sufit, planując umyć całe spocone ciało. Musieliśmy zachowywać się cicho, żeby nasza nie w pełni, siedemnastoletnia córka, niczego nie słyszała. Carry zasłaniała usta podczas szczytu i chyba żaden nadmierny hałas nie wyszedł poza obręb sypialni.
- Czy teraz o niej myślisz? - rzekła zaraz kiedy przekroczyła wejście do sypialni.  
  Dobrze, że zamknęła drzwi. Jej świdrujący wzrok nie dawał żadnych wątpliwości, że nie ma na myśli Sary. Prawdę mówiąc byłby to dziwne gdybym myślał o swojej córce, zaraz po współżyciu z żoną. Jednak, próbując najprostszej metody by nie zrujnowała miłego czasu, odrzekłem.
- Kogo masz na myśli?
   Carry wyglądała dobrze jak na swoje trzydzieści osiem lat. W ogóle wyglądała dobrze, nawet bardzo. I byłbym idiotą gdybym miał kogoś.  
  Stanęła w pół kroku i podparła swoje piąstki na biodrach, wzięła głęboki wdech, pewnie chciał mi wygarnąć. Zmieniła jednak zdanie i zamiast potoku oskarżeń, wypuściła powietrze. Ponieważ nie założyła szlafroku, tylko wyszła owinięta w ręcznik, skutki okazały się przewidywalne.  
  Próbowała łapać opadający materiał, ale bez skutku. Musiała by być super aktorką aby to zaaranżować, bo całość wypadła bardzo realnie. Pogoń za spadającym miękkim, bawełnianym ręcznikiem zakończył się porażką. Chciałem wykorzystać sytuację i sprowadzić rozmowę na inny tor. A miałem w tym kierunku sprzyjające warunki.
- Pięknie wyglądasz, kochanie.
  Zgarnęła w końcu ręcznik i ponownie się nim zakryła.
- Nie próbuj się wymigać od odpowiedzi. Wolałabym już, gdybyś teraz myślał o Sarze niż o niej.
  A jednak to powiedziała! No nie! Zachowałem jeszcze trochę spokoju i odrzekłem naturalnie.
- Myślałem o tobie. Że było miło i że jesteś wciąż bardzo atrakcyjna.
  Zamiast dostrzec radość i satysfakcję, dostrzegłem gromy na jej licu.
- Nawet zaraz po stosunku mi kłamiesz! Nie masz sumienia!
  Powiedziała to na tyle głośno, że jeżeli córka nie spała mocno, z pewnością coś usłyszała.
- Carry, powinnaś iść do specjalisty - nie wytrzymałem.
- Ach tak! Ja powinnam? Dlaczego nie odejdziesz i nie wyprowadzisz się do niej, co? Czy tak nie byłoby lepiej?
  Podjąłem ostatnią próbę, chociaż czułem, że marnuję czas.
- Nikogo nie mam. Z nikim się nie spotykam. Po pierwsze, kiedy miałoby to mieć miejsce? Po pracy prawie zaraz wracam do domu.
  Była czujna.
- Prawie. Czyli wówczas to ma miejsce.
  I wtedy na chwilę straciłem panowanie. Uniosłem się na łokciach, spojrzałem jej w oczy i powiedziałem.  
- Tak, mamy szybki numerek. Zaraz w drzwiach. Nawet jej nie rozbieram. Szybko, mocno i po sprawie. Pięć razy w tygodniu. Zadowolona?
  Co dziwne nie zaczęła płakać ani krzyczeć.
- Chcę znać imię i nazwisko i adres - powiedział to spokojne, ale widziałem, że jest blada ze złości jak ściana.
- Też bym chciał wiedzieć. Wiesz co, powinienem chyba sobie kogoś znaleźć. Wówczas byś miała rację i może bardziej spokojne sumienie. Nie oczekuj więcej dowodów, że cię kocham. Nie mam zamiaru słuchać podobnych bzdur zaraz po intymnym kontakcie. Wiem, że nie przestaniesz. Więc chociaż nie będę tego słuchał zaraz po dobrym czasie, który właśnie totalnie zrujnowałaś.
  Gdyby zaczęła chociaż płakać, ale nie. Twardo stała przy swoim.
- Jako żona żądam imienia i adresu! - znowu niebezpiecznie podniosła głos.
- Obudzisz Sarę, wariatko!
  Nie musiałem długo czekać na ripostę.
- Wariatko! Mam pewność. Kobieca intuicja mnie nie myli. Mów imię!
  No cóż, poległem. Przestałem się bronić.
- Elle. Elle Larson. 466 Warren st. Numeru telefonu ci nie podam. Porozmawiaj z Elle, może ci to wystarczy.
  Wstałem i poszedłem się umyć. Dobrze, że miałem więcej rozsądku niż Carry i zarzuciłem zielony szlafrok. Nie zdołałem zrobić trzech kroków, kiedy zobaczyłem Sarę. Również w szlafroku o fioletowym kolorze. Nawet nie musiała go zakładać, bo dostrzegłem pod spodem spodnie od jej ulubionej piżamki w misie polarne.
- Daddy co się stało? Dlaczego mama krzyczała?
- Jest pierwsza w nocy, kochanie. Powinnaś spać.
- Spałam, ale nie wszyscy w tym domu honorują ciszę nocną. Nie żebym nadsłuchiwała, ale to było naprawdę głośno. A potem jeszcze bardziej. Nie słyszałam ciebie, mówię to dla porządku rzeczy.
- Wybacz. Coś jest z mamą nie tak.
- Co jej jest? - zapytała z lekkim strachem w oczach.
- Naprawdę nie chcę o tym mówić.  
- Próbowałam ją pytać i mi powiedziała. Zdradzasz ją?
  No nie! To, że ubzdurała sobie coś to jedno, ale wciągać w to swoją córkę? Tego było za wiele.
- Jeżeli chcesz, pogadamy o tym jutro. Nie w domu. O szóstej w Lagunie.
  Spojrzała ostro.
- Powiedz tylko czy to prawda?
  Zamiast powiedzieć tylko  jedno słowo, zapytałem.
- A co ty myślisz?
- Nie chciałabym...
- Powiedz co myślisz.
- Jest atrakcyjna, zadbana...
- Sara!
- Myślę, że nie robisz tego.
- Oczywiście, że nie.
- W takim razie nie musimy się spotykać.
- Jak chcesz.
  Popatrzyła inaczej. Tak ciepło.
- To moja mama. Kocham ją. Nie uwierzyłam od razu. Próbowałam tłumaczyć... Dobrze, spotkamy się. Chyba powinniśmy porozmawiać.  
- Śpij już. Bo jutro w szkole będziesz niewyspana.  
- Ty też - pocałowała mnie w policzek i wróciła do pokoju.  
  Dotarłem do łazienki. Nie widziałem dobrze swojego odbicia, bo lustro częściowo pokrywała para. Wszedłem do kabiny. Odkręciłem wodę i zacząłem się zastanawiać w czym zawiniłem.
  
Następnego dnia spotkałem córkę. Nawet się nie spóźniła minuty. Stanowczo nie wrodziła się w mamę, bo czekałem czasem na Carry i pół godziny.
- Hej daddy.
- Hej słonko. Co chcesz do picia?  
- Cappuccino.
- Średnią?
- Tak.  
- Strucel jabłkowy?
- Tak, skąd wiesz?
- Jesteś moją córką. Tu nie ma dobrego czarnego lasu, więc pozostaje coś przypominającego jabłecznik.
  Siedzieliśmy chwilkę bez słów. Potem przyniosłem kawy, bo sam zamówiłem również to samo.
- Mówiła ci o tym? Ile razy? - zapytałem.
- Próbowała więcej niż raz, ale jej nie pozwoliłam. Wówczas stwierdziła, że jest samotna w swojej walce, bo powinnam chociaż ja ją wspomagać.
- I co powiedziałaś na to?
- Że to wasza sprawa. Że uważam, że jesteś w porządku i nie rozumiem, skąd ma podejrzenia.
- Ja też nie rozumiem. Może nie powinienem, ale wczoraj nie wytrzymałem i podałem adres, imię i nazwisko.
  Sara spojrzała dziwnie.
- Kogo?
- Nie mam pojęcia. Podałem cokolwiek. Wymyśliłem Elle z pod jakiegoś adresu
- A jak tam pojedzie?
- Może tego nie zrobi. Mama mnie nie pyta, ona twierdzi, że kogoś mam. To jest ciężkie do zniesienia.
- Przykro mi tatku. To chyba nie jest.... typowe.
- Chciałaś powiedzieć, normalne. Sądzę, że jest chorobliwie zazdrosna. Najgorsze jest to, że nie ma żadnych powodów.  
- Tak, to mnie trochę przerasta. Ja nie mam takich problemów z Jacksonem.
- Czy to poważne? - zapytałem.
  Uśmiechnęła się.
- Wychowaliście mnie dobrze. Mam dopiero siedemnaście, nie chcę się angażować w coś poważnego.  
- Dobrze słyszeć. Proponowałem by udała się do specjalisty. Spowodowało to odwrotny skutek.
- Jest mi naprawdę przykro, daddy. Jesteś dobrym człowiekiem, nie rozumiem dlaczego mama taka jest?
- Ja też nie rozumiem.  
  Poczułem, że wzięła mnie za rękę.
- Jak znowu zacznie, postaram się pomóc.
- Nie wiem czy powinnaś, córko. Może sam pójdę do jakiegoś psychologa, albo poszukam porad na googlach.
  Uśmiechnęła się znowu.
- Tak, teraz na internecie jest wszystko. Pewnie, możesz popatrzeć. Ale wizyta u specjalisty powinna coś pomóc. Długo tak już jest?
- Prawie dwa lata. Bez przesady, codziennie.
- O kurwa! - powiedziała i położyła szybko dłoń na ustach.
Spojrzała na mnie przepraszająco.
- Przepraszam, wyrwało mi się.
- Rozumiem.
  Patrzyła. Długo. Poczułem się dziwnie.
- Czemu tak patrzysz?
- Jesteś w porządku. Mamy dobrą relacje, zawsze mieliśmy. Z mamą było różnie. Czasem sądziłam, że komplikuje. Z tobą było zawsze inaczej. Wszystko wyglądało prosto. Od czasu jak pamiętam. Tak jak teraz. Gdybym przy niej zaklęła, miałabym piętnastominutowy wykład. Ja nie przeklinam. Moi znajomi mówią to słowo raz na dwie minuty, oczywiście nie wszyscy. A ty powiedziałeś po prostu ,,rozumiem”.

100%3
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i dramaty, użył 2042 słów i 10954 znaków, zaktualizował 4 sty o 3:05.

1 komentarz

 
  • Duygu

    Bardzo ładnie napisane, ciekawie się zaczyna i nie mogę doczekać się kolejnych części. Zapowiada się świetna historia

  • AlexAthame

    @Duygu Dziekuje ślicznie.Poprawiłem.