Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

To, co umiem najlepiej. 9

Cammi stoi za krzesłem, na którym siedzę. Czuje jej dłonie na moim karku. Delikatnie go masuje. Jej palce dotykają szyję, a niektóre błądzą po włosach.
– Nie przeszkadzam? – pyta.
– Nie, wcale mi to nie przeszkadza – mówię.
Prawdę mówiąc, nieco mnie to dekoncentrowało, ale próbowałem dać sobie z tym radę. Po dwóch godzinach obserwacji kamer zarejestrowałem tylko dwie osoby, które nie były klientami Centrum muzycznego. Postawiłem tezę, że Ojciec jest najstarszy, ponieważ agent w wieku sześćdziesięciu lat nie byłby już zbyt przydatny. Zawęziłem poszukiwania do mężczyzny w tym wieku. Dodałem do programu pewne szczegóły, które zapamiętałem z dzieciństwa. Program odczytywania twarzy przyjął wytyczne. Nie chciałem ślęczeć cały dzień przy monitorze. Człowiek jest istotą omylną, natomiast maszyna musi mieć wadę, by popełniła pomyłkę. Miałem już plan, a potrzebowałem tylko jednej odpowiedzi. Czy Ojciec opuszcza budynek? Właśnie już postanowiłem zostawić dalszą obserwację i weryfikacje twarzy programowi, kiedy przyszedł mi pomysł, by dodać poszukiwanie Clary. Tym razem podałem rysopis pamięciowy, a gdy komputer stworzył portret, naniosłem poprawki. Trwało to kilkanaście minut i w końcu byłem zadowolony z końcowego dzieła i ostateczny portret przypominał prawie dokładnie wygląd prawdziwej Clary.  
Wstałem od stołu.
– I co teraz, Noah? – zapytała Camilla, ale sądziłem, że chyba wie, w końcu obdarowano ją nadzwyczajną inteligencją.
– Komputer zawiadomi nas kiedy pojawi się postać o twarzy zbliżonej do opisu.
– Dołączyłeś chyba portret Clary, tak?
– Tak. Chciałbym wiedzieć, czy jest tam, a jeżeli tak, to czy wychodzi.
– Spotkała cię więc to oczywiste, że opuszcza miejsce.
– Myślałem o tym wszystkim. Tak jak już wspomniałem, mam do niej zaufanie, co nie znaczy, że jej cała akcja nie podlega jakiemuś scenariuszowi.
– Co masz na myśli? Powiedziałeś przed chwilą, że jej ufasz?
– Tak, ale przypuszczam, że cały plan spotkania w galerii we Florencji mógł być zaplanowany przez Ojca.
– Nie rozumiem? Nie mogli po prostu, zdjąć cię tam?
– Uważałem. Może lepiej miałem przeczucie, że tego nie zrobią. Gdybym odkrył, że ktoś ją śledzi lub pilnuje, wówczas bym miał pewność, że to zasadzka. Chcą mnie zwabić do ich miejsca.
– By twoja klęska była głębsza?
Camilla naprawdę mnie zadziwiała.
– Dokładnie. Uświadomiłem sobie to już na Hawajach. Oni chcą, bym sądził, że jestem krok do przodu, a w rzeczywistości to oni, a właściwie Ojciec wszystko kontroluje.
– W takim razie nie masz szans wygrać! – jej śliczne brwi zbiegły się na środku czoła, zmarszczonego teraz negatywnymi myślami.
– Pytanie jest tylko, czy dojdą do tego, że ja wiem, że oni wiedzą.
Na policzkach mojej kochanki pojawiły się łzy.
– Zabiją cię – szepnęła.
– Wówczas prawie na pewno dadzą ci spokój – powiedziałem sucho.
Reakcja u brunetki powstała prawie natychmiast.
– Tak po prostu! Pójdziesz i zginiesz? Tylko po to bym miała większe szanse, że mnie nie zabiją? Myślisz, że nie rozumiem? Dla mnie ważne jest twoje życie, może ważniejsze niż moje. Tak, z pewnością jest ważniejsze! Nie będziesz stosował siły wobec mnie, ale jeżeli tego nie zrobisz, nie pozwolę ci iść. Ty chyba wcale nie bierzesz pod uwagę, co ja czuję – ostatnie jej stwierdzenia naprawdę zabolało.
Wstałem i wziąłem ją za ramiona. Próbowałem pocałować. Nie pozwoliła mi na to. Pierwszy raz chyba.
– Aha, teraz chcesz mnie zbyć czułością, tak? To prawda, uwielbiam się z tobą kochać, ale nie próbuj mnie tym kupić. Nie pozwolę ci iść! Wolę się ukrywać i uciekać i być przy tobie.
Biedna Camilla. Ciekawe czy mnie znienawidzi za to co zaplanowałem. Tak, wziąłem pod uwagę taką jej reakcję. Od kilkudziesięciu minut, dokładnie od chwili kiedy wstałem poprzednio by iść do łazienki, miałem przy sobie, w kieszeni spodni, miniaturową strzykawkę ze środkiem usypiającym. Delikatnie usunąłem plastikową osłonę i szybkim, zdecydowanym ruchem wbiłem igłę w udo brunetki.
– Och! – jęknęła i osunęła się na podłogę.
– Wybacz – szepnąłem, przytrzymując jej ciało, by sobie nie zrobiła krzywdy.
Ostrożnie położyłem ją na łóżku. Spojrzałem szybko na jej śliczne lico, napisałem krótki liścik i wyszedłem z pokoju. Dziewczyna miała się obudzić po dwóch godzinach. Szybko ruszyłem na dół. Moja skrytka na broń znajdowała się po drodze do aktualnej siedziby mojej rodziny. Co zrobi Camilla kiedy się obudzi? Napisałem jej informacje. Dałem namiar na moje pieniądze w londyńskim banku. Miałem tam skrytkę z ćwierć milionem funtów. Dodatkowo zostawiłem jej kilka kart bankowych z kontami w wielu miejscach świata. Tak, wiedziałem, że będzie płakać, będzie bezradna i zraniona. Jednak w obecnej sytuacji uznałem to za najlepsze rozwiązanie. Jeżeli jakimś cudem przeżyję, w co wątpiłem, odnajdę ją. Choćby po zmianach na kontach. W to nie wątpiłem, że ją odszukam, jeżeli będę żył. Nie chciałem, by umarła. Od początku należało to do moich priorytetów. Wiedziałem, że tym posunięciem złamię jej serce, jednak uznałem, że lepiej dla niej będzie żyć ze złamanym sercem niż umrzeć ze świadomością, że jestem obok. Prawie natychmiast stałem się na powrót zimnym, bezwzględnym zabójcą, jednak w samym środku serca pozostała miłość do mojej pierwszej dziewczyny, cudownej, idealnej, wyśnionej. Wiedziałem z pewnością, że mnie kocha, jednak nie mogłem postąpić inaczej.
Za godzinę i piętnaście minut uzbrojony w dwa automatyczne pistolety, kilka granatów i oczywiście mój ulubiony nóż, wszedłem do gmachu Centrum muzycznego. Zaraz po wejściu zorientowałem się, które drzwi prowadzą na wyższe piętra. Oczywiście poruszałem się teraz bez maski. Po wyjściu z hotelu, udałem się po broń, a kiedy zostawiłem tamto miejsce, zdjąłem maskę z twarzy. Nawet jeżeli mnie gdzieś po drodze rozpoznali, to już będzie bez znaczenia. Nie wahałem się już ani przez sekundę. Zdecydowany wszedłem po schodach na drugie piętro.  
Nikt nie stał przed drzwiami. Albo byli całkowicie pewni, że nic im nie grozi albo to też było częścią ich planu. Pomyślałem krótko o Camilli. Tylko o tym, czy ma jakiekolwiek szanse mnie odnaleźć. Dlaczego o tym pomyślałem? Nie miała najmniejszych szans, z drugiej zaś strony, miłość jest nieobliczalna.
– Co pan tu robi? Centrum muzyczne jest niżej – powiedział młody, może tylko kilka lat starszy od Camilli mężczyzna.
– Wiem, przyszedłem do Ojca.
Czy tak go nazywali, nie wiedziałem? Chłopak zareagował zbyt późno. Nie próbował mnie zatrzymać rękami, tylko od razu sięgnął po broń, którą miała za paskiem z tyłu. Gdyby tego nie zrobił, pewnie by przeżył. Lubiłem używać noża. W takich sytuacjach był niezastąpiony. Na długim korytarzu nie było nikogo. Strzał spowodowały natychmiastową reakcję. Nie miałbym wielkich szans. Prawa ręka posłała ostrze prosto w jego serce, lewa uniemożliwiła mu strzał. Kiedy pistolet już nie stanowił zagrożenia dla mnie, bo trzymałem go w dłoni. Podtrzymałem jego umierające ciało, by osunęło się bez hałasu na posadzkę. Zmysły mówiły mi, że mam otworzyć trzecie drzwi. I tak zrobiłem. Dostrzegłem zaskoczone twarze. Siedmiu mężczyzn w wieku od dwudziestu do czterdziestu lat. Skoro miała być to pułapka, to słabo to zorganizowali. Dwóch położyłem trupem, zanim zorientowali się, że za chwilę umrą. Następna dwójka pożegnała ten plan za sekundę. Pozostała trójka reagowała wyjątkowo szybko. Musiałem się uchylić, by pozostać z nie rozwaloną głową. Zostawiłem siedem trupów. Wyjście na korytarz równało się śmierci, ale nie było innego wyboru. Odczekałem dwie sekundy, odbezpieczyłem granat i otworzyłem drzwi. Posypały się strzały. Granat znalazł  się po lewej stronie. Wybuch targnął powietrzem. Ci, co znaleźli się przy drzwiach, nie mieli szans przeżycia. Akcja musiała być szybka. Strzały i wybuch granatu musiały być słyszalny na dole, co gwarantowało policję za kilka minut. Wypadłem na zadymiony korytarz. Dostrzegłem cztery trupy i dwóch rannych. Teraz szedłem w głąb korytarza i strzelałem do poruszających się celów. Wszedłem piątymi drzwiami i znalazłem się w wielkiej sali. W tym pomieszczeniu zobaczyłem tylko parę drzwi, na przeciwnej scianie. Jedne się otworzyły i przywitały mnie strzały. Czyli tam znajdowała się większa ilość ludzi z mojej rodziny lub lepiej ta droga prowadziła do Ojca. Po zabiciu pewnie ośmiu ludzi, do tej pory nie dostrzegłem kobiety, wszedłem do tego pokoju. Zostało tam tylko kilku moich braci i on. Tak, nie miałem wątpliwości, patrzyłem na Ojca. Pamiętałem te rysy.  
– Jesteś wreszcie synu – rzekł.
Czemu go nie zabiłem, nie wiem?
Zobaczyłem, że dał ruch rękami, by pozostali przestali strzelać. W tym układzie ja również przestałem.
– Syn marnotrawny wrócił do domu – usłyszałem głos szpakowatego szatyna około śześćdzisiątki.
– Nie trzeba było mnie zostawić w spokoju? – zapytałem.
– Camilla zmieniła twoje serce, a powinieneś wiedzieć, że nie negocjujemy. – odrzekł.
– Zagwarantujesz jej spokój, poddam się w twoje ręce.
Ojciec tylko się uśmiechnął.
– Mój plan przewiduje coś innego. – powoli wyciągnął pistolet.
Czy gdyby pozostał bezbronny, strzeliłbym? Nie wiem, tak nie miałem wyboru.
Strzeliłem w serce. Powinienem był w głowę, przecież mógł mieć koszulkę kuloodporną. Nawet nie drgnął.  
Widocznie nie byłem aż tak dobry jak sądziłem. Przecież mogłem pomyśleć. Mieli przewagę liczebną. Nie kazał im strzelać. Tyle znaków i nic nie pojąłem?? Pocisk trafił dokładnie w lewą komorę serca. Tak, trafiłby, gdyby tam znajdował się cel. Obraz ojca zadrgał i dopiero wówczas zrozumiałem, jak łatwo mnie rozegrali. Poczułem delikatne ukłucie. Odpłynąłem... Gdybym znał troszkę nauki Camilli, wiedziałbym, że karma wraca.

Ocknąłem się przykuty do solidnego krzesła. Naprzeciw siedział Ojciec, tym razem realny.
– Taki zdolny uczeń, a zrobił tyle pomyłek. Czy nie uczyłem was, że uczucia osłabiają?
Spojrzałem w koło. Stało czterech moich braci. Dwóch miało mniej lat niż ja, dwóch zdecydowanie więcej. Czemu trzymali wymierzoną broń, skoro siedziałem skrepowany parą kajdanków?  
– Dlaczego jeszcze żyję? – zapytałem.
– Bo nie możesz przeoczyć kilku miłych scen.
Poczułem zimno przechodzące całe ciało. To nie wróżyło tortur, znaczyło coś znacznie gorszego. Camilla. Mój Boże!
                                                                                                           
                                                    Camilla.

Otworzyłam oczy. Chwilka minęła kiedy doszłam do pełnej świadomości. Zostawił mnie! Poszedł, żeby zginąć! Nie liczył się z moim zdaniem! Czy nie wyraziłam się jasno? Znaczy dla mnie wszystko, dlaczego więc to zrobił? Oczywiście, że wiedziałam. Mam żyć. Egoistyczny samiec. Mam żyć ze świadomością, że poszedł, by zginąć. Teraz miałam pewność, że Ojciec od początku był krok do przodu. Nie miałam doświadczenia jak Noah, ale coś mi szeptało, że na Hawajach poszło zbyt łatwo. Potem Clara. Wszystko mówiło, że jest częścią planu, ale tu jakaś część mojego serca miała obawy, co tej myśli. Tym razem mój miły miał racje. Nie zdradziła go, co nie znaczyło, że nie miała go doprowadzić do jaskini lwa. Pewnie sądzi, że będę rozpaczać, może płakać. Aha, forsa. Więcej forsy. A jaka jest cena mojej miłości? Jego? Nie miałam wątpliwości, że mnie kocha. Zaskoczę cię skarbie. Wiem, gdzie jesteś. Chciałbyś bym była teraz wszędzie, ale nie tam. Wierzysz, że nie pójdę ci ratować tyłka? Pomyłka. Mogłeś mnie skuć, a nie tylko uśpić. Twój błąd. Nie mam broni, nie umiem strzelać. To nic. Gdybym nawet umiała, oni umieją to lepiej. Miałam swój plan.
Kiedy odszedł? Pamiętałam czas. Minęła godzina i kilka minut. Jaki miał plan? Musiał pojechać po broń, to mu trochę zajęło. Oby żył. Tak, Clara nie zgodziłaby się, by umarł. Żadna matka by się nie zgodziła, no może tylko moja.  
Po pięciu minutach jechałam już taksówką. Kierowca coś mówi. Nie słucham go.  
Centrum muzyczne, rzucam okiem. Gdzie może być ich kwatera? To pewnie te drzwi. Moją przepustką jest moja twarz.  
Widzę krew na ścianie i podłodze, wzdrygam się.
– Szukam Ojca – mówię.
Facet ma trochę więcej lat niż ja. Dostaję strzałką w szyję. Odpływam w ciemność. 

Budzę się w pokoju. Dlaczego mam pewność, że zostałam przewieziona w całkiem inne miejsce? Już wiem, tu jest znacznie gorsza energia. Naprzeciw siedzi dziewczyna, właściwie kobieta. Patrzy na mnie. Mam skrępowane nadgarstki.
– Tak – słyszę.
– Co tak? – pytam.
– Tego się Ojciec spodziewał. Nikt nie wierzył. A wiesz, kto będzie najbardziej zaskoczony? John.
– Ma na imię Noah.
– No tak, oczywiście. Ocalały z Arki. Czemu nie Dawid, co?
Przypatruję się dziewczynie.
– Będziecie go męczyć, czy będziecie męczyć najpierw mnie?
Milczy.
– Nienawiść to też uczucie, nie sądzisz? – nie tracę nadziei, że się w końcu odezwie.
– Zamknij się – abym dobrze wiedziała, kto jest kim, dostaję w twarz.
Dobrze, że uderzyła otwartą dłonią, chociaż i tak widzę gwiazdy.
– Masz szczęście, że mam skrepowane ręce – syczę.
Widzę grymas na jej twarzy. Powinna zakpić, z pewnością wie, że o walce nie mam pojęcia.
– Właściwie to się nie dziwię – ma dziwną minę.
Nie potrafię rozgryźć co myśli. Czemu to powiedziała? Ma fatalną aurę. Zimna zabójczyni. Widzę jasną plamkę. Rośnie.
– Clara jest jego prawdziwą matką, tylko nie zaprzeczaj – mówię.
Podchodzi i unosi rękę do ciosu, ale nie obrywam.
– Zamknij się, bo ci wytnę język – syczy.
Widzę, że jasna plamka jej aury zaczyna pulsować kolorami tęczy.
– Jesteś jego siostrą.
Teraz dostaję pięścią. Chyba wie, jak bić, żeby bolało. Jestem jednak przytomna. Patrzy z piorunami w oczach. Jej aura pulsuje złotem.
– Kochałam go, a nie wiedziałam, że jest moim bratem. Rozumiem teraz, dlaczego go zmieniłaś. Jesteś wyjątkowa – jej głos jej łagodny.
– Kochałaś?
Patrzy na mnie inaczej, prawie jak Noah.  
– Kocham. Prawdziwa miłość jest na zawsze.
Uświadamiam sobie, jak Ojciec bardzo przegrał. 
– Pomóż mu, proszę – mówię prawie szeptem.
Podchodzi do mnie i delikatnie dotyka mokrym ręcznikiem moje zakrwawione miejsce na twarzy.
– Gdybyś powiedziała, uratuj mnie, jeszcze bym miała wątpliwości, ale tak? – całuje mnie delikatnie w usta.
Nie wiem, co myśleć. To nie jest pocałunek lesbijki, zresztą powiedział prawdę, kochała go i nie wiedział, że jest jego siostrą. Prawdziwą z krwi i kości.
– Ojciec jest potworem, nic nie mogę zrobić – czuję ukucie.
Odpływam w ciemność.
                                                  Noah.

– Zabiłeś tylu moich ludzi. Moją rodzinę – jego twarz przyjmuje zimy wyraz – ale wiesz, czym najbardziej nagrabiłeś.
– Nie masz serca, więc nie rozumiesz, Ojcze.
Widzę jego gorzki uśmiech.
– Miałeś mnie zastąpić, byłeś najlepszy, ale zdradziłeś mnie i całą rodzinę dla tej dziwki.
Napinam muskuły.
– Nazwij ją jeszcze raz w ten sposób, to wbiję ci szczękę do mózgu. – mówię spokojnie, bez emocji.
Ojciec nie reaguje, poza delikatnym ruchem oczu i głowy.
– Jesteś żałosny, John. Zabiłbyś własnego ojca?
Ta informacja uderza mnie niczym taran. Czy to być może? A Clara? To moja matka? Och, tak! A sądziłem, że rodzice Camilli byli źli. Głupi!
– Lepiej nie mieć ojca wcale niż takiego jak ty. Zamierzasz mnie męczyć, bo podeptałem twoje wielkie ego?
Robi minę, najbrzydszą, jaką sobie mogę wyobrazić. Mój najczarniejszy scenariusz ma się sprawdzić?
– To byłoby zbyt miłe. Ty będziesz patrzył, jak męczę ją, bo tak naprawdę to jej wina. Gdybym wiedział, jak na ciebie wpłynie, zabiłbym ją gołymi rekami i za darmo!
– Kłamiesz – mój głos się załamuje.
Zniósłbym wiele, ale to? Jak? Jak ją odnaleźli? Nie doceniłem go. Wie, co myślę.
– Nie doceniłeś Camilli. Nie wiedziałem, gdzie jesteś. Ona sama tu przyszła. Nie powiem, nie spodziewałem się tego po niej. Dlatego dołożę wszelkich starań, by długo cierpiała.
Słyszę coś. Kieruję wzrok w stronę drzwi, gdzie usłyszałem stąpanie.  Otwierają się. Camilla z kamienną twarzą wychodzi z pokoju. Za nią idzie kobieta, z pewnością trzyma moją ukochaną na muszce.  
Brunetka siada na wskazane krzesło.
– Zaczynaj Jennifer – ojciec zwraca się do kobiety w moim wieku, może młodszej o dwa lata.
Napinam całe ciało, ale jest to nadaremne. W drugiej dłoni Jennifer dostrzegam nóż.  
– To rodzinne spotkanie, możecie iść chłopcy – ojciec zwraca się do reszty.
W pokoju zostajemy tylko we czworo. Ojciec, ja, Jennifer i Camilla.
Czemu to mówię?
– Skoro tak, to czemu brakuje tu matki? – pytam.
– Domyśliłeś się. Czyli nie jesteś skończonym durniem. Nie chcę, by na to patrzyła. Jak widzisz, nie jestem aż takim potworem, jak sądzisz.
– Dlaczego mnie zostawiłaś mamo! – krzyczę z prawdziwej rozpaczy.
Jennifer wodzi ostrzem po odkrytych udach Camilli. Dali jej jakąś sukienkę. Nie wiem, kogo więcej nienawidzę. Ojca, Jennifer czy Clary.  

Słychać strzały i wybuch. Twarz ojca wyraża nieopisane zdziwienie.
– Idź Jenny, zobacz co to. Nie mogła przecież tego zrobić! 
Do pokoju wchodzi Clara.
– Oczywiście, że jesteś potworem, Malcolm. – Clara trzyma w dłoni pistolet.
Zgodnie z moim doświadczeniem kilka sekund wcześniej z niego strzelała. Czyli jednak potrafi strzelać. Kolejny mój błąd.
Clara strzela, Malcolm robi unik i strzela w jej kierunku. Widzę czerwoną plamę na jej piersi. Mój niedoszły oprawca, zbliża się z twarzą Bazyliszka do swojej żony. Pewnie chce strzelić jej między oczy.
– Ty głupia kurwo – cedzi.
Pada strzał. Ale nie Clara obrywa kulę. Malcolm dostaje w brzuch. Strzelała Jennifer. Tak niecelnie? O co tu chodzi? Strzela po raz drugi, ale tym razem zupełnie chybia. Ojciec mierzy dokładnie i po chwili widzę dokładnie czerwoną plamę na torsie Camilli. Doskonały strzał w samo serce. Czemu nie zabił Jennifer? Już nic nie rozumiem. 
– I ty Brutusie przeciwko mnie? – Malcolm patrzy prosto w oczy Jennifer.
Ta strzela jak oszalała. Ojciec odchodzi. Jedna kula wchodzi blisko wątroby, druga blisko serca. Jeszcze żyje, chociaż teraz już nie ma szans. Trzecia kula wpada w jego lewe oko i rozbija mózg na mazie. Nie robi to na mnie wrażenia. Zabił moją miłość, a ja żyję! Tylko po co! Nigdy jeszcze w życiu nie czułem się tak nieszczęśliwy. Łzy ciekną mi po policzkach. Nie ma nikogo kto je osuszy.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 3309 słów i 19096 znaków, zaktualizował 14 cze o 3:38.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto