Tajemnica Pająka Dwudziesty rozdział ostatni

Tajemnica Pająka Dwudziesty rozdział ostatni- Jak to zniknęli? Ala, co ty pieprzysz? – Michał przez chwilę wyglądał, jakby miał zemdleć.
- No nie ma ich! Nigdzie. Wszystkich. Obdzwoniłam … Niania, z którą ich zostawiłam, nie odbiera telefonu, agencja twierdzi, że w ogóle im się nie odmeldowała! Rozumiesz? Jacek! – jęknęła, opadając na krzesło tak gwałtownie, że obydwoje pomyśleli, że straciła przytomność.
- Ala… Cholera… Dobra, po kolei – mruknął, wyciągając z szuflady papiery. – Mów, jaka agencja, jak nazywa się ta opiekunka, numer telefonu do niej, jak były dzisiaj ubrane dzieci? – też był nadzwyczaj blady i dłonie nieco mu się trzęsły, choć starał się zachować spokój.
- Zwariowałeś?! – syknęła, wstając znowu. – Nie ma na to czasu!
- Alu, nie działajmy pochopnie. Poza tym muszę podać chłopakom opisy poszukiwanych…
- To działaj, a ja wrzucę alert w sieć – mruknął Michał, kierując się do drzwi.
- Stój, kretynie! A znasz dokładny opis ich ubrań? Czekaj i notuj!
- Kurwa, no! Chcę je jak najszybciej odnaleźć!
- Wiem, ale nie możesz działać pod wpływem emocji! Inaczej tylko nam zaszkodzisz…

Dwie godziny później.
- Wszystkie patrole mają już zdjęcia i opisy twoich dzieci, child alert też jest już włączony. Ktokolwiek stoi za ich zniknięciem, nie wywinie się nam. Opiekunka również jest poszukiwana, a agencja pod stałą obserwacją. Alu, obiecuję ci, że je znajdziemy – powiedział Jacek, wchodząc do ich pokoju. – Jedźcie więc do domu, odpocznijcie, nic tu po was tak naprawdę…
- Nigdzie się stąd nie ruszam! – warknęła.
- Owszem, i bez sprzeciwu! Sambor, zabieraj ją stąd, ale już! – huknął Pawełczyk, patrząc na swoją podwładną twardo. – Masz się zadekować w domu i tam czekać na informacje od nas, rozumiesz?
- Ale, chodź – powiedział Michał łagodnie, delikatnie łapiąc ją za rękę, ale wyrwała mu się.
- Mowy nie ma! Nigdzie nie idę! – zaprotestowała ostro, lecz Michał złapał ją w pół i przerzucił sobie na ramię. – Postaw mnie!
- Nie! – warknął. – Idziemy…
- Michał, zostaw mnie, proszę – wyszeptała, gdy kilka minut później wpakował ją do samochodu. – Chcę się przejść, przewietrzyć…
- Alu… Nie chciałbym, żebyś zrobiła coś głupiego… - popatrzył na nią błagalnie.
- Broń oddałam Jackowi, tak? Sądzisz, że co mogłabym zrobić?!
- Nie wiem, w tej chwili jesteś zdolna do wszystkiego – mruknął niechętnie. – Proszę cię tylko, żebyś była ostrożna, dobrze? Nie wiemy, komu zależało na porwaniu maluchów.  

- „Slinky”! – wrzasnęła pół godziny później, z impetem wpadając do jego klubu. Zaskoczona ochrona nawet nie zdążyła zadziałać. Robert spojrzał na nią ponad papierami i natychmiast zerwał się z miejsca, przeskakując ponad stołem.
- Co jest? – warknął, przytulając ją mocno.
- Moje dzieci – jęknęła, wpijając się palcami w przód jego koszulki. – Zniknęły, nie ma ich, rozumiesz?
- Przecież twój mąż siedzi… - mruknął zaskoczony, niemal ją niosąc na kanapę, na której jeszcze przed chwilą siedział.
- Wiem! Ale ktoś je porwał!
- I sądzisz, że?...
- Pomóż mi, błagam… - spojrzała mu w oczy z tak wielkim bólem, że natychmiast przytaknął.
- Rozpuszczę wici, ale niczego nie obiecuję – powiedział twardo, tuląc ją opiekuńczo i głaszcząc delikatnie po włosach.  
- A co, jeśli?... – szepnęła.
- Nawet nie wolno ci tak myśleć, rozumiesz? Odnajdą się, obiecuję ci to.
- Tak bardzo się o nie boję – jęknęła, a po jej policzkach spłynęły łzy. – Nie mogę ich stracić! Nie po tym wszystkim!
- Wiem, ale powinnaś się uspokoić. Twoja histeria teraz tu nikomu nie pomoże. Bo jak rozumiem twoi ich już szukają, tak?
- Yhm… - wymamrotała, wtulając się w niego w sposób, w jaki robiła to, gdy byli razem w liceum. Nieśmiało pocałował ją we włosy, czego nawet nie zauważyła.
- Jestem tu, Alu – wyszeptał, tuląc ją mocno. – Jestem i nigdy nie odejdę. Przepraszam, ze wtedy to zrobiłem…. Żałuję tego każdego dnia i wiem, że już nigdy cię nie odzyskam…

- Gdzie byłaś? – zapytał cicho Michał, przytulając ją mocno, gdy wróciła do pustego i tak cichego domu. Od razu wyczuł na jej włosach nie swoje perfumy i ścisnęło go w gardle.
- Szukać pomocy – wyszeptała.
- I jak zareagował?  
- Obiecał popytać… Jesteś zły?
Uśmiechnął się smutno.
- A powinienem być?... To tylko twój były facet… No i przestępca, przecież to normalne, że policja chodzi prosić o pomoc osoby z marginesu społecznego – powiedział cierpko, wciąż nie wypuszczając jej z  objęć. – Ale nie, nie jestem zły, kochanie. Ja tylko cholernie się boję.
- Ja też….
- W tej chwili nie chodzi mi o dzieci, skarbie… Tylko o nas. Boję się, że odejdziesz do „Slinkiego”.  
- Michał, co ty bredzisz? – chrypnęła. – Przecież cię kocham!
- Jego kiedyś też kochałaś, prawda?... Ale nie mówmy o tym, teraz trzeba znaleźć nasze dzieci i zapewnić im bezpieczeństwo.

Trzy dni później.
- Michał, gdzie ty mnie wleczesz? Chcę wrócić do domu – jęknęła, krańcowo wykończona ze zmęczenia, niewyspania i tego niewypowiedzianego strachu o swoje dzieci. Nie spała odkąd zniknęły, prawie nic nie jadła.
- Już niedaleko, wytrzymaj, kochanie – pocałował ją w dłoń delikatnie. W przeciwieństwie do niej, wyglądał dość dobrze i postronny obserwator mógłby orzec, że Sambor wręcz tryskał entuzjazmem. W odpowiedzi jęknęła tylko, patrząc tępo przez okno i nie reagując na to, ze gdzieś jadą. I raczej na pewno nie była to Warszawa… Była otępiała i gdy wreszcie się zatrzymali, nie miała nawet siły, by wysiąść, więc Michał po prostu wziął ją na ręce. Była leciutka. Spojrzała uważniej na budynek, do którego weszli i zmarszczyła lekko brwi. Byli w jakimś opuszczonym pałacyku.
- Chcesz mnie tu zabić, czy jak? – chrypnęła.
- Nie bądź śmieszna, kochanie – mruknął poważnie, sadzając ją na wysłużonej kanapie w jakimś pomieszczeniu z dawno wygasłym kominkiem i odłażącą ze ścian tapetą. – Poczekaj tu na mnie. Zaraz do ciebie wrócę…
- Po co? Przecież i tak mnie już nic dobrego nie czeka…
- Nie gadaj głupot! – syknął i wyszedł. Została sama. Teraz odkąd zabrakło dzieci, tak cholernie bała się samotności. Przytłaczała ją i dobijała jeszcze bardziej. Załkała cicho, modląc się o jak najszybszy koniec. Michał wrócił po kilkunastu minutach.
- Chodźmy, skarbie – powiedział ciepło, podając jej rękę i uśmiechając się lekko.
- Gdzie? – zapytała słabo. – Nie możesz wreszcie dać mi świętego spokoju?
- Nie! – odparł spokojnie, choć stanowczo, pomagając jej wstać. Zrobiła to niechętnie, idąc z nim niemrawo ciemnym korytarzem. Nie interesowało jej kompletnie, gdzie zmierzają. Miała dość życia.
Naraz jednak podniosła gwałtownie głowę, gdzieś z daleka słysząc dość radosny śmiech dzieci. Swoich dzieci. Bez błędu rozpoznała ich głosy. Serce w niej mocniej zabiło. Ścisnęła Michała za rękę, który podprowadził ją do ogromnego lustra weneckiego, za którym w jasnym, przestronnym pokoju bawiły się beztrosko jej maluchy. Bawiły się radośnie. Oparła się dłonią o szybę, drżąc na całym ciele. Nagle nogi się pod nią ugięły i gdyby nie Michał, który schwyciłby ją mocno wpół, najpewniej by upadła na brudną podłogę.
- Widzisz, kochanie? Są bezpieczne, nic im nie jest – wyszeptał, tuląc ją czule.
- Puść mnie - wyszeptała, prawie przyklejona nosem do szyby.
- Później z nimi porozmawiasz, kochanie. Teraz musimy iść.
- Zwariowałeś? – warknęła. Na widok dzieci zagrał w niej dawny duch bojowy. – Ja muszę do nich iść!
- Nie, skarbie. Godzina cię nie zbawi, a musisz się dowiedzieć czegoś bardzo ważnego.
- Michał, kurwa, puszczaj mnie! – szarpnęła się mocno, starając się wydostać z jego objęć.
- Nie! – huknął na nią tak, że niemal natychmiast się zamknęła i spojrzała na niego obrażona. – Posłuchaj mnie uważnie, Alu. Dzieci są bezpieczne, ale na miłość boską, nie zgrywaj tu wielkiej bohaterki, jasne? Gramy według ich zasad. Jesteśmy na ich terenie i jeśli się nie podporządkujemy, to wszyscy zginiemy, rozumiesz?! A teraz idziemy!
Popchnął ją milczącą ku najbliższym drzwiom. Zachwiała się mocno, opierając przec chwilę dłonią o futrynę, ale posłusznie weszła do środka. W pomieszczeniu znajdował się dłgi stół z kilkoma krzesłami, na blacie leżały jakieś papiery. Nie interesowało jej, co to jest. Jedno z krzeseł było już zajęte. Siedział przy niej Jacek, spokojnie popijając kawę z filiżanki. Ala zmrużyła oczy.
- Co jest? – warknęła.
- Siadaj. Wszystkiego się dowiesz – powiedział, uśmiechając się do niej lekko i wskazując jej miejsce. Usiadła posłusznie, nie spuszczając z niego czujnego wzroku. Michał zajął miejsce tuż obok niej, obejmując ją ramieniem. Naraz drzwi się otwarły i do środka wszedł jeszcze Robert, uśmiechając się do niej pocieszająco, Łosin jak zwykle mocno nabzdyczony, Ku jej wielkiemu zdumieniu Sebastian i jakiś nieznany jej starszy mężczyzna. Nie odezwała się, uparcie patrząc gdzieś ponad nimi wszystkimi.
- Zapewne ciekawi panią, co robi tutaj pani mąż – powiedział ten nieznany jej człowiek.
- To ścierwo nie jest już moim mężem – warknęła.
- Obawiam się, że wedle obowiązującego nas prawa, nadal nim jest… - zauważył Łosin sucho.
- A to naprawdę ciekawe, że mówi pan o prawie, bo mam wrażenie, że ono tutaj nie ma wstępu. Przynajmniej nie to, któremu służę – odparła lodowato, nadal nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. – Nie, jeśli on tu jest – lekceważąco wskazała Sebastiana.
- Powiedzmy, że udało nam się nagiąć pewne zasady – starszy pan uśmiechnął się do niej czarująco. – Oczywiście dzięki uprzejmości prokuratora Łosina…
- Ten pan wciąż nagina zasady według siebie i swoich potrzeb, więc to akurat nie jest dla mnie niczym zaskakującym…
- Ala… - szepnął Michał, podczas gdy Jacek podsunął jej plik papierów. – Jesteś na bardzo kruchym lodzie…
- Co to? – zapytała, lekceważąc Sambora.
- Papiery rozwodowe – wyjaśnił Jacek. – Z jednoznacznym orzeczeniem winy po stronie Sebastiana. Zawarta jest tam wysokość alimentów, które zostaną ci wypłacone jednorazowo, byś nie musiała się z nim więcej kontaktować. Dom i samochód zostały już spłacone, nie będzie żadnego podziału majątku, wszystko zostaje z tobą. Oczywiście dzieci również, Sebastian nie będzie mieć żadnych praw do nich, od chwili, gdy podpiszesz papiery.
- Gdzie jest haczyk? – zapytała, czytając uważnie dokumenty.
- Nie ma żadnego haczyka, droga pani…  
Spojrzała niepewnie na Michała, który uśmiechnął się delikatnie.
- No, nie bój się i podpisz.
- Alu, jeśli to zrobisz, wszystkie twoje problemy się skończą – mruknął Sebastian łagodnie.
- Nie odzywaj się do mnie! – syknęła wściekła, zamaszyście podpisując papiery i podsuwając je Łosinowi. Trzęsła się z nerwów i ze strachu o życie dzieci. Gdy to zrobiła, drzwi otwarły się ponownie i weszło dwóch postawnych mężczyzn, którzy chwycili Sebastiana pod ręce i wyprowadzili stamtąd stanowczo. Odetchnęła z ulgą, że nie musi już na niego patrzeć. Zbierało jej się na wymioty, odkąd się do niej odezwał i zapewne była nieco zielona na twarzy, bo Robert podsunął jej szklankę wody.
- Napij się, to ci dobrze zrobi – powiedział łagodnie.
- Jest zatruta? – spytała cicho.
- A dlaczego miałaby być, według pani? – zapytał starszy mężczyzna. – To zwykła woda mineralna, nic pani nie będzie.
- Chcę wreszcie odzyskać dzieci! – warknęła, wstając. – Oddajcie mi je!
- Ala… - szepnął Michał, chwytając ją za rękę i próbując s powrotem usadzić na miejscu, ale otrzymał od niej tylko siarczysty policzek. Nawet nie zareagował, rozumiał jej wściekłość.
- Zamknij się! Nie widziałam moich dzieci od trzech dni! Nie śpię, nie jem, martwię się! Chciałam umrzeć, rozumiesz?! A ty najwyraźniej doskonale o wszystkim wiedziałeś!
- Pani kochanek o niczym nie wiedział… Informację o miejscu przetrzymywania pani dzieci otrzymał dopiero dzisiaj – powiedział ten, którego ona nie znała. – Pani dzieci są całkiem bezpieczne, nic im nie grozi, może być pani tego pewna.  
- To po jakiego chuja żeście je porywali? To jakaś chora gra? O co chodzi?? Żądam wyjaśnień!
- Powinnaś usiąść… - mruknął Jacek.
- Nie mów mi, kurwa, co powinnam robić! – zezłościła się jeszcze bardziej.
- Uspokój się, jeśli chcesz, żeby przeżyły! – syknął, łapiąc ją za ramię.
- Sądzę, że powinniście porozmawiać na spokojnie na zewnątrz – mruknął Łosin.
- Dokładnie – warknął Michał, niemal wywlekając opierającą mu się Alicję za drzwi.
- Co ty robisz?!...
- Posłuchaj mnie teraz uważnie! – syknął, dociskając ją mocno do ściany, aż jęknęła. – Twoje… nasze dzieci żyją wciąż tylko dlatego, że poręczyłem za ciebie, rozumiesz? Powiedziałem im, że będziesz grzeczna i zgodzisz się na współpracę!
- A co, jeśli odmówię? – zapytała hardo.
- Tak bardzo chcesz wiedzieć? - mruknął. Kiwnęła głową, więc pociągnął ją dalej, ku kolejnemu pomieszczeniu z lustrem weneckim.  – Patrz, na co skazał się Sebastian za nieposłuszeństwo i granie według własnych zasad! – odwrócił ją twarzą do lustra. Jęknęła, gdy długi szpikulec do lodu został wbity w oko Sebastiana. – Chcesz skończyć tak samo jak on? Chcesz być taką roślinką? Z niego już nic nie zostało, rozumiesz? Nic! Zabieg lobotomii jest nieodwracalny. On nie wie, kim jest, nie wie, że istnieje. I ciebie to również może spotkać, jeśli odmówisz… Ewentualnie wezmą cię na tortury i skatują tak, że żaden chirurg plastyczny już nigdy ci nie pomoże! Wrzucą cię do jakiegoś rowu, chuj wie gdzie i zostawią na pewną śmierć! Dzieci też nie przeżyją! Jedynie mój syn, bo jest z mojej krwi!
Podniosła na niego wzrok i westchnęła.
- Pająk nigdy nie działał sam, prawda? – zapytała cierpko, gdy wreszcie to do niej dotarło.
- Nie i to nie chodzi o Sebastiana…
- Boże… Jaka ja byłam ślepa… Ty, Jacek, Robert, Łosin… Wszyscy należycie do Pająka, prawda?
- Takie życie – wzruszył ramionami, puszczając ją wreszcie. – Znaczy jeśli chodzi o mnie, nie wiedziałem o reszcie, dostawałem tylko rozkazy. Domyślałem się Jacka, ale reszta mnie zaskoczyła, tak samo jak twój mąż…
- Zerwał im się ze smyczy, tak? – domyśliła się.
- Dokładnie.
- Ale jak to jest możliwe, że nikt nigdy nie domyślił się, że on nie jest prawdziwym lekarzem? – zapytała jeszcze.
- Pająk ma swoje dojścia… Poza tym medycynę studiował…
- Tak… Ale przecież…
- To już cię nie dotyczy, Alu – przerwał jej. – Odchodzimy z policji.
- Zwariowałeś? Nie mam zamiaru!
- Ala, zrozum, do cholery, że to dla twojego dobra! Nie wrócisz już do pracy, dostaniesz pełną odprawę i zostaniesz ze mną.
- Nie zgodzę się na to…
- Cóż… Powinnaś więc pożegnać się z dziećmi – mruknął niechętnie. – Warunkiem ich bezpieczeństwa jest to, że mam na ciebie oko.  
- To nie jest warunek, tylko szantaż!
- Ala, kurwa! Zrozum wreszcie, że oboje stoimy na przegranej pozycji! Kocham cię, ale jeśli mi zagrozisz, zabiorę syna i to będzie koniec! Chcesz tego? Naprawdę?! Tak jesteś dumna, że nie potrafisz przełknąć goryczy porażki i pragniesz śmierci swojej i dzieci?!
Odwróciła głowę, by nie widział jej łez. Faktycznie, przegrała. Wiedziała, że już nic więcej nie da się zrobić.
- Mamy jeszcze minutę. Jeśli nie podejmiesz decyzji teraz, maluchy zginą – powiedział twardo.
- Michał…
- Co?
- Podjęłam decyzję…




*KONIEC*

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminał, użyła 2814 słów i 16146 znaków, zaktualizowała 20 kwi o 14:54.

3 komentarze

 
  • AnonimS

    Zaskoczenie za zaskoczeniem. Koniec jak.kosmiczna odyseja.

  • elenawest

    @AnonimS milo mi, ze się podobało :-D

  • Duygu

    Zaraz padnę na zawał    Kompletnie się tego nie spodziewałam!   Akcja jest świetna!   Czyli to już koniec tej historii?

  • elenawest

    @Duygu tak, to już koniec ;-) zostawiłam wielokropek, by każdy mógł dopowiedzieć sobie zakończenie według własnego wyobrażenia :-)

  • Duygu

    @elenawest Ciekawe rozwiązanie Dziękuję za ciekawą lekturę i pozdrawiam

  • elenawest

    @Duygu a ja dziękuję za wytrwałość w czytaniu i zapraszam do moich innych opowiadań :-D

  • Almach99

    No prosze. Cala policja, prokuratura skorumpowana

  • elenawest

    @Almach99 dokladnie tak :-)