Tajemnica babci

Tajemnica babci,,Tajemnica babci’’


Na dworze padał śnieg, a oszroniona dodatkowo droga nie ułatwiała nam jazdy samochodem. Tata powiedział, że jak tak dalej pójdzie, to nie zdążymy dojechać do babci Marysi nawet na Nowy Rok. Oczywiście żartował, co nie zmieniało faktu, że mróz zamierzał pochłonąć niemal całe miasto, do którego zmierzaliśmy.
Dla każdego z nas ten dzień był prawie zwyczajny. Mama, jak co roku założyła na siebie futro z lisa, które kupił jej tata, gdy pracował jeszcze w Rosji i ładne skurzane kozaki, choć trochę odstawały od jej nóg, bo miała je strasznie chude. Tata jak zwykle wystrojony jak stróż w Boże Ciało ze swoim garniturem za trzysta złotych i butami z taniej skórki, choć bardzo podobnej do tej prawdziwej, siedział wyprostowany jakby licząc na to, że nikt nie zauważy jego spięcia. Siostra Patrycja umalowana jak zwykle do przesady i w stroju jak najwięcej wydekoltowanym, aby każdy, kto na nią spojrzy widział, co ma na miejscu, no i druga siostra Agata bez makijażu, w skromnych spodniach dżinsowych i białej koszulce.
A ja? Ja na tę okazję założyłam krótką spódniczkę z rozporkiem z tyłu i różową bluzeczkę na krótki rękaw. No i jeszcze czarne kozaki z tamtego roku, bo tata powiedział, że spokojnie jeszcze wytrzymają. I tak obładowani tym, co mieliśmy zmierzaliśmy żółwim tempem do domku babci.
Babcia Marysia mieszkała wciąż w tym samym wynajmowanym domku, choć nie od urodzenia. Kiedyś mieszkała bliżej lasu, ale gdy tylko udało jej się wypatrzyć wolne mieszkanie komunalne niemal natychmiast zamieszkała tam z moim tatą. I swoim mężem, lecz nie ojcem mojego taty, Edwardem. Moim dziadkiem, którego pamiętam jak przez mgłę.
W Dobrej kiedyś dawniej podobno mieszkali prawie sami Żydzi. Teraz prawie wszyscy poumierali, choć nigdy takiej pewności nie miałam. No, bo skąd wiedzieć to na pewno, skoro nikt się nawet nie przyzna do tego, że jest Żydem? Tak, więc Dobra, miasto niegdyś wielkie, teraz zmniejszyło się do wielkości niemal małej wioski. Ludzie tu zamieszkujący pochowali zmarłych Żydów w niedalekim lesie prawie we wspólnej mogile, gdzie obecnie jest tam wielki pomnik. Do tej pory groby te są odwiedzane przez okolicznych mieszkańców, jednak nie w takiej formie, jak by wypadało.
Otóż, co roku na Wielkanoc w Lany Poniedziałek wszyscy okoliczni mężczyźni zbierają się przy kościele o piątej rano, by wyruszyć w pieszą podróż wokół Dobrej. Idą wtedy przez lasy, ulice i wiele kilometrów mija, zanim właśnie przy tym pomniku, w lasku zasiadają na ławeczkach i chciałoby się powiedzieć, że się modlą, czy też wypoczywają, ale nie. Po prostu siedzą i piją. Tak zawsze robili z dziada pradziada, lecz gdy zapytałam się kiedyś dziadka, dlaczego akurat tam, nie potrafił mi odpowiedzieć. Zapewne pomiędzy nimi jest ktoś, kto wie dlaczego to tam ,,odpoczywają’’, ale póki co wszyscy milczą. Dlaczego? Nikt nie chce odpowiedzieć.
Dla mnie pójście na taki Emaus, jest po prostu dniem prawnie ustanowionym do picia przez wszystkich mężczyzn. Babcia też tak twierdziła, lecz nigdy nie powiedziała tego głośno z obawy przed dziadkiem. Tak było zawsze.
Dwadzieścia lat temu, kiedy dziadek jeszcze żył, a ja miała wtedy osiem lat bardzo często nie mogłam patrzeć na zachowanie mojego dziadka względem babci. I teraz, choć pamiętam tylko, że był dość wysokim i szczupłym mężczyzną z lekko dłuższymi włosami zaczesanymi na prawy bok, to jednak twarzy, ani też koloru jego oczu nie potrafię sobie przypomnieć. Być może, dlatego, że starałam się patrzeć na niego tak rzadko, jak tylko się dało, bo gdy tylko zobaczyłam jego twarz, to natychmiast przypominały mi się sińce mojej babci, która to wciąż twierdziła, że się tylko uderzyła. Może i miałam tylko osiem lat, ale nie byłam aż taka głupia, żeby nie zauważyć tego, że dziadek ją bił. Wszyscy to wiedzieli, ale jeszcze nikt go na tym nie złapał.
Dziadek był bardzo bystrym mężczyzną i prawie każdy, kto widział go na ulicy i pośród znajomych nikt nie mógł zaprzeczyć jego delikatnemu zachowaniu względem wszystkich kobiet i względem babci. No po prostu anioł wcielony! Jednak ten anioł za dnia niosący aureolę w nocy stawał się tyranem i podłym człowiekiem. Byłam pewna, że bił babcię wszędzie gdzie się dało i wszystkim, czym się dało. Na dowód mogły być nie tyle siniaki, które starała się ukrywać pod ubraniem, ale i nadmierne używanie pudru i fluidu, w które wierzyła, że zdziałają cuda.
Pamiętam tylko raz, kiedy skryłam się w pokoju pod łóżkiem i przyznam, że z ciekawości, czy moje domysły względem dziadka były prawdziwe. I nie pomyliłam się. W szczelinie łóżka ujrzałam jak dziadek wymierza babci solenny policzek, a ona kuca i zakrywa się rękami przed atakiem. Potem, gdy wyszedł ona pędem pobiegła do łazienki i zaczęła nakładać na siebie kolejne warstwy maski. Wtedy nie wytrzymałam i podeszłam do babci.
- Babciu, a czy ty kochasz dziadka?- Zapytałam, choć nie wiem, dlaczego akurat o to.
Babcia była zaskoczona moim pytaniem, lecz za moment, choć z wyczuwalnym wahaniem odpowiedziała.
- Tak skarbie. A dlaczego pytasz?
- Nie, nic. Tak tylko.
I jak zwykle na tym się kończyło. Potem babcia biegła do sklepu po pączki z cukrem pudrem, która tak bardzo dziadek uwielbiał. Ustawiała mu je przed nosem, a on niby niechcący klepał ją w tyłek. Babcia nie reagowała, ale wciąż się uśmiechała. Dla mnie był to sztuczny uśmiech polityków wyćwiczony przez lata. Być może inni tego nie dostrzegali, ale z resztą nie mam pewności nawet, czy nie specjalnie udawali, że wszystko jest ok. Pewnie może i nawet sami bali się odezwać, aby nie pogorszyć sytuacji babci, która moim zdaniem nie powinna udawać, że wszystko jest w porządku. Ale co ja mogłam? Miałam przecież tylko te osiem lat…
Pewnego dnia nie wytrzymałam i zapytałam wprost babcię, dlaczego pozwala mu się bić? Dlaczego nic z tym nie zrobi, nie powie komuś, kto by mu przetłumaczył, że bicie jest czymś złym, lecz ona odpowiedziała jednak, że widocznie na to zasłużyła. Więc jak miałam ją uratować, skoro nawet nie potrafiłam jej zrozumieć?
Po niedługim czasie, kiedy nastał nowy rok dziadek niespodziewanie zachorował. Oczywiście babcia odwiedzała go w szpitalu wciąż przynosząc mu jego ulubione pączki z cukrem pudrem. Nie rozumiałam jej zachowania. No dobrze, mogła go kochać, ale skoro on ją krzywdził, a ona udawała, że wszystko jest dobrze, to, jakim cudem mogła spokojnie spoglądać na siebie w lustrze? No przecież, co innego, gdy człowiek się pokłóci, a co innego, gdy chodzi z podbitym okiem. Lecz babcia przecież była dorosła, więc to może tylko ja źle to interpretowałam?
Babcia spędzała w szpitalu każdy poranek, aż do wieczora, kiedy to pielęgniarki same nakazywały jej iść do domu. Opiekowała się nim najlepiej jak potrafiła, lecz on nadal nie okazywał jej dobroci, choć ona wciąż przy nim trwała. Powtarzała mu do znudzenia, że wkrótce będzie dobrze, choć tak naprawdę lekarze rozkładali ręce twierdząc, że niewiadome coś zżera go od środka, ale nie wiedzą, co i nie mogą tego zatrzymać. Babcia wtedy płakała, a ja wciąż nie rozumiałam. Skoro ona twierdziła, że zasłużyła na bicie, to może i na dziadka przyszła kolej do rozrachunku? Czyżby faktycznie było tak jak mówiła? Czy stało się tak, dlatego, że na to zasłużył?
Po tygodniu dziadek zmarł. Babcia oczywiście trzymała żałobę jak należało. Chodziła ubrana na czarno i modliła się za jego duszę w każdy piątek, jak nakazywało jej serce. Na grób jego przynosiła piękne kalie, ulubione kwiaty dziadka i za każdym razem zapalała mu jeden znicz…
- To na wypadek, gdyby nie mógł odnaleźć drogi do nieba- mówiła mi, a ja słuchałam jej robiąc przy tym, dziwne miny. Jak widać wciąż byłam za mała, aby dostrzec sedno sprawy.  
W końcu minęło dwadzieścia lat, a my tak jak zawsze w każde święta wciąż przyjeżdżaliśmy do babci.  
Trzeba było przyznać, że bardzo dużo się zmieniło odkąd dziadek zmarł. Babcia zaczęła chodzić coraz częściej uśmiechnięta, lecz nie związała się z żadnym mężczyzną, choć nie raz to jej proponowałam. Powiedziała, że woli być wolna, bo wystarczająco już w życiu przeszła. Rozumiałam ją i choć nigdy nie powiedziała mi w twarz, że dziadek ją bił, to jednak wiedziała, że ja o tym wiem.
Na Wigilię, kiedy jak zwykle stroiliśmy swoje zwykłe ciała w to, co się dało, ja w tym czasie obkładałam swój prezent pod choinkę, który miał być do babci. Kupiłam jej tym razem książkę Guillaume Musso ,,Jutro’’. Podobno najnowsze wydanie. Kiedyś widziałam już książki tego autora na regale u babci, więc pomyślałam, że jej się spodoba. W międzyczasie sama zaczęłam nieco czytać, więc prezent zadawalał nas obie. I wcale się nie pomyliłam. Babcia była wprost zachwycona moim prezentem i zaraz po pocałunku w policzek ustawiła ją sobie na półce obok innych książek. Z ciekawości przeczytałam kilku innych autorów: Daniele Steel, Nora Roberts, Stig Larsson, Carlos Ruiz Zafon, Guillaume Musso, Ann Cleeves, Katarzyna Grochola, Marek Krajewski i w samym kąciku stał rządek książek Virginii C. Andrews. ,,Kwiaty na poddaszu’’, które były najbardziej zniszczone, więc pewnie najczęściej je czytała. Wyciągnęłam jedną z rzędu książek i zapytałam babci, czy mogłabym przeczytać.
- Tylko nie zniszcz mi jej wnusiu- odparła i wróciła do smażenia ryby.
Książkę przeczytałam w dwa dni. Była taka ciekawa i taka straszna jednocześnie. Te biedne dzieci tyle wycierpiały przez babcię i najwięcej chyba przez własną matkę, która żyła w luksusie, podczas gdy one głodowały. Na szczęście była to tylko książka, a nie prawdziwa historia, choć porywała serce doszczętnie. Będąc już przed końcem książki przez moment jakby coś mnie tknęło i jakoś tak otworzyłam ją jeszcze raz gdzieś w końcówce, która już wcześniej przeczytałam. Mój wzrok padł na słowa ,,Cyjanek! Ona posypywała pączki cyjankiem!’’ I wtedy całe powietrze ze mnie uleciało. Na dodatek niespodziewanie za mną pojawiła się babcia.
- Odłóż ją na miejsce, gdy doczytasz, dobrze? I jak? Podoba ci się? Bo wiesz, są jej jeszcze inne książki. Teraz zaczęła się nowa część serii ,,Rodzina Castel’’.
Babcia mówiła, a ja patrzyłam na nią starając się zrozumieć. Chyba mój zdziwiony wzrok coś jej przekazał, bo nagle złapała mnie za rękę i zaprowadziła do innego pokoju.
- Dziadek zmarł, bo był chory. Wiesz przecież o tym.
-Tak, naturalnie- odparłam bez tchu.
Potem wyszłyśmy z pokoju i wszystko wróciło do normy. Babcia uśmiechała się jak gdyby nigdy nic, a ja zdałam sobie sprawę, że moja babcia znów uśmiecha się sztucznie. I wtedy stało się najgorsze, bo nagle uświadomiłam sobie, że moja własna rodzona babcia jest…  
Morderczynią!
No przecież te pączki… ten puder… babcia kupowała mu je codziennie… podobno tylko, dlatego, że je lubił… ale przecież cyjanek nie ma ani smaku, ani zapachu, więc…
Kilka tygodni utrwało zanim znów byłam w stanie na spokojnie porozmawiać z babcią.
- Nie miałam innego wyjścia- załkała zamykając w pomarszczonych dłoniach swoją twarz.
- Wiem babciu, wiem. Pewnie na twoim miejscu zrobiłabym tak samo.- Tłumaczyłam ją, choć nawet nie wiedziałam, czy po tym wszystkim powinnam się za nią wstawiać.
Przytuliłam jednak babcię, a ona wtuliła się w moje ramiona jak dziecko. I dopiero tego dnia wyznała mi całą prawdę, której być może byłabym świadoma, gdybym wcześniej zainteresowała się czytaniem książek. Lecz w gruncie rzeczy cieszę się, że nie wiedziałam o tym wtedy. Być może nawet przeciwstawiłabym się babci, choć wolałabym już tego nie roztrząsać.
Nigdy nikomu o tym nic nie powiedziałam. I nie powiem. Bo choć dziadek był człowiekiem i miał prawo żyć, to czy miał prawo znęcać się nad babcią? A poza tym, czy roztrząsanie przeszłości coś by nam teraz dało?
Od pamiętnego dnia, kiedy to babcia rozpłakała mi się w ramionach minęło siedem lat. I trzy dni odkąd babcia odeszła. Zabrała ten sekret ze sobą do grobu.
I ja też tak zrobię.

970 czyt.
92%970
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 2318 słów i 12549 znaków.

Dodaj komentarz