Tajemnica Pająka Rozdział 3.

Tajemnica Pająka Rozdział 3.– Sicarius hahni – wychrypiał Michał, nie odrywając wzroku od ekranu tabletu.

Alicja zamarła z odpiętym pasem w dłoni. Obróciła głowę w jego stronę.
– Mów do mnie po polsku, Sambor. Co to jest?
– To pająk. Pustynny, z Afryki. Toksykolodzy znaleźli jego jad we krwi ofiar z parkingu.
Alicja poczuła, jak skóra na karku jej cierpnie.
– To nie jest gatunek, który kupisz w zoologicznym obok papug.
– Dokładnie. Ten jad to czysta nekroza i paraliż. Niszczy krwinki, ale co najgorsze – odcina układ nerwowy. Ofiara traci kontrolę nad każdym mięśniem, ale serce bije dalej. Płuca pracują. Jesteś uwięziony we własnym ciele, świadomy każdej sekundy.
Alicja ruszyła, omijając gdański tramwaj. Myślała o raporcie Marty.
– Wstrzyknęli im to prosto w rdzeń kręgowy. Precyzyjnie, bez naruszenia tkanki kostnej.
– Czyli nasz morderca to nie jest osiedlowy diler z pistoletem – Michał pokręcił głową. – To ktoś z pewną ręką. Chirurg? Anestezjolog? Ktoś, kto wie, gdzie kończy się ból, a zaczyna nicość.

Cztery godziny później oboje mieli dość. Monitor wylewał na nich niebieskie światło, od którego oczy Alicji piekły jak po gazie pieprzowym. Przejrzeli setki nazwisk: lekarze z wyrokami, weterynarze z cofniętymi uprawnieniami, hodowcy egzotyki. Pustka.
– Konam z głodu – rzucił Michał, odsuwając się od biurka. Wyglądał na wycieńczonego, ale ta jego "skarsgårdowa" postura sprawiała, że nawet w pogniecionej koszuli wyglądał jak z reklamy. – Może wyjdziemy na chwilę? Tlen, jedzenie. Może nasze mózgi w końcu zaskoczą.
– Ty stawiasz – odparła Alicja bez wahania. Potrzebowała wyjść z tego dusznego pokoju, zanim zapach starej kawy i papieru ją udusi.
Gdy wychodzili, Alicja nagle znieruchomiała na schodach. Michał prawie na nią wpadł, chwytając ją za ramię, by nie spadła. Jego uścisk był pewny, ciepły. Zbyt ciepły.
– Co jest? – zapytał szeptem.
– Pająk... – szepnęła, patrząc gdzieś przed siebie. – Ta nazwa. Ona już była. Dziesięć lat temu, Warszawa. Była jakaś sprawa, coś wielkiego, co postawiło całą prewencję na nogi. Gdzieś to we mnie siedzi, Michał, ale nie potrafię tego wyciągnąć.
W knajpie, nad gigantycznymi burgerami, atmosfera nieco zelżała.
– Jeśli ta sprawa była w Warszawie, to akta są w archiwum stołecznym – zauważył Michał, wycierając ręce w serwetkę. – Żeby do nich zajrzeć, musimy uderzyć do naczelnika komendy wojewódzkiej.
Alicja dziabała szarlotkę, ignorując fakt, że jest w niej więcej cukru niż jabłek.
– Jacek nam nie odpuści wycieczki do stolicy, póki nie będziemy mieli twardych dowodów. On nienawidzi, gdy wyjeżdżam mu z „przeczuciami”.
Michał przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu.
– Ma pani niebywale piękne oczy, gdy się pani tak nad czymś zastanawia – wypalił nagle.
Alicja zamarła z widelcem w połowie drogi do ust.
– To był komplement, Sambor? Czy uczyli was w Szczytnie, jak podrywać przełożone?
– To była szczerość – odparł poważnie, nie spuszczając z niej wzroku.
Alicja uśmiechnęła się ledwo zauważalnie.
– Dzięki. Ale wracajmy do „baranów”. Po powrocie sprawdzamy port. Gdańsk to brama dla egzotyki. Ten pająk nie przyleciał tu na własnych skrzydłach.

Późnym popołudniem do ich pokoju wszedł Jacek. Rozejrzał się po stertach notatek i pustych kubkach. Wyglądał na zirytowanego ich nową "komitywą".
– Jakieś tropy? Czy tylko budujecie relacje przy gulaszu? – rzucił, widząc knedliki na wynos, które stały na stoliczku.
– Jad pająka Sicarius – Alicja wyprostowała się, czując na plecach lodowaty wzrok szefa. – Precyzyjna robota. Szukamy lekarzy i przemytników. A potem... chcę sprawdzić Warszawę. Podobna sprawa sprzed lat.
– Warszawę? – Jacek prychnął. – Alicja, nie trać czasu na archeologię. Skup się na tym, kim są ci denaci. To jest priorytet, a nie twoje wspomnienia z prewencji.
Jacek wyszedł, trzaskając drzwiami. Michał odczekał sekundę, po czym spojrzał na Alicję.
– On uważa mnie za kretyna, prawda?
– Uważa cię za zagrożenie, Michał. Jesteś bogaty, zdolny i sypiasz z jego siostrą. Dla faceta takiego jak Jacek, który do wszystkiego doszedł brudem i potem, jesteś jak drzazga pod paznokciem.
– Nie chcę pieniędzy rodziców – warknął Michał, chowając twarz w dłoniach. – Chcę po prostu być dobrym gliną. A moja narzeczona... ona nawet mnie przed nim nie broni. Czasami mam wrażenie, że Jacek robi to specjalnie. Osacza mnie, żebym w końcu pękł.

Alicja podała mu kawałek ciasta.
– Witaj w klubie osaczonych, Sambor. Jedz. Jutro czeka nas port, Warszawa i ta przeklęta pajęczyna, która dopiero zaczyna się kleić.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminał, użyła 795 słów i 4832 znaków, zaktualizowała 3 mar o 10:21.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Duygu

    Szkoda mi Michała. Jacek kompletnie go nie słucha. Ciekawa teoria z tym pająkiem... Dużo pracy przed naszymi policjantami. :)

    30 sie 2019

  • Użytkownik elenawest

    @Duygu nawet bardzo dużo ;-)

    30 sie 2019

  • Użytkownik AnonimS

    Czekam na kolejne części...
    :)

    23 wrz 2018

  • Użytkownik elenawest

    @AnonimS postaram się dodać w najbliższym czasie ;-)

    23 wrz 2018

  • Użytkownik AnonimS

    @elenawest dzìęki

    23 wrz 2018

  • Użytkownik elenawest

    @AnonimS :-D no i będzie robić się coraz ciekawiej. I tajemniczo :-D

    23 wrz 2018

  • Użytkownik AnonimS

    Ciekawy uklad rodzinny. Pozdrawiam

    13 wrz 2018

  • Użytkownik elenawest

    @AnonimS mówisz o rodzinie Michała i jego relacji z szefem? ;-)

    13 wrz 2018

  • Użytkownik AnonimS

    @elenawest oczywiście bo to prawie jak rodzina.  Zaciekawil mnie ten Twoj kryminał

    13 wrz 2018

  • Użytkownik elenawest

    @AnonimS cieszę się niezmiernie ;-) postaram się by był dłuższy niż ten mój pierwszy :-) i trochę bardziej mroczny :-P

    13 wrz 2018