
– Odprowadzisz dzieci – rzuciła, a jej głos brzmiał jak raport z miejsca zdarzenia. Krótko, bez miejsca na negocjacje.
Sebastian poruszył gazetą. Szelest papieru był irytująco głośny.
– Czy ty w ogóle pamiętasz, że ja też mam życie, Ala? – zapytał, nie podnosząc głowy. – Czy w tym domu wszystko musi kręcić się wokół twoich trupów?
– Dzisiaj tak. Wezwali mnie. – Odwróciła się w końcu.
Sebastian siedział w fotelu, osaczony przez poranne cienie. Wyglądał na zmęczonego, ale Alicja wiedziała, że to maska. Pod spodem czaiła się ta sama bierna agresja, która od miesięcy zatruwała ich śniadania. Wiedziała, że gdy tylko wyjdzie, on odłoży gazetę, włączy laptopa i zatopi się w bezpiecznym świecie ekranowej pornografii, uciekając od rzeczywistości, której nie potrafił kontrolować.
– Twój dyżur jest o dziewiątej. Zdążysz – dodała, podchodząc do wyspy po kluczyki.
– Kto je odbierze? – Sebastian wstał, blokując jej drogę.
– Moja matka. Zostaną u niej do jutra.
– Znowu… – Warknął, przyciągając ją do siebie. Jego uścisk był za mocny, a pocałunek na szyi nie miał w sobie nic z czułości. To była próba oznaczenia terenu. – Pięć minut, Ala. Ostatnio jesteś jak z lodu.
– Puść mnie – syknęła, wyrywając się z jego objęć. – Jacek czeka. To nie jest dzień na twoje gierki.
– Czasami jesteś naprawdę niereformowalna! – krzyknął za nią.
– I vice versa!
Trzasnęła drzwiami, czując, jak adrenalina zaczyna krążyć w żyłach. Dopiero w samochodzie, włączając „koguta”, poczuła, że oddycha. Szpitalny smród Sebastiana zastąpił zapach deszczu i spalin.
Podmiejski parking w Gdańsku wyglądał jak pocztówka z piekła. Wrześniowa mgła oblepiała stare betonowe słupy, a policyjne taśmy łopotały na wietrze jak martwe flagi. Alicja przeszła pod nimi, czując pod butami chrzęst żwiru i potłuczonego szkła.
– Wyglądasz, jakbyś chciała kogoś zastrzelić – przywitała ją Marta, nie odrywając wzroku od zwłok.
– Blisko. Sebastian znowu trenuje moją cierpliwość. Co mamy?
Marta wstała, otrzepując kolana. W jej oczach nie było rutyny, był niepokój.
– Dwa ciała. Mężczyzna, kobieta. Egzekucja. Jeden strzał w tył głowy, precyzyjny jak cięcie skalpelem. Ale jest coś jeszcze, Ala…
– Co?
– Spójrz na ich dłonie.
Alicja przykucnęła. Ofiary leżały nienaturalnie spokojnie. Brak śladów walki, brak rozdartych ubrań. Byli jak lalki ustawione w makabrycznej witrynie.
– Ktoś ich tu przyniósł? – zapytała Alicja.
– Nie. Przyszli o własnych siłach. A potem ktoś ich wyłączył. Jak światło.
Wtedy go zobaczyła. Młody facet, stojący dwa metry od krawędzi betonu, w kurtce, która kosztowała więcej niż jej miesięczna pensja. Patrzył na nią tak, jakby czytał jej akta osobowe.
– A pan to kto? – warknęła, wstając. – Miejsce zbrodni to nie muzeum.
– Starszy sierżant Michał Sambor – odparł, a jego głos był irytująco spokojny. – Pani nowy cień, komisarz Janowska.
Alicja poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg. Miesiąc po pogrzebie Patryka, jej jedynej kotwicy w tym wydziale, Jacek rzucił jej na pożarcie chłopaka, który pachniał Szczytnem i świeżym lakierem do włosów.
– Szczytno? – prychnęła, odbierając od niego dokumenty. – Umiesz chociaż zabezpieczyć ślady, czy tylko ładnie wyglądać na zdjęciach w legitymacji?
– Umiem więcej, niż pani myśli – odciął się, a w jego spojrzeniu Alicja dostrzegła coś, co sprawiło, że na moment zamilkła. To nie była buta. To była determinacja kogoś, kto już raz został wrzucony do sieci i za wszelką cenę chce się z niej wyrwać.
– Dobra, „świeżaku”. Mamy dwa trupy bez nazwisk, mordercę-widmo i parking pełen śmieci. Idź do tamtych dzieciaków. Notuj każde drżenie rąk, każdy unik wzroku. Jeśli skłamią choć o sekundę, chcę o tym wiedzieć. Ruchy!
Dwie godziny później siedzieli w komendzie. Jacek Pawełczyk przyglądał im się ze swojego gabinetu, uśmiechając się w sposób, który Alicja znała zbyt dobrze. To był uśmiech pająka, który właśnie poczuł drżenie sieci.
– Alicja, do mnie – zawołał, gdy Sambor wyszedł do toalety.
Weszła, czując, jak serce bije jej szybciej. Jacek zamknął drzwi. Zbyt cicho.
– Jak ci się podoba prezent? – zapytał, podchodząc do niej na odległość szeptu.
– To narzeczony twojej siostry, Jacek. Chcesz go zabić, czy mnie wykończyć?
– Chcę, żebyś go nauczyła życia – mruknął, kładąc dłoń na jej biodrze. – Tak jak ja nauczyłem ciebie… tamtej nocy.
– Puść mnie – syknęła, odsuwając się gwałtownie. – To był błąd. Największy w moim życiu.
– Błędy są najbardziej pociągające, Ala. – Jacek wrócił za biurko, nagle oficjalny. – Macie wyniki wstępnej sekcji. Idź. I pilnuj młodego. Jeśli zawali, to ty będziesz sprzątać ten bałagan.
Wyszła, czując na karku zimny dreszcz.
3 komentarze
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Jakub
świetny prolog... wciąga i zatrzymuje uwagę
Duygu
Ciekawie się zaczyna. Końcówka mnie zaskoczyła. Bohaterowie są bardzo wyraziści. Tradycyjnie świetnie napisane
elenawest
@Duygu dziękuję :-D jeszcze w tym tygodniu postaram się dodać nowy rozdział ;-)
Duygu
@elenawest Super, będę miała, co czytać
AnonimS
Początek obiecujący. Zobaczymy co dalej. Pozdrawiam
elenawest
@AnonimS dzięki :-)