Sprawa Joanny d' Arc, Rozdział V

- Zabito ją? - przechadzałem się nerwowo w jedną stronę, to w drugą, kiedy usłyszałem to pytanie od Vanessy. Momentalnie mnie zamurowało i spojrzałem na nią. Ledwo pięć minut tu jestem, nie umiem już powstrzymać nerwów od całej tej sytuacji, a ona głupio się pyta czy ją zabito. No cholera, gdyby nie, to po co miałbym znowu do niej przychodzić? Pogadać o babskich sprawach? Mimo to zacisnąłem wargi i przystanąłem. Złapałem się krzesła, usadawiając się na nim.
- Tak – odpowiedziałem krótko.
- Wiadomo jak?
- Została dźgnięta, około dziesięć razy w brzuch. Nieliczne rozcięcia skóry na rękach. Prawdopodobnie się broniła -  powiedziałem przecierając zmęczony twarz.
- To komplikuje sprawy – rzekła i oparła się o siedzenie. Spiorunowałem ją wzrokiem i nieco wybuchłem.
- Komplikuje? Komplikuje sprawy? - spytałem ironicznie – Po jakiego grzyba mi kazałaś do niej iść, skoro nie chciała nawet gadać! To już samo w sobie skomplikowało sprawy…
- Posłuchaj…
- Nie, Vanessa! - nie dałem jej dojść do słowa, ponieważ emocje dały nade mną górą - Może faktycznie chciałaś mnie od początku wywieźć w pole? Może tak naprawdę próbujesz mnie jedynie pogrążyć i doprowadzić do śmierci…
- Posłuchaj gówniarzu! - wrzasnęła i rąbnęła pięściami o stół – Nie po to ryzykuje życie przekazując tobie i twojemu przydupasowi wskazówki, kto jest prawdziwym zabójcą! Tylko jeżeli nic nie trafia do twojego zakutego łba, to nie miej potem do mnie problemu, że sobie z tą sprawą nie radzisz!
Przeszły mnie ciarki. Chyba pierwszy raz widziałem ją, aż tak wkurzoną. W jej niebieskich oczach kipiała wręcz złość, która nie zanikała, a wręcz stopniowo wzrastała. Aby załagodzić sytuację szybko ją przeprosiłem i nie odzywałem się jakąś chwilę, gdy w końcu mnie zagaiła.
- Nie musisz mnie przepraszać, nie o to tu chodzi – powiedziała wzdychając ciężko – wiem, że to jest sytuacja dosyć skomplikowana dla was, ale zrozum też mnie. Ja podejmuje, naprawdę ekstremalne ryzyko spoufalając się z wami i dając wam wskazówki. Nie mogę powiedzieć wprost, kto za tym stoi, bo nie dość, że byłoby to nudne to mogłabym końca tygodnia nie dożyć. Zrozum też moją sytuację, Khada.
- Ja wiem… - szepnąłem speszony i wstałem znowu od stolika – Już mi nic nie pasuje, Vanessa. Staraliśmy się przypasować stan ofiar z teraz i sprzed paru lat. Wszystko było podobne, do teraz. Nie wiem, czy Hisoji zginęła od tej samej osoby, co zginęła Veronica, czy Kethii. Nie pasuje mi to.
- Czy sądzisz, że jest to jedyny sensowny trop? Sposób zabijania? Do tego po co szedłeś tam od razu? Nie masz w ogóle wyobraźni.
- Do tej pory, myślałem że jest to jakiś punkt zaczepienia, aby rozwiązać to. Teraz nie wiem nic… - złapałem się za głowę i przeczesałem włosy. Domyślałem się, że schrzaniłem pokazując się tak szybko u Hiraków. Chociaż, nigdy nie mogę mieć pewności, czy by nie zginęli wcześniej, niż bym się tam zjawił. Ktoś widocznie lubi mi pstrykać w nos i nie chce, abym poznał jego prawdziwą tożsamość.
- Khada... – powiedziała Joanna po dłuższych wahaniach. Popatrzyłem na nią – Widzę, że jesteś półgłówkiem, więc pomogę ci nieco bardziej… w głębi lasu, niedaleko twojego domku – tak, wiem gdzie mieszkasz, spokojnie – znajduje się stary, rezydencja. Ciężko się tam dostać teraz, ponieważ główne drogi są zablokowane, ale wierzę że ci się uda znaleźć lukę w tym. O tym miejscu nie wie nikt oprócz kilku osób… i teraz Ciebie.
- Czyja to rezydencja? - zapytałem po chwili zrezygnowany. Ona uśmiechnęła się słabo.
- Moja.

Od dziesięciu minut siedzieliśmy w małym pokoju, tym razem z Annie. Zaprowadziłem ją tutaj, żeby ją przesłuchać, spróbować coś teraz z niej wyciągnąć, zamiast tego wpatrywaliśmy się w siebie. Rzuciło mi się w oczy jej maskotka. Trzymała ją kurczowo dwiema rączkami przy siebie, tak jakby coś tam skrywała. Była w znacznie gorszym stanie, niż pamiętam ostatnio. Wstałem z krzesła i podszedłem do niej. Wziąłem ją w dłonie i dostrzegłem wystającą rękojeść.
- Skąd to masz? - spytałem, wyjmując nóż z futrzaka i przyglądając się mu.
- Spadek – odrzekła tylko, a ja zamarłem, wsłuchując się w ciszę.

Następne trzy dni nie przyniosły niczego nowego. Z reguły spędzałem je na mieście szukając i dopytując ludzi o jakieś szczegóły, o których warto byłoby wiedzieć, ale nikt nic nie wiedział. Wracałem często po dwudziestej drugiej do domu. Za każdym razem spoglądałem na las, położony w oddali. Przechodziły mnie ciarki, myśląc o tym, że może być tam jakaś rezydencja. Odtrącałem tą myśl z racji tego, że już raz się zawiodłem na Vanessie. Nie mogłem drugi raz jej zawierzyć, bo inaczej bym mógł stracić o wiele więcej. Poza tym, czułem się obserwowany…
Paliłem papierosa i siedziałem oparty na fotelu. Tego dnia wyjątkowo wcześniej wróciłem do domu. Miałem dosyć ciągłego chodzenia po mieście. Niczego nie zdołałem się dowiedzieć, a nie chciałem pójść z powrotem do Joanny, aby poprosić znowu o radę. Zresztą, wątpię czy by nawet mi pomogła. Przypomniałem sobie jej ostatnie słowa, na temat rezydencji. Ugryzłem się w wargę i ścisnąłem papierosa w pół. Przez przypadek poparzyłem się w dłoń, dlatego odruchowo wyrzuciłem go na stół. Jak dmuchałem na ranę to akurat do środka wszedł Ryuu.  Spojrzałem na zegarek. Dziewiętnasta. Zdziwiłem się, bo na niego też była to zbyt wczesna pora. Wstałem i podszedłem do drzwi. On stał w przejściu, a z niego kapała strumieniami woda. Zmarszczyłem brwi przyglądając się mu.
- Zbieraj się, idziemy na miasto – powiedział krótko i wyszedł na zewnątrz. Wydąłem nieco ze zniesmaczenia wargi i założyłem niechętnie buty.

Całą drogę próbowałem się dowiedzieć, ale dopiero kiedy doszliśmy do celu, to Ryuu powiedział mi, gdzie jesteśmy. Okazało się, że poszliśmy do restauracji. Tak to rozegrał, że nawet jeśli bym krzyczał i się wyrywał, że chcę do domu to i tak wiem, że nie ma sensu wracać znowu ten sam odcinek. Szczególnie, że się rozpadało. O dziwo, pomimo mojego negatywnego nastawienia dobrze nam się spędzało czas. Zamówiliśmy jakieś i jedzenie i po raz pierwszy od dłuższego czasu rozmawialiśmy o czymś innym, niż o aktualnych sprawach. Taka odskocznia w postaci rozmowy była strasznie przyjemna.  
Mijały tak godziny, kiedy w końcu zamilknęliśmy, a kolejne osoby powoli opuszczały lokal. Dopiłem ostatnie krople rumu i zapytałem otwarcie.
- Dlaczego tak nagle mnie tu zaprosiłeś? - on spojrzał na mnie spode łba. Widać było, że alkohol trafił mu trochę do głowy, mimo to zachowywał się w miarę normalnie.
- Kilka dni już harujesz jak wół. Chciałem, żebyś zapomniał na chwilę o tym… w zasadzie chciałem pogadać z tobą, żebyś sobie odpuściłem – szczerze? Spodziewałem się tego, że do tego dojdzie, prędzej czy później, jednak nie myślałem, że akurat w takim momencie. Popatrzyłem po nim i odłożyłem delikatnie szklankę. Zamierzałem coś powiedzieć, ale wtedy on wtrącił mi się w zdanie – nie chcę, żebyś mi tu prawił moralistyczne gadki. Przemyśl to. Od czterech lat nic. Ostatnie wydarzenia pokazują, że nie damy rady temu sprostać.  Daj sobie czas, nie musisz teraz sobie odpowiadać
- Panowie, jest prawie północ, będziemy powoli zamykać, dlatego proszę wyjść – odezwał się gdzieś w tle głos kelnera. Wpatrywałem się w świecę obok, jak pod ciężarem wosku powoli gaśnie.

Dziesięć minut później wyszliśmy z lokalu i powoli spacerowaliśmy po ulicach miasta. Deszcz padał delikatnie na bruk. Rozmyślałem nad tym co powiedział Ryuu. Bolało mnie to, że teraz chce się poddać. Sądziłem, że razem będziemy kroczyć z tą misją. Poniekąd miał rację. Długi czas nie ruszyliśmy się z miejsca, ale teraz jest zbyt duże natężenie zbiegów okoliczności, więc nie chciałbym puścić te cztery lata w las.
Nagle, jakby zerwany ze snu podskoczyłem lekko. Było to spowodowane przerażającym krzykiem zza rogiem. Spojrzałem wystraszony na Ryuu. On też wyglądał na spanikowanego. Pobiegliśmy w tamtą stronę i dostrzegłem jak w oddali z okna wypada jakieś ciało i z gruchotem upada na bruk. Zaraz za nią wychodzi druga postać i w miarę sprawnie schodził na ziemię. Biegłem dalej. Tamten człowiek widocznie mnie zobaczył, bo zaczął uciekać. Zbliżyłem się do truchła i omal mnie nie zemdliło. Ciało kobiety było pocięte w każdym, kurwa możliwym miejscu. Gałki oczne przebite wręcz na wylot. W brzuchu wbity był jeszcze zakrzywiony sztylet. Popatrzyłem się na niego i instynktownie go złapałem.
- Ryuu! Sprowadź pomoc! - krzyknąłem i pobiegłem za sprawcą. Chłopak bez nieco zgody wbiegł do środka pierwszego budynku.
Deszcz rozszalał się na dobre. Widziałem jedynie mały punkcik przez te krople deszczu. Czyżby to była prawdziwy zabójca? Złoty Demon? Tyle pytań kłębiło mi się w głowie i też na tyle mógłbym uzyskać odpowiedź, jeżeli cholera jasna biegłbym szybciej. W pewnym momencie zwolniłem ze zmęczenia i bardziej ścisnąłem rękojeść noża. Chciałem krzyknąć za nim, ale brakowało mi tchu w płucach.
Minąłem kolejną uliczkę, gdy nagle ktoś na mnie wbiegł. Było to tak nagle, że nie zdążyłem za bardzo zareagować. Obróciłem się w powietrzu i upadłem z hukiem na plecach. Coś mi strzeliło i ledwo potrafiłem się ruszyć z bólu. Ledwo zdołałem się przewrócić na brzuch. Popatrzyłem nieco wyżej i usłyszałem delikatny głosik.
- Khada…
Była to Annie. Zamarłem. Z tego zderzenia miałem jedynie nieco draśniętą dłoń, za to ona… tkwiło w niej jej ostrze. Widocznie musiała na czas obrócić nóż, więc przez siłę zderzenia sama sobie go wbiła. Przeczołgałem się do niej i złapałem ją za głowę.
- Annie… co ty tu robisz? - spytałem.
- Myślałam, że zdołam zabić… go…  - wyszeptała.
- Go? Kogo masz na myśli? - dopytywałem, cały czas trzymając ją za głowę.
- Nie mogę…
- Annie! Od tego zależy dużo co teraz się wydarzy. Możesz zmienić bieg historii, tylko powiedz, kim jest zabójca – dziewczynka tylko się uśmiechała słabo. Podniosła rączkę do góry i dotknęła mnie w policzek.
- Khada… on jest blisko was… - rzekła, po czym łzy spłynęły jej po policzku – pomścij mnie… - po tym wyzionęła ducha a jej ciało zwiotczało. Wyjąłem powoli nóż z jej w brzucha i w napadzie histerii rzuciłem nim o bruk przez co nieco się ułamał i odbił dalej. Zacząłem krzyczeć, ale nikt mnie nie słyszał w tym szumie padającego deszczu.

422 czyt.
100%51
CryoGuy

opublikował opowiadanie w kategorii kryminalne, użył 2040 słów i 10922 znaków.

1 komentarz

 
  • Almach99

    Almach99 · 9 kwietnia

    Warto bylo czekac. Zabojca jest blisko