Over the edge cz 6

Wieczorem, zgodnie z umową, spotkałem piękną blondynkę. Ilekroć na nią patrzyłem, zastanawiałem się jak to możliwe, że tak atrakcyjna kobieta jest sama. A teraz wiedziałem, że jest mną bardzo mocno zainteresowana. Gdybym nie poznał Elizy, kto wie? A tak?  
Zabrałem moje ubrania i inne akcesoria, które przyszły po południu tego dnia, jak również sprzęt do odtwarzania muzyki.  
Wyniosłem się do innego hotelu. I zrobiłem to kiedy wiedziałem, że Elizy nie ma w pracy. Drań. Kazałem jej walczyć. Zostawiłem. Byłem ostry i zimny. Nienawidziłem się za to. Jakże musiała cierpieć! Czy mi wybaczy? Czy wszystko będzie tak samo? Miałem pewność. Szczerze mówiąc miałem kilka razy ochotę zostawić to wszystko, pojechać do niej i wziąść ją w ramiona choćby na środku skrzyżowania. Ale to ważniejsze mi nie dawało. Byłem narzędziem Najwyższego. Sam dawno bym zwątpił, a tak? Co z tego, że gromadziłem więcej informacji. Nadal staliśmy w miejscu. Czułem, albo byłem przekonany, że mordrca ma już następną ofiarę i tylko mogłem wierzyć, że zechce ją zabić dopiero dokładnie za sześć dni.
      
Nie chciałem wchodzić do domu Lieke, więc zabrałem ją z dołu.
     Jechaliśmy bez słów. Tym razem ja prowadziłem. Ciemniało. Zatrzymaliśmy się przed budynkiem ADA'M. Weszliśmy na górę i dostaliśmy się do biura ochrony budynku i huśtawki.
— Pułkownik Lieke Ontrahten, z kwatery głównej. Mamy przeprowadzić nadzwyczajną kontrolę. Proszę wyłączyć wszystkie kamery. Mój współpracownik dokona przeglądu urządzeń huśtawki i platformy zwiedzających.
— Jestem szefem ochrony, nazywam się...
— Wiem kim pan jest. Znam przebieg pańskiej służby. To sprawa jest delikatna i proszę o kooperację.
— Czy pan...  
— Smith. John Smith — przedstawiłem się.
— Potrzebuje pan naszej pomocy?
— Dziękuję. Z uwagi na sytuację, muszę sam dokonać przeglądu.
— To dziwne, nic nie wiemy... Czyżby muzułmanie...
— To tajne. Ale oczywiście możecie zgłosić swoim przełożonym lub skontaktować się bezpośrednio z generałem Van Hartennem. Bez paniki. Nic z tych spraw.
— Dobrze, oczywiście. Musimy?
— Nie, ale powinniście.
Ludzie byli bardzo pomocni. Wszedłem na platformę. Widok w nocy był równie miły jak w dzień. Co prawda nie byłem tu za dnia, ale widziałem filmiki. Pomyślałem, że chętnie bym się pohuśtał z Elizą. Ale teraz musiałem zainstalować urządzenie, które dostałem od Glassa. Wszedłem na najwyższy punkt i zrobiłem to. Trwało to minutę. Ukryłem sprytnie. Wszystko. Zszedłem na dół wówczas zobaczyłem...Lieke.
— Co tu robisz? Przecież mogli włączyć kamery i...
— Może w Stanach to możliwe. Holendrzy są bardzo zdyscyplinowani. Ani im w głowie złamać rozkaz. Powiedziałam im, że muszą uruchomić huśtawkę na pięć minut.
Mimo zmroku dostrzegłem jej uśmiech.
— Chcesz powiedzieć, że...
— W końcu przysługa za przysługę. Pohuśtamy się, panie Smith.
Po chwili siedzieliśmy zapięci pasami. Lieke przytuliła się.
— Trochę chłodno — szepnęła.
Poczułem się dziwnie. Może nie byłem takim zimnym draniem jak sądziłem. Delikatnie objąłem ją ramieniem.
— Jesteś bardzo ładna, mądra i...
— Przestań. Wiem, że nie mam szans. Pozwól mi tylko chwilkę pobyć blisko.
Nie wiedziałem co powiedzieć. I przyszła mi myśl. Nie wiedziałem dlaczego. Ale czułem, że to się spełni. A co pomyślałem?
Poprosiłem Boga, żeby dał jej kogoś. Żeby jej serce nie cierpiało, żeby była szczęśliwa.
Huśtawka się zatrzymała.
— Było miło, prawda?
— Tak, bardzo romantycznie.
— Wiesz co pomyślałam?
— Nie.
— O nazwie tego miejsca. Ten psychol jest też nad przepaścią. I musi spaść.
— Nareszcie rozumiesz. Od wieków trwa na tej ziemi walka dobra ze złem. Ostateczne zwycięstwo należy do dobra. Ale musimu jeszcze na to poczekać. Ale w naszym wypadku to potrwa tylko sześć dni. On już przegrał.  
    Zeszliśmy do nadal zdziwionych ochroniarzy.
— Możecie już wszystko włączyć. Dziękujemy za współpracę. Dam znać w departamencie, że jesteście właściwymi ludźmi na właściwych miejscach.  
Monitory zaczęły się zapalać. Opuściliśmy ich pokój i zjechaliśmy windą do wyjścia.

                               Morderca.
  
Miałem powód do dumy. Ale czekałem na koniec. Wiedziałem, że wygram. Byłem lepszy. Mądrzejszy. Miałem już następną ofiarę i czekałem na właściwy moment. Wszystko było zaplanowane idealnie. Doskonale. Czy było mi żal tych ofiar? Nie. Każdego dnia ktoś ginie. Nie cierpiały. Nawet nie zdołały poczuć strachu. Żadna z nich nie wiedziała nawet, że umrze.
Najtrudniej mi było z tą małą Gabriellą. Może przez chwilę miałem coś, jakby niesmak.  
Miałem listę ofiar już dawno. Przygotowałem alternatywną również. Czasem los sprawia żarty. Ktoś może wpaść pod samochód... Napad przez kogoś był prawie niemożliwy. To była moja ofiara. Obserwowałem. A sam pozostawałem niewidoczny. Na tym polegała moja doskonałość.  
Gabriela pochodziła z dobrego domu. Chodziła do szkoły, na basen, na balet. Śliczny mały aniołek. Z pewnością poszła tam, gdzie ja nie trafię.  
     Bez przerwy ktoś z nią był. Czułem podniecenie. Uwielbiałem trudne zadania. Wszystko musiało być doskonale przeprowadzone. Gdybym zawiódł raz, cała akcja zostałaby odwołana, a ja musiałbym się zabić. Jak rasowy samuraj. Tylko nie mieczem. Miałem przygotowany bardziej atrakcyjny sposób. Bomba, która mogła rozwalić ze sto osób. Sam nie chciałem iść do czarta...  
    Obserwowałem małą od kilku tygodni. Trzeba być nieomylnym jak ja, żeby nikt nie zauważył. Wiedziała jedna osoba i na nią mogłem liczyć. To była jedyna osoba, której istnienie miało dla mnie znaczenie. Oczywiście, gdyby mnie zawiodła... Wiadomo co bym zrobił.
    Zauważyłem, że mała brunetka czasem wychodziła bawić się z rówieśnikami. Wówczas jechała windą dwa piętra w dół albo zbiegała po schodach. Rodzice zerkali co jakiś czas na dół. Zawsze kiedy kończyła zabawę, ktoś po nią wychodził. Musiałem zamrozić kamerę w windzie i w podziemnym garażu. Tam nie mogłem nikogo spotkać. Mój samochód nie mógł być rozpoznany. I co najważniejsze nikt nie mógł mnie zobaczyć w czasie całej akcji. I to graniczyło z cudem. A ja nie wierzyłem w cuda, więc musiałem coś zrobić. Technika mi sprzyjała. Wszystkie zamki w tym bloku miały elektroniczne kody. Wystarczyło wprowadzić wirus na kilka minut. W ten sposób nikt nie mógł ani wyjść ani wejść. Wirus trzymał zamki ile potrzebowałem aby uśpić małą, włożyć ją do dużej torby, zejść do garażu i wyjechać. Mimo to, to nie stanowiło najtrudniejszego. Musiałem ją uśpić, zanim mnie zobaczy. Miałem zasady i nigdy ich nie łamałem. Pozostawało tylko wyjście z windy. Musiała jechać sama i na dole nikt nie mógł na nią czekać. Poza mną. Miałem delikatną igłę. Środek działał po jednej trzeciej sekundy. Tyle czasu mogła się bać...

Byłem naprawdę dumny z siebie kiedy ją przywiozłem do wybranego miejsca. Nie zostawiałem śladów. Przyjechałem wieczorem. W jej przypadku, wiedziałem, że zawiadomią o zniknięciu. Ale to był tylko ten raz. Druga nastolatka mieszkała sama z mamą, a mama czasem przychodziła bardzo późno.
Gabriella miała doskonałe ciało bez skazy. Bo tylko takie mogła mieć. Nie przyglądałem się dłużej niż trzeba aby ubrać ją w białą sukienkę. Za pomoca bardzo dokładnego instrumentu wstrzyknąłem środek, wyjąłem maleńką igiełkę i już. Po sprawie. Super. Czysto i bezboleśnie. Byłem doskonały.  
A, nie znacie imienia tego geniusza. Jestem Daan.  

— Tym razem to będzie twoja porażka — powiedziałem cicho.  
Sara spała. W jej przypadku musiałem wprowadzać do jej krwioobiegu potrzebne substancje. Miała być w doskonałej formie, a musiała spędzić w stanie śpiączki prawie pięć dni. Czy miała sny? Miałem nadzieję, że nie horrory. To źle wpłynęłoby na jej kondycję. A miała być nieskazitelna.  
Ten głupi Steve i równie głupia Lekie nie wiedzieli, że wiem o każdym ich posunięciu. Zorientowałem się, że coś musi jej przekazywać inaczej niż ustnie, ale to co otrzymywałem, wystarczyło.  
Grupa krwi. Brawo. Ale żeby to odkryć, nie trzeba być geniuszem. Nie odkryli, że wszystkie ofiary były czyste. Dziewicze. To było tak oczywiste, że ja bym na to wpadł od razu. Ale to nie miało znaczenia. Nie dojdą kto, a nawet jeżeli, nie znajdą mnie. Hinduski znak OM. Debil. A ma się za geniusza. Wszystkie wygrane sprawy. Bo nie trafił na mnie. Błazen.  
I co robił całą noc na huśtawce? Całą noc? Coś było nie tak. Przechytrzył mnie, chytry lis. Przysięgam sobie, że jeżeli wygra, chociaż jak miałby to zrobić, zabiję Elizę. Bo to sprawi mu największy ból. Dopiero potem rozwalę się w centrum handlowym zabierając ze sobą wiele dusz...
                                            *

    Wróciliśmy do jej domu.
— Wstapisz na chwilę? — zapytała Lekie.
— Późno już.  
— Wiem, że nie to jest powodem. Nie będę cię kokietować. Rozumiem, że masz kogoś w sercu.  
— Chcesz zobaczyć co myślą o mnie twoje psy? — roześmiałem się.
— Nie tylko. Chciałam cię poczęstować herbatą i kawakiem dobrego tortu, o ile jesz słodkie koło północy.
— Zazwyczaj nie jem, ale skoro tak, to nie mam wyboru, partnerze.
     Mieszkała bardzo ładnie. Czysto. Idealnie. W stylu, który polubiłem od razu. Usiadłem na skórzanej kanapie.
— Chcesz czegoś posłuchać, mam dobry sprzęt.
Rzuciłem okiem.
— Wiem, że masz lepszy, ale naprawdę odbiór jest doskonały. Poszukaj czegoś, a ja zrobię herbaty.

Psy miały chyba o mnie dobre zdanie. Obwąchały mnie tu i tam i położyły się w nogach jakbyśmy byli od lat przyjaciółmi. Nie omieszkała tego nie zauważyć.                      
Rozumiałem się doskonale z moim partnerem.
Czyżby również lubiła Wagnera, czy to też było dla mnie? Bez przesady, musiała lubić.
Włączyłem Marsz pogrzebowy ze Zmierzchu bogów.
Weszła po siedmiu minutach.
— Lubisz to?
— Czasem. Ale gram go dla niego, a nie dla niej.  
— Twoja wiara mnie przerasta. Nie zwątpisz ani przez chwilę?
— Może za pięć dwunasta...
Wyłączyłem Wagnera i włączyłem arię z Poławiaczy pereł. Lieke miała wśród swojej kolekcji doskonały duet z udziałem Carussa północy Jossi Bjorling i Roberta Merrilla.  
Popijałem herbatę, a ciaso wyglądało smakowicie.
— Sama robiłaś?
— Tak, co myślisz?
Spróbowałem.
— Doskonałe. Masz wyczucie smaku.
Popatrzyłem na blondynkę.
— Dziewica.
Zarumieniła się.
— Tak.
Teraz ja z koleji się uśmiechnąłem.
— Nie chodziło o ciebie. Ofiary. Jestem pewny, że były dziewicami. To ma być rytualna ofiara. Chyba wiem gdzie będzie następna. Oczywiście! Możemy już nic nie robić. Wiem już wszystko.
Lieke wyglądała na zaskoczoną.
— Skoro tak, to czemu nie możemy wkroczyć?
— Nie rozumiesz. Ten facet jest genialny. Jestem pewny, że wszystko jest zaminowane. Pół budynku by wyleciało w powietrze. Poza tym on jej nie trzyma tam. To byłoby zbyt ryzykowne. To dziwne, komputer wskazywał na znak OM. A to coś zupełnie innego. Dla wiekszości byłoby bez związku. Teraz musimy sprytnie udawać. To cwany lis. I z pewnością o mnie tak myśli, chociaż poprzednio pękał z dumy i sądził, że jestem idiotą.
Lieke patrzyła znowu we mnie jak w obraz.
— Chciałabym tak umieć jak ty. To musi być wspaniałe.
    Popatrzyłem na nią. Przez moment nawet chciałem się otworzyć i powiedzieć jej o Elizie, ale zrezygnowałem. Tego nie mogłem jej powiedzieć. Wiedziała, ale gdyby to usłyszała, byłoby jej przykro. Wierzyłem, że moja proźba się spełni. Miała dobre serce i czystą duszę, zasługiwała na kogoś dobrego.
— Chyba już pójdę.
Uśmiechnęła się smutno.
— Nie liczyłam, że zostaniesz na noc.
Podszedłem do niej i delikatnie ją przytuliłem.
— Głuptas i do tego mały kłamczuszek — szepnąłem jej do ucha.
Pocałowałem ją w policzek. Musiałem się delikatnie wyzwolić z jej ramion.  
— Widzimy się rano. Śpij dobrze.
     Psy odprowadziły mnie do drzwi. A na zewnątrz czekała mnie niespodzianka. Czterech zakapturzonych gości stało obok mojego wozu. Otworzyłem drzwi za pomocą pilota. Światła mrugnęły i klakson wydał krótki dzwięk. Odwrócili się.
— Chcemy się przejachać — odezwał się jeden z nich.
Arabi. Wyrośnięte drągi około sześciu stóp każdy.
— To wóz dwuosobowy.  
Drugi spojrzał na mnie groźnie, bo nadal się zbliżałem.  
— Tylko nie dzwoń po policję, bo zanim przyjedzie, możemy zrobić ci z gęby kalafior.
— Tego uczy Koran?  
— Koran ci się nie podoba, psie.  
Wyciągnął rękę w moim kierunku.  
Jedyne czego nie chciałem, to zadrapać wóz.
— Uspokój się. Nie musimy się bić.
Zaczęli się śmiać.
— To nasze miasto. Tak jak Berlin i Paryż. Dawaj kluczyki.  
No cóż. Musiałem to zrobić. A tak nie lubiłem przemocy.
— Zróbmy tak. Pójdziecie grzecznie do domu, o ile go macie, ja o wszystkim zapomnę.  
    Widocznie nie uwierzyli. Ten pierwszy zamachnął się żeby mnie powalić sierpem. Pociągnałem go za rękę i oczywiście stracił równowagę. Moja prawa noga pomogła mu skierować się w kierunku asfaltu, a lewa dłoń zapoznała się z jego karkiem. Usłyszałem lekki chrzęst. Miałem nadzieję, że nie spędzi reszty życia na wózku. Nastapiła chwila konsternacji i ja musiałem to wykorzystać. Złapałem dwóch za bluzy, blisko szyii i mocno przyciagnąłem, żeby stuknęli się czołami. Znowu usłyszałem jakby dwie cegły się spotkały.  
Ostatni zdąrzył wyjąć nóż.  
— Schowaj to i idź do domu — powiedziałem spokojnie.
— Ty niewierny psie — zaklął po arabsku.  
Stał i zaczął zastanawiać się jak uderzyć.  
     Z nożem nie ma żartów. Tylko na filmach wygląda łatwo. Musiałem trzymać dystans. Byłem dość szybki w nogach. Musiałem go wyczuć. Mój cios musiał być idealny. Tak jak wszystko co starałem się robić. Nie jest łatwe trafić w poruszającą się rękę, a szczególnie trafić w sam nadgarstek. Ale robiłem to setki razy. Z pistoletem bym nie ryzykował.  
Z bronią palną jest inaczej. Trzeba wiedzieć czy gość strzeli czy nie. I kiedy jest już przekonany, że się go boisz, musisz mu zabrać broń. To trzeba ćwiczyć latami albo mieć wrodzony dar.  
     Mój wyczyszczony i lśniący czubek buta trafił dokładnie gdzie chciałem. Nóż poszybował do góry. W chwilę później moja nasada prawej dłoni uderzyła go w szczękę. Znowu chrobot. To boli, wiem. Ale uprzedzałem.  
Zwijał się z bólu. Popatrzyłem na niego z góry.  
— Zadzwonić po pogotowie.
Coś chciał powiedzieć.  
— Wiesz, że mogłeś mi zrobić krzywdę? Z nożem nie ma żartów. Jesteś praworęczny, prawda? Wziąłem go za nadgarstek. Szybki ruch i dodatkowa porcja bólu pozbawiła go przytomności. Przez trzy miesiące nie weźmie nic do ręki.  
Nastawiłem mu wybitą szczękę i zadzwoniłem po policję. Dwóch co stuknęli się głowami, zaczęło się ruszać. Podniosłem ich z ziemi i stuknąłem jeszcze raz, tym razem mocniej. Nie miałem zamiaru składać raportu. Sprawdziłem tylko puls pierwszego idioty. Żył. Miałem pewność, że będzie chodził.  
Zastanawiałem się czy ich w ogóle zatrzymają. Takie czasy. Ich miasto. Może, ale jeszcze nie teraz. Ruszyłem łagodnie.
— Nie pozwolę cię skrzywdzić — szepnąłem.
Oczywiście nie powiedziałem tego do mojego auta. Te słowa były skierowane do pogrążonej w śnie ostatniej i niedoszłej ofiary tajemniczego psychola.
    Dojechałem do hotelu i oczywiście pomyślałem o ciemnowłosej. Jak przyjęła fakt, że się wyprowadziłem? Jeżeli mnie kochała prawdziwie, nie mogła nawet wątpić, że to była przygoda na jedna noc. I wiedziałem, że nie wątpiła.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 2857 słów i 15985 znaków, zaktualizował 25 gru 2019.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Detektyw dobrze się bije. Morderca jest bez litości , oby udało się go złapać, ale z tego co mówił nie będzie to łatwe zadanie, zwłaszcza że zna każdy ich ruch, no prawie każdy.

  • AlexAthame

    @AuRoRa Dzieki za komentarz. Szczegolnie ze jestes jedyna   :)