Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Okami cz. 7

Wylądowały w Białym koniu kilka minut po dziesiątej. Pojechały do średnio drogiego hotelu. Było zimno, ale nie tak, jak się spodziewały.
– Mamy wszystko poza bronią – powiedziała Emi.
– Może lepiej wypożyczyć dopiero w Rose River? – zapytała blondynka.
– Tu jest większe miasto, więc będzie może większy wybór.
– Co masz na myśli? – zapytała Amber, bo czuła, że Emi ma coś na myśli.
– Chodzi o pistolet. Tam z pewnością by mieli, ale myśliwi potrzebują długiej broni. A my mamy polować na kogoś innego i wcale nie chcemy, by o tym ktoś wiedział.
– Na ducha – odezwała się Amber.
– Wiem co czujesz. Czy go znajdziemy? Niby mała mieścina, ale to i tak szukanie igły w stogu siana. W koło lasy, a my nie będziemy rozgłaszać na lewo i prawo, że szukamy domku w lesie, gdzie ktoś zabijał ludzi w potworny sposób.
– Tak, ale złapanie tropu jest najważniejsze.
Rozejrzały się po pokoju. Dwa łóżka, obowiązkowo telewizor i oczywiście łazienka z białymi ręcznikami i szlafrokami.
– Pojedziemy od razu, żeby kupić broń?
– Nie będziemy kupować, tylko wypożyczymy. Jesteśmy turystkami. Chcemy polować. Muszę okazać  pozwolenie.
– O wszystkim pamiętasz. W dzisiejszym świecie na wszystko trzeba mieć pozwolenie.
– Tak, a w najważniejszych sprawach te same siły chronią najgorszych przestępców.
– Najgorszymi przestępcami są ci, którzy wiedzą o tym, a kryją zbójców i zboków.
– I tych pewnie musimy pozostawić przy życiu. Czy zło będzie kiedykolwiek ukarane?
– Co masz na myśli, Emi?
– Sąd Boży.
– Sąd Boży? Nie myślałam, że w to wierzysz. Jest tyle zła.
– Bóg nie czyni zła, tylko ludzie.
– Dopuszcza. Dlaczego?
– Właśnie. Czytałaś tę książkę?
– Zerknęłam – odrzekła nieco zbita z tropu Amber.
– Ja przeczytałam dokładnie i to trzy razy. Ludzie nie rozumieją Bożego działania. Dopuszcza, bo inaczej ludzie nie mieliby sami przed sobą dowodu. Wierzę, że cierpienie jest nieuniknione. Wiem, że to brzmi okropnie, ale chyba sam diabeł nie jest tak zły, jak niektórzy ludzie.
– Nawet takie, jakie widziałyśmy na filmie? – kontynuowała swój wątek, Amber.
– Nawet gorsze. Jedziemy. Nie przyjechałyśmy tu by prowadzić dysputy teologiczne.
Wzięły taksówkę i pojechały do sklepu z różnym sprzętem pod nazwą CanadianTire. W nim znajdował się dział z bronią. Zanim dojechały, Amber zachowywała się, jakby chciała o coś zapytać, jednak z uwagi na obecność szofera, nic nie powiedziała. Zrobiła, to dopiero kiedy wyszły z żółtej Toyoty Camry.
– No pytaj, bo czułam, że chcesz – odezwała się Emi.
– Zabiłyśmy – powiedziała cicho Amber.
– Wymiar sprawiedliwości zawiódł. Ktoś musi wymierzać sprawiedliwość.
– Wiesz, że oni nie cierpią kogoś, kto zabija za nich.
– Tak, wiem o tym. Wiesz, że tu podobnie jak i w Australii nie ma kary śmierci? W USA jest tylko w niektórych stanach. Oni uważają to za nieludzkie.
– Aha, czyli jak zabójca, a szczególnie sadystyczny zabójca to robi, jest w porządku, natomiast oficjalnie to nieludzkie.
– Wiesz dobrze jak ja, że prawo jest niesprawiedliwe. W wielu wypadkach chroni przestępców. Ja wierzę, że za wszystko odpowiem przed Bogiem.
– Właśnie to, że wierzysz, nieco mnie zaskoczyło. Ja nie mam pewności.
Emi popatrzyła jej prosto w oczy.
– Nie zamierzam tego zmieniać, to twoja decyzja.
Okazało się, że nie mogą wypożyczyć, przynajmniej nie tu. Mogły tylko kupić. Wobec tego Emi kupiła dwa pistolety, a karabiny na grubego zwierza zamierzały wypożyczyć już w miejscu docelowym, bo zgodnie z informacjami sprzedawcy broni, tam mogły to zrobić.
– Czy jest tu coś ciekawego do zwiedzania – zapytała miło Emi.
Sprzedawca miał między trzydzieści pięć, a czterdzieści lat. Wielki chłop z czarną brodą i wielkim brzuchem, świadczącym prawdopodobnie o miłości do jedzenia i piwa.  
Facet się uśmiechnął szeroko.
– Jest tu parę barów, miejsc, gdzie przychodzą raczej faceci. Tam raczej was nie wpuszczą. Biały Koń to zapomniane miejsce i ludzie mieszkają tu z różnych powodów. Tam, gdzie się wybieracie, jest inaczej. To wymarzone miejsce dla myśliwych. Ross River żyje tylko dzięki turystyce. Gdyby nie to, nadal by widać tam było na ulicach tylko pijanych indian. Wygląda dobrze, lepiej niż Biały koń.
– Co pan miał na myśli, mówiąc, że jest tu parę miejsc, do których przychodzą mężczyźni i tam nas raczej nie wpuszczą? – zapytała blondynka. 
Facet się nieznacznie zmieszał, ale odpowiedział.
– Są tu bary gdzie główną atrakcja są rozbierające się kobiety.
– To zrozumiałam, ale dlaczego by nas tam nie wpuścili?
Tym razem grubas nieco się zaczerwienił.
– Tam nie wpuszczają samej kobiety, musi być z mężczyzną.
– Dziwne prawo. Dlaczego?
– Chodzi o kobiety preferujące kobiety – odpowiedziała za sprzedawcę, Emi.
– O! – zdziwiła się Amber. – ale my nie jesteśmy takie.
Sprzedawca uznał, że całkowicie się zgadza z blondynką, ale bąknął tylko, że takie przepisy. Emi chyba chciała jak najszybciej zmienić temat i powróciła do ostatniego pytania.
– Czyli chce pan powiedzieć, że tu nie ma nic, co wyróżniałoby to miasto od innych? Jesteśmy z nowej Zelandii i poznajemy inny kraj dawniej należący do Korony Brytyjskiej.
– Naprawdę nic tu nie ma. Mamy jednego doktora zajmującego się fauna i florą. – odrzekł sprzedawca zadowolony, że nie musi dłużej odpowiadać Amber na nieco krepujące pytania.
– O tak? Jeden sławny naukowiec na całe miasto?
– Na to wygląda.
– A co jest ciekawego w jego pracy? – nie dała za wygraną blondynka.
– Nie jestem fanem nauki. Facet ma międzynarodową sławę. Nic więcej nie wiem.
– To i tak miło z pana strony, że nam pan tyle przekazał – zakończyła Emi
Facet wyraźnie częściej spoglądał na blondynkę niż na Emi.
– Ona też jest śliczna – powiedziała nagle Amber.
Emi popatrzyła na nią i ponownie na potężnego sprzedawcę.
– Moja przyjaciółka ma nietuzinkowe poczucie humoru – skwitowała jej wypowiedź.
Facet się zmieszał. Nic nie powiedział, a tylko zajął się papierkową robotą.
– Dziękujemy – powiedziała na koniec szatynka i pokiwała tylko lekko głową na boki.
– Miłych wakacji i trzymajcie się ciepło – odrzekł sprzedawca.
– Wzajemnie. – Emi spakowała dwa pudła z pistoletami. 
Zapłaciła prawie tysiąc dolarów.
Po chwili wyszły ze sklepu.
– Co to miało być? – zapytała Emi.
– Nic takiego. Gapił się na mnie, tylko to.
– Zauważyłam, ale czemu mu powiedziałaś, że też jestem ładna.
– Śliczna.
– Co, śliczna.
– Powiedziałam, że jesteś śliczna.
– Powiedziałaś, że też jestem śliczna, chwalipięto.
– Och, rzeczywiście tak powiedziałam. To przypadkiem tak wyszło.
Emi popatrzył dłużej na przyjaciółkę.
– Co?
Emi poczuła, że powinna coś powiedzieć.
– Czasami nie zachowujesz się jak hetero.
– Co masz na myśli? – zdziwiła się blondynka.
– A co mogę mieć. To chyba jasne co powiedziałam.
– Jedziemy gdzieś? – zapytała Emi.
– Do motelu, a chciałaś zwiedzać tę dziurę.
– No bez przesady, nie jest tak źle. W Ross River będzie gorzej i przypominam ci, w jakim celu tu przyjechałyśmy. – odrzekła Emi.
– Robisz się upierdliwa. – powiedziała bez złości Amber.
Ponownie zamówiły taksówkę i pojechały do wypożyczalni samochodów. Powinny zrobić to na lotnisku, ale zrobiły to dopiero teraz. W Avis wzięły na dwa tygodnie Toyotę Tacomę.
Droga nie była super odśnieżona, a ponieważ właśnie w tej sekundzie Emi wcisnęła gaz, samochód lekko zarzuciło.
– Czy to auto jest na pewno przystosowane do zimy? – zapytała blondynka.
– Sprawdzam właśnie – odrzekła chyba lekko zdenerwowana szatynka.
– Coś nie tak, siostro?
Amber delikatnie położyła dłoń na jej udzie.
– Wszystko dobrze, gdzie chcesz jechać?
– Zjadłabym coś – powiedziała Amber.
Szatynka rozejrzała się w obu lusterkach i zatrzymała pick-upa.  
– Popatrzę na GPS, gdzie jest jakaś dobra knajpa.
– Raczej na internecie – wtrąciła Amber.
Emi rzuciła jej krótkie spojrzenie. Na zewnątrz padał lekki śnieg. Blondynka rzuciła okiem na zewnątrz i ponownie powracała wzrokiem to na Emi to na ekran jej komórki.
– Ta wygląda nieźle – wskazała nazwę.
Emi wybrała restauracje pod nazwą Antoinette na 4121 Withehorse ave. Dojechały tam po kilku minutach. Zwykły żółty budynek nie zapowiadał rewelacji. Ku małemu zaskoczeniu knajpkę prowadziła murzynka, ale dostrzegły również białego mężczyznę, w średnim wieku. Ponieważ nie było wielu gości kobieta podeszła do ich stolika.
– Witam – powiedziała z karaibskim akcentem.
– Macie tu dobre jedzenie? – zapytała Emi.
Murzynka się uśmiechnęła.
– Staram się, by smakowało jak w domu – odrzekła.
– To pani jest kucharzem? – zapytała Emi.
– Czasem gotuję. Jestem Antoinette – wyciągnęła dłoń w kierunku Emi.
– Och, czyli nazwa restauracji pochodzi od pani imienia, tak?
– Zgadza się. Pochodzę z małej wyspy Tobago.
Kobieta był naprawdę miła. Rozmawiały razem kilka minut i z jej pomocą zamówiły posiłek. Antonette zdziwiła się, że przyleciały aż z Australii. Emi zdecydowała powiedzieć jej prawdę. Widocznie uznała ją za bardziej godną zaufania niż sprzedawcę broni. Jedzenie było pyszne. Spędziły tu dwie godziny.
– To chyba był dobry wybór – powiedziała Amber, kiedy już wyszły.
– Szczerze, nie spodziewałam się, że będzie tak pysznie smakowało.
Obie jednak zwróciły na coś uwagę. Amber wspomniała podczas rozmowy o znanym lekarzu, a wówczas na twarzy murzynki pojawił się niedostrzegalny grymas. Rozejrzała się, żeby upewnić się, że nikogo nie ma i szepnęła.
– Podobno bardzo dziwny facet. Ma niesamowite wpływy i liczą się z nim wszędzie. Czasem przychodzą do niego kontenery ze znakiem biologiczne niebezpieczeństwo.
– Pewnie ma to uzasadnienie – wtrąciła Amber.
– Być może.
Potem rozmawiały o czymś innym i twarz murzynki przyjęła już normalny wyraz.
– Myślisz o tym samym co ja – Emi przyglądała się twarzy Amber.
Rozumiały się bez słów. Siedziały w wozie, ale jeszcze nie ruszyły. Motor chodził na wolnych obrotach, ale niestety nie leciało jeszcze ciepłe powietrze.
– Możemy rzucić okiem, o ile znajdziemy jego adres na googlach.
– Skoro jest taki sławny, to powinna być informacja.
Po chwili poszukiwań znalazły. Berry Hamilton, biolog molekularny. Badacz fauny i flory północnej Kanady.
Zajęło im dwadzieścia minut, by dotrzeć do jego miejsca zamieszkania. Niestety po pół godzinnej obserwacji nie zauważyły znaków życia. Wróciły do motelu.
– Masz zamiar jeszcze tu pobyć, czy jedziemy do Ross River?
– Pojedziemy z rana. Trzeba jechać tam cztery godziny. Patrzyłam pogodę, zapowiada się dobrze. Minus piętnaście w dzień i dwadzieścia dwa w nocy.
– I ty mówisz, że zapowiada się dobrze? – tym razem Amber pokiwała głową w poprzek.
– Wiedziałaś, że jedziemy w kanadyjską zimę, to nie marudź, bo cię zjem.
Amber się uśmiechnęła i powiedziała miło.
– To zrób to.
Emi popatrzyła na nią z niezrozumieniem i zapytała.
– Co mam zrobić?
– Zjeść mnie – powiedziała cicho blondynka.
– Wariatka – skwitowała jej wypowiedź szatynka. 
Blondynka westchnęła i usiadła na łóżku.
Dopiero po dwóch minutach Emi dostrzegła delikatny smutek na jej twarzy.
– O co chodzi? – zapytała przyjaciółki.
– O nic mi nie chodzi. – odrzekła szybko Amber.
Szatynka sprawdziła broń, potem wstawiła wodę na herbatę, bo miały w pokoju małą kuchenkę na dwa palniki, ale na prąd, a nie na gaz. Kiedy Amber już była pewna, że Emi nie załapała tematu jej zaczepnej rozmowy, szatynka usiadła przy niej i spojrzała w jej śliczne oczy.
– Jesteś pewna, że tego chcesz?
Amber poczuła elektryczny szok. Delikatnie ujęła dłoń przyjaciółki i powiedziała.
– Prawie.
Emi patrzyła chwilę w jej błękity i rzekła.
– To powiedz mi, kiedy będziesz całkiem.
Amber zrozumiała. Fakt, to było nowe zarówno dla jednej jak i drugiej. Miały przed sobą poważną akcję i nie były pewne czy im się powiedzie, bo oczywiście wyglądało to na szukanie igły w stogu siana. Obie czuły się super w swoim towarzystwie, ale tu chodziło o coś kompletnie innego. Amber nie chciała o tym rozmawiać i Emi również, ale z jej ostatniej wypowiedzi wynikało, że myśli i odczuwa chyba podobnie jak blondynka. Rozmawiały do wieczora zupełnie normalnie, jak poprzednio. Emi studiowała mapę okolicy Ross River, a Amber ćwiczyła techniki karate. Znalazła na internecie kilka kata z technik karate Shotokan. Wykonywała je bardzo łagodnie i bardziej to przypominało tai–chi niż karate. Kiedy wzięły prysznice, obie posiedziały jeszcze kilka minut w szlafrokach, a potem uznały, że czas na spanie. Miały wyjechać zaraz po siódmej.
Chwile leżały w łóżkach kiedy światło było już kompletnie zgaszone, nie licząc małych lampek na stoliczkach przy łóżkach. Emi miała małą nadzieję, że Amber zaproponuje wspólne spanie. Chciała mieć ją blisko, ale sama nie zdecydowała się o tym powiedzieć. Nie chciał niczego innego tylko jej bliskości.
– Emi? – Amber powiedziała cicho i Emi poczuła delikatna gęsią skórkę.
– Tak, Amber.
– Chciałam ci powiedzieć, że czuję się super z tobą. Wiem, że myślisz o tym, żebym do ciebie wskoczyła, ale nie mogę.
– Rozumiem – odrzekła Emi.
– Nie rozumiesz. Już jestem pewna i ty chyba też, ale wojownicy nigdy nie spali ze swoimi kobietami przed walką, a nas taka czeka, tylko nie wiem kiedy.
Emi uznała, że to, co powiedziała przyjaciółka, jest bardzo poważne i dorosłe.  
– Teraz rozumiem. Chcę ci coś powiedzieć. Ja... – Emi zawiesiła głos.
– Ja ciebie też. Tak całościowo. Nie wypowiadajmy tego słowa. Musimy najpierw zwyciężyć.
– Masz rację. Nigdy nie myślałam, że tak może się stać.
– Ani ja – powiedział blondynka.
Emi nadsłuchiwała jeszcze chwilkę, bo miała nadzieję, że jej przyjaciółka jeszcze coś powie, ale usłyszała tylko głęboki, cichy i spokojny oddech Amber.
Blondynka właśnie śniła wielkiego czarnego wilka. Czuła w śnie, że bardzo się boi i wówczas zobaczyła mistrza. Dopiero rano sobie to uświadomiła i zastanawiała się, czy powiedzieć o tym przyjaciółce, ale ostatecznie zrezygnowała. Ich poranna rutyna nie różniła się niczym od poprzednich z tą różnicą, że wcale się nie odzywały. W końcu za piętnaście siódma opuściły pokój. Zeszły do recepcji i Emi uregulowała rachunek. Pożegnały recepcjonistę i wsiadły do samochodu. Ruszyły w kierunku Ross River.

lila

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i thrillery, użył 2562 słów i 15034 znaków, zaktualizował 11 lip o 3:05.

Dodaj komentarz