Nie zadzieraj z nieznajomym

Padający od dwóch dni śnieg przykrył już sporą część zieleni otaczającej osiedle. W prawie każdym oknie wisiały lampki lub migające gwiazdy i świeczki. Tym razem klimat świąt udzielił się większości mieszkańców bloków nowo powstającego osiedla Jar w Toruniu. Parkingi wypełnione autami klasy średniej i wyższej. Żadnego Tico czy Seicento. Ludzie mieszkający w tej dzielnicy fundujący sobie mieszkanie tutaj z kredytu nie mieliby odwagi zajechać na parking starym passatem. To miała być dzielnica ludzi zamożnych. To nic, że za kredyt pięćset tysięcy i pętlę na szyi świeżo upieczonych małżonków. Liczyło się tylko to, że miałeś nowe i nie do końca własne mieszkanie, bo bank bez problemów mógł cię wypieprzyć na zbity pysk z tego prestiżowego osiedla za niepłacenie rat. O tym nie musieli wiedzieć przyjezdni. Najważniejsza jednak była głowa do góry podczas spaceru do sklepu po brakujący produkt czy zwykłe wyjście z psem. Byłeś tutaj kimś, bo mieszkałeś w nowej dzielnicy Torunia. Miasta krzyżackiego, które faktycznie nadal żyło czasami rycerzy walczących w szatach z czarnym krzyżem na plecach. Lata świetlne dzieliły Toruń i Bydgoszcz, która sportowo i rozrywkowo biła Toruń na głowę. Ta wojna trwała od zawsze, ale lider był jeden.  
Z trzeciej klatki bloku przy Strobanda 13E wyszedł facet z psem. Niewielki York ubrany w kubraczek ze świątecznym motywem Mikołaja odzwierciedlał tylko głupotę jego właścicieli. Wąchał wszystko dookoła a jego pan podążał za nim w stronę pozostałości lasu, który już tylko dogorywał. Tysiące zwierząt zostało przepędzonych, bo jakiś urzędnik wymyślił sobie w tym miejscu osiedle dla bydła uciekającego z miasta w poszukiwaniu błogiej ciszy.  
– Posprzątaj to – warknął przechadzający się przez las bezdomny na widok pozostawionego gówna.
– Spierdalaj dziadu. To jest mniejsze niż gówno jelenia.
– Posprzątaj!
Stanęli naprzeciwko siebie. Pan z drogiego osiedla i menel w podartej kurtce. Żaden z nich nie przejawiał strachu, ale to menel odpuścił, jako pierwszy.
– Tak myślałem – splunął przed nim osiłek, który uważał się za pakera po ledwie kilku miesiącach uczęszczania na siłownię.
Ten w podartej kurtce nachylił się po puszkę po Żubrze. Zgniótł ją i wrzucił do targanego przez siebie worka. Mruknął coś i zniknął w resztkach tutejszego lasu.
– Frajer. Mika idziemy – prychnął nowobogacki i pociągając za sobą rasowego psiaka wrócił do bloku.
Menel poczekał aż facet wejdzie do środka. Gdy zgasło światło na klatce stanął pod domofonem. Wybrał pierwszy numer.
– Halo?
– Znalazłem brelok z napisem Mika. Wie pan może czyj to pies? Chciałem oddać zgubę.  
– Zadzwoń pan pod siódemkę.
Facet odłożył słuchawkę a menel wybrał numer 7.
– Słucham? – odezwała się kobieta.
– Pogotowie elektryczne. Zgłoszono awarię w piwnicy.
Kobieta otworzyła drzwi bez zająknięcia. Uświadomił sobie, że nowobogaccy to debile. Nawet się nie pofatygowała do okna, żeby sprawdzić cokolwiek.  
Wahał się przez kilka chwil jak to rozegrać. Po dobremu czy zaryzykować ostrzejszą wersję. Wybrał wariant pośredni, który nie był jeszcze zaplanowany do samego końca. Postawił na improwizację, bo i tak mu nie zależało.
Wszedł na drugie piętro. Rozejrzał się po klatce schodowej. Było tak czysto, że sam korytarz był niczym Mariott przy jego aktualnym siedlisku. Wyciągnął zza pazuchy paczkę prezentową, którą ktoś zdążył już wyrzucić na śmietnik. Wyprostował ją i zostawił pod siódemką. Zapukał i szybko czmychnął za róg. Drzwi uchylił dokładnie ten sam osiłek. Złapał za paczkę i zaraz ją odrzucił.
– Ty skurwielu – krzyknął, że echo się rozniosło po korytarzu.
Menel przyczaił się za kwiatem i prawie parsknął śmiechem. Pomysł z gównem psa w paczce okazał się perfidnie skuteczny. Drzwi trzasnęły, ale zaraz wyskoczył z mieszkania ubrany w czarną kominiarkę i ciemne dresy osiłek, z którym prawie się starł. Zaczekał aż ten wyszedł z klatki i pobiegł w kierunku lasu.  
Schylił się jak najbardziej potrafił, aby czujniki ruchu nie zapaliły światła na korytarzu. Czołgając się pokonał korytarz i wyskoczył na klatkę schodową. Skradał się cicho i co kilka metrów chował się za drzewami.
– Wyłaź skurwielu – wrzeszczał dresiarz – Miej jaja i pokaż się.
Wsypał garść piachu w puszkę i rzucił kilka metrów przed osiłka.
– Takiś odważny? – odskoczył od puszki, ale chwycił ją i rzucił w ciemny las.
Menel zawył niczym wilk. Dresiarz spanikował rozglądając się nerwowo.
– No dawaj! Walcz twarzą w twarz. Tchórzu pierdolony.
Mleko się rozlało. Wyjął spod pazuchy niewielki łom. Prawie pół metra i niecały kilogram stali rozczapierzony na samym końcu. Rzucił kolejną puszkę wypełnioną piachem.
– No chodź – warknął dresiarz i zaczął się nerwowo rozglądać.
Menel czekał na właściwy moment.
– Jak cię jutro dorwę to masz wpierdol gwarantowany cioto – obrócił się na pięcie i dalej rozglądając się odważnie dreptał wolno w kierunku bloku.
Nagle usłyszał świst zamachującego powietrze metalu. Padł na ziemię nieprzytomny.  
Menel złapał go za nogi i wciągnął w las.  
– A mówiłem, żebyś posprzątał?
Dresiarz zamglonym wzrokiem rozglądał się na boki próbując ustalić źródło głosu. Uniósł ręce, ale były spięte trytytką.
– Jak mnie uwolnisz to puszczę cię wolno – zgrywał chojraka, ale było za późno.
Ujawnił się w końcu. Włączył latarkę i zaświecił skrępowanemu osiłkowi prosto w twarz.
– Teraz za późno na sprzątanie.
– Błagam. Nie rób mi krzywdy…
Ciemna plama w kroczu dresiarza zaczęła parować. Kilka stopni mrozu i gorący mocz obnażyły odwagę chłopaka.
Menel wziął zamach i walnął go łomem prosto w tors. Wyjął z kieszeni jakąś brudną szmatę i zatkał mu usta. Wziął kolejny zamach i znów uderzył w tors.
– To za ciotę – wykrzywił zęby w przeraźliwym uśmiechu.
Krew coraz cieplejsza bryzgała oblepiając mu twarz. Czuł się znakomicie. Adrenalina wypełniała go całego. Widok rzucającego się we wszystkie strony ciała sprawiał mu przyjemność. Uderzał w głowę, aż dresiarz przestał oddychać. Przyklęknął przed nim i splunął mu w twarz.
– Trzeba było posprzątać.  
Zrzucił ciuchy i przebrał się w strój dresiarza. Naciągnął kominiarkę na twarz i poczłapał w kierunku klatki. Wyjął z kieszeni klucz i otworzył sobie drzwi. Wdrapał się na drugie piętro i podszedł pod siódemkę. Wsadził klucz w drzwi i przekręcił zamek. Wszedł do środka po cichu.
– Tomek? – słyszał kobiecy głos z drugiego pokoju.
Ściągnął buty i wolno zmierzał do salonu.
– Tomek? – ze środka wyjrzała głowa, którą natychmiast trafił łomem. Czarnowłosa padła przed nim w samym progu.  
– Mamo?
Kolejny głos dobiegał z innego pokoju. Był to głos chłopca. Dawał mu góra dziesięć lat. Zaczaił się pod choinką aż ten przybiegł sam do salonu. Dziecko było naiwne i natychmiast podbiegło do matki.
– Mamo, mamo – przykucnął przy niej.
Menel natychmiast wyskoczył spod okna. Szybkim chwytem złapał dzieciaka za kark i zakrył mu usta dłonią.
– Zachowaj spokój a nic wam nie zrobię.
Dzieciak wierzgał się robiąc hałas. Złapał go za włosy i szarpnął.
– Rozumiesz?
Chłopiec pokiwał głową. Menel wyjął szmatę z kieszeni i wetknął ją w usta dzieciaka. Związał mu ręce i nogi trytytkami i powoli opuścił go na podłogę. Nachylił się nad nieprzytomną kobietą. Przyłożył dwa palce do jej szyi. Nie oddychała. Niestety.
– Masz pecha młody.
Leżący na brzuchu chłopiec próbował wrzeszczeć, ale knebel skutecznie mu to uniemożliwiał.
– Gdzie macie lodówkę?
Dzieciak nie miał jak odpowiedzieć. Wstał z kolan i poczłapał do kuchni. Uchylił drzwi lodówki. Była pełna. Ten widok go zaspokoił. Wyjął miski z sałatkami i zaniósł do salonu. Wrócił się jeszcze po mięso i Pepsi.  
Wszedł do łazienki i dwukrotnie umył ręce. Higiena była najważniejsza. Zrzucił sreberka z misek i zabrał się za jedzenie. Po chwili przybiegł pies. Rzucił mu na dywan wielkie udko z kurczaka. Pies był tak głupi, że natychmiast zabrał się za obgryzanie mięsa.
– Smacznego – rzucił psu jeszcze skrzydełko i sam spałaszował miskę sałatki jarzynowej. Odkręcił korek z butelki i popił czarnego napoju. Od lat nie pił Pepsi. Ten smak był błogi.  
Wrócił się do lodówki. Na stole leżała płócienna torba. Wypełnił ją kolejnymi miskami i pudełkami wyjętymi z lodówki. Z blatu zabrał jeszcze telefon komórkowy.
– Wesołych świąt mały – roześmiał się cicho i zaczepiając smycz psu zabrał go ze sobą.  
Dla zmyłki zamknął drzwi mieszkania na klucz i zszedł na dół z przyniesioną ze sobą torebką. Wrócił do lasu. Stanął jeszcze nad leżącym w krzakach dresem. Leżał w samych bokserkach a jego ciało było niesamowicie blade. Mróz robił swoje. Wyjął z paczki gówno psa i wepchnął je dresowi prosto do buzi. Zrzucił ciuchy i przyodział swoje. Po raz ostatni spojrzał w martwe oczy osiłka a potem owinął smycz wokół jego nogi. Pies zaczął piszczeć niepokojąc się.  
– Trzeba było nie zadzierać ze mną.
Złapał za worek z puszkami i oddalił się. Wyjął telefon z kieszeni. Wybrał 112.
– Centrum zarządzania kryzysowego. Słucham?
– Ktoś zmasakrował jakiegoś faceta – szepnął.
– Gdzie? Jak się pan nazywa?
Wziął zamach i wyrzucił telefon a sam pomknął w innym kierunku.

user222020

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i thrillery, użył 1659 słów i 9765 znaków.

2 komentarze

 
  • Baba

    Coś całkiem innego. Całkiem inaczej napisane.  Opis osiedla i mieszkańców- krótki acz dosadny. Tempo, akcja- całkiem fajne, chociaż w pewnym momencie Autor trochę się pogubił i czytelnik może poczuć się trochę zdezorientowany prowadzeniem opowiadania. Ale wszystko przed Tobą! Debiut 👍

  • user222020

    @Baba Dzięki za miłe słowo. Jakieś porady? Nauka to podstawa.

  • agnes1709

    Cóż za gorzka kara za egoizm i lenistwo. Dość pomysłowo i nietypowo, zaskoczyłeś z tą kupą :lol2: aczkolwiek tekst trzeba nieco dopracować. Myślę, że to przyjdzie z czasem, więc łapę na zachętę klikam ;)

  • user222020

    @agnes1709 Dzięki. Każde porady mile widziane :)