John Payne-Rozdział 21

      Pierwszy raz odkąd opuściła mnie słodka Mary, powitałem dzień bez żadnego kaca, czy bólu głowy. Pogodny świergot ptaków nie irytował, ciepłe promienie słońca nie oślepiały, a mieszkanie nie wydawało się kołysać na boki. Minęło trochę czasu, odkąd wróciłem z posiadłości. Śnieg zdążył stopnieć, a trawa zaczęła zielenić się, aż chciało się pospacerować alejami.
     Od tamtego wieczoru Jess ograniczyła swe kontakty ze mną do oficjalnych, już bardziej rzeczowe było biurko, przy którym siedziałem. Również Eli rzadko do mnie wpadała, tak jakby coś przedtem razem ustaliły. Spojrzałem na otoczenie, które już nie można było nazwać wszech czystym. Brudne ubrania rzucone na podłogę, tona naczyń waląca się po całym pomieszczeniu oraz szklane popielniczki, wypełnionymi do cna petami. Nie nazwałbym się czyściochem, wolałem bałagan, gdzie wszystko znajdę. Choć był jeden plus, w tym cały rozgardiaszu próżno było szukać pustych albo pełnych butelek.
     Jednak nawet ja musiałem stwierdzić, że pora posprzątać, idealne zajęcie, by zająć ciało, a myśli pozostawić śledztwu. Staliśmy w miejscu, mieliśmy już pięć ofiar, a śladów jak na lekarstwo. Prasa nazywała nas porażką, politycy robili kosztem policji karierę, obiecując zbawienną reformę tego aparatu, a zwykli ludzie bali się, że przyjdzie pora na nich. Wrzuciłem naczynia do zlewu, jako jeden z nielicznych uważałem zabójcę za człowieka konkretnego, który zabija w określonym schemacie. Alfons, bogata paniusia, komisarz, agenta nieruchomości i Markiz de Sade. Tego ostatniego znaleźliśmy w jego własnym domu, gdy gosposia wezwała pomoc. Wisiał nagi na pasku od spodni, a tuż przed nim piętrzyły się nieprzyzwoite zdjęcia. Przypadek pasował na uduszenie „z przypadku”, ponoć istnieją ludzie, którzy chcą wzmocnić doznania seksualne, podduszając się, ryzykiem tego jest śmierć.
     Nie wierzyłem w taką diagnozę, poznałem ofiarę tylko przez parę godzin, ale na pewno nie zaryzykowałby aż tak bardzo. Miał opinie dewianta i zboczeńca, lecz widziałem, jak z obrzydzeniem patrzy na narzędzia przemieniające ból w rozkosz. To nie było w jego stylu, przynajmniej to podpowiadała mi intuicja. Nie wiadomo, kiedy zlew stał się pusty, wszystkie naczynia błyszczały, jakby dopiero co opuściły sklep. Dobrze wiedzieć, że przynajmniej ręce mam sprawne. Teraz przyszedł czas na brudne ubrania, zdążyły one nabrać „przyjemnego” zapaszku. Wrzuciłem wszystko do jednej torby, później zabiorę je do pralni. Wróćmy do schematu. Schematu, który nadal nie był mi znany. Wiedziałem, że należeli do jednego klubu, prócz tego różnili się prawie wszystkim. Nie poddawaj się myśl, John, myśl.
     Zabrałem klucze i wyszedłem z mieszkania, po dokładnym zamknięciu wszystkiego, pojechałem w stronę pralni. Co może jeszcze ich łączyć? Alfons zarobił mnóstwo pieniędzy za naganianie towaru, paniusia znęcała się seksualnie nad ofiarami, doprowadzając do ich śmierci, komisarz pomiatał podwładnymi, nadużywając władzy. Agentka bawiła się ludźmi, doprowadzając swoich partnerów i partnerki do bankructwa, a markiz prowadził w domu burdel, używając do tego kupionych wcześniej dziewczyn i chłopaków. A może to właśnie to? Jakiś pajac zatrąbił, gdy przez przypadek wjechałem na jego pas. Gdzie się durniu tak spieszysz? Jakbyś zwolnił, bez problemu wyminąłbyś moje auto. Uspokajając się, wróciłem do tematu. A jeśli to właśnie ta ciemna strona, bądź co bądź, teoretycznie dobrych obywateli była tym ogniwem? Może właśnie hipokryzja stanowiła wytyczne mordercy? Zahamowałem ciężko na parkingu, nadginając parkometr. Wrzuciłem kilka centów i wytaszczyłem z bagażnika okazałą torbę pełną brudów.
     Recepcjonistka spojrzała na mnie wzrokiem spode łba, mówiącym, że skończyła się jej laba. Spisała kwit i wręczyła mi go. Nie miałem serca przyglądać się, jak ta drobna dziewczyna poradzi sobie z tym czymś. Niczym prawdziwy polityk, odwróciłem się od potrzeb ludu i ruszyłem przed siebie. Z cukierni nieopodal zakupiłem smakowite pączki, nadadzą się na śniadanie. Wsiadłem do auta i odpaliłem silnik, zanim jednak odjechałem, usłyszałem pukanie w szybę.
– Pewnie jakiś krawężnik będzie czepiał się zniszczeń. Kolejny mandat zawita do mej licznej kolekcji – pomyślałem, nie chętnie odwracając się, z przygotowanym pytaniem, jaki mandat.
— Jedziesz na komisariat? — Znajomy ciepły głos przywrócił mi dobry humor.
— Możliwe — odpowiedziałem, otwierając drzwi i przekładając pączki na tylne siedzenia. — Myślałem, że nadal jesteśmy w kontaktach szef-podwładny.
— To był pomysł Eli. Po twoim zniknięciu i odnalezieniu stwierdziła, że przyda ci się nauczka. Była pewna, że chwilowa izolacja da ci do myślenia. No cóż, eksperyment zakończony klapą. Nogi ważniejsze od nauczki. Tyle się dzisiaj nachodziłam po tych wszystkich cholernych urzędach, twoje pojawienie się akurat w tym miejscu, było znakiem niebios. Co tak ładnie pachnie? — spytała, szukając źródła aromatu.
— Świerze wypieki. Jak chcesz, to bierz. — Miałem nadzieje, że odmówi, w końcu jako kobieta musi uważać na tłuste rzeczy.
— Z chęcią, dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem głodna. Ty chyba rzeczywiście jesteś aniołem. — Wybrała największego i z ogromną satysfakcją wbiła śnieżnobiałe zęby w ciasto.
— Ta... — Uruchomiłem wehikuł i powoli wtoczyłem się do ruchu. — Czyli już nie jesteś zła?
— N... — Połknęła obfity kęs. — Nie jestem, w tym momencie chciałam cię zastrzelić, wpakować każdą kulkę ze swojego rewolweru. Nie dość, że mnie zostawiasz, to jeszcze pozorujesz porwanie, bym ci nie towarzyszyła. Wiesz, jak wtedy się czułam? Jak Eli się czuła?
— Jakoś nie przyszło mi to do głowy — odparłem szczerze.
— No właśnie, nie wpadło ci do głowy. To jest twoja największa wada, najpierw robisz, potem myślisz. Ten brak konsekwencji u ciebie doprowadza do krzywdy bliskich. Jesteś, niczym koń, któremu nałożono klapki na oczy. Zupełnie jak... — szepnęła ostatnie zdanie.
— Coś mówiłaś? Zupełnie nie usłyszałem końcówki.
— Nic ważnego. — Tak powiedziała, choć na twarzy wykwitł jej czerwony rumieniec. — Co ze sprawą masz coś?
— Zauważyłem pewien schemat. — Pozwoliłem na zmianę tematu. — Wszystkie ofiary miały, jak to się mówi, coś za uszami.
— Wiesz, że to się kupy nie trzyma — odpowiedziała, pochłaniając kolejnego paczka. — Jeśli coś takiego powiedzielibyśmy prasie, zapanowałaby panika. Nie ma w NY żadnego świętego, więc każdy może być celem.
— Źle mnie zrozumiałaś. Cechą wspólną zabitych jest oprócz przynależności do tajnego klubu, prowadzenie drugiego życia. Popatrz każdy z nich, wykluczając alfonsa, prowadził dobre życie. Paniusia była wspaniałą damą, która posyłała datki na cele charytatywne. Komisarz mimo trudnego charakteru dał się poznać opinii publicznej niemal krystalicznie, agentka miał opinię wspaniałej kobiety, lubianej przez wszystkich, a markiz stanowił tylko przykład nieszkodliwego zboczeńca o hojnej dłoni. To nie są przypadki człowieka, który po pracy, zamiast do kochającej żony, idzie na dziwki. To złota elita o śmierdzącym wnętrzu.
— Brzmi w miarę logicznie, ale nie sądzisz, że nic nam to nie ułatwia? — spytała, kończąc trzeciego.
— Co masz na myśli? — Ze strachem spoglądałem na kończącą się zawartość torby.
— Skoro nawet tak wybiera ofiary, to jak mamy znaleźć następną? Nie mamy spisu członków, a jedyne co znaleźliśmy to dom, pełny erotyzmu w każdej postaci. Nawet jeśli byśmy taką znaleźli, to jak ty sobie to wyobrażasz? Będziemy każdego z nich pytać, czy nie posiadają jakiegoś wyjątkowego brudu na nieposzlakowanych opiniach? Większość z nich ma szerokie plecy, a ja jeszcze kocham swoją pracę i nie chce jej stracić.
Zupełnie zapomniałem o i tej rytującej części pracy z elitami i ważniakami, gdzie każdy krok może być ostatnim. A mówią, że dzisiejszy świat jest równy i sprawiedliwy... Gówno prawda.
— Chciałbym ci przypomnieć, że to moje pączki, dwa ostatnie pączki.
— Przepraszam. Taka byłam głodna, że nie kontrolowałam się, tym bardziej że rozmowa nie gasi łaknienia. — odpowiedziała, odstawiając torbę na miejsce.
— Łaknienia? Skąd ty takie słowa znasz? — spytałem żartobliwie.
— Chyba nie sądzisz, że obecne stanowisko zyskałam pięknym ciałem i twarzyczką? A może awansowałam przez łóżko, co?
Było to pytanie retoryczne, ale nie mogłem się powstrzymać.
— Kto tam wie... No dobra żartowałem. — Szybko zreflektowałem się, widząc, jak sięga do kabury.
— Takie żarty nie są śmieszne detektywie Payne. Spróbuj zrobić to jeszcze raz, a strzele. — Mówiła poważnie, choć wiedziałem, że blefuje.
— To gdzie teraz pani komisarz?
— Wysadź mnie przy komendzie. Wiem, że według plotek sypiamy ze sobą, ale nie będę dawać im tej satysfakcji do gadania.
Wyczułem w jej głosie pewien rodzaj rozczarowania, tak jakby chciała, by te pomówienia były prawdą. A może po prostu przesadzam? W końcu wiele razy dałem przykład, że kobiet nie da się w pełni zrozumieć i przewidzieć.

Dodaj komentarz