John Payne-Rozdział 10

Ciemność przechadzała się ulicami Nowego Yorku, królując nad większością miejsc, tylko księżyc próbował przebić się ze swoim światłem, niosąc wraz z ulicznymi latarniami odrobinę dnia. Dookoła mnie ludzie spieszyli się do swoich domów po ciężkiej harówce w pracy, w ciemnych uliczkach dostrzec można było skąpo odziane kobiety, oferujące swe ciała za kilka dolarów, a złodzieje z ukrytymi pod kurtką nożem czekali na swe ofiary. Tylko śnieg i dekorację świąteczne przypominały o nadchodzącej wigilii, którą w tym roku spędzę samotnie, nie zamierzam patrzeć na swojego nędznego brata, jak obściskuję się z Mary. I co mam jeszcze udawać, że nie odbił mi ukochanej i być dla niego miły, wspólnie racząc się świąteczną potrawą? Nic z tych rzeczy, wściekle kopnąłem w zwały śniegu, mocząc swój płaszcz.
– Może uspokoiłbyś się? Trochę dziwnie to wygląda, jak idąc zamyślony, tak nagle kopiesz bezsensu w biały puch. – Zupełnie zapomniałem o Jess i naszym celu. Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego od miłości do nienawiści jest cienka granica.
– Przepraszam, tak jakoś wyszło... – Brawo John, zamiast uciąć temat, zachęciłeś do dłuższej rozmowy, idealny dyplomata nie ma co.
– Nie jestem głupia detektywie Payne, im bliżej jesteśmy tego jedynego magicznego dnia w roku, tym bardziej jesteś podirytowany i zdenerwowany. Ostatnio dość szybko zakończyłeś temat, lecz teraz nie dam się spławić. – Znając komisarz Lambert, nie podda się, w końcu jest doświadczonym śledczym. Nie mając ani chęci, ani czasu, zdecydowałem się na prawdę.
– Matka zaprosiła Roya i Mary na wspólne celebrowanie, stwierdziła, że w tak cudowny czas nie można się gniewać. Jest kochaną kobietą, lecz ta jej dobroć działa na nerwy. – Ciężka cisza zapadła między nami, tylko skrzypiący śnieg przypominał o naszej obecności.
– Co na to twój ojciec?
– Jest po mojej stronie, najchętniej wydziedziczyłby najstarszego z rodu Payneów, nie robi się takiego świństwa rodzinie, szczególnie rodzonemu bratu. Jednak jest nieodporny na wpływ matki... Samotne zalewanie się w trupa, gdy inni siedzą i z uśmiechem na twarzach cieszą się swoim towarzystwem, no cóż, nie jest to optymistyczna wizja. – Widać, że Jess chciała coś powiedzieć, lecz zrezygnowała.
– Moi informatorzy nie mają żadnych informacji o narkotykach, jedni za bardzo się boją mafii, która ze swoich pojazdów likwiduję serią z Thompsona niewygodnych dla siebie ludzi, a pozostali nie mają dojścia do tego zamkniętego kręgu. Pewnie duża kasa otwarłaby nam wiele drzwi, ale budżet policyjny nie udźwignąłby kosztów. Co do handlu ludźmi... Znalazłem "uchyloną furtkę”, niejaki Larry, drobny alfons może coś wiedzieć.
– Ufasz mu? – Gdyby to był dramat, pewnie odpowiedziałby jakąś łzawą historyjkę, potwierdzającą moją pozytywną odpowiedź, jednak to jest życie, tu oprócz własnej śmierci niczego nie można być pewien.
– Znam wartość jego wpływów, lecz nie odwróciłbym się do niego plecami, wiedząc, że trzyma w ręku broń. To człowiek z gatunku tych, którzy w obliczu zagrożenia wpakują kulę własnej matce, tylko po to, by wyjść z tarapatów. – Wystarczy kilka minut przebywania w moim towarzystwie, by stwierdzić, że nie jestem pozytywnie nastawiony i jest mi bliższy negatywny stosunek do świata.
– Lepsze to niż nic. Komenda główna już nie prosi, wręcz żąda rezultatów. – To typowe dla tych z góry, naciskani przez opinię publiczną i pazerne media zaczynają poganiać podwładnych, nie interesując się, że śledztwo to nie partyjka golfa, czy polo, tu potrzeba dużej dozy szczęścia i bystrości umysłu. Nie wszyscy przestępcy są na tyle głupi, by zostawić na miejscu zbrodni masę śladów.
   Skręciliśmy w boczną uliczkę, trochę ryzykowaliśmy, ponieważ było to idealne miejsce na zasadzkę, albo na zorganizowany napad. Wątpię, by kogokolwiek interesowało to, kim jesteśmy. Przy jednych z licznych drzwi zauważyliśmy Larrego, patrząc na jego fioletowy strój i specyficzny sposób poruszania się dość trudno określić, czy jest brzydką kobietą, czy zniewieściałym mężczyzną. Stał pod światłem latarni, w swym futrzanym, jasnym płaszczu i szerokim kapeluszu, dyskutując z dwoma czarnoskórymi pięknościami w kusych wdziankach, naprawdę nie wiem, jak one wytrzymują w takim stroju, przy takim mrozie.
– Dobra moje skarby nasz klient w budynku za nami pragnie fachowej i gorącej obsługi przez młode kociątka. Pójdziecie tam teraz i zrobicie wszystko, o co poprosi. Nie interesuję mnie to, że jest obleśnym, starym dziadem, w tym zawodzie nie wybierasz, jeśli chcesz zarobić. Jeśli pan Y będzie zadowolony, obsypie nas zielonymi, niech późniejsze zakupy osłodzą waszą teraźniejszą męka. No zmykać mi na górę, cycki wyżej, niech oczu ma skierowane tylko na nie. – Klepnął je w pośladki, delikatnie kierując do wejścia, zaczekał, aż będą w budynku, po czym dołączył do funkcjonariuszy.
– Jak miło pana widzieć detektywie Payne, pańska buźka nadal wygląda uroczo, aż chce się ją schrupać. A cóż to za piękność u pańskiego boku? Czyżby sama Wenus zstąpiła na nasze ziemskie progi? – Obszedł panią komisarz z każdej strony, oglądając każdy centymetr jej ciała, zacmokał z zadowoleniem.
– Larry mówiłeś, że wiesz coś o niewolnictwie.
– Eh, a tobie przystojniaku, jak zwykle się spieszy. Myślałem, że może pójdziemy do mojego studia, napijemy się dobrego alkoholu i zabawimy się w trójkącie. Dopiero po wspaniałych uniesieniach przejdziemy do tych nudów. – Zawsze się zastanawiałem, co siedzi w jego głowie, chociaż słysząc jego plany, wole nic nie wiedzieć.
– Nic z tego L, wiesz, że wole tylko dziewczyny.
– Oj nie bądź taki, nie spróbowałeś, to skąd możesz wiedzieć.
– Larry? – Spojrzałem na niego z rezygnacją.
– No dobrze, dobrze. Sprzedażą ludzi dla bogatych klientów zajmują się dwie rodziny, Bacciano z Włoch i Johnsonów z Chicago, obie silnie ze sobą rywalizują, nie bawią się w dyplomacje, tylko od razu strzelają. Różnią się od siebie podejściami do tematu, Don Bacciano lubi wykorzystywać swój "towar” wielokrotnie, dbając o jego stan i zadowolenie klienta, nie dba, czy ten ktoś robi to z własnej woli, czy przymuszony. Zupełnie inaczej jest u konkurencji, u nich składasz zamówienie, płacisz i dostarczają, tak jak w normalnym sklepie. Przystojniaku, jeśli zamierzasz prowadzić przeciw nim śledztwo, to radzę uważać. W tym kręgu poległo wielu funkcjonariuszy, przestępcy są bardzo ostrożni i niesamowicie przewrażliwieni, w końcu chodzi tu o grubą kasę. Do Johnsonów bez broni nie zbliżajcie się, są typowymi barbarzyńcami, którym tylko forsa w głowie, co do Bacciano... To dżentelmeni, którzy z uśmiechem na ustach będą patrzeć, jak umierasz od garoty ich człowieka, możesz się dość dużo od nich dowiedzieć, ale to balansowanie na linie. Towarzystwo pięknej pani może wiele ułatwić w rozmowie z italiańcami. – Nie żegnając się, odszedł, kołysząc biodrami, wolałem nie wiedzieć, gdzie teraz zmierza.
   Zapaliłem papierosa, a Jess z rozbawioną miną spytała.
– Skąd wytrzasnąłeś tego oryginalnego typa?
– Gdy ktoś jest cennym informatorem, trzeba przełknąć pewne jego dziwactwa. – Wielki obłok dymu i pary wyleciał z moich ust.
– Wiec idziemy do Bacciano, czy szturmujemy Johnsonów?
– Nic z tych rzeczy, musimy zaczekać na Floriana, jako dziennikarz może mieć więcej kontaktów wśród mafii, niż ja. Jednak o tej porze lepiej nie kręcić się po mieście, kuszone licho lubi czarno zażartować sobie z naiwnych. – Zgasiłem peta na ziemi, lekko topiąc śnieg.
– Do własnych domów trochę kilometrów mamy, a autobusy i tramwaje nie kursują o tej porze, nocleg na powietrzu też odpada, zważywszy na temperaturę i coraz gęściej padający śnieg.
– Jedyne rozwiązanie to hotel.
– Nie boisz się zostać sam na sam w jednym pokoju z kobietą? Kto wie co, może się stać w tak zimną noc. – Popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem.
– Jesteś moją przyjaciółką, więc raczej wątpię, lecz zaryzykuje, w końcu taniej nam wyjdzie dwuosobowy, niż dwa oddzielne. – Ruszyliśmy w poszukiwaniu noclegu, po kilku minutach znaleźliśmy niezły hoteli, recepcjonista popatrzył na nas wzrokiem, mówiącym, że wie, po co tu jesteśmy i wynajął nam pokój numer dziesięć. Udaliśmy się w kierunku pokoju, lekko chichotając na myśl, jak jutro będziemy obgadani przez tutejszą obsługę.

1 komentarz

 
  • Almach99

    Almach99 · 11 gru 2018

    Swietny opis spotkania z Larrym.  
    Jess ma cierpliwosc do Payna (no I slabosc do niego tez).