John Payne-Rozdział 8

Kilka następnych dni było dla mnie horrorem, po naszym przybyciu na komisariat natknęliśmy się na pana X. Czemu X? Otóż nie przedstawił nam się, tylko od razu zaczął się wydzierać, niczym sfrustrowana żona na męża, jakie tu padały słowa, nawet gangster z najbardziej podłych dzielnic NY zaczerwieniłby się. Po mnie spłynęło to, jednak Jess przeżyła to dosyć mocno, nigdy nie widziałem jej, aż tak bladej, zadecydowałem o interwencji.
     Najpierw spytałem, dlaczego krzyczy, niczym przekupka na targu, wąsacz zbaraniał. Nie chcąc wyprowadzić go z takiego stanu, zacząłem długo przemowę o tym, że śledztwo jest nadal w toku i nie jesteśmy cudotwórcami, by dowody wyczarować z kapelusza, Sprawca jest niezwykle ostrożny, załatwiając swe ofiary po cichu i dyskretnie. Jeśli wysłannik z komendy głównej zamierza się tylko drzeć, a nie pomóc, to radzę od razu ruszyć dupę, tam skąd przyszedł. Ścisnąłem dłonie w oczekiwaniu na konsekwencje swojego zuchwalstwa, wąsacz o dziwo uśmiechnął się do mnie i stwierdził, że właśnie takiego policjanta z jajami szukał. Z otwartej dłoni uderzył mnie w plecy, głośno zanosząc się rechotem, po czym odjechał, tam skąd przybył.
      Komuś może się wydawać, że skończyło się dobrze, nic z tego. Jessica Lambert za nieuszanowanie przełożonego, ukarała mnie ciągłą pracą, w końcu musi dać przykład o nietolerowanie takiego zachowania na tym posterunku. Cały tydzień przeglądałem te cholerne akta, szukając powiązań między zmarłym komisarzem a czarnym rynkiem. I nic... null, zero. Wiedziałem, że rządek liter nic mi nie powie, trzeba ruszyć w teren, jednak znowu donieśli mi następną partię papierowych teczek, w przeszklonych drzwiach swojego gabinetu widziałem, przechodzącą Jess, znęcanie się nade mną, sprawiało jej przyjemność.
     Uznając, że dalsze zlecone mi działania były nonsensem, wymknąłem się na zewnątrz. Świerze powietrze, choć mroźne listopadowe powietrze idealnie orzeźwiło mój zmęczony mózg. Rozciągnąłem zbolałe kończyny, obserwując ciągle spieszących się ludzi, łańcuchy prawie takich samych aut oraz przyciągające wzrok różne witryny. W kolejce do cukierni zauważyłem znajomą wysportowaną i umięśnioną sylwetkę, Hopkins spadał mi prosto z nieba, ryzykując przejechanie przez morze samochodów, ruszyłem w jego stronę. Stanąłem niedaleko drzwi, ćmiąc wcześniej zapalonego papierosa, gdy moja ofiara zauważyła mnie, głośno westchnęła i tonem niezbyt przyjaznym zagadnęła:
– Czego chcesz Payne? Jeśli wyłudzenia przysługi ode mnie, to w żadnym wypadku.
– Ależ Larry, spotykasz dawnego kumpla z akademii i jesteś taki niemiły. – Słodycz w moim głosie mogłaby sprowokować do wymiotów każdego maniaka cukru.
– Byłeś o dwa lata niżej, przestań pierdolić i gadaj do rzeczy, spieszę się do córki. –Hopkins, jak typowy policjant był po rozwodzie i miał dziecko, czyżby w danym wieku taki zestaw jest obowiązkowy?
– Potrzebuje wszystko, co wewnętrzny ma na komisarza Gordona.
– Ty wiesz, jak zepsuć człowiekowi dzień wolny... Dobra chodź do tej kawiarni obok, mam półtora godziny, przeciągniesz ten czas, a mnie już nie zobaczysz. – Jego zgoda nie zdziwiła mnie, w końcu każdy, kto mnie choć trochę zna, wie, że jestem upierdliwym gnojkiem. Przeszliśmy do ustronnego miejsca na naszą „randkę”, ja zamówiłem herbatę z rumem, a on mocną kawę.
– Dobra, co cię interesuje?
– Powiązania z czarnym rynkiem, przy dwóch ofiarach odkryliśmy bardzo grube nici, świadczące o współpracy z mafią, dodatkowo nasi ludzie znaleźli półżywą czarnoskórą dziewczynę w willi Lady Oswald. Miała na ciele ślady licznych tortur, a w ukrytym pomieszczeniu, będącym miejscem przetrzymywania odkryliśmy różne narzędzia, z których średniowieczni kaci byliby dumni.
– Jak na pijaka kombinujesz dobrze. Gordon był podejrzany o branie łapówek w wysokiej ilości i ogromnej wartości, dodatkowo znaleźliśmy w jego wozie liczny zapas narkotyków, jednak dzięki swoim politycznym plecom wywinął się z tego. Według opinii różnych osób był nałogowcem, nawet na swojej komendzie co jakiś czas wciągał kreskę. Zastraszał swoich ludzi, lubił dotykać bez zgody damski personel i tak dalej. – A potem się dziwić, że obywatel nie ma zaufania do policji, skoro jeden z jej dowódców nie różni się od zwykłego gangstera.
– Nie mogliście go przyskrzynić? – Mój rozmówca parsknął ironicznie, odstawił kawę na stolik.
– Był, jak śmierdzące gówno, które brudziło każdego, kto je dotknął. Miał za dużo przyjaciół i wpływów, by cokolwiek mu zrobić. Dobra Payne ja muszę iść, prezent dla Anabell sam się nie kupi, wątpię, by ta stara prukwa pozwoliła na jego wręczenie w wigilie. – Nie żegnając się, wyszedł, zostawiając mnie z rachunkiem do zapłacenia. Straciłem kilka dolców, lecz było warto. Wychodzi na to, że nasz podejrzany likwiduje piękne owoce o zgniłym środku. Jednak w jaki sposób znajduje ofiary, na jakim wzorcu pracuje? Te pytania uderzały w moją głowę, denerwując brakiem odpowiedzi.
     Po drodze kupiłem od małego, zziębniętego sprzedawcy gazetę, informującą o strajkach we Francji i lekkich zamieszkach w Niemczech. Miałem wrażenie, że Europa powoli zalewa się ogniem, zbliżających się strasznych wydarzeń, jednak dla mnie Amerykanina znaczyło to mniej, niż nadchodzące lato. Wróciłem do komendy i zacząłem spisywać informacje o ofiarach, nic jednak nie wskazywało na sprawcę, ślady duszenia według techników pasowały do normalnej liny, a napastnik użył broni, znajdującej się tuż obok ofiar. Śledztwo idealne dla pijaka o suchym gardle.
Nadeszła połowa grudnia i cisza, tak jakby zabójca na razie odpuścił sobie rzeź, gdy śnieg przysłonił krajobraz, a łatwiej było dojść piechotą, niż dojechać samochodem, Nowym Jorkiem wstrząsnęło kolejne zabójstwo, tym razem ofiarą był trzydziestoparoletni działacz społeczny, fundator licznych sierocińców, bardzo znany człowiek Philip Higgins, to morderstwo wprawiło mnie w zdziwienie, jak to możliwe, że taki dobry człowiek został ofiarą? Przeczuwając, że nasz „anioł” nie ma takich śnieżnobiałych skrzydeł, jak się otoczeniu wydaję, ruszyłem wraz z Jess na miejsce zbrodni, użyliśmy do tego najstarszego przedmiotu do poruszania, czyli własnych nóg. W międzyczasie komentowaliśmy zbliżające się święta, moja partnerka czekała na przylot rodziców, a ja zręcznie lawirowałem tak, by mówiła tylko o sobie, temat mojej celebracji tego magicznego dnia wolałbym przemilczeć.
     Tym razem znaleźliśmy się w starym nieczynnym budynku, służącym niegdyś jako magazyn, w jego centrum w kałuży własnej krwi leżał jeszcze ciepły Phillip, miał na sobie codzienne, choć drogie ubranie, a metr od tego wszystkiego leżał czarny kapelusz. Podeszliśmy do policjanta, który przyjął zgłoszenie.
– Komisarz Lambert, detektyw Payne.
– Posterunkowy Laughey. Karetka właśnie zabrała nieprzytomnego bezdomnego, miał tylko ranę na podbródku, napastnik musi mieć niezły cios, skoro ogłuszył tego czarnoskórego olbrzyma.
– A broń? – Miałem cichą nadzieję, że tym razem nie chodzi o naszego zabójcę.
– Rzeczywiście znaleźliśmy starego Mausera, od końca wojny nie widziałem tego bydlaka, jak on miał C...
– Mauser C96, ile razy wystrzelono? – Oczywiście przed moimi oczyma ukazał się niemiecki oficer, wymachujący tą bronią, gdy mój oddział ruszył do ataku.
– Technik liczył naboje, było ich dziewięć, co znaczy, że wystrzelono tylko jeden i to prosto w serce. Kto po uduszeniu nieszczęśnika dziurawi martwe ciało? – Ten, kto chce coś pokazać. Nasz napastnik powrócił... Nagle moją uwagę przykuł metalowy pogłos przesuniętej rury i sylwetka uciekającej postaci. Krzyknąłem:
– Stój! NYPD. – Razem z Jess ruszyliśmy za zbiegiem, oczywiście mógł być to zwykły przechodzień, który nerwowo zareagował na mój krzyk, ale instynkt kazał mi biec. Z daleka widziałem powiewający na mroźnym wietrze jasny płaszcz i przytrzymywany dłonią kapelusz uciekiniera, wyjąłem z kabury Colta i oddałem ostrzegawczy strzał obok biegnącego, ten, zamiast się zatrzymać, wyjął coś spod wierzchniej odzieży, Przedtem nie zauważyłem, ale ten podłużny przedmiot przeszkadzał mu w sprawnej ucieczce. Odwrócił się ku nam z zasłoniętą szalikiem twarzą, strach wypełnił nasze oczy, gdy wraz z panią komisarz ujrzeliśmy tajemnicze coś w jego dłoniach, natychmiast rozeszliśmy się na bok. Niestety zbyt późno, metalowe kulki ze strzelby Winchester minęły mnie, a raniły w ramie Jess. Teraz priorytetem była ranna funkcjonariuszka, chciałem zabrać ją do szpitala, lecz odmówiła, nie dają jej żyć na posterunku, bo dała się postrzelić podejrzanemu.
     Postanowiłem, że sam ją opatrzę, w końcu na wojnie wiele rzeczy się robiło, a do mojego mieszkania niedaleko. Wziąłem ją pod ramię i niczym para pijaków ruszyliśmy do „szpitala polowego”, a jeszcze przedtem dałem posterunkowemu premię świąteczną, by nic nikomu nie mówił o strzelaninie, niepotrzebna panika wśród mieszkańców utrudni śledztwo.

1 komentarz

 
  • Almach99

    Swietny klimat lat 30-tych ubieglego wieku. Akcja trzyma w napieciu. Biedna Jessy

  • krajew34

    @Almach99 dzięki za wpadniecie i przeczytanie :)