Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Fukushu - sha cz 9

― Boisz się?
― Rebeka, miałyśmy coś zjeść.
Rebeka znała Sally z tej strony. Agentka była dość delikatna w stosunku do niej. Gdyby Frank wszedł na temat, którego Sally by nie akceptowała, usłyszałby w najleprzym razie ,,spadaj, wal się lub sp...”.
     Rebeka czuła te odczucie pierwszy raz. Nie myślała o Gabi, ani o Gregu. W ogóle o tym gdzie jest i dlaczego. Wiedziała, że chce Sally. I to wywoływało w niej ten stan. Ale czuła, że nie może tego powiedzieć ot tak, bo wszystko pryśnie.
Sally weszła do chaty pierwsza. Otworzyła lodówkę i wyjęła pizzę i owoce dla Rebeki.
― Są mrożone truskawki i maliny, chcesz?
― Dobrze.
Szatynka wyjęła piwo.
― Mam ochotę na coś mocniejszego. Mamy whiskey?
― Jeszcze nie ma piątej. Chcesz się napić czy zalać?
― Nie lubię piwa. Mam ochotę na szklankę czegoś mocnego.
― Szklankę? Jak wypijesz pół butelki to będziesz się nadawać do spania.
― Mylisz się Sally. Mam mocną głowę.
― Ale owoce i whiskey? Murowane rigoletto.
― Masz rację. Nie będę jadła owoców.
Agentka Clarksen popatrzyła na nią inaczej, ale nic się nie odezwała. Nalała jej pół szklanki i włożyła dwie kostki lodu. Sama zaczęla jeść pizzę odgrzaną w mikrofalówce. Popijała piwo. To było jakieś dobre holenderskie piwo. Dyskretnie obserwowała Rebekę.
― Chcesz pogadać? Coś ci leży na sercu, tak?
― Nie. Jest dobrze. Mam ochotę się napić. To wszystko.
     Sally czuła podświadomie, że coś jest nie tak, ale nie wiedziała co. Nie chciała zaczynać od podstaw, bo to ją również osłabiało. Miała nadzieję, że kiedyś to się skończy. Ponieważ jej przyjaciółka milczała, ona też nic nie mówiła. Wszystkie te schematy już były. Rozmawiali, milczeli. Sally kłóciła się z Frankiem. Czasem chciała mu połamąć kości, czasem siedziała mu na kolanach i wyglądała na miłą panienkę z pensjonatu, która spędza miodowy miesiąc ze swoim ukochanym. Ale nie pamiętała takiej sytuacji jak teraz. Czuła się lekko poddenerwowana. Kiedy widziała jak Rebeka lekko przełyka ten mocny trunek, sama nabrałą ochoty się napić. Ale zastopowała. Przeszło jej przez myśl, że ktoś musi czuwać. I miała rację. Rebeka przysunęła bliżej krzesło i zaczęła gładzić jej włosy. Sally miała ładne grube, ciemnobrązowe włosy. Miała brązowe oczy i była całkiem ładna. A właściwie nawet więcej. Miała nienaganną sylwetkę z lekko zarysowanymi mięśniami, co bardzo podobało się blondynce. Kiedy znaleźli się na wyspie, miała krótkie włosy. Teraz jej lekko pofałdowane pukle sięgały do połowy pleców.
― To boisz się zakochać we Franku, tak? A jaki masz stosunek uczuciowy do mnie?
Sally poczuła jak zapalają jej się wszystkie lampki. Co jej jest, pomyślała. Chce mnie, czy się zakochała. Z pewnością zwariowała, to najpewniejsze.
― Już się upiłaś.
― Wcale nie. I nie piję na odwagę. Miałam ochotę na coś mocniejszego. A ty boisz się rozmawiać.
― Wcale nie. Co chcesz wiedzieć, aniołku.
Powiedziała tak specjalnie, bo sądziła, że Rebeka zareaguje jak poprzednio. Ale nic się nie stało.
― To nie moja wina, że jestem ładna. Zreszta ty też jesteś, mimo że starasz się tego nie widzieć.
     Szatynka popatrzyła na nią dłużej. Wachała się chwilę, ale zadała to pytanie.
― Powiedz szczerze co chcesz?
― Chcę cię pocałować.
― Tylko?
― Nie wiem. Może nie tylko.
― Słuchaj, Becky. Dziewczyny eksperymentują jak mają piętnaście lat. Ty masz więcej niż dwa razy tyle.
― Mylisz się. Mam może dołek. Ale nie chcę próbować.
     Agentka zmieniła ton i nastawienie w jednej chwili.
― Nie chcesz powiedzieć, że się zakochałaś?
― Właśnie tego nie wiem. Całkiem możliwe, że tak.
Sally potraktowała ją poważnie.
― Od kiedy?
― Może od dawna.
― Ale w zeszłym miesiącu...
     Rebeka gładziła jej policzek.
― Może dla ciebie jest inaczej. Wspominałaś, że miałaś kontakt z kobietami...
― To była praca...
― Nie ważne. Nie wiem jak to jest u ciebie. Miałam męża. Byłam z nim prawie całkiem szczęśliwa. Dlatego to jest dla mnie nowe. Wiem, że jesteś tu dla mnie. Od początku jesteś za mną. Ale ja nie robię tego z wdzięczności.
Teraz Sally poczuła się naprawdę dziwnie. Brakowało jej argumentów.
― Gdyby to było w normalnych warunkach, nigdy by nie zaistniało ― Sally próbowała szukać argumentów, żeby wyjść z tej sytuacji.
― Ale zaistniało. Dla mnie możesz kochać Franka. Nie będę zazdrosna. I nie mówię, że to jest na życie. Ale czuję, że na tą chwilę, tak.
     Patrzyła chwilę w oczy Sally, a potem ją pocałowała. Ale tylko w policzek .
― Przestań, Rebeka ― poprosiła cicho.
― Może masz rację. Wybacz. To wszystko przez to, że jesteśmy tu uwięzieni.
― Jest OK. Może nie będzie tak całe życie.
― Wiesz, Sally, tak naprawdę coś zmieniło się we mnie po dwóch latach. Polubiłam cię od początku. Jesteś mi bratnią duszą. Zawdzięczam też coś Frankowi, ale tobie wiecej. Bez ciebie pewnie bym się zabiła.
― Musiałabyś się dobrze postarać, bo z cała pewnością bym ci na to nie pozwoliła. Jestem za ciebie odpowiedzialna.
― Tylko dlatego?
― Nie, wariatko. Jesteś mi bliska. Powiedziałaś, że zmieniłaś do mnie nastawienie około dwa lat temu, tak?
― Tak. Nie wiem dlaczego. Ale to nie było dwa lata temu. To stało się kiedy byłam tu już dwa lata, czyli jakieś trzy lata temu. Siedzimy tu pięć, prawda?
― Głownie leżymy na piachu, albo pływamy. Ale tak. Masz rację. Jesteśmy tu pięć lat.
     Sally przypomniała sobie coś. W pierwszej chwili pomyślała, że to niesamowite. Ale potem uznała, że to zwykły przypadek. Coś ważnego miało miejsce trzy lata temu.
    Ci co tym zarządzali, odesłali Rebekę na tą wyspę w pewnym celu. Ktoś uznał, że Gabriel żyje. Został zabrany przez kogoś. I sądzili, że Rebeka będzie dobrą przynętą. Ale po trzech latach stracono nadzieję. Prace nad tajną bronią posuwały się wolno. Ale szły do przodu. Przeprowadzono debatę co z Rebeką. Zdania były podzielone. Jedni chcieli ją odsunąć inni kontynuować operację pod nazwą Kleopatra i Ozyrys.
Dwa dni później z pilotem, przyleciał agent Lorenz. Ten sam, który przesłuchiwał Noemi. Sally znała go z widzenia.
― Przyjechałem z pewnych powodów.
― Przypuszczam, że nie żeby się wykąpać.
― Jesteś zawsze cyniczna, agent Clarksen.  
― Znam cię tylko z widzenia, Lorenz. To co możesz powiedzieć o mnie?
― Tak, ale słyszałem o tobie te opinnie.
― Czego chcesz? ― zapytała oschle i ostro.
― Dowódctwo rozmyśla o zakończeniu operacji...
Sally poczuła nieprzyjemny prąd.
― Że niby co chcecie zrobić...
― Jesteś bardziej inteligentna niż udajesz. Wiesz co mam na myśli.
― Po co mi to mówisz?
― Nie podjęto jeszcze decyzji. Były głosy, żeby kontynuować.
― Przestań się ślinić, Lorenz. Mów jak facet z facetem.
     Lorenz uśmiechnął się kwaśno.
― Nie bardzo darzysz sympatią męski ród, co?
― Co to ma do rzeczy? Jestem dobrym pracownikiem. Czytałeś moje akta.
     Sally patrzyła na Lorenza jak na zdechłą żabę.
― Taak. Pozostawiono to w twojej gesti. Możemy zakończyć lub kontynuować. Nie będziemy zmieniać agentów. Możecie tu żyć długo. Bardzo długo. Ale ta decyzja może się zmienić.
― Jeśli powiem nie, wykończycie Kleopatrę, tak?
― Agent, Clarksen. Co za przypuszczenia! Ludzie chorują, maja wypadki na ulicy.
― Powiedz im, że mogę się tu zestarzeć.
― Robisz to z pobudek patriotycznych czy z innych. Niezła ta blondynka, co?
― Wal się, Lorenz. Masz coś jeszcze, bo czuję coś w żołądku?
― To wszystko. Przekażę twoją decyzję.
     Lorenz odwrócił się i zaczął iść w kierunku helikoptera.
― Cholerny skurwiel ― burknęła pod nosem.  
     Zaczęła iść w kierunku chat. Rebeka stała przed chata i patrzyła w jej kierunku. Nagle Sally coś sobie przypomniała. Poczuła uderzenie gorąca.
― Jasna cholera. Dzięki, Panie!
     Sally wiedziała, że przed chwilą uratowała życie ślicznej blondynki. A teraz zaczęła się modlić, żeby nikt nie zmienił tej decyzji. Ale gorąco oblało ją nie z tego powodu. Dwa tygodnie temu miała dołek. Siedziała na piachu tuż przy wodzie i nie chciała widzieć ani Franka ani Rebeki.
― Jestem zdzira. Zabiłam ludzi. Może niezbyt dobrych, ale zabiłam. Pozwól mi Panie zrobić coś dobrego. Bo do tej pory nic dobrego nie zrobiłam w moim zasranym życiu. Jeśli się tak stanie, będę wiedziała, że nie odwróciłeś się zupełnie ode mnie...
     Teraz właśnie sobie to przypomniała...

― Idę się położyć. Czuje się zmęczona ― powiedziała Sally.
Rebeka została sama. Miała dołek, ale nie chciała być sama. A właściwie chciała być w towarzystwie Sally. Zostawiła trunek i poszła za nią do sypialni. Usiadłą na łóżku.
― Nie chcę być sama. Powiedz mi coś o sobie.  
― Co byś chciała wiedzieć?
― Nie jesteś taka ostra jak udajesz. Jak się to stało, że zostałaś agentem.
Rebeka siedziała, a Sally leżała na łożku. Lóżko było proste z desek. Materace mieli ze słomy. Pachniały miło.
― Jak ci już wspominałam pewien chłopak złamał mi serce. Miałam wtedy siedemnaście lat. Od tego czasu znielubiłam męską rasę. Ponieważ byłam zawsze wysportowana i aktywna wybrałam armię. Po trzech latach spotkałam pewnego majora. Zaproponował mi pracę. I tak zostałam agentem operacyjnym. Oczywiście nie od razu.
― Agent operacyjny zabija?
― Czasami. Jak musi.  
― A kto zabija częściej?
― Prewencyjny.
― Taki hitman na rządowym garnku?
― Nie. Hitman tylko zabija. Prewencyjny musi być inteligentny, podejmuje sam decyzje.
― A co z Frankiem. Czuję, że macie jakąś zażyłość.
― Frank jest za delikatny jak na agenta. Pracowałam z nim. Zna języki. Mieliśmy akcję. To było w Monachium. Zwykła wpadka. Ktoś zdradził. Nasz agent pracował na dwie strony. Wywiązała się strzelanina. Zabili naszego. Frank został cieżko ranny w brzuch. Widziałaś pewnie bliznę.
― Tak, a więc to od kuli, rozumiem.
― Zastrzeliłam dwóch. To byli agenci z Iranu. Zabrakło mi amunicji. Zanim przeładowałam, wyszedł ten zdrajca... Frank uratował mi życie. Tamten nie strzelił od razu, tylko patrzył cyniczmie z uśmiechem prosto w moje oczy. Mierzył dokładnie w moje czoło. Myślałam, że Frank nie żyje. Usłyszałam trzy strzały. Frank wywalił w niego tym co miał. Potem zemdlał. Dwa tygodnie walczył ze śmiercią. Od tego czasu pracuję zawsze z nim.
― Kłócicie się. To znaczy ty go besztasz. Chociaż nie zawsze.
― Jestem cholera. Ale to mój druch.
― Kochasz go?
Sally popatrzyła na nią inaczej.
― Widzisz jak jest. Serce jest dziwne. Zawdzięczam mu życie. Kocham się z nim czasem. Ale to chyba nie to. Natomiast ty...
― Czujesz coś do mnie?
― Nie mówmy o tym.
― Dobrze. Powiem ci tylko co się zmieniło dwa lata temu. Obiecałam sobie przed Bogiem, że dam serce komuś kto mnie uratuję. A duszę i ciało, temu kto uratował mojego syna. Bo czuje że Gabi żyje. Oczywiście jak będę mogła. Wiesz co mam na myśli. To może być kobieta, albo facet i będzie żonaty. Rozumiesz.
― Rozumiem.
Sally się uśmiechnęła. Rebeka była bystra i inteligentna. W końcu skończyła psychologię.
― Co pomyślałaś?
― Nic takiego.
― Powiedz, wiem, że to było coś istotnego.
― Naprawdę nie ważne.
― Mów!
― Pomyślisz, że się wywyższam.
― Nie pomyślę, powiedz. Proszę.
― Pamiętasz jak przyjechał kiedyś facet?
― Tak. Miałaś taką minę...
― Dali mi wybór. Nienawidziłam tej wyspy. Ale każdy by tak postąpiła.
― Co? Mów!
― Jeśli bym nie chciała...
Sally pokazała ręką poziomy ruch dłonią koło szyji.
― Ja?
― Tak. Ale jak ci mówiłam, każdy by tak zrobił.
― Sally, zawdzięczam ci życie. To dlatego moje serce zwróciło się do ciebie. Jest jeszcze coś... Dzisiaj chciałam... ale pomyślałam, że ty... Jesteś doświadczona, a ja bym dała tylko plamę.
― Rebeka ja nigdy...
― Jak to? Mówiłaś... Frank mówił.
― To były kłamstwa. Mam opinnię lezby. Może nie zupełnie, bo wiedzą, że ja i Frank czasem... Ale ja nie...
― Och. Nie wiem co powiedzieć. Brakuje mi ciepła.  
     Rebeka zaczęła bawić się włosami Sally.
― To to miejsce. Ta sytuacja.
― Chce cię pocałować, Sally.
― Becky. Niech tak zostanie. Czujemy coś do siebie. To wystarczy.
― Może masz rację.
Sally popatrzyła jej prosto w oczy.
― Możesz bez tego żyć?
― Jasne. Dlaczego?
― Jak nie będziesz mogła. Tylko wtedy.
Wstała, a Rebeka patrzyła za nią.
― A ty? ― zapytała blondynka.
― To ta przeklęta wyspa. Cholerna klika. Skurwiele. A tamten popala trawkę. Debil. Idę się napić. Zostawiłaś resztę, mam nadzieję?
     Weszła do kuchni. Rebeka siedziała na łóżku.
― Tak, to ta wyspa. Gabi, gdzie jesteś, synku. Czy cię jeszcze zobaczę?  
Rzuciła się na materac i zaczęła płakać. Po chwili zasnęła.
     Sally wypiła zdrowy łyk. Siedziała przy stole i patrzyła beznamiętnie w ścianę.
― Och, Rebeka!
Weszła do sypialni. Zobaczyła, że Rebeka śpi. Usiadła blisko niej i zaczęła gładzić jej włosy.
― Może nie zawsze tak będzie. Co bym dała, żebyście się odnaleźli.  
Nachyliła się i pocałowała delikatnie policzek Rebeki.
Sally pomyślała, że Becky jest bardzo piękna. Piękna i dobra. Położyła się obok i po chwili także zasnęła.

( Są już tu ponad siedem lat. To retrospekcje i to nie w porządku liniowym)

                                                                           *

― Tu jest straszne zadupie.
― Czy to prawda, że do najbliższej wyspy jest dwieście kilometrów?
― Może więcej. Atole. Fajne miejsca na wakacje.
― To prawda z tym lotniskowcem?
― A co? Chcesz zwiać?
― Nie. Tak pytam.
― Ten helikopter musi gdzieś lądować.  
Zobaczyła swojego partnera
― Frank, musisz się wziąść za siebie. Brzuch ci rośnie.
― I tak mnie nie chcesz.
― Od jutra was przeszkolę. Dosyć mazgajenia.
― Chcesz ze mnie zrobić agenta? Może jak podpiszę, wypuszczą mnie.
― Będziesz najładniejszym agentem w całej historii ― Sally się uśmiechnęła.
― Agent, Clarksen. Nie podlizuj się. Rebeka nie gustuje w dziewczynach.
― Zamknij się Frank. Jutro 800 na plaży. Minuta spóźnienia, czyszczenie latryny.
― Sally? Ty poważnie mówisz?
― Jak najbardziej. Inaczej z pewnością zwariujemy. Albo sobie palnę w łeb.
     Popatrzyła na Becky. Wiedziała, że tego nie zrobi.    ( Becky = Rebeca w angielskim)
― Musicie być sprawne, panienki. Odmaszerować.
     Agentka Clarksen wyszła.
― Ja jestem wdową! Jakie panienki? Co ona gada?
― Nie byłaś w wojsku, to nie wiesz. Tak wszyscy sierżańci mówią do młodych żołnierzy.
― To Sally jest sierżantem?
― Chyba porucznikiem. Świetnie strzela i rzuca nożem. Niezła jest w te klocki.  
― A ty?
― Słabo.
― Ale uratowałeś ją
     Frank popatrzył na Becky.
― Mówiła ci?
― Mówiła o tym jakieś dwa lata temu.
― Ale nie mówiła ci, że ona uratowała mnie dwa razy, prawda?
― Nie. A tak było?
― Raz przed tym, a raz później. Zawdzięczam jej więcej niż ona mi.
     Rebeka zastanawiała się czy powiedzieć Frankowi o rozmowie Sally z agentem. Ale zrezygnowała. Tajemnica służbowa. A jutro trening. Może Sally ma rację. Muszą się wziąść w garść.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 2720 słów i 15503 znaków.

1 komentarz

 
  • Almach99

    Dziwne, malo kto czyta. A to dobre opowiadanie

  • AlexAthame

    @Almach99 Bo juz opublikowałem wcześniej.Mnie mało kto czyta ,a jeszcze mniej komentuje.Jezt ok.Dzieki, za komentarz.