Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Fukushu - sha cz 5

No i co? — zapytał Frank.
— Moja kobieca intuicja mi mówi, że ona nic nie wie. Nawet niczego sobie ta Rebeca, szkoda mi jej.
— Ja nie rozumiem jak lezba może pracować dla wywiadu.
— Nie jestem lezbą, debilu. Jak będziesz tak mówił, to ci nie dam więcej futerka.
— Przecież zgoliłaś lasek dwa dni temu.
— Wal się, palancie. Dzisiaj ty gotujesz. I masz szlaban na dwa dni.
— A jak cię wezmę siłą?
— Wiesz Frank, ty jesteś naprawdę idiotą. Nie czytałeś mojego resume? Złamię ci kark.
— Dobra, na żartach się nie znasz?
— Znam się. Ale masz szlaban na dzień. I basta.
— A jak poproszę?
— Poproś.
Frank podszedł blisko.
— Zamknij oczy — powiedziała cicho.
Frank zamknął oczy i zrobił słodką minę. Czekał tak około pół minuty. Potem otworzył oczy.
— I co? Myślałem że dostanę buzi.
— Miałam cię palnąć w ten twój głupi łeb, ale zmieniłam zdanie. Jak pozmywasz po obiedzie w samym fartuszku, dostaniesz buzi.
— Zboczona lezba.
— Sam chciałeś! Trzy dni szlabanu i ani dnia mniej.
— Idź do diabła.
Wyszedł i trzasnął drzwiami.
— Znamy się pięć lat. Nie rozumiem co mu dobiło. Co za dzień, wszyscy mnie wysyłają do czarta. Zaraz, zaraz. Powiedziała ,,wynoś się” I coś jeszcze. A tak, też posłała mnie do diabła. A ja tylko pracuję dla rządu Stanów Zjednoczonych. To moja praca...
    Sally miała smukłą figurę. Dobrze zarysowane mieśnie. Była specem od sztuk walki. Dobrze strzelała. Znała trzy języki i lubiła ostre życie. Zastanawiała się tylko nad tym co będzie robić jak się zestarzeje. Ale zawsze miała dwie odpowiedzi. Nie zdąrzy albo wyląduje za biurkiem.  
— To już chyba wolę nie dożyć — mruknęła, myśląc o pracy w urzędzie.

Otworzyła lodówke i wzięła piwo.
— Te kanalie coś ukrywają. Po co ją trzymają przy życiu? A jeśli już, to czemu ją ukrywają. Ta Rebeka nie jest aż tak głupia, żeby uwierzuć w te bajki o bezpieczeństwie. No cóż, cieszmy się wakacjami.
Wzięła drugie piwo i wyszła na zewnatrz.
— Mam piwo, Frank.
— Dawaj.
Usiadła obok na piachu.  
— Popływamy?
— Razem nie możemy, ktoś musi jej pilnować.
— Gdzie ucieknie? Maila nie wyśle, bo nie zna kodu.
— Gniewasz się, Sally?
— Nie podlizuj się. Masz szlaban za lezbę.
— Przecież robisz to czasem z dziewczynami.
— To jest praca, baranie. Ktoś musi.
— No, ale jest ci wówczas dobrze, nie.
— Co cię napadło? Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Od pięciu lat spałam tylko z jednym gościem. Z tym ruskiem w Odessie. I to było czysto zawodowo. Wątpie czy mnie przebijesz.
— Chodziło mi o kobiety?
— Co cię napadło? Picie piwa na słońcu ci zaszkodziło? Nic innego...
— Masz racje Sally, to przez te nietypowe zadanie. Może dlatego nam odbiło. Nie sądzisz, że coś ukrywają?
— Nam? Ja jestem ok, mniemam. Z całą pewnością utajniają, tylko co?  
— Może ktoś puści parę. Przypadkowo. Nie będziemy pytać.
— Tak, masz rację, stary.
— To już lepiej niż baran. Przepraszam za lezbę.
Pocałował ją w policzek.
Sally popatrzyła na niego z lekko przekrzywioną głową.
— Pozmywasz w samym fartuszku.
— Nie wiem. Będę się czuł jak pedał.
— Nikomu nie powiem — szepnęła słodko.
— Chyba przebywasz za dużo na słońcu. Idę popływać, a ty wyślij raport.
— Och  to już południe? Czas coś zjeść. Nie wypływaj za daleko. Wiesz, rekiny mogą zawsze zmienić zdanie, a nie chciałabym żeby przysłali Boba. Nie wytrzymałabym z nim nawet godziny.
— Tak, nieciekawy gość. Ciekawe czemu go trzymają. Wszyscy wiedzą, że to sadysta.
— Ma dar przekonywania do udzielania zeznań.
— A co byś zrobiła gdyby go jednak przysłali?
— Zabiłabym jego, a potem płynęłabym na wschód. Jak daleko bym mogła.
— Dlatego cię lubię. Będę za kwadrans. Później przedstawię się Rebece.
— Daj jej spokój. Straciła męża i syna. To już jej dwóch nieszczęć wystarczy, po co jej trzecie.
— Cholera z ciebie.
— Żartuję. Jesteś najprzystojniejszym agentem jakiego znam.
— Dobra, idę pływać.
Po chwili pruł wodę miarowym rytmem. Słońce stało w zenicie. Wiatr leciutko burzył fale. Na niebie ani chmurki.  
    Sally dopijała piwo. Zdjęła bluzkę i rozkoszowała się słońcem. Zerknęła w stronę domku Rebeki. Wstała. Skierowała kroki do ich domku i weszła do środka. Otworzyła komputer. Wysłała szybko wiadomość. Otrzymała odpowiedź.  
,,Kleopatra w Egipcie”.
— Znaczy, drugi dzień nudów. Wrzuciła słodkie ziemniaki do wody. Zaczęła kroić pomidory i ogórki. Wyjęła rybę z lodówki. Wczoraj złowił ją Frank. Usłyszała pukanie.
— Wchodź.
Rebeka weszła do środka.
— Głodna jestem.
— Fajnie, że wpadłaś. Frank pływa. A ja robię jeść. Chcesz rybę? Jeśli nie, zobacz co mamy w lodówce. Możesz zabrać i zrobić u siebie, albo gotować u nas.
— Pomóż mi się stąd wydostać.
— Nawet gdybym chciała, nie mogę. Jak? I po co? Tu masz raj. Wiesz, że to niemożliwe.
— Znaczy jakby było możliwe i miało sens, pomogłabyś?
Sally popatrzyła na Rebekę.  
— Nie dla twoich pięknych oczu i włosów, ale tak. Ale nie musisz tego mówić Frankowi. Ani nikomu.
— Taka głupia to nie jestem. Możesz coś dla mnie zrobić?
— Co?
— Poproś twoich zwieszchników niech ci prześlą zdjęcie Gabriela. Masz kopiarkę?
— Jasne, jak chcesz jakieś pamiątki, to daj znać. Drobne. Pierścionek, jakiś ulubiony ciuszek. Chociaż mają przysłać za dwa dni twoje rzeczy. Bieliznę i ubrania.
— Nie jesteś taka zła. Czemu to robisz?
— Lubię. Pierwszy raz mam takie zlecenie. Na rok. Potem nie wiem. Nie chciałabym tu spędzić całego życia.
— A myślisz, że ja bym chciała?
— Słuchaj, Rebeka. Ja nie wiem dużo więcej niż ty. Może wszystko się wyprostuje i będziesz wolna. Nie wiem.
— Czemu w ogóle mnie tu trzymają? Mogliby mnie przecież zabić. A ja naprawdę nic nie wiem. Dziecko by się dało nabrać na te zagrożenie narodowe.
— Słuchaj, nasza znajomość nie zaczęła się super. Posłałaś mnie do diabła. Ale widzę, że nie jest tak źle. My kobiety powinniśmy się trzymać razem. Mogę ci zaufać? Jestem po twojej stronie. Pomogłabym ci gdybym mogła i miałoby to sens.
— Ufam ci, ale jak to podstęp, jesteś skreślona na zawsze.
— Nie chcę nic od ciebie wyciągać. Po prostu czuję, że oni coś ukrywają. Jak sama zauważyłaś, gadka o bezpieczeństwie jest dla dzieci.
Rebeka popatrzyła miło na Sally.  
— Dzięki. Naprawdę.
— Nie ma sprawy. Wiem, że nie ma podsłuchu. Pół dnia szukałam razem z Frankiem. Fajny gość. Znam go pieć lat.
— Dużo ludzi zabiłaś?
— Nie pracuję w prewencji. Pięć osób. Dwie w obronie własnej. Trzy w czasie akcji. Wiesz jak jest. Ty strzelasz, oni strzelaja. Jak na wojnie.
Wszedł Frank.
— Cześć, jestem Frank.
— Cześć. To miałbyć plan, czy jesteście zwyczajnie tak mili?
— Słuchaj Rebeka. Jesteśmy parą, ale bez ślubu. To rzadkie w naszej branży. Mamy tu być razem rok, to lepiej żyjmy w przyjaźni.
— Tak, rozumiem. Moje serce płacze. Nie myślę, się zabić. Ale jeśli będę chciała, nie utrudniajcie mi.
— Co mówisz, Rebeko. Ja nie myśle, że tak będzie wiecznie. Oficjalnie nie żyjesz, ale wiesz ilu jest takich ludzi jak ty? Nie będziesz mogła wrócić do Kaliforni, to pewne. Ale świat jest wielki.
— Dla mnie moim światem był Gabi. Mój śliczny i mądry aniołek.
Łzy zaczęły płynąć po jej policzkach.  
Sally patrzyła na nią chwilę. Spojrzała na Franka i dała mu znak głową. Pojął.
— Mam coś do zrobienia na zewnątrz — powiedział.
Wyszedł. Sally podeszła do Rebeki.
— Wiem, że ci trudno. Nie mam dzieci, ale chyba rozumiem.
Przytuliła ją ciepło.  
— Miej ufność, że to się zmieni.
Rebeka popatrzyła na Sally.
— Mój mąż był geniuszem. Ale gdyby nie robił tego co robił, może by żył. I mój syn również. Zostaw to, póki możesz. Poznaj kogoś i miej dzieci.
— Lubię ryzyko. Ale może masz rację. Chociaż do teraz o tym nie myślałam.
— Chcesz, pomogę ci przy obiedzie. Miałam kucharza z Włoch, ale sama też umiem coś upichcić.
     Po chwili razem robiły obiad.
— Rebeka, nie bądź zła za to co ci powiedziałam. Faktycznie miałam ci to powiedzieć. Ale może nie powinnam, jakkolwiek. Z tego wypływa jeden wniosek. Skoro to kazali powiedzieć, chyba mają zamiar cię tu trzymać długo. Znamy się drugi dzień. Ty mnie znasz krócej. Jak cię zobaczyłam byłaś na prochach. Nie wiem kto ci to zrobił i ty pewnie też nie wiesz. Ale przez kilkanaście godzin byłam przy tobie, kiedy spałaś. I teraz ci powiem coś. Jeśli będą cię tu trzymać dłużej, wolałabym być z tobą, niż mieliby ci przydzielić jakąś bezduszną kukłę. Jeśliby to miało być w mojej mocy, rozumiesz?
— Dziekuję ci Sally. Myślę, że mówisz prawdę. I z tego powodu, sądzę że jesteś lepszą osobą niż sama o sobie myślisz.
— Może i tak, nie wiem. Pójdę po Franka. Kazałam mu iść, bo czułam, że wolisz płakać w mniejszym towarzystwie.
Sally poszła na dwór.
— Chodź, już jej lepiej.
— Dobra, ubiorę coś suchego, chociaż jeszcze kilka minut i samo by wyschło.
Weszli. Frank poszedł do sypialni się przebrać.
— Jakbyś potrzebowała bielizny, to mów. Mam kilka par bawełnianych majtek. Nowe. Mamy podobną budowę. A, poczekaj...
    Sally podeszła do laptopa i wysłała wiadomość. Po minucie przyszło zdjęcie Gabriela. Kopiarka zrobiła odbitkę.
— Tylko nie płacz. Powiedzieli, że najdalej za trzy dni dostaniesz orginalne z mieszkania.
Podała jej odbitkę. Rebeka powstrzymywała łzy.
— Mój śliczny aniołek.
Sally przewróciła rybę na drugą stronę.
— Piękny chłopiec. Naprawdę mi żal.
Popatrzyła na Rebekę.  
— Ma twoje oczy i włosy. Tylko włosy bardziej faliste.
— Powiedziałaś, ma?
— Miał, przepraszam.
— A może on żyje? — szepnęła Rebeka.
— Pamiętasz coś, mówili że to była bomba?
— Bomba zabiła kilku żołnierzy. A mój Gabi dostał w samo serce. Tu.
— Serce jest bardziej po lewej. Pamiętasz czy to był karabin czy czy pistolet?
— A ma znaczenie?
— Jasne. Karbin ma większą moc rażenia. Jak ktoś dostanie w pierś, wyrywa mu pół pleców. Z pistoletem jest inaczej.
Rebeka złapała ją za ramiona.  
— Strzelił Tom. Zawsze czułam, że jest lewy, ale Greg go lubił... Z pistoletu. Dowiedz się, proszę.
— Rebeka, nie wiesz o co prosisz. Zrobię jeden mały błąd i lecę. Albo z posady, albo z życia. Nie pytaj mnie. Już ci tyle powiedziałam. W nowych ciuchach mogą być czipy. Jak nas słyszą, to już jestem trupem. Pamiętaj, żadnych rozmów. Chyba, że nago. I to też lepiej nie w domu. To nie jest propozycja. Rutyna zawodowa. Jak będę coś wiedzieć, dam znak.
— Dziękuję. Odwdzięczę się jak będę mogła.
— Nie mów tak, to głupie. Co zrobisz? Będziesz gotować przez tydzień obiady?
— Masz rację, ale naprawdę dziękuję.
      
Sally miała rację. I mieli szczęście. Na razie wszystko było czyste. Frank był specem od elektroniki. To było dziecinnie łatwe uzdatnić ich laptopy. Ale do tej pory nic nie rejestrowały. Ani obrazów, ani dźwięków. Natomiast przesyłka z ubraniami i drobiazgami z domu, wprost nafaszerowana była elektroniką.  
     Kobiety poczuły do siebie wzajemną sympatię. Obiad był gotowy. Siedzieli i jedli w milczeniu.
— Co powiecie na spacer po plaży koło zachodu. Wczoraj było pięknie.
— Jak na strażników, jesteście bardzo mili.
Frank i Sally popatrzyli po sobie.
— Nie jesteśmy strażnikami. Mamy cię podchodzić, żebyś nam powiedziała co wiesz. Ale ani ja ani Sally nie mamy na to ochoty. Mówię to i wiem, że jeśli nas słyszą, już oboje jesteśmu nie żywi.
    Na szczęście nikt ich nie słyszał. Jednak zarówno Sally jak i Frank, wiedzieli, że to tylko chwilowe. I oczywiście mieli rację. Ale ten pierwszy dzień sprawił, że poczuli do siebie zaufanie, a nawet sympatię. To pomogło Rebece w trudnych chwilach. Później.

                                         Część czwarta ,,Domek pod górą Asahi”.

Sushi było smaczne. Shingo przyniósł mu jeszcze zupę z glonów. Dodał do potrawy trochę jadu kobry. Ale Gabriel nic nie wyczuł, poza małą goryczką. Jad tego pięknego węża przyspiesza gojenie ran. Gabi był jeszcze słaby. Dlatego zaraz po posiłku, zasnął. Mistrz dał mu jeszcze jakąś gorzką miksturę.  
— Będziesz lepiej spał po tym. Masz silny, młody organizm, ale sen to dobry lekarz.
Po dziesięciu minutach chłopiec spał jak zabity.  
     Shihgo siedział po przeciwnej stronie co jego córki. Polerował miecz. Miał dość wypełniony dzień. Trening, medytacja, ostrzenie broni. Przygotowywanie jedzenia. Jego młodziutka córka zajmowała się innymi sprawami.  
     Już od szóstego roku życia zaczęła trening u boku ojca. Uczyła się szybko i teraz jej umiejętności były nadzwyczajne. A miała też inne zdolności, o których mistrz tylko wiedział, że istnieją. Komputery. Kiedy Shingo odmówił wykonania rozkazu, wiedział że jest spalony dla świata. Był jednym z ostatnich mistrzów ninji. Prowadził od prawie dwudziestu lat jedną z wielu agencji płatnych zabójców. Jego grupa miała najlepsze notowania w kraju kwitnącej wiśni. A drugie na świecie. Tylko Izrael miał lepszą brygadę. Dlatego właśnie ta grupa zabiła jego ludzi. Shingo uszedł z życiem. Aya uratowała się wraz z nim. A teraz dzięki jej umiejetnościom mogli się czuć bezpieczni. Dlaczego?
Aya-Kazumi dokonała prawdziwego cudu. Zainstalowała wirusa do systemu satiletarnego. Mały, sprytny system. Ani ona ani ojciec nie mógli być zdemaskowani przez kamery z kosmosu. W systemie byli nieboszczykami. Ale departament obrony wiedział, że to blef. Z rozbitego bombą Tahoe udało się odtworzyć nagrania. Jak to mogło ujść uwadze wszystkich? Jakaś zamaskowana postać podłożyła ładunek. Na normalnej szybkości nie można było tego zauważyć. Potem, kiedy zaczęła się strzelanina, zauważono, że podobna postać uśmierciła Toma. Domyślano się, że to mógł być Shingo, ale nie było widać jego twarzy. Miał maskę. Nawet oczy były zasłonięte delikatną siateczką. Na tyle sprytną, że nie można by było odtworzyć linni tęczówki. Jednak w tym wypadku i tak byłoby to niemożliwe z powodu złej jakości zdjęcia. Siatka była zmodyfikowaną puszką Faradaya. Płynący prąd powodował zaburzenia pola elektromagnetycznego. I żadne powiększenie nic by nie dało.  
     O domku w lesie nie wiedział nikt. Posesja należała do starego przyjaciela z rodziny Rei. Kiedy przyjechali, musieli tylko trochę odkurzyć.                                            
     Kilkanaście dni przed akcją Shingo zostawił Aya w Japonii.  Dwa dni przed zamachem czekał ukryty w starej przyczepie kampingowej. Kiedy zabił Toma, nie miał dużo czasu. Gdyby miał jeszcze pięć minut, uratowałby i Rebekę. A tak zdążył tylko ukryć Gabriela. Widział z ukrycia, jak Rebeka dostała małą strzałką. Zemdlała prawie natychmiast kiedy zobaczyła, jak przypuszczała, śmierć syna. Shingo domyślił się, że ją porwano. Nie miał niestety pojęcia, gdzie przebywa. Jeszcze tej samej nocy mały statek zabrał ich w długi rejs. Czarną łódkę, którą wypłynął z brzegu, zatopił tuż za linnią dwunastu mil. Jest to umowna granica terytorialna objęta prawem międzynarodowym. Na wodach neutralnych czekała łódź i tą płynęli kilkanaście dni do brzegów Japonii.
    To, że Gabriel wyżył, graniczyło z cudem. Kiedy Shingo przypłynął do brzegu, czekał na niego samochód.  Dla zdrowego człowieka taka długa podróż jest męcząca. Dla bardzo ciężko rannago? Mistrz wbił w ciało chłopca kilka igieł w żywotne miejsca. To również pomogło. Ale co było najważniejsze, chłopiec żył.  
    W domku czekała Aya-Kazumi. Shingo zobaczył jak spojrzała na chłopca. Wiedział. Aya była młoda panienką, ale już dorosłą. Ojciec nigdy nie uczył jej inaczej niż z miłością. A to pozornie stanowiło kontrast. Aya miała na sumieniu już dwanaście żyć. Shingo ponad trzysta. Gabriel jak do tej pory jedno.
    Teraz kiedy chłopiec spał, Aya poprosiła ojca, czy może go obmyć i chwilę przy nim posiedzieć. Już miał jej coś powiedzieć, ale zaniechał. Gabriel miał coś w sobie poza urodą. A ta wystarczyła, żeby nie jedno kobiece serce doznało palpitacji. Mistrz nic nie powiedził córce o Noemi. I na razie nie zamierzał.  
    Aya weszła do izby, w której spał Gabriel. Uklękła przy nim.  
Ubrana była w typowe japońskie kimono. Miała na sobie strój gejszy. Dziewczynka miała szczupłe ciało. Piękne, sięgające do pasa włosy, spinała spinka. Młoda japonka miała gładką skórę, prawie bez skazy.  
    Pieczołowicie wycierała twarz i kark chłopca, bawełnianą ściereczką.  
Nigdy jeszcze nie widziała tak pięknej osoby. Wiedziała oczywiście skąd jest jego imię. Zastanawiała się chwilę, czy orginalny Gabriel jest piękniejszy. Siedziała w milczeniu i patrzyła na chłopca. W końcu wstała i wyszła.
— Aya-san, jutro kiedy się obudzi, porozmawiasz z nim. Dałem mu nowe imię, ale uznał, że jest za długie. Możesz go nazywać Gabriel, albo Sha.
— Sha?
— Dałem mu imię Fukushu-sha.
Twarz dziewczynki przyjęła inny wyraz.
— Dlaczego, tato?
— No cóż, jest śliczny. Bo przystojny to za mało. Ale twardy jak tytan. Porozmawiasz z nim jutro, to sama zrozumiesz co mam na myśli. Wyuczyłem wielu. Ale ten jest wyjątkowy. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś podobnego.
— Wygląda tak łagodnie.
— On jest taki, Aya-san. Pamiętasz co ci mówiłem. Co jest najważniejsze by być dobrym ninja.
— Tak, tato. Wszystko pamiętam.
— A wiesz kto jest najlepszy?
— Nie, tato.
— Ten kto ma serce, ale zabija bez gniewu i zemsty.
— To pozornie się wyklucza. Ale może on nie będzie zabijał?
— Już zabił. On będzie gorliwym uczniem. Prześcignie mnie. Oczywiście będę go uczył, aż będzie gotowy.
— Tato?
— Tak, Aya-san?
— Nigdy nie widziałam tak ślicznego oblicza.
— Jesteś wojownikiem, Aya-Kazumi. Musisz okiełznać serce.
— Nie obawiaj się, Kyoshi*. Niczego nie zaniedbam. Ale co do serca, jest już chyba za późno.
    Shingo patrzył długo na córkę. A ona czuła, że jest bliski aby jej coś powiedzieć. Ale milczł. A ona bała się zapytać. Zrozumiała.
— On ma dopiero dziesieć lat, Shingo-san. Jak to możliwe?
— Sam ci powie jak będzie chciał. Ale nie naciskaj. Nauczyłem cię walki, myślenia i przewidywania. Ale w tym jesteś noworotkiem. Próbuj. Droga miecz jest prosta. Droga miłości są jak ścieżki lasu Aokigahara.
     Aya-Kazumi zajęła się swoimi sprawami. Usiadła w postawie medytacyjnej i próbowała odgonić myśli o chłopcu, ale nie mogła. W końcu poczuła, że wszystko się stonizowało. Rozsądek zwyciężył. Wiedziała, że to będzie w niej czekało. Na właściwy czas. Poszła do swojej komnaty. Zdjęła wszystko poza bielizną i założyła czarny obcisły kombinezon z bawełny. Weszła do drugiej izby gdzie siedział ojciec. Spojrzała mu w oczy. Shingo wiedział. Aya zrobiła dwa szybkie kroki. Odbiła się lekko od podłogi. Zrobiła podwójne salto do przodu. Kopnęła sufit znajdujacy się trzy metry od podłogi. Wylądowała tuż za ojcem.  
— Świetnie, Aya-san. Ale ci się jeszcze nie udało.
— Sądzisz, Kyoshi?
Uśmiechnęła się i otworzyła dłoń. Miała w niej gwiazdkę, shuriken.
— To ta z lewej poły kimona. Naprawdę nie czułeś?
— Jesteś dobra, córko. Ale jeszcze musisz się uczyć. Zobacz swoje plecy.
Dziewczynka podeszła do lustra. Stanęła tyłem i spojrzała wyginając szyję jak flaming. Na plecach między łopatkami miała przyklejone słoneczko.
— Naprawdę nie czułaś?
Aya uśmiechneła się tylko.
— Będziesz dumny ze swojej córki, któregoś dnia. Ale jeszcze nie dzisiaj.
Usiadła do biurka i otworzyła laptop.
— Zobaczymy co takm słychać w Departamencie Stanu.
Po kilku próbach włamała się w system. Jej lap wygladał normalnie ale miał specjalne oprogramowanie. Do systemu zabezpieczeń narodowych włamamać się jest niezwykle trudno. Ale jeśli nawet to się zrobi, prawie natychmiast jest się namierzonym. Aya pracowała nad tym prawie trzy miesiące. Zbudowała program, który usypiał ochronę. Wiedziała jednak, że ma limit do czterech minut. Kilkakrotnie pojawiło się nazwisko generała Johna Mc Martina. Aya przygotowała ochronę dla Gabriela. Chcieli, żeby też był nieczytelny przez satelity. I tu nastąpiła niespodzianka.
— Tato, chodź. Coś jest nie tak.
— Co się stało Aya-san? Wiesz, że nie bardzo znam się na komputerach.
Shingo podszedł do biurka.
— Gabriel nie istnieje w systemie. I nie chodzi o to, że jest martwy. Po prostu nie istnieje.
— Czyli nie będziesz musiała zakładać dla niego ochrony. Może zapytamy go. Jego ojciec był geniuszem.
— A co on właściwie robił?
— To właśnie było powodem, że zginął. Wymyślał nowe rodzaje broni. I nie tylko w sensie broni. Nie wiem czy rozumiesz co mam na myśli.
— Dokładnie. To co ja zakładam, jest podciągnięte pod tę nazwę. Wiesz tato, spróbuję znaleźć jego mamę. Coś mi świta.
Po chwili Aya się uśmiechnęła.
— To samo. W takim razie przypuszczam, że i Noemi będzie również niewidoczna dla systemu.
Aya sprawdziała.
— Tak, mam rację. Zapytamy jutro Gabriela.
Wyłączyła lap i nakryła go delikatną siatką.  
— Chodź, powalczymy — powiedział Shingo.
— Dobrze, Kyoshi. Jestem gotowa.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 3802 słów i 21684 znaków.

1 komentarz

 
  • Almach99

    Wrzuc kolejne czesci