Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Fukushu - sha cz 3

Czas płynął. Zbliżała się gwiazdka. Gabriel urósł. Miał już dziewięć i pół roku. Spędzili znowu weekend u niego. Tym razem czuło się dreszczyk emocji w powietrzu. Tata skończył projekt. Siedzieli razem w salonie. Wszyscy pracownicy mieli wolne. Tylko Karl i Stanly byli na dole. Mops siedział pod stołem i obserwował ludzi.
— Zakończyłem. To super tajne. Nikt nie wie. Nikt. To nie będzie nic bolało. To jest piko technologia. Tysiąc razy mniejsza od nano. Dzięki temu będziemy uodporni nas na wszystkie złe rzeczy z powietrza, wody i jedzenia. Co do jedzenia, nie mogę sobie dać rady z modyfikowaną żywnością, ale to ,,coś” będzie niszczyło bez środków ubocznych geny inne niż naturalne. Ale najważniejsze, że będziemy mogli odnaleźć się wszędzie. To działa. Jest niewykrywalne. Chyba, że ktoś mądrzejszy ode mnie, to odkryje. Ale jeszcze długo tak się nie stanie. Moje pomysły spadły o połowę. Wszyscy to wiedzą. Za pół roku idę na emeryturę. W domu będę pracował nad wirusami do tych ,,złych cacek”, które stworzyłem poprzednio. Jak się ,,zarażą”, pewnie mnie wezwą. Ale ja wówczas nic nie będę mógł zrobić. Gabrielu, wytłumaczysz na swój sposób Noemi. Możesz ją poprosić potem do mojej pracowni?
     Gabriel poszedł bez słowa do swojego pokoju.
— Noemi, wybacz. To jest super tajne. Wiem, że potrafisz dotrzymać tajemnicy, ale dla twojego dobra będzie lepiej jak nic nie będziesz wiedziała.
— Nie bardzo wiem o czym mówisz, ale ufam ci, Gabi.
— Chcesz pić, mam sok.
— Chętnie.
Gabriel podał jej szklankę. Noemi wypiła. Po pół godzinie poczuła się śpiąca.  
— Mogę się zdrzemnąć? Bardzo mi się chce spać.  
— Jasne, dam ci koc.
Po dwóch minutach, zasnęła.  
Gabriel zawiadomił tatę. Zawieźli Noemi do pracowni.
— Tak będzie lepiej. To jest niewykrywalne, a tylko tak Noemi nic nie będzie wiedzieć.
— Kiedy się obudzi? —  zapytał Gabriel.
— Za godzinę.
Gabriel siedział cały czas przy Noemi. Greg wstrzyknął coś całej czwórce, to co miało ich chronić i pozwolić im się odnaleźć wszędzie na całej Ziemi, gdyby się rozdzielili.
— Och, pospałam się. Pierwszy raz mi się zdarzyło — powiedziała dziewczynka gdy się obudziła.
— Śniło ci się coś?
— Nie pamiętam. Wiesz, Gabi. Zawsze lubiłam święta, ale od czasu jak cię poznałam, lubię bardziej. We wtorek idziemy na lodowisko. Będzie fajnie. Pani znowu mnie chciała przesadzić. Czy oni nie rozumieją, że my jesteśmy dla siebie?
— Zrozumieją, nie obawiaj się. Nie rozsadzą nas.

We wtorek cała klasa poszła na łyżwy. Gabriel jeździł blisko swojej przyjaciółki. Miał kilku kolegów i koleżanki, ale oczywiście większą część czasu spędzał z Noemi. I tak samo było i teraz. Jeździli na lodowisku, które normalnie służyło graczom w hokeja. Na ławkach siedzieli rodzice. Oczywiście byli tylko ci, którzy mogli przyjść. Gabriel dostrzegł mamę Noemi, Annę. Mama jego przyjaciółki miała jasne włosy i była dość szczupła. Noemi miała z nią dobrą relację. Karl siedział w drugim rzędzie, bo Rebeka nie mogła tego dnia przyjechać.  
     Gabriel oddalił się kawałek od dziewczynki. W tej chwili dwóch kolegów podjechało do niej. Jeden z nich Ronald, podjechał zbyt blisko i potrącił zaskoczoną Noemi. Przewróciła się. Chłopcy odjechali.  
— Wszystko dobrze? — zapytał Gabi, kiedy po chwili znalazł się przy  niej.
— Przejechali zbyt blisko, nie zauważyłam.
— Poczekaj przy ściance.
    Podjechał do chłopców.
— Nie dość, że ją przewróciłeś, to nie stać cię było, żeby ją podnieść albo przeprosić? — rzekł ostro do Ronalda.  
— Och, ,,Nierozłączka” się niepokoi. Lepiej jej pilnuj, bo ci ucieknie.
— Ron, zauważyłem już dawno, że ci się coś nie podoba. Ale uważaj, żebyś nie przeciągnął struny.
— A co mi zrobisz jak przeciągnę, lalusiu. Wyglądasz jak dziewczynka, zmiataj.
— Nie będę wszczynał awantury, ale już przeholowałeś.
— Grozisz mi? Wiesz, że trenuję karate od trzech lat. Lepiej zmiataj, zanim oberwiesz.
Gabriel odjechał w kierunku Noemi.
— Bardzo źle wychowany.
— Nie musiałeś z nim rozmawiać.
Oczy Noemi się rozszerzyły.
— On tu jedzie — szepnęła lekko wystraszona.
— Noemi, nie podobają mi się twoje piegi, ale mam zamiar z tobą pojeździć. Nie rozumiem jak możesz wytrzymać już ponad trzy lata z tym lalusiem.
Noemi nic nie powiedziała. Ron złapał ją za rękę i chciał pociągnać.
— Zostaw mnie, jesteś źle wychowany!
— Ja jestem męski, nie tak jak ten twój laluś o złotych loczkach.
     Pani Suzan musiała coś zauważyć, bo jechała już w ich kierunku.  
Ale wszystko stało się tak szybko. Co prawda Ronald puścił rękę Noemi, ale stał i śmiał się szyderczo.  
     Lewa dłoń Gabriela wystrzeliła jak z procu. Wcale nie zwinął jej w pięść. Uderzył podbródek chłopca nasadą dłoni. Błyskawicznie zrobił ruch do przodu i podłożył prawą rękę pod głowę Rona. Inaczej ten uderzyłby nią o lód. Pani była już blisko. Ron leżał oszołomiony.
— Co tu się dzieję? Gabriel, tak nie wolno!
— Doigrał się. Następnym razem wybiję mu szczękę z zawiasów.
— Gabrielu, co ty mówisz!
— Nikomu nie pozwolę zaczepiać Noemi.
    Ron podniósł się. Nie płakał, ale był wystraszony. Na lodowisko wszedł ojciec Rona.
— Co to ma znaczyć! Nic pani nie zrobi? Zgłoszę skargę do dyrekcji.
Jego oczy rzucały gromy, a zacisnięte do bólu usta, zsiniały z gniewu.
— Proszę się uspokoić, widziałam co się stało. Pana syn specjalnie potrącił Noemi, a co potem się stało ... nie wiem. Gabriel jest spokojny, natomiast Ron już nie raz wszczyniał bitki. Karate uczy go tylko agresji, panie Carlson.
— Ron co tu się stało? — zapytał go wciąż zły i zdenerwowany ojciec chłopca.  
— Nie wiem o co chodzi temu lalusiowi, nie spodziewałem się, że mnie uderzy. Nic nie zrobiłem.
— Widzi pani, mój syn nic nie zrobił.
Nastąpiła chwilia ciszy, a potem wszyscy usłyszeli poprzednią rozmowę. Gabriel trzyłał mały rekorder w dłoni. Wszyscy wysłuchali do końca co powiedział Ron i Gabriel i Noemi.
— Co to ma znaczyć! Nagrałeś wszystko, ty mały szpiclu!
Ojciec Rona chciał złapać Gabriela za kołnierz. Ale nie zdąrzył. Karl stał już obok.
— Jeśli go pan dotknie, to będzie czyn karalny. Mam nadzieję, że pan rozumie.
Carlson stał z zaczerwienioną twarzą.
— Wyciągnę konsekwencję! Ron, wracamy do domu.
— Możemy dalej jeździć, pani Suzan? — zapytał Gabriel, kiedy Ron z ojcem odeszli.
    Na jego ślicznej buzi panował spokój... anioła.
— Mogą być kłopoty w szkole, ale na razie jeździjcie.
     Suzan nie mogła wyjść z podziwu. Nigdy by się czegoś takiego nie spodziewała po Gabrielu. Karl bez słowa wrócił na ławkę.  
— Gabi, dałeś mu!  Aż się sama wystraszyłam. Nagrywałeś nasze rozmowy, również?
    Noemi wpatrywała się w jego twarz z napięciem.
— Nigdy. Czułem tylko, że coś takiego się stanie. Nie potrafię tego realnie wytłumaczyć.
— Nie wiedziam, że jesteś taki szybki. Nie to, że go uderzyłeś. Tylko to, że zdąrzyłeś go złapać, żeby się nie uderzył głową. Wiesz, że on pobił raz dwa lata starszego chłopca? Nie będzie chciał się odegrać?
    Teraz dziewczynka patrzyła na niego z dumą w oczach.
— Nie. Mam nadzieję, że dostał nauczkę. Jedziemy, ładnie ci w tej zielonej czapeczce. Zresztą we wszystkim ci ładnie.
    Noemi poczuła coś czego nie mogła pojąć.  
— Gabi, ja chyba cię więcej niż lubię. Nie rozumiem. Czuję, że coś we mnie, napełnia mnie dumą. Z tego powodu, że mam takiego chłopaka!
— Noemi, co ty pleciesz. Ja nie jestem twoim chłopakiem. Traktuję cię bardziej poważnie.
— Gabi, czy ty naprawdę masz dziesięć lat? Zachowujesz się tak dorośle. Byłeś na niego zły?
— Nie. Emocje przeszkadzają.
— A co bybyło, jakby Karl nie podszedł?
— Byłby kłopot. Nie wiem czy zdołałbym utrzymać Carlsona, żeby się nie walnął głową o lód.
     Noemi nie miała pewności, czy Gabi mówił poważnie, czy żartował. Patrzyła na niego z dumą. A to co czuła w sercu, przekraczło jej wyobrażenie. Wiedziała tylko jedno. Nie czuła się nigdy tak dobrze i pewnie z nikim jak przy tym chłopcu o anielskiej twarzy.

Cały incydent rozszedł się po kościach. Wezwano Rebekę do szkoły. U dyrektora rozmawiała osobno ona, a później pan Carlson. Ponieważ Gabi nagrał całą rozmowę, Carlson nie miał nic do powiedzenia. Chciał jednak sprawę podać do sądu, ale dyrektor mu odradził. Wytłumaczył mu pozycję Grega.
— Gabriel otrzyma naganę, ale proszę porozmawiać z Ronem. Już miałem drobne skargi na pańskiego syna. Mam nadzieję, że się rozumiemy. Nie potrzebujemy w szkole moralnego znęcania, ani agresywnych uczniów. Czy trener pańskiego syna nie uczy agresji?  To są dzieci. Warto się nad tym również zastanowić.
    Rebeka prosiła, Grega, żeby nie robił wymówek Gabrielowi. Greg zgodził się, ale wytłumaczył jej, że musi z nim porozmawiać. Chociaż sercem był po jego stronie.  
    Rozmowa odbyła się wieczorem, po wizycie Rebeki u dyrektora.
— Gabi, postąpiłeś zbyt impulsywnie. Nie spodziewałem się tego po tobie.
— Tato, wiem co masz na myśli i co czujesz. Możesz być szczery.
— Gabi, co ty mówisz!?
— Rozmawiasz ze mną, bo powinieneś. Jednak w głębi serca jesteś dumny, że tak postąpiłem. Ja nikomu nie pozwolę zaczepiać Noemi. Póki żyję.
— Gabi, coś ty!
— Czy ty byś pozwolił na coś takiego w stosunku do mamy?
— W świecie dorosłych takie rzeczy nie mają miejsca.
— Tak, wiem. Bywają dużo gorsze.
— Gabriel, wyglądasz jak anioł, ale nim nie jesteś.
— Tato, anioły są różne. Ja nie postąpiłem emocjonalnie, jak sądziłeś. Byłem bardzo opanowany. Wierz mi, Ron zrozumie. I już wie na pewno, że nie jestem lalusiem. To pewne.

Po jakimś czasie sprawa poszła w zapomnienie.  
     Przyszedł maj. Greg był już gotowy. Po wakacjach zamierzał odejść z pracy. Mimo wielkich zabezpieczeń udało mu się doprowadzić swoje życiowe dzieło do końca. Jednak ani myślał dać je w ręce władzy...
                                                          
                                                          Część druga ,,Czarny dzień”.

Dwa tygodnie temu, Gabriel skończył dziesięć lat. Jechali do domu. Byli na zakupach w mallu. Mieli piątek. Stanley prowadził spokojnie czarny wóz. Obok niego siedział Karl. Z tyłu Gabriel, siedział w środku, pomiędzy rodzicami. Do wzgórza, gdzie mieli dom, brakowało dwa kilometry. Gabi cieszył się myślą, że jutro znowu odwiedzi go Noemi. Mercedes zaczął zwalniać i w kocu się zatrzymał. Nie zastartował ponownie mimo kilkakrotnych prób Stanleya.
— Co się stało, Stanley?
— Nie rozumiem, silnik zgasł. Wczoraj wszystko sprawdzałem.
    — Karl, zadzwoń po Toma, niech przyjedzie drugim autem.
— Dobrze, proszę pana.
Karl wyjął komórke i zadzwonił.
— Będzie za pięć minut, panie Koerg.
— Ile razy ci mówiłem, żebyś mi mówił po imieniu.
— Proszę wybaczyś, ciężko mi. Mam swoje zasady i muszę ich przestrzegać.
Po kilku minutach zauważyli bliźniaczy mercedes.
— Czemu przyjechał z Martinezem?
— Nie wiem — odrzekł Karl.
    Greg otworzył drzwi. Wyszedł i poszedł otworzyć drzwi z drugiej strony. Podał rękę Rebece.
Tom wyszedł z wozu.  
— Panie Koerg, dostałem wiadomość. Czerwony alarm. Dom w niebezpieczeństwie. Podejrzewamy atak terrorystyczny. Brygada Swap jest w drodze.
— Co mówisz, Tom?!
    Dokładnie w tej chwili, od strony miasta, podjechał czarny Tahoe. Po chwili wysiadło z czarnego vana sześciu uzbrojonych po zęby żołnierzy brygady antyterrorystycznej.  
— Jestem kapitan Rollins, proszę do wozu. Musimy was ewakuować.
— Co się stało? — zapytał Greg.
— Podejrzewamy atak rakiety.
— Co takiego!? Jak?
— Wiem tylko tyle. Proszę do wozu.
Zaczęli iść w kierunku czarnego suv.
— Tato, coś tu nie gra, zobacz na ich broń!
Greg zareagował natychmiast.
— Jakie jest hasło na dziś, kapitanie Rollins?
— Nie mamy czasu, panie Koerg. Proszę nie utrudniać.
— Hasło — uciął szybko, Greg.
— Entropia. Proszę do wozu.
— Karl, to pułapką, ja to hasło zresetowałem dwie minuty temu.
    Karl osłonił Grega.
— Ukryjcie się za wóz. Szybko!
     Wszystko przyspieszyło. Greg osłonił Rebekę i Gabriela. Do Mercedesa brakowało dwa metry. Silny wybuch rozerwał suv. Czterech żołnierzy padło w kawałkach. Karl był szybki. Rollins nie zdąrzył strzelić z automatu. Karl dobrze zrozumiał, że nie zdoła przestrzelić jego koszulki kuloodpornej. Pierwsza kula trafiła kapitana w rękę, druga w szyję. Ostatni z ocalałych żołnierzy padł z rozwaloną głową. Padły dwa następne strzały i Karl znieruchomiał. Na jego torsie pojawiła się szkarłatna plama. Tom stał z dymiącym pistoletem.  
— Do wozu — krzyknął.
Miał na muszce Grega.
— Zdrajco — powiedział cicho Greg.
— Wykonuję tylko rozkazy, do wozu.
    Ale Stanley też miał broń. Umiał doskonale jeździć, ale strzelcem był kiepskim. Chybił. Natomiast Martinez strzelał świetnie. Stanley padł po szybkim i celnym strzale południowca.
— Zawsze sądziliśmy, że ona sprawi kłopot — rzekł Martinez. Żegnaj, Rebeko.
Martinez nakierował lufę swojego pistoletu na czoło blondynki. Padł strzał. Ale tym razem Greg wyprzedził hiszpana. Zasłonił ciałem żonę. Zamiast niej, otrzymał kulę. Ale Martinez dostrzegł w ułamku sekundy jego ruch. Dlatego nieznacznie poruszył dłonią i z tego powodu kula trafiła Grega w pierś a nie w głowę
— Co zrobiłeś idioto! — syknął Tom, widząc co się stało...
— O Boże, nieee! Greg, kochanie.
    Gabriel skoczył do martwego ciała Karla. Zanim hiszpan to dostrzegł, dwie kule trafiły go w pierś i jedna w brzuch.  
— Ty mały skorpionie.
Tom strzelił do Gabriela.
— Nieee! — krzyknęła Rebeka.
Chłopiec padł z kulą w środku klatki piersiowej. Rebeka zemdlała.

                                                                          *

Generał John Mc Martin odłożył słuchawkę. Wytarł dłonią pot z czoła. Nacisnął guzik.
— Rosa, połącz mnie z prezydentem.
Po minucie przekazał smutne informacje.  
Nastepnego dnia w prasie ukazał się krótki artykuł.  
,,W godzinach popołudniowych dokonano zamachu terrorystycznego. W wyniku detonacji bomby zginęli Greg K, jego syn, Gabriel K oraz Rebeka K, matka chłopca. Kierowca wozu również zginął na miejscu.  
— Co powiemy Noemi — zapytała matka dziewczynki.
— Prawdę, ale jak to zrobimy — odrzekł ojciec.
     Kiedy skończył mówić, dziewczynka weszła do pokoju, w którym rozmawiał z Anną.
— Nie jedziemy do Gabi, jestem już gotowa?
    Matka patrzyła na córkę z łzami w oczach.
— Kochanie, bardzo mi przykro. Wczoraj...
— Mamo nie mów, że coś stało się mojemu Gabi.
— Był zamach bombowy, Gabriel, Greg i Rebeka...
— To nie prawda, nie prawda!
Noemi zaczęła głośno płakać. Matka przygarnęła ją do piersi.  
— Tak mi przykro, kochanie. Tak mi przykro...

Kilka dni później, Noemi i jej rodzice zostali zabrani do budynku wyglądającego na rządowy. Mimo protestów rodziców, do ciała dziewczynki przyłącząno elektrody. Rozmawiała z miłą panią. Trzech agentów w drugim pokoju obserwowało monitory.  
— Pułkowniku Lorenz, ona nic nie wie. To jeszcze dziecko. Trzymamy ją już trzy godziny. Gdyby coś wiedziała, już byśmy wiedzieli.
— A rodzice?
— Oni się nie przyjaźnili z nimi. Tylko dzieci były w bliskich kontaktach
— Dobrze, zawieźcie ich do domu. Mamy wszystko na podsłuchu. Tylko co z pogrzebem?
— Mamy ciało podobnego chłopca i jakiejś kobiety. To dla wścipskich.
— Czy Kleopatra, coś wiedziała?
— Nie sądzę, żeby ją wprowadzał w szczegóły. Jest w spokojnym miejscu. Nie wiemy jak długo tam będzie. Ładna wyspa. Na razie nie zapadła decyzja, w takim razie to nie jest Elba.
Lorenz uśmiechnął się dziwnie.
— Więc nie będzie jadła arszenniku, prawda?
— Nie ma decyzji. Szukacie go? Jak to w ogóle możliwe! Sądziłem, że to się zdarza tylko w filmach. Ninja, kto by pomyślał!
— On szkolił agentów operacyjnych. Jeden z najlepszych o ile nie najlepszy w branży. Odmówił wykonania rozkazu. A potem zniknął jak kamień w wodzie. Jak wiedział o akcji, jeden Bóg wie.
— Raczej Lucyfer — zaśmiał się Lorenz. Ten Martinez wszystko zepsuł, miał zabić ją, a nie jego. Gdzie znajdziemy takiego drugiego?
— Wątpię, czy Koerg chciałby pracować w takich warunkach.
— Mamy swoje sposoby. Słyszał pan o alternatywnej rzeczywistości?
— Nie. A co to takiego?
— Dam panu, informacje. Bardzo miły wynalazek. Nawet taki geniusz jak Koerg by się dał nabrać.

100%4
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 2828 słów i 16813 znaków.

1 komentarz

 
  • Katarzyna12

    No i jest kolejna część. Czekam na kolejną