Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Fukushu - sha cz 2

Czas płynął szybko. Greg dotrzymał słowa. Spędzał wszystkie weekendy z rodziną. Gabriel skończył osiem lat. Rebeka nie mogła wyjść z podziwu. Jej Gabi nadal siedział z Noemi. W klasie pani robiła rotacje. Chciała, żeby wszyscy siedzieli co pół roku z kim innym. Ale Gabriel uparł się. Żeby tylko on. Noemi również. Nazywali ich ,,Nierozłączni”.  
   Chłopiec poprosił rodziców, aby mógł spędzać czas z dziewczynką. Jeden weekend spędzała u niego, a drugi on u niej. Doszło do tego, że i Greg wpadał z żoną do domu, w którym mieszkała Noemi.  
       Właśnie tę sobotę dziewczynka miała przyjechać do niego. Umówili się o dziesiątej. Czasami jej rodzice posiedzieli chwilkę, ale dzisiaj ją tylko przywieźli. Rebeka obiecała odwieźć dziewczynkę o ósmej. Gabriel wyszedł na dwór i patrzył w kierunku drogi wiazdowej. Siedział tak już od dziesięciu minut. W końcu czerwona corvetta zajechał przed drzwi ich domu.
—  Cześc tata — Noemi pocałowała swojego ojca w policzek.
      W chwilę później ojciec Noemi odjechał.
Podeszła do Gabriela. Stanęła przed nim i uśmiechnęła się.
— Co jesteś taki poważny? Nie cieszysz się?
— Oczywiście, tylko się spóźniłaś pięć minut.
— Och Gabi, to nie moja wina. Tata musiał rozmawiać przez telefon.
— Wybaczam ci, ale ja się nie spóźniam, prawda?
— Tak, zawsze jesteś dwie minuty wcześniej. Jak ty to robisz? Zawsze dwie minuty!
— Kiedyś ci powiem o tym. Głodna jesteś?
Oczy dziewczynki otworzyły się szerzej.
— Czy dzisiaj też będzie ten pyszny tort?
— A więc tylko po to przyjeżdżasz?
Gabriel zrobił poważną minę.
— Gabi, ty nie umiesz udawać. Wiesz, że cię lubię więcej niż ten tort. Cały czas nosisz serduszko ode mnie?
— Wcale go nie zdejmuję. Chcesz coś pić? Jeśli tak, to napij się szybko. Bo chciałbym pochodzić z tobą po lesie. Odkryłem nowe gniazdo.
— Gabi, ja nie wzięłam ubrania na zmianę. Zapomniałam.
— Zapomniałaś! Przecież zawsze chodzimu po drzewach jak jesteś u mnie.
— Gabi, nie bądź zły. Proszę.
— Ja nigdy nie jestem na ciebie zły. Dam ci moje ubranie, jesteś tylko trochę mniejsza.
— Wcale nie. Chodź do ściany. Masz coś, żeby zaznaczyć wzrost?
— Noemi, chodź do domu. Przebierzesz się, a w pokoju mam ekierkę. Ale i tak wiem, że jestem wyższy.
Weszli do domu. Kucharz stał w drzwiach kuchni.
— Dzień dobry, panienko. Tort już gotowy.
Noemi zrobiła krok w kierunku kuchni, ale Gabriel przytrzymał jej dłoń.
— Do dwunastej jest jeszcze trochę czasu, łakomczuchu.
— Dziękuję, Josephe. Chciałabym kawałek, ale Gabi jest okropny — dziewczynka odpowiedziła kucharzowi.
Rozaśmiała się serdecznie i pobiegła do pokoju Gabriela.
— Dogonisz mnie?
Ale Gabriel wcale nie zamierzał. Kiedy wszedł, Noemi siedziała na podłodze, blisko łóżka.
— Czemu nie chciałeś mnie gonić?
— Bo bym wygrał, a jestem gentelmenem. I nie mógłbym wygrać z tobą, bo jesteś dziewczynką..
— Bardzo cię lubię, Gabi. Strasznie!
— Noemi. Nie można lubić strasznie. Straszny jest wiatr, ziąb, albo coś niemiłego.  
Noemi wstała i podeszła do chłopca.
— Ale ja cię lubię właśnie tak.
Pocałowała go w policzek.
— Czy jest różnica kiedy całujesz tatę i mnie?
— Gabi, nie mogę cię całować w usta. Tak robią dorośli. My mamy po osiem lat!
— Noemi, robisz zbyt głęboką analizę. Ja cię tylko zapytałem.
— Gabi, co to jest ta analiza? Ty jesteś taki mądry.
— Wyodrębnienie cech, właściwości lub cech badanego przedmiotu lub zjawiska. Patrzenie na przedmiot dyskusji zbyt głęboko lub z więcej niż jednej strony. Oczywiście patrzenie na przedmiot dyskusji z różnych stron jest przenośnią.
— I tak nie rozumiem. Ale wiem, że jest dla mnie różnica kiedy cię całuję i kiedy całuję tatę. Czy naprawdę się ze mną ożenisz?
     Jej policzki zrobiły się nieco różowe.
— Jak będziesz chciała, oczywiście, że tak zrobię.
— Ale będziemy musieli poczekać jeszcze dziesięć lat. Wiesz, że jak się bawię z innymi chłopcami to im od razu to mówię.
— Noemi, nie rób tego. Będą myśleć, że jesteś dziecinna albo trochę...dziwna.
— No, ale to prawda. Lepiej powiedzieć. Niech wiedzą.
— Poczekaj. Coś przyniosę.
Kiedy Gabriel wyszedł Noemi podeszła do półki z książkami. Patrzyła czy coś przybyło od  ostatniego razu. Gabriel czytał książki, które nawet trzynastolatków nie interesowały. Dostrzegła. ,,Art of war” autorstwa Sun Tzu. Wzięła książkę z półki. Zerknęła na pierwszą stronę. Wszedł Gabi.
— To bardzo nudna książka, ale ma pozytywne aspekty. Przyniosłem ci ubranie.
Dziewczynka wzięła zawiniątko i poszła do łazienki. Kiedy wyszła, Gabi stał z ekierką.
— Widzisz tę linnię. To mój wzrost, stawaj.
Noemi podeszła do ściany. Gabriel położył ekierke dokładnie i odrysował. Noemi była o centymetry wyższa.  
— No i co?
— Jesteś wyższa. To dziwne.
Noemi zarumienia się na buzi.
— Oszukałam cię. Stałam na palcach. Zmierz jeszcze raz.
Tym razem okazało sie, żę jest niższa o dwa centymetry.
— Co masz w plecaczku? Myślałem, że masz tam ubranie na zmianę.
— Wzięłam kostium. Wiesz, że lubię pływać w twoim basenie. Twoja woda jest super. W ogóle nie ma chloru.
— Jest bardzo czysta. Tata tak zaprojektował. Teraz możemy już iść. Tylko odwiedźmy rodziców. Mają gdzieś pojechać na trzy godziny.
— Czy Karl zawsze cię pilnuję?
— Tylko na zewnątrz. Ale lubię go.
— Ja też. Ale oczywiście ciebie więcej.
— Noemi, jesteś śmieszna. Możesz lubić kogoś więcej niż mnie, to mi nie przeszkadza.
Noemi popatrzyła na chłopca.
— A ty lubisz kogoś bardziej niż mnie?
— Mame i tatę. Ale ich kocham.
— A psa?
— Noemi, jak nie przestaniesz to cię połaskoczę. Wiem, że pękniesz ze śmiechu jak ci będę łachotał boki.
— Dobrze. Możemy iść. Tylko odwiedźmy twoich rodziców. Gabi. Strasznie cię lubię. Słowo lubię pochodzi od słowa kocham. Albo raczej, kocham pochodzi od słowa lubię, rozumiesz?
Gabriel tylko popatrzył na dziewczynkę bardzo poważnie.
— Wyznanie uczucia powinien zrobić najpierw mężczyzna. Ale skoro to powiedziałaś, to wiedz, że ja też ciebię lubię. To jest to lubię, które pochodzi od tego drugiego słowa.
     Noemi przycisnęła jego dłoń mocniej. Poczuła coś bardzo miłego w środku. Poszli do salonu. Rebeka i Greg siedzieli na sofie i o czymś rozmawiali.
— Dzień dobry, Noemi. Idziecie do lasu?
— Dzień dobry pani, Koerg. Dzień dobry panie, Koerg.
— Witaj Noemi. Tylko nie właźcie za wysoko. Chcecie żeby Karl z wami poszedł.
— Nie tata, ale możemy wziąść Mopsa.
— Tylko go nie męczcie, ma już swoje lata.
— Jasne.
    Gabriel podszedł do mamy i pocałował ją w policzek. Przytulił ojca.
— Bawcie się dobrze. Powinniśmy wrócić przed pierwszą. Josephe przygotuje wam lunch.
— Potem będziemy pływać, a później zagramy z Noemi w jakąś grę.
— A nie macie lekcji na poniedziałek?
— Zapomniałeś, na weekend nie zadają. Ale robimy porojekt.
— O! A co jeśli można wiedzieć?
— Wpływ motyli na rozwój róż.
— Tylko motyli?
— Tak. Motyle są super. Mają najlepszy zmysł zapachu i słuchu z pośród wszystkich zwierząt. No i monarcha jest chyba rekordzistą, biorąc pod uwagę odległość lotu jaką rocznie pokonuje. Leci co roku z Meksyku do Kanady.
     Rebeca o tym nie wiedziała. Nie pytała nawet później o tę kwestię Grega, bo on zawsze wiedział wszystko.
— Dobrze, synu. Lećcie już. Piękna jest pogoda.
— Byłaby piękna gdyby nie zanieczyszczali nieba — rzekł Gabi.
Greg chciał coś powiedzieć, ale nie zrobił tego.  
    Mimo, że mama nic mu nie mówiła, a tata tym bardziej, Gabriel domyślał się dla kogo pracuję jego ojciec. I wiedział również, że tata tego nie może zmienić. Odnośne nieba.
— Wiesz, Greg. Zaczynam wierzyć, że Gabriel naprawdę się z nią ożeni — szepnęła do męża, kiedy dzieci wyszły z slonu.
— To dzieci. Dopiero jak się zaczną rozwijać, będzie można coś powiedzieć.  
— Wówczas będziemy musieli uważać, kochanie — szepnęła Rebeka.
— Myślę, że Gabi jest rozsądny. Porozmawiam z nim. I to z pewnościa wystarczy. Ale mamy jeszcze na to siedem lub osiem lat, nie sądzisz?
— Tak, kochanie.  
— Poza tym jest z tobą bliżej, to tobie powie o tym wcześniej niż mnie — dodał Greg.
— Pewnie tak. Kochany jest. Po prostu cudowny. I taki śliczny. Jak anioł.
Rebeka wtuliła się w ramiona męża.

Gabriel szedł obok swojej koleżanki. Dla niego była kimś więcej niż koleżanką, ale nie potrafił tego dobrze nazwać.  
     W klasie i szkole nikt ich nie zaczepiał. Przeważnie siedzieli razem w czasie przerw. A kiedy był lunch, jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie jedli razem.
— To nie tak daleko. Jakieś sto pięćdziesiąt metrów.
— Ale czy nie wystraszymy mamy?
— Będziemy uważać. To ospreye, drapieżniki.
— Och, Gabi! Czy nas nie zaatakują?
— Musimy być cicho. Ale poznam to po ich krzyku. Musisz mnie słuchać. Ptaki są bardzo mądre i dlatego też wiedzą czy im coś zagraża, czy nie.
— Wejdziemy na drzewo gdzie jest gniazdo?
— Coś ty! Wówczas mielibyśmy kłopot. Wejdziemy na drzewo obok. Mam w plecaku lornetkę. Jak będziemy mieli szczęście, dostrzeżemy małe. Są wiecznie głodne.
— Ale tu nie ma jeziora, to gdzie polują?
— Do oceanu jest dwa kilometry. Czasami rodzice złowią bardzo dużą rybę. I lecą ze zdobyczą nawet i piętnaście mil.
— Czy poluje samiec, czy samiczka?
— Razem, chociaż przeważnie on siedzi w gnieździe. Gniazdo jest wielkie.
— A czemu się nimi zainteresowałeś?
— Dostrzegłem gniazdo. A zainteresowałem się, bo są takie jak my.
— Co masz na myśli, Gabi?
— Są jak łabędzie i kaczki. Łączą się na całe życie.
— Och Gabi, ty jesteś taki fajny. Zaim trafiłam do szkoły bawiłam się z dziećmi. Ale niektóre mi dokuczały. Nazywały mnie wiewiórką, marchewką albo piegusem. Ale ty chyba lubisz moje włosy i piegi, prawda?
— Noemi. Pewnie, że lubię. Ale nie wiem czemu. Coś mi mówiło, że powinienem do ciebie podejść.
— Wiesz, moi rodzice mówią, że jesteś bardzo poważny. Co oni mają na myśli?
— Pewnie to, że nie zachowuję się jak przeciętne dziecko w moim wieku. O, to już tu. Widzisz?
— Tak, duże to gniazdo. Czy one jedzą tylko ryby?
— Bardzo rzadko coś innego. Uważaj, zauważyły nas.
    Ptaki zaczęły zachowywać się niespokojnie. Gabriel szepnął do Noemi, żeby się nie ruszała. Stali tak dobre pięć minut.
— Gabi, muszę zrobić siusiu. Wypiłam za dużo. Już nie mogę.
— Dobrze, ale poruszaj się bardzo spokojnie.
    Noemi poszła powoli za najbliższy krzak. Wrócia za minutę.
— Okropnie się bałam. Broniłbyś mnie?
— One mnie znają i wiedzą, że tylko patrzę. Ale tak, broniłbym cię.
— Myślisz, że możemy już wejść na drzewo?
— Chwilkę odczekajmy.
Stali w milczeniu. Noemi trzymała go za rękę. Po kwadransie zaczęli wchodzić na drzewo. Ptak wyleciał z gniazda i zrobił małe koło. Wrócił. Dzieci weszły pięć metrów wyżej, niż poziom gniazda. Gabriel podał dziewczynce lornetkę.  
— Widzę. Czy to samiec?
— Chyba tak, są podobne. O leci drugi. Tak to samiec, a jego żona ma dużą rybę, widzisz?
— Och, wielka. Czy ryba żyje?
— Pewnie już nie. Udusiła się.
— Gabi, nie będę patrzeć. To okropne.
— Dobrze. W takim razie schodzimy.
— Przepraszam, Gabi. Nie wiedziałam, że zrobi mi się przykro.
— To ja cię przepraszam. Nie wiedziałem, że tak zareagujesz.
Zeszli. Zaczęli powoli wracać w kierunku domu.
— Wiesz, Gabi. Chyba przestanę jeść mięso.
— Noemi. Nic nie chce umierać, a wszystko umiera. Marchewka też się boi jak ją mają wyrwać. Naukowcy robili badania.
— Napradę, to co mamy zrobić?
— Nic, tak już jest. Jest parę potraw, które nie powodują tych rzeczy. Miód, mleko. Ale nie ma takich potraw zbyt dużo.
— Już czuję się lepiej. Spróbuję to zrozumieć. Czy teraz popływamy?
— Dobrze, będziesz miała większy apetyt i zjesz dwie porcje tortu.
— Ten Josephe jest Włochem?
— Tak, zdobył jakiś tytuł w mistrzostwach kulinarnych. Tata mu dobrze płaci, ale on jest u nas, bo nas lubi. Tak powiedział. Ale ja myślę, że powód jest również inny.
— O tak? Jaki?
— Podoba mu się pani co nam sprząta i zajmuje się wszystkim. Ona jest hiszpanką, jest ładna i miła. Ma na imię Penelopa. Od kiedy to zauważyłem, powiedziałem mamię, żeby dawała im te same dwa dni wolne. Prawie nigdy nie pracują w sobotę jak również w niedzielę. Dzisiaj wyjątkowo pracują razem.
— Chciałabym mieć takie czarne włosy jak ona.
Gabriel stanął przed nią.
— Twoje włosy są super! Nie lubisz ich?
    Noemi popatrzyła na Gabriela i prawie w tej samej chwili coś poczuła.
— Teraz zaczęłam. Dzięki tobie.
Pocałowała go w policzek.
— Noemi, lubię jak mi dajesz buziaki na przywitanie i pożegnanie. Ale teraz, dlaczego?
— Bo cię lubię.
— Co będzie za kilka lat?
— Nie rozumiem, co masz na myśli.
— Nic takiego. Tak sobie powiedziałem.
Noemi patrzyła na niego oczekując więcej wyjaśnień, ale Gabriel, milczał. On oczywiście wiedział z teori co miał na myśli, ale nie chciał poruszać tego tematów ze swoją przyjaciółką.
— Pobiegnę, a ty zacznij mnie gonić po dziesięciu sekundach. Tak będzie fair.
— Dobrze. Do domu jest sto metrów. Powinnaś wygrać.
Noemi zaczęła biec. Ale kiedy Gabriel doliczył do ośmiu, Noemi się przewróciła. Musiała zawadzić o korzeń. Gabriel podbiegł do niej.
— Wszystko dobrze?
— Trochę się uderzyłam w kolano i łokieć, ale chyba nie mam rany.
— Zobaczymy w domu. Trzymaj moją rękę.
— Gabi, nie mogę iść. Bardzo mnie boli noga. Chyba skręciłam nogę w kostce.
— Wezmę cię na barana. Ktoś w domu zobaczy co z twoją kostką. Może Karl. Wiem, że umie nastawiać zwichnięcia.
Gabriel trochę się zasapał, ale doszedł do domu.  
— Gabi, ja cię oszukałam. Chciałam, żebyś mnie poniósł.
— Noemi! Mogłaś mi powiedzieć. I tak bym cię poniósł.
— Gabi, będę już z tobą zawsze szczera, obiecuję. Troche się wstydziłam ci to powiedzieć.
— Już dobrze, nic się nie stało.
W drzwiach stała Rebeka.
— Wszystko dobrze? Widziałam z okna, że Noemi się przewróciła.
— Skręciła kostkę, ale to nic pewnego. Mamusiu, może poproś Karla, niech zobaczy.
— Może powinniśmy jechać na ostry dyżur?
— Mamusiu, poproś Karla. Jak uzna, że jest coś nie tak, to pojedziemy.
Rebeka odeszła.  
— Gabi, co teraz będzie? Czemu tak powiedziałeś?
— Co byś wolała, żebym powiedział prawdę?
— Masz rację, głupio postąpiłam.
— Wcale nie. Teraz cię będę jeszcze bardziej lubił.
    Przyszedł Karl. Obejrzał kostkę Noemi.  
— Wszystko w porządku. Nie ma najmiejszego zwichnięcia. Naprawdę skręciłaś?
Noemi zarumieniła się i szepneła coś na ucho Karlowi.
— Rozumiem. Popływajcie. To powinno pomóc. Możecie posiedzieć w ciepłym basenie. To też dobrze ci zrobi, Noemi.
Karl potarł jej miedzianą czuprynę i odszedł. Rebeka chyba się domyśliła wszytskiego, ale nic nie powiedziała.
— Dobrze, to teraz jedziemy. Jak nie wrócimy do w pół do drugiej, zjedzcie lunch bez nas.
— Dobrze, mamusiu. Pójdę do taty i zaraz wracam.

Greg coś sprawdzał na kartce. Siedzial nadal w salonie.  
— Co tam, Gabi?
— Nic, przyszedłem cię odwiedzić. Jedziecie na dwie godziny, to chciałem cię zobaczyć, zanim wyjedziesz.
Gabi przytulił tatę.  
— Tato, jak wrócicie, możemy w coś razem pograć.
— Może w karty. Dobry pomysł. Widzieliście ptaki?
— Tak. Noemi się zmartwiła, bo samiczka złapała rybę. Wiesz co mam na myśli.
— A ty byś patrzył?
— Tak. Zwierzęta zabijają dla jedzenia. Są lepsze niż ludzie.
— Tak, masz rację. Jesteś wspaniałym synem. Gdybym cię poznał wcześnie, nie robiłbym tego, co robię. Od czasu jak się urodziłeś próbuję skończyć z tym. Jeszcze dwa lata. Mam specjalny projekt. Będzie gotowy za rok.
— Projekt?
— Tylko dla nas. Wytłumaczę wam jak będzie gotowy.
— Tato, czy możesz to zrobić również dla Noemi?
— Dla Noemi? Chciałem zrobić tylko dla rodziny.
— Ona jest rodziną. Będzie moją żoną. Chyba, że ja umrę wcześniej, albo ona.
— Co ty mówisz synu! Masz dopiero osiem lat.
— Tato, wiesz ile dzieci umiera? I nie tylko z powodu chorób. To nie twoja wina, ale stworzyliście zły świat. Wy naukowcy. Bo zabrakło wam przewidywania.
— Synku, co ty!
— Jesteś moim tatą. Kocham cię bardzo. Ale to nie tylko wina wojskowych. Wasza również.
Na twarzy Grega pojawiły się łzy. Przytulił Gabriela.  
— Wierz mi, zostawiłbym to dzisiaj. Ale oni mi nie pozwolą. Zrozum.
— Rozumiem. Przepraszam, że ci sprawiłem przykrość. Nie mów nic mamie.
— Gabi! Zrobię to również dla Noemi. Przyrzekam.

Kiedy przyszła Rebeka, Greg zrobił dobrą minę, żeby żona nic nie wyczuła. Po kilku minutach pojechali. Gabi nie wiedział gdzie jadą, ale domyślał się, że tata robi to dla mamy. Kiedy rodzice pojechali, dzieci poszły pływać.  
    Był koniec kwietnia w Kaliforni już było ciepło, ale oni woleli kąpać się w basenie, w domu. Basen był w pomieszczeniu obok domu. Miał świetną wodę ze specjalnymi dodatkami. To też był pomysł Grega.
Noemi miała jednoczęściowy kostium w kwiaty, Gabi miał spodenki, które sięgały prawie do kolan. Pływali trochę, a potem poszli posiedzieć w ciepłej wodzie. Obok basenu mieli drugi, dużo mniejszy z ciepłą wodą, która wtryskiwała z większym ciśnieniem z różnych miejsc.  
— Jak stopa?
— Dobrze. Jak może zauważyłeś, kolano mam lekko zaczerwienione.
— Nie przewróciłaś się specjalnie, prawda?
— Och nie, Gabi. Ale jak już się przewróciłam, to pomyślałam o tym... no wiesz. Jeszcze raz przepraszam.
— Noemi, wszystko dobrze. Nie musisz przepraszać, ja rozumiem.
Posiedzieli trochę, a potem poszli się opłukać i przebrać.
— Jestem strasznie głodna.
— Bardzo.
— Co, bardzo?
— Powinnaś powiedzieć, bardzo. Niech słowo ,,strasznie” będzie zarezerwowane tylko dla  mnie — powiedział Gabriel.
— Gabi, strasznie cię lubię.
Zaczęła się śmiać. Po chwili Gabriel też zaczął się śmiać.
— Jest już dwunasta trzydzieści. Pójdziemy zrobić kanapki? Umiesz robić?
— Umiem. Fajny pomysł. Dostanę potem tortu?
Jej zielone oczy zrobiły się duże.  
— Pewnie. Co myślisz? Weźmy przepis od Joshepe i zrobimy u ciebie za tydzień, podobny tort?
— Myślisz, że nam wyjdzie? Jesteśmy dziećmi.
— To nic nie znaczy. Jesteśmy mniejsi. Poza tym nie ma dużej różnicy.
— Fajnie. Masz rację.
Poszli do kuchni. Gabriel złapał Noemi za rękę.
— Zaczekaj... Chodźmy do kuchni, Noemi. Zrobimy kanapki. Jestem bardzo głodny — powiedział bardzo głośno, Gabriel.
Dopiero po chwili weszli. W kuchni poza Josephe, była Penelopa.  
— Hej. Dwa głodomory przyszły. Pomożesz mi Pene, zrobić coś dla nich?
— Josephe. My sami zrobimy. Czy mógłbym cię prosić o przepis na ten tort? Chcemy go zrobić z Noemi w przyszłym tygodniu u niej w domu.
— Dobrze, Gabrielu. Napiszę ci bardzo dokładnie wszytko jak zrobić ten tort i oczywiście napiszę składniki. Dostanę kawałek?
— I ja też bym prosiła — powiedziała Penelopa.
— Zostawcie sobie miejsce na deser. Zrobiłem dobrą zupę z brokułów i marchewki. A na drugie, pierogi z truskawkami i jagodami. Z jogurtem waniliowym. A na deser tort czekoladowy z wiśniami i malinami. Do picia będzie sok z mango.
— Josephe, ja chyba pęknę — powiedziała Noemi. Gdybym tu mieszkała to bym była gruba jak beczka.
     Dzieci zrobiły sobie kanapki z chleba z ziarnem. Josephe sam go upiekł. Gabriel posmarował pajdy chleba masłem i położył plastry żółtego sera. Na to, pomidory, sałatę i kawłki czerwonej papryki.  
— Weźcie sobie picie. Za piętnaście minut cały obiad będzie na stole w jadalni — rzekł Josephe.
Dzieci poszły do pokoju Gabriela.
— Gabi, czemu tak głośno powiedziałeś, zanim weszliśmy do kuchni?
— Nie mogę powiedzieć.
— O!? Ja umiem dotrzymywać tajemnicy.
— Dobrze, ale nikomu nie mów, zgoda?
— Jasne.
— Josephe całował się z Penelopą.
— O, rozumiem. Dorośli robią to tak dziwnie. Nie rozumiem, czemu.
Gabriel wiedział dlaczego, bo o tym czytał. Ale nie chciał tego mówić. Oczywiście wiedział, że to jest coś czym nie powinien się zajmować, ale interesowało go wszystko, co się łączyło z życiem.

Rodzice przyjechali w pół do trzeciej. Przedtem Noemi zjadła miskę zupy i po cztery pierogi. Nie miała miejsca na tort. Ale Josephe powiedział, że za dwie godziny będzie mogła zjeść deser.
Kiedy rodzice wrócili, także coś zjedli.
      Po obiedzie, Gabriel pokazywał jej motyle i róże i wszystko dotyczące ich projektu. Dziewczynka nie mogła się nadziwić, że on to wszystko wie. A kiedy rodzice chłopca przyjechali, zagrali razem w karty. Wygrała Rebek, a Noemi była druga. Greg starał się umiejętnie dać wygrać, żonie. Gabriel zrobił to samo w stosunku do swojej najbliższej i jedynej przyjaciółki.  
     Za tydzień spędzili miło czas u rodziców Noemi. Przez większość czasu, była tylko jej mama. Tata wrócił dopiero około piątej. Dzieci zrobiły tort. Wyszedł dobrze, więc Gabriel zabrał obiecane dwa kawałki dla Penelopy i Josephe.

100%3
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 3679 słów i 21678 znaków.

Dodaj komentarz