Deszcz cz 37

Delikatnie wyzwoliłem się z jej objęć.

— Roz, wiesz, że jesteś mi bliska, ale to nie jest dobry pomysł.

— Dlaczego?

— Bo Paul cię kocha. Powinnaś dać szanse, żeby to się rozwinęło. Wiem, że nie jest ci obojętny.

— Euri, działasz na mnie.

— Właśnie o to chodzi. Związek nie powinien opierać się na atrakcyjności fizycznej. Mam do ciebie uczucie, szanuję cię, ale nie powinniśmy ze sobą spać.

— Wiem, powiedziałeś to i złamałeś swoje słowo. Byłeś blisko z Aishą.

— Roz, mamy jutro akcję. Musimy zrobić wszystko, by się nam powiodła. Proszę cię. Nie mówię, że żałuję tego z tobą, co mieliśmy. Zrozumiałem, że inaczej byś nie uwierzyła. Wiem, że nie grałaś, ale ... wiem, że ci trudno dostrzec serce Paula, bo twoje jest zajęte mną. Ale zobacz to z innej strony. Spójrz na nasze wzajemne uczucia inaczej. Seks to niszczy. Naprawdę.

Wtuliła się we mnie.

— Nie bądź zły. Może masz rację. Zabijałam i kochałam się z kobietami, bo miałam szkaradną, pełną szram twarz, a poza tym zraziłam się do mężczyzn, ponieważ mnie gwałcili, wykorzystywali i traktowali jak rzecz. Dzięki tobie odzyskałam wolność.

— Ale teraz wiesz, że nie wszyscy są tacy. Jak sądzisz, dlaczego Paul jest tak oddany? Właśnie dlatego, że jest normalnym mężczyzną i dostrzega w tobie całość, nie tylko ciało i odwagę. Wie, że twoje serce jest zajęte i czeka. Daj temu szanse. Zobaczysz, że z nami będzie dobrze, a jeżeli pozwolisz rozwinąć się swojemu sercu, znajdziesz w nim partnera.

— Dobrze, spróbuję. Masz racją, mamy akcję. Zapytam cię o coś prywatnego. Czy śpisz z Koi?

— Mamy jedno łóżko — uśmiechnąłem się do niej.

— Wiesz, o co pytam.

— W tym sensie co pytasz, nie.

— Umiesz to powstrzymać?

— Nie muszę powstrzymywać. To jest naturalne.

— Ja bym tak nie potrafiła.

— Dlatego nie będziemy spać w tym samym łóżku. Myjemy się i idziemy spać.

Przewróciła oczami i uznała, że chyba tak będzie lepiej. I tak zrobiliśmy. Po godzinie byliśmy w łózkach.
*
Wstałem kilka minut po wschodzie słońca. Dosłałem wiadomość od Koi, że doleciały szczęśliwie.

Roz była już na nogach.

— Hej, Euri. Spałeś dobrze?

— Tak. Mam nadzieję, że się uda.

Zjedliśmy krótkie śniadanie. Widziałem, że Brazylijka jest na właściwych obrotach.

Mamy kilka godzin, wyjedziemy o siódmej trzydzieści.

— Sprawdziłaś wszystkich?

— Oczywiście. Meldują się co godzinę.

— Mam nadzieję, że Melvill dobrze się sprawi.

Popatrzyła na mnie.

— Dziwnie się układa, cała akcja spoczywa w rękach dopiero co poznanego człowieka, którego mieliśmy stracić.

— Tak, naprawdę dziwnie poszło.

— Pojadę do chłopaków, chcesz jechać ze mną?

— Wolałbym zostać. Zaniedbałem trening.

— Ok, Euri. Będę za kilka godzin.

Wyszła szybko. Zanim zabrałem się za trening, przemyślałem wszystko. Nie robiła wrażenia urażonej ani smutnej. Naprawdę chciałem, żeby dała szanse miłości Paula. Czułem, że poza pragnieniem, ma do mnie uczucie. Dlatego nie wiedziałem, czy faktycznie coś z ich związku, będzie.  

Zacząłem od zwykłej rozgrzewki. Potem zacząłem kata z mieczem. Po godzinie usiadłem i zacząłem medytację. Próbowałem całkowicie wyciszyć umysł, ale nie za bardzo to szło. Jakby coś było nie w porządku. Chciałem znaleźć przyczynę, ale przed oczami stanęła mi tylko Chloe. Uznałem, że to przypadek. Wziąłem prysznic i czekałem na Rozalindę. Przyjechała po czterdziestu minutach.

— Wszystko dobrze? — zapytałem.

— Tak, wszyscy są podekscytowani. Do tej pory strzelaliśmy, ale nigdy jeszcze nie detonowaliśmy bomby atomowej.

— Zawsze jest pierwszy raz. Prawdopodobne są dwie wersje. Albo zatuszują wszystko, albo będzie straszna nagonka.

— Sądzę, że nic nie podadzą, ale pozostałe gady ogarnie strach. Może być ciekawie.

Chcesz coś zjeść.

— Chętnie, lubię twoją kuchnię.

Pokiwała głową. Rzuciła mi miłe spojrzenie.

— Jak chcesz to pomogę.

— Lepiej zostań w salonie, Euri.

— Dobrze, skoro wolisz.

— Wiesz co wolę. Trudno mi nie myśleć o tym wszystkim z tobą związanym, jeżeli jesteś blisko.

— Rozumiem.

Podszedłem do niej i delikatnie pocałowałem ja w policzek. Usiadłem na kanapie i włączyłem muzykę. Za kwadrans wołała mnie z kuchni.

Obiad smakował jak zawsze. Każda z nich miała nieco inny styl. I każdej jedzenie mi bardzo smakowało. Gdybym mógł się rozdzielić... Nie myślałem o tym, że chciałbym być z Aishą, oczywiście nadal uważałem, że jest za młoda dla mnie. Pomogłem jej zmywać i o dziwo nie protestowała. Zrobiła się siódma. Sprawdziliśmy po raz kolejny broń.

— Szkoda czasu, Euri. Jedziemy.

— Znasz hasło?

— Dostanę widomość tuż przed wiazdem do jednostki. Mam zaufanego człowieka. Schowaliśmy broń i po chwili już jechaliśmy.

Rozalinda prowadziła dobrze. Po chwili dostrzegłem auta jej ludzi. Zamek znajdował się około sześćdziesięciu kilometrów za Londynem.

— Potrzebujemy trzy vany.

— A na tylne siedzenia się nie zmieści?

— Będzie ciężko.

Po chwili zadzwoniła i rozmawiała z Paulem. Przekazała mu informację. Zauważyłem, że jeden samochód odjechał. Prawdopodobnie właśnie po vany.

— Nie jesteś zdenerwowany?

— Nie. Nigdy się nie denerwuję.

To była prawda. Cierpiałem przez trzy lata, ale nawet wówczas się nie denerwowałem.

Wszystko, szło jak w zegarku. Jechała wolno. Po kwadransie dołączyły do nas cztery vany. Roz zatrzymała samochód.

— Musimy się zamienić.

Nie zapytałem o powód. Prawdopodobnie musiała dzwonić. Kiedy ruszyłem, wystukała sobie znany numer.

— To ja, mamy dzisiaj ładną pogodę.

Nie słyszałem odpowiedzi. Za chwilę przerwała połączenie.

— Hasło brzmi : ,,Jesienne liście w Madrycie”

— Dziwne hasło — odrzekłem.

— Takie mi podano.

Jechaliśmy przepisowo i prawie wcale nie rozmawialiśmy. Po godzinie i piętnastu minutach dojechaliśmy do jednostki. Każdy wóz zatrzymywała się na chwilkę i jechał dalej. W końcu i my dojechaliśmy do wartownika. Brazylijka otworzyła okno i powiedziała hasło. Młody mężczyzna zasalutował i przejechaliśmy.

Do zamku prowadziła prosta droga przez las. Jechaliśmy jakieś dziesięć minut. Dziedziniec tonął w światłach. Ogromny parking zajmowały luksusowe samochody. Przeważały Rolls Royce i Bentleye. Dostrzegłem jednak kilka sportowych aut. Prawdopodobnie należały do młodszych gości, pewnie synów czy córek starszych gadów. Pośród super drogich samochodów widać było samochody ochroniarzy. Przeważały czarne Tahoe i Suburbany. Cadillaci i Land Rovery.

Nie wiedziałem, czy Mevill wyjdzie, czy musimy sami włączyć generatory niskich wibracji, które odebrano z domu Melvilla. Ale wszystko musiało być zsynchronizowane, ponieważ jakikolwiek błąd mógłby spowodować, że nikt z obsługi i ochrony nie mógłby wyjść. Poza tym musieliśmy zwrócić uwagę na naszą grupę. W końcu i na nas wibracje by działały. Dlatego musieliśmy włączyć je, dopiero kiedy znajdziemy się w okolicy lądowiska dla helikoptera. Umówiony pilot musiał przylecieć na czas.

— Za pięć minut zaczynamy — powiedziała Rozalinda.

— Czy ten pilot przyleci na czas? — zapytałem.

— Musi, będzie dokładnie za pięć minut.

Wiedziałem, że Melvill nie zawiedzie. Patrzyłem jak wskazówka sekundnika powoli dochodzi do dwunastki.

— Teraz — szepnęła Brazylijka.

Cztery SUV miały ustawione generatory infradźwiękowe na konkretny sygnał z naszego wozu. W zamku już coś się zaczęło, bo solidne, zdobione dwoma głowami smoków drzwi otworzyły się i zaczęli w pośpiechu wychodzić ludzie. Wszyscy bez wyjątku trzymali się za głowy. Ruszyłem powoli. Faktycznie niesłyszalny dźwięk powodował okropny ból w środku czaszki i automatycznie, w jaki sposób, nie miałem pojęcia, zmysły kierowały nas z dala od źródła dźwięku. Dojechaliśmy do lądowiska, a ja kątem oka widziałem już śmigłowiec, który siadał. Dostrzegłem Melvilla. Biegł w kierunku naszego wozu. Miał może z dziesięć metrów, kiedy usłyszałem strzał. Twarz naukowca wykrzywił ból. Zobaczyłem tego, kto strzelał, bo nadal miał wyciągnięty pistolet i strzelił po raz drugi.

— Euri, nie — szepnęła Roz.

Instynkt wojownika nie pozwolił mi jednak nie działać. Strzeliłem w szyję rosłego ochroniarza. Coś mi podpowiadało, że może mieć kamizelkę. Padł na ziemie. Wiedziałem, że trafiłem celnie. Melvill dobiegł do wozu. Rozalinda otworzyła tylne drzwi i wciągnęła rannego.

— Pospieszcie się, bo za dziesięć minut będzie bum. — powiedział cicho.

— Sprawiłeś się chłopie — powiedziałem.

— Zimno mi — szepnął mężczyzna.

— Wszystko będzie dobrze — powiedziałem. — widzisz, jest już śmigłowiec.  

Dziewięciu ludzi Roz stało już przy helikopterze. Wziąłem Melvilla na ręce.

— Będzie dobrze — powtórzyłem, ale sam wiedziałem, że kłamię.

Melvill dostał blisko serca. Odchodził.

— Chyba nie zdołam poznać kobiety, Euri. — uśmiechnął się.

— Wytrzymaj. — powiedziałem cicho, prawie do jego ucha.

Weszliśmy do helikoptera. Kilka osób biegło w naszym kierunku. Strzelali. Paul był dobry. Bez zastanowienia wygarnął do nich z automatu. Po chwili śmigłowiec zaczął powoli wznosić się do góry.

— Jeszcze trzy minuty.

Miałem zamek jak na dłoni. Nie mogłem mieć pewności czy wszyscy wyszli, ale na to liczyłem. Kiedy byliśmy około czterystu metrów nad ziemią wybuchła bomba. Oślepiający błysk, a potem ogłuszający huk. Po ułamku sekundy fala uderzeniowa dotarła do nas. Nie spodziewałem się, że aż tak daleko dojdzie. Szarpnęło maszyną, ale pilot wyrównał. Kiedy chmura pyłu opadła, w miejscu zamku pozostał wielki lej. Wznosiliśmy się wyżej i wyżej. Melvill się uśmiechnął.

— To zrobiłem wreszcie coś dobrego, prawda Euri?

— Tak, zrobiłeś — odrzekłem.

Dostrzegłem, że jego oczy zgasły.

— Cholera, że też jakiś ochroniarz musiał go trafić.

— Ale zabiłeś go, widziałam. — powiedziała Rozalinda.

— To mogłem być ja. Facet zrobił wszystko, czego prawdopodobnie ja bym nie zdołał.

Lecieliśmy na północ w kierunku Szkocji. Tam mieliśmy drugi śmigłowiec z pozwoleniem lotu do Francji. Jutro z Paryża mieliśmy lecieć do Tokio.

— Umarł — powiedziałem smutno.

— Co zrobimy z ciałem? — zapytała Roz.

— Jak dolecimy do Szkocji, poproś pilota by gdzieś wylądował na jakimś odludziu.

— Chcesz go pochować?

— Oczywiście. Niestety będzie to bezimienny grób.

— Rozumiem — odrzekła Brazylijka.

Jakieś trzydzieści kilometrów przed Edynburgiem śmigłowiec wylądował w szczerym polu. Wyniosłem ciało Melvilla. W wyposażeniu mieliśmy łopaty. Kopałem i pomagał mi Paul. Reszta stała w małej odległości.

— Dziękuję ci przyjacielu — rzekłem.

— To ja tobie dziękuję — odparł.

— Z jakiego powodu? — zapytałem cicho.

— Masz ją, a nie korzystasz.

— Paul, wierz mi, że chciałbym byście ze sobą byli. Mam do niej uczucie, ale innego rodzaju niż większość. — odrzekłem nie przestając kopać.

— Może to i prawda, że jesteś aniołem z nieba, coś mi wspominała.

— Nic o tym nie wiem, chociaż wielu ludzi mi to mówi.

— Szkoda, że zginął. — Brazylijczyk zmienił temat.

— I mnie jest żal. Wyobraź sobie, że wspomniał mi wczoraj, że być może spróbuje być z kobietą.

— Tak, Roz mi o tym wspomniała. Ciekawe, jakie ten zamach wywoła reakcję?

— Może być różnie. Albo te gady zrobią wszystko by nas złapać, albo przeciwnie, poczują strach a ludzie to wykorzystają i zaczną ich wykańczać. W końcu wszystkie kraje są zadłużone u nich. Choćby dlatego powinni przestać im służyć i ich wykończyć.

— Ostry jesteś. Lubisz zabijać?

— Nienawidzę. Zabiłem kilka osób jak miałem dwanaście lat i kilkanaście kilka miesięcy temu. Mam dług wdzięczności u Roz, bo uratowała Koi.

— Roz jest niesamowita. Ostra a tak delikatna w środku.

Chciałem potwierdzić, ale się powstrzymałem. Prawdę mówiąc, odebrałem to najmocniej podczas naszego zbliżenia jeszcze w Nowym Jorku. W końcu po prawie pół godzinie kopania dół był gotowy. Bohater, dzięki, któremu mogliśmy wykonać to prawie niewykonalne zadanie, spoczął w ziemi owinięty zwykłym materiałem. Zrobiłem z dwóch patyków prymitywny krzyż.

— Mogę powiedzieć kilka słów? — zapytałem wszystkich.

Popatrzyłem po ich twarzach, dostrzegłem ich skinienia głów. Mieliśmy trochę światła z helikoptera.

— Żegnamy człowiek, dzięki któremu powiodła się pierwsza w historii akcja wykończenia tak dużej grupy najgorszych istot zamieszkujących Ziemię. Wierzę, że to dopiero początek. Melvill spoczywaj w pokoju, a twoja dusza już pewnie puka do nieba bram. Amen.

Postaliśmy chwilę i musieliśmy opuścić to miejsce. Po chwili wszyscy poza pilotem, bo ten pozostał w maszynie weszło do środka i wznieśliśmy się w górę. Za kwadrans wylądowaliśmy na lotnisku w Edynburgu. Małym i prywatnym. Ten sam pilot miał z nami lecieć do Francji. Przeprowadzka trwała około kwadransa. To było bardzo ryzykowne, ale zabraliśmy ze sobą broń. Wszyscy wyrazili zgodę, że w razie zatrzymania będziemy walczyć. Mieliśmy znowu wylądować na małym prywatnym lotnisku około pięćdziesięciu kilometrów pod Paryżem, a tam miały czekać cztery samochody. Samuel, bo tak miał na imię pilot wywiedział się, że nic na razie nikt nie wspominał o wybuchu. Jeżeli do jutra nic nie podadzą oznaczać będzie, że pozostanie to tajemnicą i tylko wtajemniczeni będą wiedzieć. Nadal nie wiedziałem, jakie to wywoła reperkusje.

Roz do mnie podeszła.

— Zostanę w Paryżu. Być może potem pojedziemy do Hiszpanii.

— Z Paulem?

— Tak.

— Ciesze się.

— Odwiedzę was. Wiem gdzie jest Nagano, jak również ta malownicza wyspa w Polinezji. Odwiedzisz Rogera i Camillę, prawda?

— Oczywiście. Jutro będziemy wiedzieć, czy to ujawnią, czy nie i potem zobaczymy co dalej.

— Dobrze by było, gdyby ludzie wzięli z nas przykład.

— To zależy od wojska. Mogliby ich wykończyć w ciągu doby.

— Tak, to może być wschód słońca. A my do końca pozostaniemy w cieniu.

— W cieniu? No tak. Nie potrzebujemy rozgłosu.

Wszyscy odpoczywali. Po trzech godzinach przekroczyliśmy granice Francji. Żadnych kłopotów. Idealnie. Jednak coś czułem pod skórą. I nie wiedziałem co to może być.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i dramaty, użył 2511 słów i 14718 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto