Deszcz cz 2

Wyszedłem z wozu. Po drodze do biura i w środku, kłaniało mi się kilku ludzi. Odpowiadałem skinieniem głowy. Razem z Hajze, moim dwa lata młodszym, bratem mieliśmy korporację. Oficjalnie zajmowaliśmy się sprzedażą terenów i budownictwem fabryk i obiektów rekreacyjnych w Ameryce północnej i Europie. Nieoficjalnie byliśmy jednym z ogniw najbardziej kryminalnej organizacji na Ziemi pod nazwa Syndykat X. Sprzedawaliśmy broń, narkotyki i zajmowaliśmy się wszystkimi najgorszymi brudami tego świata. Nie dotykałem tylko handlu organami i ludźmi.  
  Nasze główne biuro znajdowało się na samej górze trzydziestopiętrowego wieżowca. Kilkanaście pięter zajmowały nasze biura, resztę wynajmowaliśmy innym. Wnętrze pokazywało klasę. Zmieniliśmy wiele, by cały budynek w środku wyglądał reprezentacyjnie. Kryształowe lustra, drewniane podłogi, skóra i prawdziwe dywany. Nasze biuro wyglądało podobnie. Po wejściu przywitałem nasza długoletnią sekretarkę, Betty Colman. Uśmiechnęła się krótko na powitanie. Otworzyłem drzwi i wszedłem do mojego pokoju. Hajze uśmiechnął się na mój widok. Mój wspólnik i jednocześnie rodzony, młodszy brat, miał podobnie jak ja ciemną karnację, czarne lekko faliste krótkie włosy, brązowe oczy i czarną oprawę oczu. Miał nieco drobniejszą budowę ciała niż ja, ale mógł podobać się kobietą. Przystojny, z błyskiem w oku. Zawsze nienagannie ubrany. Dzisiaj miał brązowe buty ze skóry aligatora, jasno beżowe spodnie z przedniej wełny i kolorową koszule z jedwabiu. Jego nadgarstek zdobił złoty Rolex, a na serdecznym palcu prawej ręki założył dzisiaj sygnet z dużym rubinem.
- Korki?
- Nie tak bardzo - odrzekłem
- Spóźniłeś się dwie minuty.
  Dobrze, że się uśmiechnął...Miał czasem dziwne żarty. Robił wrażenie, że kpi. Był bardzo inteligentny i spostrzegawczy. Lubił kobiety, ale nie traktował ich zbyt poważnie. Lubił pokazać się na spotkaniu czy w lokalu z piękną kobietą, z żadna chyba nie zabawił więcej niż miesiąc. Wyglądał na człowieka miłego i bez trosk, ale to stanowiło maskę. W rzeczywistości Hajze był zimny i wyrachowany. Nie zapominał zniewagi i biada temu, kto z nim zadarł. Wymagający, dokładny i lojalny w stosunku do szefów z Nowego Jorku, bo tam znajdowało się centrum zarządzania SyndykatemX. Jedyne co mu mogłem zarzucić to częste ranne spóźnienia wynikające z nocnych ekscesów z kochankami. Co dziwne, nigdy nie widziałem na jego twarzy zmęczenia czy objawów niedospania.
- To chyba pierwszy raz. Tobie się to zdarza dwa razy w tygodniu.  
  Roześmiał się i od razu spoważniał.
- Mamy problem z Yakuza.
  Spojrzałem na panoramę miasta. Duże, podwójnie zbrojone okna dawały łatwy widok, na centrum Londynu. Oparłam dłonie o mahoniowe biurko, za którym zwykle pracowałem.  
- Te japońce są zawsze uparte. O co tym razem chodzi?
- Chcą dwa procent więcej od zysków we wschodniej Azji.
- Pewnie Minamoto z tym wyszedł?
- Dokładnie i poparł go Hitaru.
- Jest młody i bezczelny. Ich zabawy z panienkami... To zboczeni sadyści.
- Sadysta to zboczeniec. Nie może być zboczony sadysta - uśmiechnął się.
- Hajze, wiesz co mam na myśli.
- Tak, bracie. Ale my też nie jesteśmy aniołkami.
  Poczułem się dziwnie.
- Zastanawiam się czy się nie wycofać.
  Spojrzał na mnie ostro.
- Centralna rada ci nie pozwoli.
- Pewnie nie. Ty czujesz się w tym dobrze, ja nie za bardzo.
- Bo jestem kawalerem. To pewnie wpływ Diany.
  Zacisnąłem pięść.
- Prosiłem cię, żebyś mi nie wypominał. Ona ma mgliste pojęcie co robię.
  Przyjął, ten lekko bezczelny, wyraz twarzy.
- Aż taką idiotką nie jest, że wierzy iż sprzedajemy tereny i budujemy ogródki jordanowskie dla dzieci.  
- Bracie. To nie ma nic wspólnego z nią. To moja decyzja. Ale nie rozmawiajmy o tym. To plany na przyszłość. Co zamierzasz zrobić z Hitaru?
- Dać im jeden procent więcej.
- To okazanie słabości. Daliśmy im to na tacy. Co na to szefowie?
- Colins jest skłony się na to zgodzić. Panienka Ramirez jest przeciwna, a Morgan się zastanawia.
- Czyli zrobią jatkę, jeżeli Morgan poprze Ramirez. Mamy alternatywnych ludzi o bardziej ugodowych poglądach niż Hitaru i Minamoto?
  Zrobił dziwną minę.
- O co chodzi bracie?
- Minamoto przekazał, że wycofają się z żądań pod jednym warunkiem.
- O! Co to za warunek?
- Chce z tobą pojedynku.
- Idiota.  
- On pochodzi z linni samurajów. Ze starego klanu. Podobno go uraziłeś.
- Tym spojrzeniem? E
- Dla nich to wystarczający powód by zabić. Hitaru podjudza go do tego, a wiesz dlaczego? H
- Chce sam przejąć gang? E
- Dokładnie. To szaleniec. Dla niego interes jest drugorzędny. Nawet jego bliscy współpracownicy się go obawiają. H
- On lubi broń palną. E
- I tym zrobił sobie wrogów pośród starszych. Może wynajmę kogoś z zewnątrz i wykończymy ich obu? H
- Nie jestem za tym. To szaleńcy, ale azjaci tacy są. Potrzebujemy na tamtym terenie takich ludzi. E
- A co z propozycją? Jeżeli odmówisz, uznają cię za tchórza. H
- On nie przekazał mi tego osobiście. To też objaw braku odwagi. Mam coś do załatwienia w Singapurze, może polecę do Tokio, na dwa dni.
- Czyli sądzisz, że wówczas ty jego sprowokujesz do osobistego oświadczenia?
- Być może. Jeżeli to zrobi, przyjmę wyzwanie. Jeżeli nie, nie będzie mógł nadal o tym myśleć ani mówić.
- Nie chciałbym cię stracić, ale również nie będzie to dobrym rozwiązaniem, jeżeli Hitaru zacznie władać.  
- Znam kogoś kto ułatwi nam załatwienie sprawy.
  Hajze popatrzył na mnie uważnie.
- Masz na myśli Koi?
- Zawsze mogłem na nią liczyć.
- Ponieważ nadal ma do ciebie uczucie. Jeżeli Diana się dowie, że jesteś w Tokio, nie będzie zadowolona. A Koi jest w klasztorze. A buddyzm nie pozwala zabijać.
- Chcę ją prosić o przysługę, a nie z nią spać. A co do zabijania, jest trochę inaczej. Poza tym Koi nie jest mniszką, tylko tam mieszka.
  Znowu popatrzył w zagatkowy sposób.
- Jakie są Japonki?
- Przecież nie próżnowałeś kiedy byliśmy tam kilka razy.
- To były dziwki. Chodzi mi o zwykłą kobietę?
- Przekonaj się sam. Spędziłem tam prawię połowę życia. Ty tego nie zrozumiesz. Zawiązywanie pasów, parzenie herbaty i te ukłony. Paczuszki i milion różnych zasad. Jesteś zbyt nowoczesny.  
- To nie moja wina, że ojciec chciał mnie mieć bliżej, wiecej niż ciebie...
  Poczułem się źle.
- Sądzę, że mnie chciał mieć dalej. To ty byłeś ulubieńcem obojga. Zwykle pierworodny ma większe fory.
- Józef był najmłodszy i ojciec go kochał najbardziej.
  Spojrzałem na niego.
- Ty dajesz mi przykład z tej książki! Najmłodszy był Benjamin, jeśli chodzi o ścisłość.
- Jakkolwiek. Tylko nie daj się zabić.  
- Postaram się. I nic nie wiesz o Koi, w razie czego.
- Ma się rozumieć. Roger robi party w sobotę. Przyjdziesz?
- Spędzam za mało czasu z dziećmi.
- Przecież możesz przyjść z Dianą i ze swoimi pociechami.
- Znając Rogera zaprosi kilka panienek. Chloe zrozumie, ale Remi będzie pytał.
- Ile on ma lat? Jedenaście. Z pewnością coś wie o tym.
- Myśmy nie mieli wyboru, ale postanowiłem, że ani Remi ani Chloe nie pójdą w moje ślady.  
- Twoje decyzje mogą nie spodobać się w Nowym Jorku.  
- Nie jestem niczyim niewolnikiem.
- Chcę tylko dobrze dla ciebie, bracie - powiedział Hajze.
- Wiem.  
- Wychodzę, mam kilka spraw do załatwienia - rzekł mój brat.
  Zostałem sam w pokoju. Z okien rozciągał się widok na Londyn. W tym wielkim mieście nie mieliśmy wielu słonecznych dni, a dzisiaj właśnie wyjątkowo prześwitywało słońce. W drugim pomieszczeniu siedziała tylko Betty. Większość ludzi w wieżowcu nie miała pojęcia czym się naprawdę zajmujemy, ale Betty Colman, miała rozeznanie. Lojalna kobieta pracowała dla nas już od prawie trzydziestu lat, czyli jeszcze zaczęła jak rodzice żyli. A w swoim testamencie ojciec zaznaczył, że ma pracować dla nas, jeżeli nie będzie chciała, ma pobierać pobory. Dziwna sprawa, jak na takiego człowieka...
  Czy faktycznie sprowadzę na siebie gniew zarządu jeżeli się wycofam? Obecnie moja pozycja wydawała się nie do ruszenia. Nawet Hajze nie miał takich wpływów co ja. Nie zawsze i nie we wszystkim się z nim zgadzałem, ale w końcu to był mój brat i gdzieś w środku miałem do niego uczucie.  
  Ani on, ani ja nie zajmowaliśmy się tak zwaną, mokrą robotą. Od tego mieliśmy ludzi. Cały Syndykat X posiadał rozległą siatkę wykwalikowanych bandziorów. Panowała hierarchia i porządek. Mieliśmy oczywiście powiązania z policją i niektórymi członkami rządu. Całkiem często korzystali z naszych usług. Bo przecież polityka to okropnie brudny interes.  
  Podejmowałem dość szybko decyzje. Zamierzałem załatwić sprawę z japońskimi gangsterami. Zawsze istniała szansa, że mógłbym jednak przegrać z Minamoto. Szansa na to, że jeżeli przyjadę i się z nimi spotkam, a on nie podejmie wyzwania, była minimalna. Oni nadal bardziej cenili honor niż cokolwiek innego. Nie miałem tylko pewności co do Hitaru. Ten dwudziestoośmioletni Yakuza nie pasował do żadnych standartów. Nie używał prawie nigdy miecza. Bezczelny, odważny, postrzelony. Nieprzewidywalny. Nigdy nie udawał się nigdzie sam. Miał ośmiu oddanych sobie ludzi, w tym jedną kobietę. Posiadała umiejętności walki wszystkimi rodzajami broni. Stanowiła jednak całkowite przeciwieństwo Koi. Wszyscy się jej obawiali, mimo że przeważnie na jej twarzy panował uśmiech. Hitaru czynił starania by ją posiąść, ale ona prawdopodobnie albo nie interesowała się seksem, lub preferowała kobiety. Jednak nikt na pewno tego nie wiedział. W każdym razie nie tolerowała mężczyzn. Robiła chyba ustępstwa dla swojego bossa. Miała ksywkę Czarna smierć. Z powodu bardzo ciemnych tęczówek. Faktycznie miała na imię Tomine Saro.
Rzuciłem okiem na pokój. Poza mahoniowym biurkiem i skórzanym fotelem, mieliśmy tu parę mebli. Barek z przednim alkoholem, podobnie jak biurko, z mahoniu. Półka wypełniona aktami i księgami prawniczymi, system nagłaśniający Yamahy i rodzynka tego pokoju. Za szkłem leżał na specjalnym stojaku, samurajski miecz. Ponoć wykuł go sam Hattori Hanzo.
Wszedłem na chwile do łazienki. Umyłem ręce i opłukałem twarz zimną wodą. W odbiciu widziałem twarz człowieka prawie czterdziestoletniego. Przystojnego bruneta o hiszpańskich rysach. Miałem sześć stup wzrostu, dwa incze więcej niż Hajze. Lubiłem dobrze wyglądać, ale raczej ubierałem się w sposób klasyczny. Dzisiaj miałem czarne wełniane spodnie i biała koszulę. Tak naprawdę miałem tuzin identycznych koszul i spodni i butów. Dwa identyczne zegarki firmy Patek i sygnet z dużym szafirem.  
  Wytarłem twarz białym ręcznikiem z bawełny i wróciłem do pokoju.
  W Singapurze miałem osobiście sprawdzić kilku wyższych gangsterów. Oczywiście chodziło o lojalność wobec zarządu. Głównym problem robił Wang Hui Sao.
  Oficjalnie Syndykatem X dowodziła trójka ludzi. Panna Ramirez, około czterdziestoletnia, pochodziła gdzieś z Ameryki Południowe, najpewniej Brazyli. Colins miał około sześdziesiątki i pochodził z Nowego Yorku. Posiadał decydujący głos w sprawach spornych. Trzecią osobą był Morgan. Jakieś dziesięć lat młodszy od Colinsa. Piastował prymat w ilości powiązań ze wszystkimi. Małomówny, szczupły, o jasnej cerze. Nie potrafiłem go rozgryźć.  
  Osobiście uważałem, że oni tylko reprezentują większą grupę i faktycznie wykonują polecenia i sugestie, tamtych ludzi z cienia.  
  Rzadko kiedy potrzebowałem obstawy. Nosiłem broń, ale nie czułem zagrożenia. Ze wszystkich naszych ludzi, ceniłem najbardziej mojego kierowcę. A to z tego tytułu, że moje dzieci go lubiły. Żona również.  
  George Fagerland pracowała dla mnie od czasu kiedy wróciłem z Japonni. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Co dziwne, Hajze nie darzył go sympatią, natomiast George nadal odnosił się do mojego brata bez zarzutu.
  Przejrzałem liczne dokumenty. Mimo ery komputerów, dużo mieliśmy papierów. Przychodziły do nas przywożone przez specjalnych kurierów. Szansa przechwycenia tych informacji przez innych równała się zeru. Jakkolwiek dla absolutnej pewności wszelkie istotne informacje podawano szyfrem. Dla nieznającego kodu, wyglądało to na zwykłe biurokrtyczne dokumenty.  
  Powodem lotu do Singapuru był właściwie jeden człowiek. Pięćdziesięciopięcio letni Chińczyk. Wyglądało na to, że pracuje na dwa fronty i z obu stron pobiera wynagrodzenie. Ogólnie nie ufałem Chińczykom, Wietnamczykom i Laotańczykom. Mimo czasowych kłopotów, z Japończykami zawsze potrafiłem się tam dogadać. Być może ponieważ spędziłem tam znaczną część mojego życia. Rozumiałem ich kulturę i mentalność. Ci kórzy znali mnie, akceptowali moją osobę, jak swojego.  
  Japończycy się uśmiechaja i kłaniają, ale w głębi duszy, gardzą białą rasą. Nadal są niechętnie nastawieni do Chińczyków.  
  Zrobiła się pora lunchu. Zamierzałem coś zjeść. Kiedy George zabierał Phantoma miałem do dyspozycji kilka aut. Prawie nigdy nie korzystałem z czarnego Jaguara.  
  Powiedziałem Betty, że wychodzę i nie wiem czy wrócę. Odwzajemniła mi uśmiech. Podsunęła cztery papiery do podpisania.  
  Zjechałem windą do podziemnego garażu. Poza Jaguarem miałem do jeszcze dwa, suv Lamborgini. Najnowszego Urusa i trzydziestoletni LM002. Urus miał wiśniowy, metaliczny lakier i  ciemno granatowe skórzane obicie w środku. Niezwykle szybka maszyna, rozpędzająca się do setki w mniej niż cztery sekundy. Diana i dzieci lubiły tym jeździć. Natomiast ja preferowałem żółte LM002. Wzmocniony, oryginalny ponad sześćset konny silnik, do prawie ośmiuset koni. Posiadałem model z silnikiem o dwunastu cylindrach i oryginalnej  pojemności ponad siedmiu litrów. Musiałem dodać dwa kompresory i zmienić transmisję. Powodem było pancerne podwozie, co zwiększało wagę wozu o prawie dwieście kilogramów. Kuloodporne szyby i drzwi. Specjalne samonapełniające się opony. Wóz nieco przypominał Hamera 1. Sprawdzał się niesamowicie w terenie. Rozpędzał się do setki w mniej niż osiem sekund i jechał tylko dwieście na godzinę. Jego młodszy brat bił go na głowę w osiągach. Mógł jechać powyżej trzystu kilometrów na godzinę.  
  Te wartości pachniały trochę fantazję. O ile dwieście na godzine można jechać na prostej drodze, to trzysta tylko na specjalnych trasach, jak autobahny w Niemczech.  
  Wyjechałem na ulicę. W Londynie jest dużo czarnych taksówek. Co uderza, ale tylko dokładnego obserwatora, to ogromna ilość rzeźb smoków. Są pogłoski, że to miasto zamieszkują gady w ludzkich skórach, czyli pozaziemskia rasa reptalianów.  
  W tej metropoli mieszka wielu Arabów. Najlepszą przyjaciółką Chloe jest Aisha.  
  Zauważyłem, praktycznie zawsze podobną sytuację, kiedy odbierałem dzieci wraz z Georgem. Kiedy po Aishe przyjeżdżała matka, nie miewa burki. Kiedy ojciec, zakładała. Prawdopodobnie matka miała bardziej liberalne nastawienie, a Ahmed, ojciec Aishy, bardziej konserwatywne.  
  Ruch w tym mieście jest praktycznie zawsze i dojazd gdziekolwiek, zajmuje sporo czasu...  
Zajęło mi prawie pół godziny, by przejechać siedem kilometrów. Niebywałe. Ale nie znosiłem metra ani autobusów.  
  Jadałem w Intercontynental hotel. Jedzenie mieli znakomite. Cena za noc zaczynała się od ponad trzystu dolarów. Odwiedziłem kilka hoteli, gdzie cena noclegu przekraczała tysiąc, ale tu właśnie bardzo odpowiadała mi kuchnia. Nie udawałem milionera, chociaż nim byłem. Zawsze dokonywałem wyborów zgodnych z rozsądkiem.  
  Wyszedłem z restauracji i zastanawiałem się gdzie się udać, kiedy zadzwoniła moja komórka. Diana.
- Co się stało, kochanie? - zapytałem z troską.
  Żona prawie nigdy do mnie nie dzwoniła w czasie moich godzin pracy, chyba że coś się stało i to naprawdę ważnego.
- Wybacz, że cię niepokoję - wyczułem w jej głosie zaniepokojonie, a nawet strach.
- Nic nie szkodzi. Jestem na mieście. Boisz się czegoś? - zapytałem spokojnie.
- Nie chciałam niepokoić Georga. Jest po drugiej, a dzieci mogą skończyć kilka minut po trzeciej...
- Diano, co się stało? - powiedziałem nieco ostrzej.
- Od godziny stoi czarny mercedes przed parkanem. Najpierw nie zwróciłam uwagi, ale... Poszłam na górę i z za zasłonki obserwowałam przez lornetkę. Szyby mieli lekko uchylone i robili to samo.
- Zawiadomiłaś policję?
- Chciałam, ale coś mi szeptało, by tego nie robić.  
- Dobrze, zaraz przyjadę. Prawdopodobnie zajmie mi to piętnaście minut. Sprawdź kamery, może dostrzeżesz numery tablic.  
- Dobrze Euri, tak zrobię. Wybacz.
- Ależ kochanie. Nie przepraszaj. Zaraz będę.
  Podbiegłem do wozu. Dałem chłopcu parkingowemy dwadzieścia funtów i ruszyłem ostro. Położyłem na dach niebieskie, migające światło. Jechałem ostro i używałem często sygnału.  
  Co to miało znaczyć? Prowokacja? To nie mogła być policja. Służby specjalne, równeż nie. Kto? I ważniejsze, dlaczego? Dojechałem na naszą ulicę po dwunastu minutach. Musieli mnie dostrzec, bo ruszyli, ale zajechałem im drogę. Skoro wiedzieli, że to ja, znaczy mieli informacje, jakim wozem jeżdzę. Wyszedłem z wozu. Kierowca trzymał kierownicę, pasażer miał pistolet i mierzył we mnie.
- Zjeżdżaj - syknął.
  Spojrzałem na obu. Biali. Nie tutbylcy.  
- Czego tu sterczycie i obserwujecie mój dom? - zapytałem nieco głośniej.
- Nie boisz się, że cię zabiję - zapytał pasażer.
  Zapamiętałem numery tablic.
- Chcieliście wiać, więc wiecie czym jeżdżę. Wiedzieliście, że w domu jest tylko żona. Kto was przysłał?
   To nie byli zwykli goście. Twarz tego co we mnie mierzył nie zmieniła się ani o trochę.
- Odejdź, albo strzelę.
- Wiesz kim jestem i mierzysz we mnie? I tak się dowiem kto was kryje. Widzę w twoich oczach, że nie strzelisz, ale i tak zrobiłeś wielki błąd. I mocno tego pożałujesz. - powiedziałem cicho.
  Zszedłem na chodnik, a oni odjechali.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i dramaty, użył 3233 słów i 18257 znaków, zaktualizował 22 cze 2020.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • kaszmir

    Ciekawy przeskok z pierwszej części do drugiej i nakreślenie postaci dwóch braci i wspólny biznes. Ukazanie szemranych interesów i handel narkotyków i broni pod plaszczykiem budowanych obiektów. Młodszy syn obok rodziców, a starszy poza domem, poza kontynentem w obcym kraju. I miłość zamknięta w klasztorze. Może i lepiej żyć w wolnym stanie, niż oszukiwać swoich bliskich. Nic nie dzieje się bez przyczyny, i jego oddalenie i poznanie Japonii przyniesie pewnie zyski w walce z gangsterami. I poznajemy historię tajemniczego miecza? Japonia i sztuka walki, mocne zasady, przywiązanie do korzeni jest fascynujące. Żaden kraj nie ma takiej magicznej historii i takiego spojrzenia na życie i śmierć.  
    Londyn, życie w luksusie i gdzieś obok wschód i namiastka konserwatyzmu… Burka u kobiet i powiązanie kobiet?
    Zakończenie i czarny samochód trochę chaotyczna sytuacja… Dlaczego taki boss nie ma ochroniarzy? I spontaniczne podejście do obiektu jest zbyt niebezpieczne. Ale każdy chaos ma ład i być może tutaj a znaczenie.  
    Ciekawie prowadzisz akcję. Tylko dialogi są suche… Brak narracji. Jakbyś dodał obok wypowiedzi bohaterów, jakieś opisy otoczenia, sytuacji lub zachowań samych braci. jako czytelnik nie widzę twarzy, nie widzę miejsca, gdzie toczy się rozmowa.  

    Pozdrawiam

  • AlexAthame

    @kaszmir Wezmę pod uwagę sugestie. Co do wyglądu i miejsca. Co do tego, dlaczego nie ma ochroniarzy? Euri jest znany wszystkim i nikt nie śmie go dotknąć. Widziałaś jak się zachował przy dwóch gościach. Postaram się wprowadzić podane przez ciebie elementy.  :przytul:

  • AlexAthame

    @kaszmir Czy sądzisz  że jest sens poddać ten odcinek kompletnej zmianie czy poprawić się w następnych? :) Ostatnie zdania świadczyły dlavzego Euri nie ma ochrony, ale może i to powinienem bardziej zaakceptować.Wszystko inne masz rację.Ja wiem jak wygląda jego biuro i on, ale czytelnik nie wie.Moj błąd.Poprawie się.  :przytul:

  • AlexAthame

    @kaszmir Poprawiłem, to znaczy dodałem opis jak wygląda Euri i Hajze. Opisałem też biuro. W dalszych częściach zwrócę uwagę, by dialogi miały więcej realności.

  • Almach99

    Robi sie ciekawie. I taka mala retrospekcja...

  • AlexAthame

    @Almach99 Dzięki.Tu bedzie wiele retrospekcja

  • agnes1709

    Przeczytam potem, ale to od razu dało po ryju - "sprzedarzą"?  :krzeslo: :D

  • AlexAthame

    @agnes1709 Już poprawiłem.Proszę popatrz jeszcze i daj znać jak Ci się podoba, bo nie chcę żebyś tylko błędy sprawdzala :przytul: Po ryju, nie po oczach?

  • agnes1709

    @AlexAthame Tu nie trzeba sprawdzać, samo wyłazi. Tak, po ryju, boli. Jak mi to zrekompensujesz? :D

  • AlexAthame

    @agnes1709  :przytul:  :kiss:  <3