Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Argentyńskie tango. cz. 5.

Czułem, że ten, co zszedł na dół, przyjdzie do mnie. Pewnie chciał zobaczyć, gdzie jestem. Bardzo chciałem zobaczyć, kto zabił Jonasa i Maxa, ale nie miałem czasu tego teraz sprawdzać. Miałem jeszcze trzy lub cztery osoby do zabicia. Nawet nie pomyślałem, że dobrze mi poszło. Zabiłem więcej niż tuzin w miarę wyszkolonych łotrów, a sam miałem tylko postrzał w ramię. Czekałem za drzwiami. Być może nie pomyślał, że będę właśnie tutaj. Może wcale nie myślał. Chyba nawet nie zdążył mnie zobaczyć. Dostał w środek klatki piersiowej, dostrzegłem to kiedy przechodziłem nad jego ciałem i dla pewności strzeliłem drugi raz w głowę. Nawet szyja nie jest tak pewna. Zatrzymałem się przy drzwiach następnego pomieszczenia. To był pokój z elektrycznością. Po chwili w budynku zapanowała ciemność. Kiedy jest ciemno, ludzie używają latarek. Znowu nie myślałem, to przyszło automatycznie. Wróciłem do pokoju z kamerami. Zwykle kamery mają niezależne źródło zasilania i tak było. Wiedziałem, że tu przyjdą, ale ważniejsze było bezpieczeństwo mojej córki. Odciąłem moc w całym domu, głównym wyłącznikiem. Tamci patrolowali dwór, więc mieli latarki. Liczyłem na to, że jednak pomyślą. Zobaczą trupy na schodach, zablokowaną windę, więc nawet nie będą szli na górę. Z pewnością tu przyjdą. Słyszeli strzały i zgasło światło. Z pewnością wiedzieli, gdzie jest pokój z korkami. Musiałem stąd wyjść. Potrzebowałem trochę szczęścia. Jeszcze tylko na kilka minut. Mogli przyjść razem lub osobno. Jeśliby przyszli razem byliby ostatnimi idiotami, paląc obaj latarki. Zobaczyłem, że jeden idzie na dół, drugi został na parterze i poszedł w lewo od schodów. Ten, co został tu rozwalony granatem, miał dobrą pozycję. Istniało ryzyko, że ochroniarz z dworu ma granat, ale uznałem, że nawet jeżeli go ma, to zaraz go nie rzuci, bo nie wie, gdzie jestem. Musiał minąć pokój z kamerami, by dojść do pokoju z bezpiecznikami. Ukryłem się. Dosłał w korpus dwa naboje. Puszczona latarka oświetlała ścianę i dostrzegłem jego sylwetkę. Trzecia kula trafiła go w głowę. Musiałem się spieszyć. Tamten z parteru zaraz zacznie wracać. Dobrze się rozglądałem czy nie zobaczę błysku latarki. Facet trochę uważał. Zgasił latarkę, ale nieopatrznie ją włączył, kiedy doszedł do stosu trupów rozwalonych granatem, tych na marmurowych schodach. Musiał to zrobić, by się nie przewrócić. Leżałem obok tych łotrów. Facet z pewnością zeche pójść z ostrożnością na dół. Słyszał kilka strzałów, więc mógł sądzić, że jego kompan też strzelał.
– John? John, to ty? Dosłałeś? Gdzie ten koleś?
Stał przy zejściu schodami w dół z zapaloną latarką i świecił w dół. Naprawdę chyba ich ktoś źle szkolił. Gdyby zbiegł lub po prostu poszedł, też bym go miał, a tak? Chciał sprawdzić co z Johnem, ale zbyt długo stał w jednym miejscu. Gdyby zgasił latarkę i tak bym go trafił, bo już przyzwyczaiłem oczy do ciemności. Obraz schodów był ostatnim, który zobaczył w życiu. Dostał dokładnie w lewą skroń Pobiegem na górę. Wszedłem do pokoju.  
– To ja, Daria. Tata.
– Jestem tutaj. Czemu jest ciemno?
– Bo trzeba oszczędzać elektryczność, kochanie. Wiesz, że opłaty poszły w górę, a hrabina była skąpa..
Chyba dobrze zrozumiała mój żart, bo przeszła od razu do konkretów.
– Znalazłam jakieś ubranie. To chyba nie tej złej baby.
Włączyłem latarkę i dostrzegłem wystraszoną twarz pokojówki.
– Była grzeczna? – zapytałem córki.
– Tak. To Juanita, z Meksyku. Hrabina Katrin była okropną ździrą. Juanita ucieszyła się, że ją zabiłeś.
– Dobrze skarbie. Zaraz powinna być policja lub SWAT. Pójdę włączyć prąd.
Zszedłem na dół. Używałem pożyczonej latarki tego ostatniego gościa. Wszedłem do pokoju z bezpiecznikami. Po chwili znalazłem się w pokoju z monitorami. Majstrowałem trochę przy monitorze, na którym widać było trupy dwóch gości, którzy porwali moją córkę. Okazała się, że zabił ich facet, który mnie postrzelił. Słyszałem całą rozmowę. Zaprosił ich do środka, nalał dwie szklanki alkoholu i powiedział, że idzie po forsę i że hrabina dziękuje. Widocznie coś było w alkoholu, bo po chwili obaj spadli ze stołków. Facet musiał wiedzieć, że środek podziała szybko, bo wrócił, zanim zacząłem strzelać. Naprawdę miałem dużo farta. Cały dół, piwnica i zewnątrz było monitorowane, ale nie piętro. Widocznie ta żmija chciała mieć prywatność. Pozostał jeszcze Adams. Poszedłem do córki i pokojówki.
– Tato, Juanita mówiła, że hrabina była jej winna pięć tysięcy, czyli zalegała dwa miesiące z wynagrodzeniem, ale ona bała się coś powiedzieć. Podobno była inna tylko dla tego Gotfryda.
– Wiesz, gdzie ta wiedźma trzymała pieniądze? – zapytałem pokojówkę.
– Dwa pokoje dalej miała sejf i swoją garderobę. – była nieco wystraszona, pewnie na widok dwóch pistoletów, za paskiem.
– Proszę wybaczyć, że panią uderzyłem. Sądziłem, że będzie dla pani bezpieczniej, jeżeli będzie pani nieprzytomna.
Popatrzyłem na córkę.
– Byłaś dzielna. Muszę coś jeszcze sprawdzić. – podałem córce pistolet.
– Czy ktoś jeszcze został? – zapytała nieco zaniepokojona.
– Pilot. Sprawdzę, czy jest wart, by żyć.
– Wszyscy nie żyją? – zapytała Juanita.
– Nie zostawiam rannych. – odrzekłem i wyszedłem.
Dureń ze mnie. Teraz pewnie się będzie więcej bała. Wróciłem do pokoju z monitorami. Adams dalej coś robił, tym razem już nie przy helikopterze, tylko blisko ściany. Widocznie pomieszczenie na śmigłowiec musiało być dobrze wyciszone. Skoro było wielką windą, musiało być połączone z piwnicą jakimś wejściem. Z pewnością miało niezależną elektrykę, inaczej Adams by wiedział, że zabrakło prądu. Liczyłem, że nie jest tak groźny jak inni, których zabiłem. Poszedłem w tamtą stronę do głównego wejścia i zacząłem przypatrywać się trupom. Wziąłem kolejny pistolet i znalazłem jeszcze jeden granat. Poszedłem w kierunku, gdzie spodziewałem się Adamsa. Tak jak sądziłem, na końcu korytarza dostrzegłem drzwi, nieco inne niż wszystkie. Jak do windy. Otworzyłem je i spojrzałem z boku w głąb wielkiej windy. Adams nawet mnie nie dostrzegł. W końcu mnie zobaczył i znieruchomiał. Już zrozumiałem, dlaczego nic nie słyszał. Miał słuchawki w uszach. Na mój widok podniósł ręce do góry. Pokazałam wolną dłonią ucho. Powoli wyjął słuchawki.
– Pan żyje?
– Jak widzisz Adams.
– Jak się czuje hrabina?
– Dobrze. Tak jak reszta.
– Skoro tak, to nie rozumiem.
– Nie musisz. Mam tylko jedno pytanie.
Adams nie był głupi. Domyślił się wszystkiego.
– Ja tylko pilotowałem. Byłem przeciwny, żeby porywać pańską córkę.
– Z pewnością. Pewnie robiliście głosowanie, tak?
– Nie. Oni by mnie zabili gdybym odmówił.
– Oczywiście. W takim razie dostaniesz tylko kilka lat. Zostawiam ci broń, może się jeszcze przydać.
– Nie umiem strzelać.
– To czas się nauczyć. Zaraz przyjedzie SWAT, więc zostań i nie dotykaj pistoletu, albo dokończ naprawę i wiej. Tylko wówczas dostaniesz kilka lat więcej, bo z pewnością cię złapią.
Podszedłem do niego, bał się. Położyłem broń na stoliku i odszedłem. Cóż, dałem mu tak prosty test. Czy miał mnie za kompletnego idiotę i sądził, że zostawiam mu naładowaną broń? O nie, ja idiotą nie byłem. Miałem palec na spuście, a pistolet za paskiem, ukryty pod bluzką. Adams nie miał kombinezonu, a nie sądziłem, by trzymał broń w kieszeni. Gdyby zrobił głupi ruch? Kiedy szedłem do wyjścia, widziałem jego postać, w lustrze wiszącym obok drzwi. Adams obserwował mnie, podszedł do stolika, podniósł broń, wymierzył i strzeliłby mi w plecy, gdyby tam była kula. Potem słyszałem dwa kolejne kliknięcia. Odwróciłem się i popatrzyłem na niego.
– Mogłeś żyć, idioto.
Czuł, że go zastrzelę, a gdy tego nie zrobiłem, jego zdziwienie się pogłębiło. Mierzyłem w niego, stojąc w otwartych drzwiach wielkiej windy. Lekko odchyliłem dłoń i wpakowałem trzy naboje w bak. Wybuch paliwa wyrzucił mnie metr dalej. Drzwi się zamknęły. Nie sprawdzałem, czy Adams żyje. Raczej nie powinien. Po chwili usłyszałem cichy wybuch. To pewnie granatnik Maxa miała jeszcze wolne pociski. Poszedłem na górę, minąłem pokój, gdzie zostawiłem córkę i pokojówkę. Sypialnia hrabiny wyglądała nieźle. Lubiła dobre sprzęty i gustowne ubrania. Przekonałem się o tym, bo zajrzałem do szafy. Sejf wyglądał solidnie. Nie miałem pewności, czy granat da radę. Na stoliku stało zdjęcie Katarin i Gotfryda z ręcznym podpisem. ,,Nicea rok 2013", czyli znali się co najmniej cztery lata. Wyglądało, że jednak ich uczucie było prawdziwe. Czyli nawet tacy ludzie mieli uczucia. Dziwne.
Podszedłem do sejfu i wpisałem GOTTI2013. Nic. 2013GOTTI. Zapaliła się zielona lampka. Niebywałe!
Było tam z pół miliona, jakieś papiery, trochę złota I diamenty. Wziąłem paczuszkę setek. Tak na oko było z pięćdziesiąt tysięcy. Wziąłem drugą i zamknąłem sejf. Wyszedłem.
– To dla ciebie Juanito. Schowaj dobrze. – rzekłem kiedy ponownie wszedłem do pokoju, gdzie pozostawiłem Darię.
– To za dużo. – odrzekła, gdy zorientowała się, ile jest forsy.
– Należy ci się. Pewnie wynagrodzi ci to krzywdy.
Dostrzegłem łzy na jej policzku. Miała wolne ręce i nogi, bo Daria ją rozwiązała, pewnie zaraz jak wyszedłem.  
Poszła do drugiej szafy i włożyła pieniądze do torebki. Jeżeli przyjedzie policja, pewnie ją sprawdzą. Może i nie. Usiadłem przy córce. Czas się wcale nie dłuzył. Czekaliśmy ponad dwie godziny. Daria siedziała oparta o mój tors i trzymała mnie za ręce. Juanita milczała, patrzyła na nas i się czasem uśmiechała. Zobaczyłem w końcu migające czerwone światła laserów. Nareszcie przybyła pomoc. Lepiej późno niż wcale. Trzech uzbrojonych po zęby specjalistów od kłopotów weszło do nas. Dla pewności kilka minut temu ukryłem pistolety pod łóżkiem.
– Nazywam się Grant Storm i jestem z córką Darią. Czy jest za wami porucznik Jeff Carter?
– Tak. Zaraz przyjdzie. Wszyscy nie żyją? Ktoś panu pomagał? 
– Szczęście i determinacja. Musiałem ratować moje dziecko.  
Razem przyleciało dwunastu ze SWAP–u. Carter i jeszcze dwóch policjantów.
                                                  *
Horror się skończył. Po kwadransie jechaliśmy z Darią i Carterem policyjnym wozem. To był Tahoe, podobny do tego, którym porwali mi córkę. Przed odjazdem poprosiłem Cartera by pozwolili Juanicie zabrać torebkę i by jej nie rewidowano.
– Ma broń?
– Nie. Katarin zaległa z wypłatą. Znalazłem parę groszy i jej zapłaciłem.
– Parę groszy, powiadasz? Oczywiście nie zapłaci od tego podatków. Do dzisiaj byłem bardzo uczciwym gliną. 
Grupa antyterrorystyczna przyleciała śmigłowcem, Carter z dwoma oficerami RCMP przyjechał samochodem. Z powodu różnicy szybkości, Carter wyruszył wcześniej. Mieli problem z ustaleniem miejsca zamku. Podobno najpierw śledzili lot śmigłowca, potem go zgubili. Znowu Carter się przydał. Znalazł posiadłość hrabiny. Nie chcieliśmy wracać helikopterem. Dwaj policjanci zostali z Juanitą. Czekali na inne wozy, mieli zabrać trupy. Miało tu przyjechać sporo innych ludzi, ale Jeff mi oszczędził ich poznania.
– Zabiłeś wszystkich. Będą kłopoty. Nie mogę w to uwierzyć. Trzy miesiące przeszkolenia wojskowego i tańczenie? Poważnie? Ty rozwaliłeś śmigłowiec? Musiałeś zabijać następnego pilota? Ktoś przeżył z policjantów w Calgary?
– Jeden, ale do końca życia pozostanie na wózku.
– Przykro mi. Odnośnie Adamsa. Dałem mu wybór, ale chciał mi strzelić w plecy.
Scott pokiwał głową.
– Chciałem ją uratować. Wcześniej byłem przeciwny przemocy. Widocznie to wszystko obudziło we mnie moją drugą naturę.  
– I zrobiłeś to. Co do kłopotów, mam plan, ale będę musiał z kimś porozmawiać. Zabiłeś siedemnaście osób i ciężko będzie uznać, że to była obrona własna i córki. Poza tym nie byłeś upoważniony. Gdyby nie Adams to byłoby łatwiej. Obejrzałem gości. Nie zostawiałeś rannych.
– Ranny jest potencjalnym zagrożeniem.
– Tak, wszyscy dostali w łeb lub rozwaliłeś im gardła.
– Adams zginął od wybuchu, a Katrin zabiłem ciosami w wątrobę. Co z Hamiltonem i Streemem?
– Aresztowani. Pękli od razu.
– Carter, możesz mi zrobić grzeczność?
Facet był naprawdę inteligentny. Wiedział, o co go chcę prosić. Nie wierzyłem w system prawny i więzienia.
– Nie, Storm. Nie.
– Wiedzieli, co robią, prawda?
– Tak, ale to jest próba morderstwa, a nie morderstwo. Czy twojej córce można ufać? – spojrzał na nią.
– Kochanie? – zapytałem.
– Nic nie słyszałam.
– Postaram się coś zrobić. Jestem uczciwym gliną i zabiłem dopiero dwie osoby. Najpierw poszedłem ci na rękę i pozwoliłem, by Juanita Gonzales zabrała sto tysięcy gotówki, a teraz mnie prosisz o dwa trupy?
– Wolisz, bym ja to zrobił? Ci dwaj byli więcej winni niż tamci.
– Wierzę, że mógłbyś. Jesteś niemożliwy! – zobaczyłem, że się uśmiechnął.
Czułem spojrzenie córki. Nie dostrzegłem w jej oczach niczego innego jak miłości i dumy.

Pojechaliśmy do szpitala, też dzieki Carterowi. Nikola spała. Pogotowie przyjechało szybko, a jej stan okazał się nie taki straszny, jak sądziłem. Miała za dwa tygodnie wrócić do domu. Córka nie chciała zostać beze mnie, ale Carter jej przyrzekł, że już jej nic nie grozi.
– Mogę mu wierzyć, tatusiu?
– Tak skarbie. Muszę z nim jechać. Pomoże mi, bym nie musiał odpowiadać za śmierć tych ludzi.
– To byli źli ludzie.
– Tak skarbie, ale w Kanadzie jest prawo.
– Dobrze, tatusiu.
Popatrzyła na Cartera.
– Panie policjancie, proszę pomóc tacie. Jest nieszkodliwy.
– Pomogę, ile będę mógł. Nie bardzo się z tobą zgodzę Dario, że jest nieszkodliwy, natomiast z pewnością jest skuteczny.
To była długa noc. Carter miał naprawdę znajomości i wiedział do kogo dzwonić. Facet okazał się jednym z ważniejszych dowódców SWAT. Jeszcze tej nocy miałem z nim rozmowę.
– Słyszałem to już kilka razy. Nie uwierzyłem nawet Carterowi i sprawdzałem. Faktycznie nie ma pan żadnego wyszkolenia i tym bardziej nie mogę pojąć. Więcej niż tuzin trupów, konkretnie siedemnaście. Mam propozycję. Będzie pan z nami współpracował. Minimum trzy miesiące, chociaż wolałbym dłużej. Nauczymy pana technik samoobrony. Stosujemy Kraft magę, Systema i ulepszone formy stosowane przez agentów ochrony rządu. Strzelał pan z karabinu snajperskiego?
– Nigdy. Czy będę mógł odwiedzać żonę i córkę?
– Pracuję nad tym. Przez pierwszy tydzień, nie.
– Co z tą hrabiną, podobno ma znajomości.
– To właśnie wspomniał Carter. Od teraz jest tajne. Jest pan człowiekiem honoru, mniemam. Od teraz wszystko, co pan usłyszy, zobaczy czy przeczyta, jest tajne. Mamy problem z jedną grupą. Zbyt mocno naciskają na pewne sprawy dotyczące żywotnych istotnych interesów Kanady. To będzie pierwsze zadanie waszej grupy.
– Jakiej grupy?
– Pozna pan ich rano. Z jedną sprawą się z panem zgadzam, Grant. Pewnych ludzi lepiej nie należy zatrzymywać, bo się wywiną i potem narobią więcej problemów.
– Ma pan na myśli rodzinę czy wpływowych przyjaciół tej wiedźmy?
– Kathrin Cardell–Livingtoon. Miała wpływowych przyjaciół. Gdyby nie to, że są na naszej liście osób szkodzących interesom kraju, pewnie nie moglibyśmy nic zrobić. Wówczas by musiał ich pan wszystkich zabić sam, w co jestem skłonny wierzyć. Jednak sytuacja jest inna i my to zrobimy. Rano dowódca grupy zapozna pana z planem. Macie dziesięć dni. Nie mieliśmy jeszcze takiego gościa jak pan. Agent 007 by się nie powstydził. Jednak pozostaną koszmary – pokręcił głową i zrobił smutną minę.

I tak rozpocząłem trening. Szło mi tak sobie. Nie chciałem nikogo zabijać, kto nie był zamieszany w tę sprawę. Brałem jednak udział w zajęciach. Dobre było to, że dość szybko nauczyłem się strzelać z karabinu z lunetą. Miesiąc potem profesor Hamilton został zgwałcony w celi i dostał ataku serca. W rezultacie tego niemiłego dla systemu prawnego zdarzenia, Streema postanowiono przenieść w inne miejsce, chociaż i tak nie siedzieli razem. Miałem przerwę na obiad, zwykle jadłem go z Jeffem. 
– Hamilton umarł, a Streema przenoszą. 
– Czytałeś zeznania. Przyznał się do winy i wyraził skruchę. Darujesz mu?
– Nie. Tylko Bóg wybacza. Zabiję go.
– Na razie czeka na proces. Dostanie z piętnaście lat. Ma pięćdziesiąt jeden lat. Kiedy wyjdzie z więzienia, o ile nie umrze wcześniej, będzie starym człowiekiem. Powiedz Grant. Co czułeś gdy zabijałeś tych ludzi?
– Nic.
– Masz koszmary?
– Śpię lepiej niż poprzednio.
– Wierzysz w reinkarnację?
– Dlaczego, Carter?
– Pułkownik Morrison mówi, że trenujesz ciężko i sumiennie a wolnych chwilach ćwiczysz tylko z samurajskim mieczem. Może byłeś kiedyś samurajem?
– Ćwiczę, bo chcę go przeciąć na pół. Od wątroby aż do serca. Nie jestem zadowolony, że Hamilton dostał ataku serca.
– Przerażasz mnie. Nie uda ci się. Nie będziesz czekał piętnastu lat, a jeżeli to zrobisz, będziesz głównym podejrzanym.  
– Zobaczymy, na razie nie zaprzątam sobie tym głowy. Gdybym mógł, zabiłbym wszystkich złych ludzi, którzy zabiliby lub zgwałciliby dziecko. I wszystkich innych, którzy zabraliby komuś życie dla zysków.
– Wiesz, ile takich ludzi jest? Miliony.
– Nie szkodzi. Tacy ludzie nie powinni żyć. Pozostawienie ich przy życiu grozi, że ktoś zginie.
– Ludzie są bardzo agresywną rasą. Obiecaj mi jedno. Kiedy skończysz służbę, nie zabijesz już nikogo.
Patrzyłem mu w oczy.
– O ile nie będzie chodziło o życie mojej żony czy córki. Obiecuję nie zabić nikogo poza Morganem Streemem.
– Wiem, że dotrzymasz obietnicy.
Tak, wiedziałem, że dotrzymam. Zostałem tak wychowany i wpoiłem te zasady córce. Trzeba zawsze dotrzymywać obietnic. Skąd mogłem wiedzieć, że w pewnym sensie stanie się to moją piętą achillesową?

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i thrillery, użył 3206 słów i 18555 znaków, zaktualizował 29 lis 2021.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto