Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Argentyńskie tango. cz. 4.

– Obudziłeś się, Rambo. – usłyszałem męski głos.
Spojrzałem w tym kierunku.
– Dawno byś już nie żył, ale pani hrabina chce cię poznać. Potem z tobą skończę, chyba że postanowi inaczej.
– Gdzie jest moja córka, zbóju!
– Zbóju? Masz twardy łeb. Drugi raz dosłałeś ode mnie. Nie zabiłem cię, a powinienem strzelić, podobnie jak do twojej żony strzelił Max. – zobaczyłem nieznaczny ruch jego głowy w kierunku gościa, który siedział z tyłu. Dostrzegłem Darię.
– Tato!
– Kochanie!
– Co za romantyczne spotkanie. – rzekł gość, który ze mną rozmawiał. – Hrabina uznała, że większą karą dla ciebie będzie patrzeć, jak zabieramy jej wątrobę i serce. – uśmiechnął się niezbyt ładnie.
– Chcą mnie zabić tato! – wyczułem strach w jej głosie.
– Hrabina ma raka wątroby, a przy okazji chce młodsze serce. Masz bardzo rzadką grupę krwi, bez antygenu H. Hrabina ma identyczną. Nasz lekarz domowy, pan Streem, skumał się ze specjalistą z kliniki krwiodawstwa, profesorem Hamiltonem i to odkryli. Dlatego cię porwano.
– Te, Jones, skąd ten facet to wszystko wie? – zapytał Max.
Czyli ten, co mnie walnął, nazywał się Jones.
– Nie mówili, że ojciec dziewczyny to jakiś były agent lub komandos. – kontynuował Max.
– Jestem ojcem, skurwielu. – powiedziałem spokojnie.
– Osobiście się tobą pobawię. – syknął Jones.
Nie wyglądało to dobrze. Byłem skuty. Kajdanki łączył łańcuch, przewieszony przez metalowy uchwyt nad moją głową. Mieli drugiego pilota, rozwalili cztery wozy policyjne z ludźmi. Prawdopodobnie będę musiał patrzył na to jak rozcinają Darię i wyjmują z niej narządy, a potem mnie zabiją w niezbyt miły sposób. Tyle zachodu a nic nie wskórałem. Aha i jeszcze zobaczę sprawczynie tych nieszczęść.
– Gdybyś strzelił w bak, nie moglibyśmy lecieć. Wówczas byłoby nam trudno, bo hrabina chciała ją żywą i to szybko, ale tak? Doceniam odwagę i umiejętności, ale nie na wiele ci się to dalej przyda. – skwitował chłodno, Jones.
Porywacz miał pewnie sześć stóp i ważył blisko dwieście funtów. Max był nieco drobniejszy. Obaj mieli nieogolone gęby. Czy wyglądali na zbirów? Dla mnie nie. Z powodu niezbyt mocnego światła nie za bardzo mogłem wiedzieć więcej o ich wyglądzie.
– Znajdą ją.
– Głupcze, nie wiesz, jakie hrabina ma wpływy. Kanada to dobry kraj. A potem wróci do Anglii, a my będziemy bogaci.
– Już jesteśmy bogaci, a jak nie, to zabijemy starą kurwę.
– Zamknij się, Max. Jeżeli by to usłyszała, nie życzę ci być w twojej skórze.
– Ty jej nie powiesz, a Adams ma słuchawki na uszach, więc nie słyszał. A temu gościowi, nie uwierzy.
– Jesteś debilem, Max, ale dobrze strzelasz z tych działek. Było miło patrzeć, jak samochodziki się rozpadają razem z zawartością. 
– Lubię moje zabawki. – spojrzał na wielką torbę pod nogami.
Zastanawiałem się, jakie mam szanse. Nie miałem pojęcia gdzie lecę. Miałem mała szanse, że Carter może wie. Czy faktycznie ta hrabina miała takie możliwości? Czy jest możliwe zatuszowanie porwania, zabójstwa kilkunastu policjantów i innych zbrodni, tylko dlatego, że ktoś ma pieniądze? Patrzyłem na Darię, a ona na mnie.
– Tatuś nie da cię zabić. – szepnąłem.
Czy w to wierzyłem, nie wiem? Czy ona uwierzyła? Też nie wiedziałem.
Jones tylko się krótko zaśmiał, ale nie skomentował mojej żałosnej i naiwnej wypowiedzi.
Lecieliśmy chyba blisko godzinę. Poczułem, że śmigłowiec nieco zmienia kierunek. Chyba lądowaliśmy. Jones odpiął mnie od łańcucha i wypchnął brutalnie do wyjścia. Było ich tylko trzech w śmigłowcu. Na zewnątrz spodziewałem się większej ilości osób.  
– Hrabina czeka, Jones. To ten gość? – nieznajomy wskazał głową moją osobę.
– Zabił pilota. Adams pilotował.
– Zajmę się nim.
Facet był wysoki i barczysty. Miał broń wycelowana we mnie.  
– Idziemy kowboju.
Rosły blondyn, może nieco młodszy ode mnie. Miał o pół głowy więcej niż Jones, a poruszał się lekko i sprężyście. Nie czułem od niego złości. Zimny, wyrafinowany morderca, to odczułem.
Pewnie prowadził mnie do jakiejś piwnicy, a może do samej hrabiny. Chyba jej się spieszyło. Kątem oka widziałem, jak prowadzą moją Darię. Nie szamotała się. Milczała, chyba podzieliła się z losem. Weszliśmy do małego zameczku. Odkręciłem głowę. Helikopter obniżał się i po chwili zniknął. Pewnie mieli podziemny parking. Jeżeli do tej pory nie znaleźli tego miejsca, to pewnie już tego nie zrobią.
Wszedłem na górę po marmurowych schodach. Istny zamek jak z ubiegłych stuleci. Kim jest ta bogata czarownica, pomyślałem. Zobaczyłem kątem oka, że dwóch innych ludzi wprowadza wózek z moją córką do windy. Weszliśmy do pokoju, który miał być salą operacyjną.  
– A więc to jest ojciec Darii. Chciałam pana poznać. Doceniam odwagę.
Leżała na szpitalnym łóżku. Okryta była lekką kołdrą. Mogła mieć sześćdziesiąt lub trochę mniej. Operacje plastyczne mogły zmylić kogoś z daleka. Poza facetem, który mnie przyprowadził, stało tu dwóch mężczyzn. Pewnie chirurg i jego pomocnik. Byli gotowi. Mieli stroje, maski i siatki na głowach, mimo, że byli obaj ostrzyżeni na łyso.  
– Poczekamy na Darię, a potem popatrzysz. Obiecałam cię Jonasowi, ale to brutal. Mój Gotti się tobą zajmie. Jest artystą w miłości i zabijaniu. 
– Twój kochanek. – poruszyłem głową.
– Jesteś prostakiem, Storm. – wykrzywiła twarz.
– A ty wiedźmą.
– Mam mu wyrwać język, Katarin?
– Później Gotfrydzie. O jest moja słodka dziewczynka. – Katarin odwróciła wzrok na moją córkę.
Dwóch ludzi hrabiny Katarin wepchnęło wózek do środka, skłoniło się i wyszło. Drzwi zamknięto.
Gotfryd miał pewnie około czterdziestki, dla pieniędzy udzielał różnych przyjemności swojej pani.  
– Jones mi przekazał, że ten gość wszystko wiedział. O Streemie i Hamiltonie i twojej chorobie, pani.
– O, jest naprawdę interesujący. Imponujące. Ciekawe skąd to wie. Jak będzie wrzeszczał, to go zaknebluj. Nie mamy czasu odcinać mu języka, poza tym po zabiegu zechcę z nim rozmawiać. Doktorze Paulus, może pan zaczynać?
Paulus i jego pomagier odkryli ciało hrabiny.
– Pani, chcesz, by patrzył? – Gotfrydowi chyba nie za bardzo się to podobao.
– Popatrzy sobie na mnie i córeczkę. Pewnie nie widział jej nago, a ja? Cóż, ciało w moim wieku nie jest piękne, ale tobie się podoba, mój Gotfrydzie?
– Nie wyglądasz na tyle. Niejedna młodsza by ci mogła zazdrościć. Wiesz, że cię kocham Katarin.
– Jesteś słodki, ale nie przesadzaj.
– Tatusiu, ratuj. – Daria tyle zdążyła powiedzieć, bo zastrzyk usypiający zaczął działać prawie natychmiast.
Pomocnik Paulusa zaczął rozcinać jej ubranie. Odwróciłem głowę.
– Nie chcesz patrzeć? – zapytała hrabina.
Paulus zdjął jej okrycie. Faktycznie nie wyglądała na staruszkę. Pewnie wydawała fortunę na utrzymanie ciała, by wyglądała młodziej. Daria była już naga, a Paulus przygotował stolik ze skalpelami. Hrabina też już zasnęła. Mieli niezłe wyposażenia. Pełno światełek, wykresów. Zupełnie nie wiedziałem co to jest, ale zpewnościa tego potrzebowali.
Cóż, to chyba tyle. I tak miałem umrzeć. Moje życie w tej chwili nie było ważne. Nie chciałem patrzeć na ciało córki, które zaczną kroić. Bardziej bym wolał jak kroją hrabinę, ale wyglądało, że Paulus zamierza najpierw wyjąć wątrobę z mojej Darii. Mogłem zrobić tylko jedno i to zrobiłem. Dziwne, że taki znawca jak Gotfryd tego nie przewidział. Wiedział już, że nie jestem komandosem, ale że stać mnie na wszystko. Widocznie jeszcze raz pewność siebie spowodowała, że nie był tak uważny jak powinien. Zrobili dwa błędy, może więcej. Po pierwsze skuli mnie z przodu, drugim błędem było lustro, wiszące między zasłoniętymi oknami. Spojrzałem w nie i zobaczyłem, że Gotfryd patrzy na swoją panią. Dziwne, może naprawdę ją kochał? Przeniosłem ciężar ciała na prawą nogę, jednocześnie odkręciłem tułów w prawo i zrobiłem zamach. Powinien strzelić. Może nie zdarzył, a może bał się, że trafi swoją kochankę. A może nie miał odbezpieczonego pistoletu. Co się potem okazało prawdą. Poza tym nie trzymał pistoletu w dłoni, a tylko miał go wetkniętego z przodu, za paskiem. Był pewnie mocnym i zaprawionym w walce najemnikiem, byłym komandosem czy czymkolwiek innym, ale jego głowa nie wytrzymała obrotowego ciosu dwóch złączonych dłoni z kajdankami. Potem było łatwo. Pewnie Paulus również na chwilę się zagapił i nie zaczął cięcia. Wyjąłem pistolet i nakierowałem lufę na hrabinę.  
– Ty. – wskazałem na pomocnika Paulusa. – odepnij mi kajdanki. Odezwiecie się głośniej, zabiję ją i was wszystkich.
Zobaczyłem, że Paulus przyłożył skalpel do szyi Darii.
– Rzuć broń, albo ją zabiję. – rzekł cicho.
Czułem w jego głosie strach.
– I tak jestem już martwy. A ty będziesz również, za trzy sekundy. Strzelam dobrze. – nie zmieniłem pozycji lufy i wciąż mierzyłem w skroń hrabiny.
Skinął głową na pomocnika. Przybliżyłem się do hrabiny. Pomocnik znalazł kluczyki w spodniach Gotfryda i wziął je do ręki.
– Jeden ruch i po tobie. – szepnąłem. – Jestem wyszkolonym agentem tajnej policji, a to nie jest moja córka.
Facet rozpiął mi kajdanki
– Paulus, odsuń skalpel od szyi córki.
Zrobił to. Położył grzecznie skalpel na stalową tackę.
– Wybudź Katarin. – powiedziałem.
– Panie Storm ona jest bardzo chora. Ma raka wątroby i trochę chore serce, jeżeli ją wybudzę, może umrzeć. Nie wiedziała, że ma czwarte stadium. Dlatego potrzebował natychmiast organ, a ma bardzo rzadką krew. To cud, że znaleźli tę dziewczynę – waskazał Darię głową.
Wyjątkowe skurwiele. Z pewnością dostali albo spodziewali się dostać sporą forsę, a moja córka była dla nich tylko częściami zamiennymi.
Wskazałem mu i pomocnikowi głową, by stanęli przy hrabinie.
– Jeżeli tego nie zrobisz, ty umrzesz. Zaraz będzie tu brygada antyterrorystyczna. Mieliśmy was na oku. Jeżeli posłuchasz, wspomnę, że współpracowałeś i złagodzą ci wyrok.
Widocznie blef czasem działa. Gotfryd się budził. Dostał zdrowego kopa w skroń, pewnie już się nigdy nie obudzi, pomyślałem. Jego skroń nie krwawiła, ale było sporo wklęśnięta od czubka mojego buta. A miałem założyć sandały. Ostatecznie wziąłem swoje czarne buty. Paulus tylko spojrzał, wziął małą buteleczkę, nabrał do strzykawki płyn i to jej wstrzyknął. Liczyłem, że to właściwy preparat.
– Co mam teraz zrobić agencie Storm? – chirurg zapytał tonem pełnym współpracy.
– Już nic nie musisz, zrobiłeś ze swoim pomocnikiem, co trzeba. Jak masz na imię przyjacielu? – zwróciłem się do pomocnika.
– Samuel Musorski.
– Rosjanin?
– Z Ukrainy.
Pewnie cała ta sytuacja zmieniła mnie w kogoś innego. Pewnie byłem gorszy od ludzi, którzy porwali moją córkę. Hrabina zaczęła się budzić. Czyli preparat był właściwy. Tak, chciałem to zrobić. Może nie miałem prawa, trudno. Kiedy rozmawiali ze mną, stałem blisko Darii i zasłoniłem jej nagie ciało, ale nie o to mi chodziło, by nie patrzyli. Wyczułem skalpel, chyba ten sam, który trzymał Paulus. Pewnie był Niemcem, przynajmniej go przypominał. Błękitne oczy, złote brwi. Czysty Aryjczyk. Znowu nie myślałem. Skalpel chyba dotknął kręgów szyjnych Poulusa, bo jego głowa odchyliła się mocno do tyłu, a cała krew buchnęła na ciało budzącej się hrabiny. Ponieważ stali blisko nie usiałem zmieniać ruchu reki. Pewnie przypomniał mi się ruch z tanga. Ostrze wbiło się mu prosto w krtań Musorskiego. Oba ciała padły dość cicho i podłoga zrobiła się czerwona. Ludzie hrabiny chyba zbyt mocno wierzyli Gotfrydowi. Czyżby nie było nikogo za drzwiami?
Wziąłem nową strzykawkę, nabrałem preparatu, wycisnąłem nieco płynu i wbiłem igłę w ramię Darii. Nie myślałem, czy hrabina może mieć jakąś chorobę weneryczną lub zapalenie wątroby typu B, czy inne, ale lepiej było zrobić to nową igłę. Okryłem córkę prześcieradłem leżącym obok.  
– Czy to już ? – zapytała pół przytomna Katrin.
– Tak, już. Twój kochanek nie żyje. Paulus i Musorski również. Nikt nie będzie musiał wyciągać cię z wiezienia.
Zobaczyłem coś w jej oczach. Strach? Niedowierzanie? Wbiłem jej skalpel kilka razy w jej chorą wątrobę. Położyłem dłoń na usta, by nie mogła krzyczeć. Odczekałem kiedy już nie miała prawa mieć siły, by wydawać jakiś inny odgłos poza jękiem agonii. Umierała powoli, a jej łoże było mokre od ciemnej cuchnącej krwi. Daria się budziła. Co teraz? Wcale mnie nie wzruszały cztery trupy. Córka żyła, ale za drzwiami byli ludzie Gotfryda i hrabiny. Czy wszyscy umieli dobrze strzelać? Pewnie nie. Ta stara suka mi w czymś pomogła, o czym jeszcze nie wiedziałem. Daria otworzyła oczy. Położyłem jej dłoń na usta.
– Zawiń się prześcieradłem, ale tak byś mogła iść. Nie chcę ci dawać ubrań tych zbójów, są zresztą we krwi.
– Zabiłeś ich?
– Tak. Zabiję jeszcze wielu, ale ty musisz żyć. Liczę na to, że Carter nas zlokalizował, ale nie mogę czekać.
– Kim jest Carter? Co z mamą?
– To glina, który nam pomaga. Podczas pogoni za wami z nim rozmawiałem przez komórkę. Mama jest ranna, ale wyjdzie z tego. Posłuchaj uważnie. Postaram się załatwić ludzi na korytarzu, sprawdzę pokój obok, a ty się tam ukryjesz. W szafie czy gdziekolwiek, aby nie na widoku.
– Nie zostawiaj mnie?
– Będę blisko. Nie mogę narażać cię, byś zginęła. Teraz ta wiedźma nie żyje, więc nie mają powodu byś żyła. Ale dla mnie nie ma nic ważniejszego niż twoje życie. Zrobisz, jak powiedziałem. Usłyszysz strzały, a potem ucichną na chwilę. Wówczas pójdziesz do pokoju obok i się tam ukryjesz.
– A jak tam ktoś będzie?
– Najpierw sprawdzę pokój.
Pocałowałem ją w policzek. Bała się, ale mniej. Sprawdziłem pistolet. Dobrze, że kiedyś miałem coś podobnego w ręku. Odbezpieczyłem i sprawdziłem naboje. Pełny magazynek. Otworzyłem drzwi.  
– To już... ? – jednak stało dwóch ludzi.
Nie mieli pistoletów w rękach, kolejny błąd. Strzelałem w głowy. Zabrałem jednemu pistolet zza paska. Po chwili się zaczęło. Szukałem wzrokiem Jonasa lub Maxa, ale ich nie było.  
Być może miałem jakieś ukryte zdolności? Nie dobiegłem do schodów, a już strzelałem do ludzi na schodach. Facet dostał w szyję i dlatego strzelił niecelnie. Na szczęście dla mnie, jego ciało zwaliło się na drugiego, który miał automat. Tamten strzelił serią, ale z tego powodu, niecelnie. Ja owszem. Dostał pierwszy nabój w pierś, drugi w głowę. Byłem blisko i zabrałem mu broń. Wróciłem na piętro. Kontrolowałem windę i schody. Daria była grzeczna, wystawiła głowę.  
– Poczekaj, sprawdzę. – szepnąłem.
Gdyby ktoś był w pokojach z bronią, pewnie by wyskoczył, w przeciwnym razie by się ukrył ze strachu. Musiałem się spieszyć. Otworzyłem pokój. Zobaczyłem wystraszoną pokojówkę.  
Cóż, nie chciałem, by zginęła pośród następnej strzelaniny, a nie mogłem jej ufać. Niektóre zwierzęta udają, że są nieżywe i tym ratują życie. Walnąłem ją kolbą pistoletu w głowę. Wyszedłem i nie widząc nikogo i nie słysząc następnych strzałów, otworzyłem pokój, gdzie zostawiłem cztery trupy.
– Za mną.
Poruszała się szybko. Chyba nie była nawet spięta, z powodu nagości. Zrezygnowała z prześcieradła. Znalazła jakąś czystą szmatkę i owinęła swoje biodra.  
– Zaknebluj ją i zwiąż, czymkolwiek, tylko nie rób hałasu. Wrzuć pod łóżko czy szafy i ukryj się z nią. Jak zacznie się zbyt mocno szarpać, każ jej być cicho, jeżeli nie usłucha, walnij ją pięścią w skroń, mocno, ale nie za mocno.
– Zabiłeś ją? Nic nie zrobiła?
– Zamroczyłem. Wskakuj.
Zamknęła drzwi. Czas był po mojej stronie. Za to światełko windy wskazywało, że ktoś jedzie na góry. Stanąłem lekko z boku i zacząłem strzelać, kiedy tylko drzwi zaczęły się otwierać. Potem poprawiłem serią. Skąd umiałem obsługiwać automat? Kolejne trzy osoby. Dostrzegłem granaty u jednego. Wziąłem dwa, wyciągnąłem jedno ciało i drzwi nie mogły się zamknąć. Położyłem się koło schodów i patrzyłem. Ile tych ludzi mieli? Zobaczyłem kilka osób. Oderwałem zawleczkę i odczekałem sekundę. Po chwili rozległ się wybuch. Wyjrzałem. Jeden się ruszał, inne ciała wyglądały nie najlepiej. Nie wiem, dlaczego miałem myśli, że nie może być rannych. Zbiegłem ze schodów, nie były już tak piękne jak poprzednio. Dlaczego wciąż nie ma Jonesa i Maxa? Gdzie jest Carter? Zszedłem do podziemia, bo takowe mieli. Rozglądałem się na boki. Czy to kamera? Usłyszałem strzał i poczułem ból w ramieniu. Lewym. Schowałem się za nierównością korytarza. Strzeliłem w kamerę. Ktoś strzelał i widziałem tylko odłamki ściany. Odbezpieczyłem ostatni granat i rzuciłem po sekundzie w tamtym kierunku. Kolejny wybuch targnął powietrzem. Poszedłem w tamtym kierunku. To chyba było ciało strzelca. Nie wyglądało najlepiej. Podszedłem blisko z ostrożnością. Zmarnowałem granat na jednego człowieka, och! Wszedłem do pomieszczenia. Pulpity, monitory. Na jednym śnieg. To pewnie ta rozbita kamera. Miałem obraz środka i zewnątrz. Dwa obrazy były istotne. W jednym z pomieszczeń dostrzegłem Jonesa i Maxa. Ich oczy były otwarte, a w czołach mieli dziury. Hrabina tak płaciła swoim ludziom. Ciekawe czy Paulusa i Musorkiego też by to spotkało. Drugi obraz był przydatny. Dostrzegłem trzech ochroniarzy na zewnątrz. Tylko było ich trzech? Wchodzili do środka pałacyku. Nie wiem, czy tak powinni zrobić, czy był to ich błąd. Rozdzielili się. Jeden poszedł na dół, drugi na parter, a trzeci na górę. Nie dobrze. Na ostatnim monitorze zobaczyłem Adamsa i helikopter. Chyba nie słyszał strzałów, bo coś grzebał przy kole, jakby nigdy nic.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i thrillery, użył 3236 słów i 18415 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto