Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Argentyńskie tango.cz. 2

Tak, zapomniałem dodać, że w tym jednym nieco się wzniosłem się ponad nad średnią. Zdobyłem lata temu wicemistrzostwo prowincji w tańcach klasycznych. Walcu, tangu, rambie i fokstrocie. Tam właśnie poznałem Natalię. Podeszła po finałach, żeby pogratulować i tak zaczęliśmy rozmawiać. Moja partnerka od tańca miała mi to za złe. Potem dowiedziałem się, że się trochę we mnie kochała. Niestety poznanie Nadii skończyło moją karierę. To nie stało się natychmiast, ale kiedy już się lepiej poznaliśmy z Natalią, wyznała, że nie chciałby, bym przytulał inne kobiety. I tak od tamtej pory tańczyliśmy tylko razem z żoną. W końcu coraz rzadziej, ale wyuczona wiedza poruszania się na parkiecie we mnie pozostała.
– Tańczyłem profesjonalnie. Raz udało mi się zdobyć nagrodę. – odrzekłem córce.
– W szkole?
Chyba się zarumieniłem.
– Nie, na mistrzostwach prowincji, zdobyliśmy drugie miejsce.
– Tańczyłeś tam z mamą? – jej oczy zrobiły się większe.
– Nie, tam poznałem mamę i wkrótce przestałem tańczyć profesjonalnie.
– Nigdy nie mówiłeś, że potrafisz tańczyć. – zmarszczyła nieco czoło.
– Tak wyszło, że nie powiedziałem. Nigdy nie pytałaś.
– Nauczysz mnie?
– Jeżeli będziesz chciała. Spróbujemy?
– Ty jesteś mistrzem, a ja kompletną nogą. Jak mamy to spróbować?
– Nie mów tak córeczko. Niektórzy mają wrodzony talent do pewnych rzeczy. Partner prowadzi, partnerka podąża. Wystarczy poczucie rytmu i … poddanie.
– Poddanie?
– Źle to ująłem. Tak się przyjęło, że w tańcu prowadzi mężczyzna. Jest jednak jeden taniec, gdzie jest nieco inaczej.
– Jaki to taniec?
– Argentyńskie tango. Początkowo tańczyły go same kobiety. Niby partner prowadzi, ale partnerka pragnie dominować. To jest w pewnym sensie bardzo drapieżny taniec. Pewnego rodzaju walka o dominacje na parkiecie. Przynajmniej ma to tak wyglądać. 
Z tych to powodów nie uważałem, że mogę to tańczyć z córką.
Włączyłem ponownie walca. Zaczęliśmy. Pierwsze trzy sekundy Daria była spięta, ja również, ale z nieco innego powodu. A potem poszło łatwiej. Córka miała wyczucie rytmu, jej ciało nie spinało się i reagowało naturalnie. Pozwoliła się prowadzić. Dostrzegłem kątem oka Natalię.
– To było super, tato! – powiedziała podekscytowana córka.
Dopiero teraz dostrzegła mamę.
– Widziałaś! Tańczyłam. Możemy tango? – zwróciła się do mnie.
– Obiad na stole. – powiedziała Natalia i tylko się uśmiechnęła.
Nie sądziłem, że córce tak się spodoba tańczenie walca. Nie nawiązywała do tego co robiliśmy przed obiadem, ale czułem, że chce o tym mówić. Natalia trochę mi pomogła.
– Żeby tańczyć tango, trzeba znać kroki. – rzekła żona – popatrz sobie na YouTube, jak ten taniec wygląda.
– Jasne, zobaczę. Ale ty z nim tańczyłaś, to umiesz, prawda?. Wolę z tobą się uczyć niż z youtoba.
Spojrzeliśmy sobie z żoną porozumiewawczo w oczy. Nie uważałem, że tango można tańczyć z córką. Może nie miałem racji, końcu to był tylko taniec.  
To co, idziemy na te lody? – zapytała Daria kiedy zjedliśmy.  
– Jasne. – odrzekłem.
Po pięciu minutach byliśmy gotowi do wyjścia.  
Miasto Calgary ma typową północno-amerykańską lokalizację ulic. Jest niejako podzielone na cztery części. Północny wschód, północny zachód. Południowy wschód i południowy zachód. Numery na linii wschód zachód zaczynają się od Deerfoot, a na linii północ południe, od niepozornej ulicy Centre. Wszystkie ulice na linii wschód zachód to avennue, a na linii północ południe to street. Proste. Numery zaczynają się od wymienionych ulic. Czyli wszystko jak w podziałce matematycznej na osiach X i Y. Po numerze aveennue i street można bez mapy wiedzieć, gdzie się znajdujemy. Nie potrzeba GPS. Jest kilka ulic jednokierunkowych i poza tym trzeba znać zjazdy z autostrad, bo bez tej wiedzy można nadrobić sporo kilometrów jeżeli się przeoczy zjazd. Nasza lodziarnia, która lubiliśmy, nazywała się po prostu Sklep z lodami i mieściła się na 2048 42 ave SW. (południowy zachód). Numer 2048 wskazywał, że miejsce jest między dwudziestą a dwudziestą pierwszą street, w trzeciej ćwiartce. Od naszego domu dojazd do lodziarni trwał od dziesięciu do piętnastu minut w zależności od świateł i ilości samochodów na drodze. Wyszliśmy z domu przez garaż. Stał tu czarny samochód żony, pięcioletni Chevrolet Impala z 2012 roku. Mój, również czarny truck, GMC Sierra z roku 2008 stał na wjeździe do garażu. Miał więcej kilometrów nie tylko z powodu rocznika, ale z powodu, że używałem go prawie codziennie. W większości jeździłem sam, czasem zabierałem córkę, a bardzo rzadko jechaliśmy nim razem we troje. To w miesiącach bez śniegu. W zimie, podczas sporych opadów tylko ja gdziekolwiek jeździłem, a gdy czasem jechaliśmy na narty, tylko takim samochodem można było się poruszać. Oczywiście wówczas zakładem zimowe opony. Różnica polegała na wyposażeniu. Impala miała napęd na jedną oś, GMC Sierra na dwie. Moja żona jak i wiele innych osób nie miała wielkiego pojęcia, jaka naprawdę jest różnica między napędem 2WD a 4WD, czyli na jedną i dwie osie. Nazwa ta oznacza różnicę, bo tak naprawdę tylko jedno koło na osi jest połączone z mocą, w zależności od warunków. Prawe lub lewe. Kiedy raz rozmawiałem o tym z żoną, oczywiście tego nie wiedziała. Kiedyś zdecydowała się jechać podczas dużego opadu śniegu swoim samochodem, mimo że jej odradzałem. Kobiety czasem lubią postanowić na swoim. Zakopała się i nie mogła wyjechać. Zadzwoniła do mnie i na szczęście byłem w domu. Wziąłem trucka i sprzęt, czyli łopatę, piasek i żwir. Na pick up-ie mam zamontowany do podwozia, z przodu, silnik ze stalową liną i dodatkowymi uchwytami. Idealne wyposażenie na wyciągnięcie ze śniegu. W lesie to nie wystarcza, wówczas dodatkowymi uchwytami mocowałem wóz do drzew i jak do tej pory pomogłem dwa razy wyciągnąć komuś samochód z opresji. Oszczędziłem obcym ludziom czasu oczekiwania i ponad dwustu dolarów za pomoc drogową. Nie tak chodziło o pieniądze jak o czas. Większość ludzi ma ubezpieczenie i jeżeli nie potrzebują usługi zbyt często, nic nie płacą.
Wówczas kiedy pomogłem żonie, po czterdziestu minutach, wyciągnąłem jej wóz z zaspy.
– Jaka jest różnica między napędami w twoim i moim? – zapytała zaraz potem.
– Mój ma napęd na cztery koła twój na dwa.
– Czyli wszystkie cztery koła napędza silnik?
– Nie, napędza tylko dwa.
– Nie rozumiem. Dlaczego zatem nazywa się 4WD ( 4 weel drive)
– Tak się nazywa. Napędza tylko jedno koło w pierwszej osi i jedno w drugiej i tylko te, które stawiają mniejszy opór.
– O!
– Mam dodatkowe urządzenie, które występuje seryjnie tylko w luksusowych wozach jak Lexus czy Mercedes klasy S, że po naciśnięciu odpowiedniego guzika pracuje koło, które ma większy opór na powierzchni. Ma to również Nissan Frontier i oczywiście lepsze SUV luksusowej wersji Nisana, czyli Infinity.
– Nie rozumiem co to za różnica.
Typowa kobieta, pomyślałem. Chociaż nie wiedziałem, że nawet większość mężczyzn tego nie wie. 
– Kiedy pojazd wjeżdża w śnieg lub lód, nie może wyjechać właśnie z powodu tego, że koło trafia w pozorną próżnię. Stoi na lodzie lub wyjeżdżonym śniegu, gdzie pod oponą jest woda, z powodu wzrostu temperatury tarcia gumy o śnieg. Zmiana mocy na inne koło już diametralnie zmienia sytuację, bo mechanizm ten jest tak skonstruowany, że zawsze to koło się kręci, które ma większy opór. Jest to dużo lepsze niż zwykłe 4WD.
– Czyli taki samochód nigdy się nie zakopie?
– To jest możliwe. Jeżeli wjedzie w duży śnieg, wówczas opór śniegu jest tak duży, że to nie wystarcza, by wóz ruszył. Zwykle trzeba szuflować. Czasem trzeba podłożyć specjalne podkłady pod koła.
– Jesteś taki mądry, nie wiedziałam.
– Nie jestem mądry, tylko po prostu to wiem.
– Powiedz mi tylko jedno. Dlaczego samochód nie ma napędu na wszystkie cztery koła w tym samym czasie?
– To spowodowałoby wypadek i to bardzo szybko. Koła nigdy nie kręcą się z jednakową szybkością. Oczywiście różnice są minimalne, ale to by wystarczyło, by spowodować wypadek.
Podczas zakrętu zewnętrzne koło zawsze kreci się nieco szybciej. Jednak przy obecnym stanie techniki niektóre samochody są tak skonstruowane, że dzięki komputerowi, który specjalnie reguluje prędkość obrotową kół, można wziąć zakręt taką szybkością, którą normalnie nie można by było tego zrobić bez prawdopodobieństwa straty kontroli nad pojazdem. Taki mechanizm posiadają niektóre Audi i inne dobre samochody.
– To znaczy, mój i twój nie jest dobry?
– Jest, na odpowiednie warunki. Wszystko zależy od ceny. Niektórzy dają, jeżeli tyle mają, dodatkowo dwieście tysięcy dolarów tylko po to, by osiągnąć sto kilometrów na godzinę o kilkasekund szybciej niż inni.
– Nie wiedziałam.
Tę rozmowę mieliśmy kilka lat temu w zimę, lecz teraz mieliśmy lato i szansa na wjechanie w śnieg była bliska zeru, a w zasadzie prawie niemożliwa w naszym mieście. W życiu wszystko oscyluje miedzy zero a sto procent prawdopodobieństwa. Wszystko, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy.  
Dojechaliśmy na miejsce dziesięć po ósmej. Lodziarnia w lecie była czynna do dziesiątej. Mieliśmy jeszcze więcej niż dziewięćdziesiąt minut dnia, bo słońce zachodziło dzisiaj za piętnaście dziesiąta.  
W lokalu znajdowało się sporo ludzi, nawet z małymi dziećmi. Ustawiliśmy się w kolejce. Natalia zamówiła lody czekoladowe i orzechowe, Daria waniliowe i truskawkowe, ja malinowe i mango. Usiedliśmy do stolika. Na dworze mieli miejsce dla dzieci, by te mogły się tam pobawić. Na sporym parkingu stało kilka samochodów. Ścianę jednego budynku udekorowano kolorowymi obrazami, stylizowanymi na te, które malują na murach, typu graffiti.  
– Dobre? – zapytałem.
– Bardzo – odrzekła żona, a córka się tylko uśmiechnęła.
– Daj spróbować mango? – poprosiła kiedy zdołałem tylko liznąć po raz pierwszy. Obserwowała mnie i mamę. Oczywiście posmakowała wszystkich smaków. Dziwiła się, że my nie chcemy spróbować jej lodów.
Ile można jeść lody? 5 minut? Nie było dużo ludzi, więc uznaliśmy, że sobie jeszcze posiedzimy, mimo że już nic nie konsumowaliśmy.  
Gdybyśmy poszli wcześniej?  
Znowu czas. Poza prawdopodobieństwem zaistnienia czegoś miedzy zero a sto procent istnieje jeszcze czas. W nauce istnieje teoria podróży w czasie, ale to w większości fantazja. Do tego może kiedyś dojdzie, chociaż raczej w to wątpiłem. Dobrze się nam rozmawiało. Zrobiła się dziewiąta trzydzieści.
– Kiedy dojedziemy do domu, będzie już po zachodzie. – powiedziała Daria.
Spojrzałem na zegarek.
– Masz rację córeczko, czas do domu.
Powoli wyszliśmy z lodziarni.  
W życiu często robimy coś przypadkowo, niechcący, przez pomyłkę. Czasem dla żartu, niekiedy nazywamy to zabawą. Może to była i moja wina, ale później się okazał, że to nie miało znaczenia. 
Wjechałem na dwudziestą street południkowo zachodnią w kierunku Passchendeel avenue.
– Tato, gdzie jedziesz?
– Chcę pojechać Crowchild Trail. (Trasa dziecka kruka).
– Nadrobimy.
– Trochę zabawy raz na jakiś czas, nie zaszkodzi, córeczko.

Po chwili wjechałem na Flanders ave. Miałem jeszcze kawałek dwukierunkowej drogi, a potem po skręcie w prawo była już tylko jednokierunkowa droga łącząca się z Crownchild. 
To stało się tak nagle. Jakiś duży, ciemny samochód, którego marki nie zdołałem nawet zauważyć, nagle znalazł się po mojej stronie tak blisko, że odruchowo skręciłem kierownicę w prawo. Zahamowałem, ale nie wystarczająco szybko i efektywnie. Uderzyłem w samochód, który nie powinien tam stać, bo był tu zakaz parkowania. Tamten samochód, który skręcił, też się zatrzymał, kilka metrów przed nami. Żona miała wystraszona buzię. Spojrzałem do tyłu. Darii twarz też nie była za szczęśliwa.
– To miałeś fun. – powiedziała nieco zła.
Wysiadłem z wozu. Przód był nieco rozbity. Samochód, w który uderzyłem, miał rozwalony tylny zderzak. Chciałem zapisać numer rejestracyjny, kiedy dostrzegłem, że samochód, który zjechał nagle i z jego powodu spowodowałem stłuczkę, cofa. Czyli pewnie kierowca będzie mi się tłumaczył, dlaczego tak zrobił. Teraz już wiedziałem, że jest to nowsza wersja Tahoe. Czarny, duży van. Mężczyzna miał maskę na twarzy i widoczne zostały tylko oczy.
– Co jest? – zdołałem powiedzieć.
Gość od strony pasażera wyskoczył i zanim zdołałem cokolwiek zrobić, dostałem czymś w głowę. Reszty nie mogłem widzieć... 
Kiedy się ocknąłem, na szczęście szybko, bo być może miałem silną głowę, lub napastnik niezbyt dobrze mnie grzmotnął, zobaczyłem, że ktoś wpycha moją córkę, do czarnego Tahoe. Może ten sam typ, a może ktoś inny. Nie dostrzegłem żony w Impali, tylko otwarte drzwi od strony chodnika. Obszedłem, jak najszybciej mogłem nasz rozbity samochód, oczywiście od tyłu, bo przód był niemal złączony z kilkuletnią Toyotą Camry, w którą uderzyłem. Nicola leżała na ziemi, a z jej torsu ciekła krew. Obeszli się z nią gorzej niż ze mną. Nie widziałem nigdy ślady po kuli na żywo, tylko na filmach, ale odniosłem wrażenie, że jest ranna właśnie od kuli. Dostała w pierś, tuż pod obojczykiem. Na szczęście z prawej strony.

Do tej pory moje życie układało się średnio, o czym już wspominałem poprzednio. Teraz porwano mi córkę i postrzelono żonę. Oczywiście gdyby ktoś zapytał mnie kilka minut czy godzin wcześniej, co bym zrobił w takiej sytuacji, odrzekłbym, że bym zadzwonił na policję i czekał. W ciągu jednej sekundy wszystko się zmieniło i pewnie ja się zmieniłem. Nie wiedziałem, jak szybko ludzie podejmują decyzję. Wiadomo, że działamy w odruchu. Ja pomyślałem jedno. Muszę ratować córkę. Żonie i tak nie przydałbym się na wiele. Jeżeli umrze, to nie będę mógł tego zmienić. Żyła, bo sprawdziłem tętno. Nie wiem, jak to wiedziałem, ale oceniłem, że rana nie jest śmiertelna.
– Wybacz, muszę ją ratować, zostań żywa. – wypowiedziałem szybko.
Podjąłem decyzję, ale z realizacją miało być trudniej. Jak mam ratować Darię? Okazało się jednak, że zmieniłem się bardziej, niż sądziłem. Widziałem jak czarny Tahoe zakręca kierując się na północ Crowchild, tam, gdzie ja miałem jechać. O tej porze nie było wielu pojazdów na drodze. Zobaczyłem dwa samochody, które się zatrzymały po przeciwnej stronie, a ich kierowcy, bo nie przypatrywałem się czy są tam pasażerowie, oczywiście pozostali w wozach. Dla bezpieczeństwa. Jak bym postąpił w takim wypadku, godzinę temu? Identycznie. Większość ludzi w tym kraju ma wpojone, że trzeba zgłaszać, zachowywać ostrożność i ufać służbą do tego przystosowanym. Nie czułem nic i nie miałem do nich negatywnego nastawienia, bo sam bym podobnie postąpił, będąc na ich miejscu. Czy widzieli wcześniej to, czego ja nie, nie wiedziałem, z powodu krótkiego braku przytomności? Być może. Nie miałem czasu, by zapytać. Zobaczyłem, że podjeżdża czarny Mercedes, raczej z tych nowszych i kierowca zatrzymał wóz. Cóż, gdyby nie zrobił tego, planowałem mu wyskoczyć przed maskę. Znowu nie zastanawiałem się, co by mogło się wówczas stać. Zwykle hamujemy w takich sytuacjach, to jest odruch. Oczywiście mogłoby się zdarzyć, że kierowca by zahamował i ruszył dalej, omijając przeszkodę, czyli mnie. W krańcowym wypadku, gdyby zdołał i chciał to zrobić, mógłby nie hamować, ominąć mnie i odjechać. Ale stało się inaczej. I w tym momencie przestałem być sobą. To już definitywnie nie byłem ja. Z tego wszystkiego zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Grant Storm. Do tej pory w żaden sposób moje całościowe, życiowe zachowanie,  nie mogło kojarzyć się z moim nazwiskiem. Powinienem nazywać się Grant Ciepłe kluski lub Grant Uprzejmy, ostatecznie Grat Bezkonfliktowy.
– Co się stało? – zapytał mężczyzna nieco młodszy ode mnie.
Miał uchylone okno. No cóż, to nie byłem stanowczo ja. Nawet nie powiedziałem, przepraszam. Walnąłem go w skroń. Nie zdawałem sobie w tej chwili sprawy, że mogłem go zabić. Oczywiście nie chciałem tego, co potrzebowałem, to jego samochodu, a nie miałem czasu na negocjacje, bo potrzebowałem sprawnego pojazdu natychmiast. Gdybym zaczął dyskusję, pewnie by nacisnął gaz i odjechał. Nie mogłem czekać. Właśnie czas miał teraz dla mnie najwyższa wartość. Otworzyłem drzwi, odpiąłem pasy i wyrzuciłem kierowcę na drogę. Tak, pewnie uznacie, że postąpiłem obrzydliwie. Zostawiłem ranną żonę, uderzyłem niewinnego człowieka i zostawiłem nieprzytomnego na jezdni. Nie miałem czasu, by go zaciągnąć na bok drogi. Potępiacie mnie, trudno. Liczyło się dla mnie jedno. Gdzieś w tyle głowy miałem jedną myśl. Stracę z oczu czarnego Tahoe, moja córka zginie. Jeszcze wówczas nie myślałem jakie procentowe szanse mam, by ją uratować. Chciałem tego. Chciałem tylko tego i niczego więcej.  
Robiło się ciemniej. Słońce już zaszło kilka minut temu, ale przecież przez czterdzieści minut po zachodzie w miarę jeszcze coś widać. Oczywiście nie myślałem o tym czy gapie po drugiej stronie zdążyli cyknąć fotki. Do tego też trzeba mieć decyzję i refleks. A wszystko to trwało dość krótko, bo wciąż widziałem czarny wóz, w którym była moja córka. Ruszyłem ostro, zwykle nigdy tak nie zaczynałem jazdy. Wjechałem na zjazd na autostradę i wcisnąłem pedał gazu do podłogi.
* Opis 2WD, 4WD jest uproszczony. Są napędy typu 4X4, AWD i inne...

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i thrillery, użył 3228 słów i 18140 znaków, zaktualizował 14 lis 2021.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto