Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Argentyńskie tango. cz. 1.

Argentyńskie tango to opowiadanie o rodzinie. Najbardziej zwykłej i przeciętnej. Głównym bohaterem jest Grant Storm, zwykły przeciętny obywatel, mąż i ojciec. Jedyne, w czym wyszedł ponad przeciętność to umiejętność tańca. Jego kariera na profesjonalnych parkietach skończyła się kiedy poznał Natalię, obecnie żonę. Uznała, że nie powinien dotykać innych kobieta, szczególnie podczas takiego gorącego tańca, jakim jest argentyńskie tango. Grant dokonał wyboru. Wybrał Natalię. O tańcu będzie kilka zdań. Tytuł jest raczej synonimem. Zapraszam.  

                        Argentyńskie tango.

Jesteś człowiekiem, jak ja. Skoro to czytasz, to z pewnością jest prawda. Podobno słoń potrafi namalować słonia. Nie twierdzę, że w przyszłości małpa nie nauczy się czytać. Może już niektóre zwierzęta to potrafią, ale nie mam na to dowodów. To nas wyróżnia spośród ssaków. Niektórzy twierdzą, że są jeszcze inne różnice. Z pewnością są. W czym jesteśmy podobni do naczelnych? W bardzo wielu rzeczach. Musimy jeść, spać, szukamy schronienia. Bronimy się przed przeciwnościami natury lub atakiem ze strony innych. Oczywiście rozmnażamy się, by przedłużyć gatunek.  
Kot wie, że jest kotem, a pies wie, że jest psem. Kot wie, że nie jest psem i na odwrót. Żyjesz już trochę w tym miejscu, to wiesz, jak jest. Wiesz większość tych rzeczy przez porównanie. Najłatwiej porównywać rzeczy krańcowe. Gorące-zimne, jasne-ciemne. Już w tym miejscu pojawiają się znaki zapytania. Co znaczy gorące? Dla lawy gotująca woda nie jest gorąca. Przy temperaturze wybuchu nuklearnego temperatura czerwonej lawy wydaje się chłodna.  
W świecie ludzi są także podobieństwa i różnice w innych aspektach.  
Dobry-zły. Niejednokrotnie nie jest łatwo zdeterminować, kto jest kim.  
Mądry-głupi. Tu jest jeszcze bardziej skomplikowane znalezienie, kto jest kim.  
Bogaty-biedny. Tu jest podobnie jak z temperaturami, lub jeszcze bardziej skomplikowanie. Ten, kto nic nie ma, nie zawsze jest biedny. Ten, kto ma siedmiocyfrowe konto w banku, nie dla wszystkich jest bogaty.  
Ludzie robią różne rzeczy. Jak już dawno stwierdzono, pewne jest jedno. Jeżeli się ktoś urodzi, musi umrzeć. Może kiedyś stanie się inaczej, ale na razie się tak nie zdarzyło.  
W tym dość skomplikowanym, a jednocześnie prostym świecie panują pewne prawa. Niektóre istnieją z jakiegoś powodu, inne zostały wymyślone przez ludzi. 
Pewne surowce są cenne od wieków. Należą do nich diamenty i złoto. Złoto jest pierwiastkiem i jest bardzo cenne. Diament jest węglem, ale w bardzo specjalnej postaci. Ciało ludzkie składa się w większości z wody. Cena ludzkiego ciała w zależności od wartości zawartych w nim pierwiastków jest bardzo niska. Od kilkudziesięciu lat, a konkretnie od czasu kiedy nauczono się przeszczepiać organy, cena ludzkiego ciała pod tym względem poszła znacznie do góry. Teraz cena zdrowego, młodego człowieka sięga dwa miliony dolarów. Z jednej strony umiejętność przeszczepiania organów pomaga w ratowaniu życia, z drugiej dzięki, albo przez to, powstał jeden z najgorszych rodzajów przestępstw, handel organami. Niestety i w tym są różnice pod względem czy ktoś ma dużo pieniędzy, czy mało. Raczej nikt nie porywa dziecka bogacza, by sprzedać ciało na organy. Dlaczego? To proste. Ludzie bardzo bogaci mają ochronę, a w krańcowych wypadkach cena życia, jaką rodzina jest gotowa zapłacić, przekracza magiczną granicę dwóch milionów dolarów.  
Wspomniałem o porwaniach. Ten proceder był znany od wieków. Zwykle porywano osoby zamożne lub wpływowe, lub ich dzieci. Oczywiście porywano zwykłych ludzi i w innych celach. By zdobyć niewolnika do pracy. W innych wypadkach dla celów związanych z żądzami ciała. Niestety i w tym wypadku stan majątkowy porywanej osoby ma decydujący wpływ. Raczej nie porywa się córki multi–milionera, by ta skończyła w tanim burdelu lub nawet w haremie szejka. W wypadku porwania podobnie jak i w innych wymienionych przestępstwa osoby z bogatych rodzin mają większe szanse, by zostały odnalezione. Żywe.  
Życie nie jest sprawiedliwe. To pewne. Czy kiedyś będzie? Sądząc po latach doświadczeń, nie wygląda to zbyt różowo.
Jak już wspomniałem osoby bogate, mają większe szanse, a co z tymi zwykłymi?  
Jeżeli są porwane, by spełniały żądze, muszą być przynajmniej niezbyt brzydkie. To straszne, ale prawdziwe. Ta zasada nie obowiązuje w wypadku gdy bardzo zła grupa porywa kogoś, by uzyskać organy. Częściej się to zdarza w krajach biedniejszych, ale i w tak zwanych rozwiniętych, ma miejsce. Jeżeli konkretna osoba potrzebuje organu, a uzyskanie go jest trudne, wówczas czasem poszukuje się ofiary. Te pozbawione skrupułów gangi mają swoje wtyczki w służbie zdrowia i w ten sposób gromadzą dane. Odnalezienie takiej porwanej osoby nie zdarza się często. Co gorsze, czasem nigdy nie znajduje się ciała ofiary tego haniebnego procederu.  
Wiedziałem o tym wszystkim, ale nigdy nie sądziłem, że sprawy z tym związane będą dotyczyć mnie i mojej rodziny.  
Nie jestem biedakiem, ale do milionera mi dużo brakuje. We wszystkim jestem przeciętny. Budowie, wykształceniu, urodzie, sile i inteligencji. Nie jestem sam, ale też nie znam wielu ludzi, w tym nikogo znanego czy wpływowego. Do tej pory miałem wzloty i upadki. Mam kilka mandatów na swoim kącie, wszystkie związane z prowadzeniem pojazdu. W większości zapłaconych. Te niezapłacone pochodzą z innych rejonów kraju, gdzie obowiązuje lokalne prawo, które nie ma władzy w innym rejonie. Nigdy nikt mnie nie napadł na ulicy, nie okradł mojego domu. Taki ze mnie zupełnie przeciętny obywatel, mąż i ojciec. Któż mógł wiedzieć, że któregoś popołudnia, a właściwie wieczoru, moje życie odmieni się o sto osiemdziesiąt stopni i ta zmiana pozostanie ze mną już na zawsze. 

                                                                Ten dzień.
                          Czternasty lipca 2017 roku, piątek, godzina osiemnasta trzydzieści.
                                            Kanada, prowincja Alberta, miasto Calgary.

Zaparkowałem samochód przed wjazdem do garażu. Powód? Planowałem zabrać moją rodzinę na lody. Mała rzecz, a cieszy. Oczywiście można kupić lody i zjeść je w domu, z rodziną. Takie w kulkach kosztują więcej. Ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o zabranie rodziny, gdzieś, razem. Spędzamy sporo czasu, razem. Byliśmy na małych wakacjach na Hawajach, razem. W zeszłym roku. W tym pojechaliśmy nad jezioro do sąsiedniej prowincji, tej na zachodzie. W Calgary nie ma blisko jeziora, są dwie rzeki i nad nimi jest kilka plaż. Pierwsza nazywa się Bow druga Elbow. W mieście jest centralna droga zwana Deerfoot, czyli Stopa jelenia. Nie ma na niej świateł sygnalizacyjnych i w większości odcinków można jechać setką. Oczywiście w porze dużego ruchu, nie jest to możliwe. W latach 2002 – 2007 zdarzyło się tu dziesięć tysięcy kolizji w tym dwadzieścia cztery śmiertelne. Najwięcej wypadków, na szczęście drobnych stłuczek, zdarza się podczas pierwszego śniegu. Ludzie zapominają, że śnieg jest śliski. Dziwne, ale prawdziwe.  
                                                                         *
– Hej – powiedziałem na przywitanie.
Od razu zobaczyłem moje dwie ukochane twarze, żony Natalii i córki Darii. Byliśmy małżeństwem od lat dwudziestu, a nasza jedyna córka Daria, miała siedemnaście lat. Wyglądała na tyle i miała pojęcie o świecie właśnie jak typowa siedemnastolatka. Byliśmy w szczęśliwą rodziną. Ja i żona mieliśmy prace, córka kończyła średnią szkołę. Wszyscy mieliśmy brązowe włosy i brązowe oczy. Daria z buzi wglądała jak żona, tylko uszy i nos miała po mnie. To jej opinia. Czy była ukochaną córką tatusia? Nie za bardzo. Bardziej trzymała z mamą. Powód? Zbyt często słyszała słowo NIE z moich ust. No cóż, w moim pojęciu pozwalałem jej i tak za wiele. W jej opinii czasem i żony, zbyt mało.  
– Świat nie jest wspaniałym miejscem. My staramy się robić wszystko dobrze, ale nie wszyscy tacy są.
– Ty tato uważasz, ludzie są bardzo źli, a tak nie jest, ci źli to jednostki. Czy ktoś ci ukradł samochód, wybił szybę w domu lub pobił na ulicy?
– Na szczęście nikt. Pewnie by mnie pobił, bo nigdy nie umiałem się bić i stroniłem zawsze od przemocy.
– Czy nie biłeś się, bo nie lubiłeś, czy raczej, bo się bałeś? – zapytała Daria.
Zastanowiłem się co powiedzieć. Z pewnością nie lubiłem, ale czy się bałem?
– Chyba jedno i drugie. Bardziej chyba się bałem i nadal nie jestem zbyt odważny, od spraw bezpieczeństwa jest policja. Należy unikać konfliktów.
Córka popatrzyła na mnie dziwnie.
– Nie sądziłam, że jesteś tchórzem. – wygięła lekko usta.
– Nie powiedziałem, że jestem tchórzem.
Dostrzegłem wzrok żony. Na mnie tylko spojrzała krótko, a dłużej na córkę.
– Nie powinnaś tak mówić do ojca.
– Sam to powiedział!
– I nie mów do taty w trzeciej osobie, trochę szacunku. – dostrzegłem złe ogniki w oczach Natalii.
Cóż, specjalnie mi to nie przeszkadzało, że powiedziała na ty. Kochałem moją córkę i miałem okazję dać jej do zrozumienia, że tak jest.
– Nic się nie stało wielkiego, Daria wyraziła swoją opinię. Nie kłóćmy się, mamy iść po obiedzie na lody.
– Przepraszam, tato, jakby co. – Daria powiedziała to raczej asekuracyjnie, bo w jej oczach nie dostrzegłem skruchy.
Mieszkaliśmy w średniej wielkości domku, w średnio zamożnej dzielnicy. Miałem średnie zarobki i średniej klasy samochód. Uświadomiłem sobie, że we wszystkim jestem przeciętny. Nie uznałem tego za złe, tylko wręcz przeciwnie, za całkiem przeciętne. Nigdy nie uważałem, że trzeba się czymś wyróżniać. Tak naprawdę w głębi duszy sądziłem, że inność jest nieco niebezpieczna. Ktoś to może zauważyć. Nigdy nie myślałem, że sława to coś dobrego. Oczywiście bycie nikim uważałem również za coś nieodpowiedniego. Nie mogłem zrozumieć, jak można być bezdomnym, bezrobotnym, na zasiłku. Nie widziałem się w tym świecie bez samochodu, karty kredytowej i telefonu komórkowego. Popatrzyłem na moje dwie kobiety. Chyba nie we wszystkim miałem rację. Zarówno Natalia jak i Daria były ładnymi kobietami. 
Usiadłem na fotelu i zacząłem przeglądać gazetę. Zwykle czytałem pierwszą stronę, rzucałem okiem na dział sportowy i czytałem potem nekrologi. Do tej pory nie znalazłem wśród informacji o zgonach, żadnego znajomego nazwiska. Daria włączyła muzykę chyba jakieś disco, bo jeden rytm wciąż się powtarzał. Techo czy polo, nie zagłębiałem się w nazwy. Stała w miejscu i się kiwała. Rzucałem na nią okiem znad gazety. Najpierw poruszała tylko częścią nad brzuchem, a potem dołączyły biodra. Wykonywała taki ruch do tyłu i przodu. Poczułem się dziwnie.
– To jest taniec?
– Nowoczesny.
– Coś okropnego.
– Jesteś staroświecki...tato.
Wolałem powrócić do moich nekrologów. John Canvish, zmarł w wieku osiemdziesięciu dziesięciu lat. Pracował w jednej firmie czterdzieści dwa lata. Piękny wiek. Eleonora Grey, odeszła w wieku dziewięćdziesiąt pięć. Wow, co za lata!
Nie zauważyłem, że córka patrzy mi przez ramię.
– Mamo, ojciec znowu studiuje nekrologi!
Wiedziałem, że Nikola nie za bardzo to lubi, bo twierdziła, że jestem negatywny.
– Pepla. – syknąłem.
Zabrała mi gazetę i porwała za ręce.
– Chodź, potańcz ze mną!
Teraz trzymała mnie za dłonie i wyginała się jak połamany manekin z gumy.  
– Nie potrafię tak tańczyć, nie podoba mi się ten rodzaj tańca. 
Sądziłem, że się obrazi albo mnie skrytykuje. Zobaczyłem kątem oka żonę. Stała z rękami podpartymi pod boki. Patrzyła wymownie na gazetę. Czułem, że się cały kulę w sobie.
– A jaki rodzaj tańca lubisz... tatusiu? – zapytała córka.
Spojrzałem błagalnie na żonę. Niestety nie znalazłem tam ratunku.
– Zatańcz z nią. Nie jesteś taki zły. Walc, tango.
– Tango! Z córką!
– Okej, to niech będzie walc.
– Walec? Co to za dziwny taniec? – zapytała Daria.
– Nie walec, tylko walc. Do takiego tańca pisał muzykę, Johann Strauss.
Żona wycofała się do kuchni.
– Nie znam Johanna Straussa. Znam Nitę Strauss, to jakaś jej rodzina? Poczekaj, puszczę ci. 
Po kilku sekundach uderzyła w moje uszy i całe ciało lawina dźwięków ciężkiego metalu.
– Johann Strauss tworzył inną muzykę. Pewnie ci się nie spodoba. 
– Masz taką muzykę, mogę zobaczyć, jak to się tańczy? – dalej nie zmieniła zdania.
Miałem jednak pewność, ze kiedy usłyszy walca, od razu zrezygnuje. 
Poczułem się zaniepokojony. Nieźle tańczyłem, przynajmniej żona tak twierdziła. Ale tańczyć z córką? Brałem ją na ręce wiele razy kiedy była mała, ale teraz chyba obawiałem się kontaktu.
Oczywiście mogłem ją zbyć, wykręcić się, że jestem zmęczony, że nie dzisiaj...
Podszedłem do regału. Pewnie nie wyglądałem na zbyt szczęśliwego, na szczęście nie widziała mojej miny. Musiałem coś z tym zrobić. Taniec powinien być przyjemnością i radością. Znalazłem kompaktowy dysk z muzyką Straussa. Włączyłem i pokój zaczęły napełniać dźwięki walca. Miałem małą nadzieję, że może jej się nie spodoba i zmieni zdanie. Ale nie! 
– Interesujące. Tańczymy?
Zaczęła intuicyjne poruszać dłonie i biodra w rytm muzyki.
Spojrzała na mnie z wyczekiwaniem.
– To co, zaczniemy? Są jakieś kroki?
Niedobrze, pomyślałem. Ona naprawdę jest tym zainteresowana.
– Jest kilka podstawowych. W zasadzie prostych. Może po obiedzie pokażemy z mamą.
– Już się wykręcasz? Mówisz, że są proste...tato.
Wyraźnie wolała mówić mi na ty. To jeszcze mogłem zrozumieć. Sądziłem, że nie zacznie mnie nazywać Grant. To raczej zdarzało się czasem w rodzinach rozwiedzionych, kiedy córka widziała ojca po kilku latach. Najpierw kiedy miała dziesięć, a potem szesnaście lub siedemnaście. Nie wiem, czemu to powiedziałem, ale kiedy zrobiłem, było już za późno.  
– Możesz mówić do mnie na ty. Nie mów tylko Grant. 
Było z niej ziółko, a nie wiedziałem o tym. Chyba nie znałem jej tak dobrze, jak sądziłem.
– Nie lubisz swojego imienia, Grant? 
Żeby tylko to powiedziała! Uśmiechnęła się i przejechała paznokciami po moim torsie. 
Znowu popełniłem błąd rodzicielski. Powinienem powiedzieć coś zupełnie innego. 
– Dobrze, że mama nie widzi. Dostałoby ci się.
Widocznie moja odpowiedź tylka ją bardziej ośmieliła.
– Nie podrywam cię, tylko żartuje. Nie możesz czytać nekrologów, musisz tatusiu mieć trochę poczucia humoru i życia w sobie. Oczywiście, że nie będę mówiła na ciebie Grant. Nie mam problemów mówić tato, tatusiu. Tańczymy czy nie? – popatrzyła całkiem poważnie. 
– Oczywiście, skarbie. – poczułem się pewniej.
To był człowiek, moja córka, nie mój wróg. Zresztą takich nie miałem.
– Dobrze. Najpierw ustawienie i ułożenie rąk. Mogę cię dotknąć?
Spojrzała na mnie dziwnie.
– Przecież nie gryzę.
– Wiem. Brałem cię na ręce kiedy byłaś mała. Teraz jesteś duża. Rozumiesz?
Chyba nie zrozumiała. Uznałem że jestem idiotą. Po jaką cholerę robiłem problem?
– To pokażesz czy nie? Przecież jesteś moim ojcem i jesteśmy w domu. Boisz się?  
Pierwszą część wypowiedzi zrozumiałem, drugą nie za bardzo. Oczywiście mówiła jasno i logicznie, ale co miało znaczyć zwrot: jesteśmy w domu. Zrozumiałem jednak po chwili. Dom to synonim bezpieczeństwa. W domu nie trzeba być zestresowanym, można chodzić w kapciach, w szlafroku. W wałkach na głowie. Przynajmniej kiedyś tak bywało. Dawno temu. Czy bałem się? Może trochę...  
Delikatnie położyłem dłoń na ramieniu i jej plecach i pokazałem, gdzie ma położyć swoją. Potem złączyliśmy drugą parę dłoni. Puściłem ją, zobaczyłem, że jest nieco zdziwiona.
– To już?
– Nie, pokazałem ci położenie rąk. Są dwa proste kroki. Do przodu, tyłu i w bok. Zasada jest prosta. Prawa do przodu, lewa do tyłu. Miękko, na leciutko ugiętych nogach.
– Umiesz dobrze tańczyć? – teraz już miałem pewność, że stanowczo w to wchodziła.
Widziałem po jej wzroku, że już się nie wywinę. No cóż, będziemy tańczyć walca. Ja i córka. Zobaczyłem Natalię. Jej twarz wykazywała, że jest bardzo zadowolona, nawet chyba szczęśliwa, że będę tańczył z Darią.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i thrillery, użył 2923 słów i 16523 znaków, zaktualizował 7 lis 2021.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto