Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 5

„Śmierć śmierci nierówna”
1
     Kuro, zbudź się. Widzę twoje światło, wiem że mnie słyszysz. Rozbrzmiało w głowie chłopaka słowa, podobne wręcz do dudnienia. Nie miał pojęcia ile spał, ale nie to teraz było najważniejsze.
     Kuro zbudź się do cholery… coś mu to przypomina. Czy to… ach. No tak, Xen. Jak mógłby o nim zapomnieć? O swoim towarzyszu, który cały czas w nim tkwi i pomaga mu. Ale także niesamowicie denerwuje i przeraża swoją obojętnością.
     Pamiętasz coś? I to wystarczająco dużo. Choć nadal były to jedynie przebłyski, Kuro odczuwał wielką trwogę po tym zdarzeniu. Koniec świata... Huh. Okropne doświadczenie. Wszystko wokół niego popadło w ruinę, a ludzie  zachowywali się jak zahipnotyzowani. Ale właściwie, to gdzie on teraz się znajdował?
     Chłopak poderwał się z łóżka, i nabrał ogromną ilość powietrza do płuc, choćby miało mu się zaraz skończyć. Przetarł swoje czoło, rozmywając duża warstwę potu. Opuściwszy rękę, zobaczył że coś w niej trzyma. Rozejrzał się po pokoju, mając jeszcze mroczki przed oczami. Nikogo tutaj nie było. To dobrze, ale dlaczego? Dlaczego Kuro miałby bać się czyjejś obecności teraz? Może przez to, że leży całkowicie nagi w czyimś łóżku (a może to było jego?). Albo przez to, że trzymana przez niego rzecz to był złoty, połyskujący zegarek kieszonkowy, z pięknie wygrawerowanym ‘M’ na klapie.
     Położył go na pierzynie, bacznie go obserwując. Wyglądał, jakby go pilnował, ale wprawdzie szukał w swojej pamięci obrazów, które pomogłyby mu wszystko poskładać.
     - Co się stało dokładnie? Pamiętam jedynie… - zaczął, ale przerwał mu potężny głos, który już nie przypominał odległego brzmienia. W końcu, brzmiał on jak demon.
     Wiem, że ciężko ci jest cokolwiek sobie przypomnieć, Kuro. Cofnęliśmy się w czasie, o kilka dni do tyłu, przed końcem, tak jak to pamiętasz – dwa, kluczowe zdania wystarczyły, aby wszystko nabrało kolorów i pełnego w jego oczach sensu.
     Obudził się w nocy przez trzęsienie ziemi i niesamowicie głośny huk. Omal nie wypadł z domu, wprost do ciemnej czeluści, bodajże wnętrza ziemi. A może to już było piekło? Błąkając się po zniszczonym mieście, zobaczył potężną arkę, dryfującą po niebie. Tak! To było to, co pozostawiło u niego dreszcze, aż do teraz. Mężczyzna dmący w swój drewniany flet, wydając przeraźliwie skrzeczące dźwięki. Siedział na długim dziobie złowrogiego statku i przyglądał się na wszystko z góry. Na niebie co chwile przedzierały się fioletowe błyskawice, a wokół grzmiało. Wydawało mu się, że tajemniczy mężczyzna w pewnym momencie, swój wzrok skupił na nim właśnie, dopóki nie zaatakował go Patrick.  
     Nie przypominał on siebie, ponieważ śmierdział on śmiercią, a ubrania sponiewierały brudne wody. Zachowywał się jak jakaś marionetka. Wtem zjawiło się więcej podobnym jemu, aby go zabić, zjeść. Nim to się jednak stało poczuł potężne szarpnięcie, tracąc przytomność. Jak już tu się znalazł, był nieprzytomny.
     Nie miał pojęcia ile dni spał, może nawet tygodni? Ta dziura w jego historii przerażała go nawet bardziej, niż samo przeżycie końca świata. Nie był to taki koniec, jaki opisywali mu koledzy, bądź wyczytywał ze starych podań, kiedy jeszcze na świecie rządzili bogowie. Nie interesowały go sprawy religijne, co później okaże się błędem, bowiem wierzył tylko w to, co go aktualnie otaczało. Był realistą. Ale jakim smutnym i skrzywdzonym…
     Rozległo się pukanie i zanim jego gość wszedł do pokoju, schował prędko swój zegarek pod pierzyną, żeby tylko nie był w stanie go dostrzec. Spojrzał na wprost siebie, a jego oczom ukazał się Patrick. Takim, jakim go póki co zapamiętał. Uśmiechnął się słabo, ale Kuro go nie odwzajemnił. Nadal trwonił go duży szok po tym zdarzeniu. Chłopak wyczuł w swoim towarzyszu pewną troskę, ale czekał, aż on zacznie temat.
     - Kuro! W końcu się obudziłeś! - powiedział, a Kuro podrapał się po brzuchu, nie spuszczając z niego wzroku.
     - Ile dni spałem? - spytał, po czym dorzucił – I gdzie ja jestem, Patrick?
     - No przecież, że u siebie Kuro… w Domu Dziecka u Pani Jane… konkretniej w jej pokoju – czuł się bardzo zmieszany, kiedy to mówił, ale nie dał tego po sobie poznać – Spałeś około trzech, może czterech dni. Myśleliśmy, żeś umarł we śnie, ale ojciec Clance powiedział, że to niemożliwe. Poza tym wyczuł puls, słaby bo słaby, ale był to wystarczający dowód, że nadal żyjesz – usiadł na krześle obok niego. Spojrzał mu w oczy z uśmiechem – Notabene dzisiaj jest pierwszy grudnia. A tak przynajmniej mówi ojciec...
     Czyli nie dojdzie do końca świata? Co się do cholery zadziało, kiedy on spał? Coś powstrzymało tą masakrę, ale nie miał pojęcie co to mogło być…
     - Co ty masz na plecach Kuro?… - towarzysz wyrwał go z zamyśleń. Dotknął go na plecach, gdzie widniał tatuaż, będący poniekąd paktem z cienistym demonem, Xenem. Chwila zastanowienia. Czy skłamać, czy być już choć raz szczery z innymi. Póki co wybrał tą pierwszą opcję, ale będzie to jedna z ostatnich takich decyzji.
     - Będąc w zamku zrobiłem sobie taki – rechot. Tylko że był to rechot w głowie, strasznie nieznośny.
     - No dobrze, nie wnikam – przewrócił oczami i odsunął się od chłopaka. Kazał mu wstać i pójść z nim do łazienki, ponieważ musi coś zobaczyć – tylko cholera, załóż coś na siebie – dodał od razu, orientując się, że Kuro spał bez ubrań. Patrick odwrócił głowę przysłaniając oczy.
     - Wybacz – rzucił krótko, nieco speszony.
     Założył jakieś proste ubrania, które odkupił od któregoś z robotników, kiedy budowali tutaj łazienki, z której teraz tak ochoczo korzystają. Właśnie tam się kierowali. Chłopak rozejrzał się po domu, ale nikogo nie dostrzegł.
     - Jest jeszcze ranek, mało kto u nas o tej porze wstaje – szepnął Patrick, starając się nie narobić zbyt wielu hałasu. Kuro poszedł w jego ślady patrząc na szafki, porozstawiane przy obu ścianach.
     Gdy zeszli na parter, skręcili w prawą stronę, kierując się do schowanego pod schodami drzwiami od łazienki. Stanęli przed nimi i Patrick zwrócił się ostatni raz do towarzysza poważnym tonem.
     - To co zobaczysz jest wstrząsające, w szczególności po tym, co przeszedłeś. Lepiej wstrzymaj oddech – śmiesznym odczuciem było dostawanie rad od kogoś młodszego o kilka lat, ale do jednej się dostosował. Spodziewał się najgorszego.
     Patrick pchnął drzwi do środka, otwierając je na całą szerokość. Nie wszedł jednak pierwszy. Ustąpił miejsca Kuro, ale ten dostrzegł już zza rogu, czego miał się obawiać.
     Łazienka była ozdobiona z szarych, przeciętnie zdobionych kamieni, a ściany wyróżniały się swoją bielą. Chociaż w tamtym momencie całe pomieszczenie ozdabiały długie smugi krwi i liczne kałuże.
     - Co jest… - zająknął się, wpatrzony w ten makabryczny widok. Postawił pierwszy krok, a zaraz za nim Patrick.
     - To nie wszystko, spójrz do wanny – prowizoryczna wanienka z podobnych kamieni co podłoga stała przy lewej ścianie. Ciarki go przeszły. Coś tam leżało. A raczej ktoś. Znów posłuchał się przyjaciela, i tym razem wstrzymał oddech. Słusznie, ponieważ to co zobaczyć zabrało mu dech w piersiach. Osunął się na kolana i omal nie zwymiotował. Oddech stał się strasznie nieumiarkowany, słychać był w nim przerażenie chłopaka.
     Nic dziwnego, skoro przed oczyma miał rozczłonkowane ciało dziewczynki, którą znał. Lorraine.
     - Kurwa mać, co tu się stało?! - wrzasnął ktoś zza pleców Kuro. Obrócił się zapłakany i spostrzegł Davida stojącego we framudze drzwi. Za nim stała wysoka dziewczyna o imieniu Katie. Ktoś chciał się jeszcze dostać do środka, ale go powstrzymała. Została tylko trójka dawnych przyjaciół.
- Kuro popatrz! O, tutaj! - Patrick wskazał palcem kawałek ściany, znajdujący się przy lustrze. Rzeczywiście. Gdyby nie on, nigdy nie dostrzegły w tej mazi krwi kilku smug układających się w słowa:
N I GD Y  WIĘ CE J
2
     dzień wcześniej
     Dookoła pachniało stęchlizną. Panowała ciemność, więc kobieta nie mogła zobaczyć, kto ją uratował. Wiedziała natomiast, że ta osoba nie ma w stosunku do niej żadnych przyjacielskich intencji. Zalewając się potem i spluwając ostatnie krople krwi z ust, poczuła ulgę.
     Od kilku dni zmagała się z wysoką temperaturą i przemęczeniem. W miejscu, gdzie obecnie się znajdowała, było strasznie zimno. I cicho. Do tego niezbyt komfortowo czuła się, siedząc związana na krześle. Kilkanaście dni jest o głodzie, tylko czasami ktoś przychodził i pakował jej do ust kawałek chleba i kazał popić wodą.
     Myślała, że umrze, w końcu w  takim stanie jakim się znajdowała, było wręcz niemożliwe przetrwanie. Bez pożywienia, ani lekarstw. Kiedy to nagle ktoś, jakby magicznym dotknięciem zdjął z niej gorączkę oraz dał jeść i pić. Mimo to, koszmar się dopiero zacząć.
     - Kim jesteś? - zapytała Marry Jane, rozglądając się po pokoju szukając choćby najmniejszego promyka światła. Bez skutku. Pod stopami czuła wsiąkające kałuże potu i krwi.
- Nie rozglądaj się dziecino – zabrzmiał głęboki, podniosły głos. Czuć w nim było wywyższenie, jakby osoba wchodząca w dialog z biedną Marry, uważała się za kogoś lepszego od niej. Wprawdzie, mogłoby tak być, gdyż Jane jedynym czym się zajmowała to opieka nad dziećmi. Zaś jej rozmówczyni mogłaby być każdym. Choć pewnie się nigdy o tym nie dowie – w tym gęstym mroku tylko moje oczy potrafią patrzeć.
     - A więc, kim jesteś? - zapytała bez zastanowienia, lecz ta jej nie odpowiedziała. Prychnęła tylko i przeszła się po pokoju.
     - Niedługo odwiedzi cię tutaj ktoś dla ciebie ważny, Marry. Mam nadzieje, że docenisz moją szczodrość i chęć pomocy. Na górze powinnaś znaleźć prowiant, jeśli oczywiście zdołasz tam wejść. A tymczasem bywaj
     - Zaczekaj!… - ale to tamta się jeszcze wtrąciła.
     - A, zapomniałabym. Pożyczam twój wizerunek, kochana.
     - Co…? - nie zdążyła odpowiedzieć. Coś huknęło i pociągnęło ją do przodu. Upadła z gruchotem na ziemię, zwijając się z bólu. Próbując wstać, zdała sobie sprawę, że jej kończyny odmawiają posłuszeństwa.
3
     1 grudnia, 1352r
     - Słyszę kroki – powiedział Marius siedząc na fotelu w salonie. Obok niego leżała Vidomia, która spojrzała na niego zdziwiona, ale zarazem zachowała ostrożność. Zsunęła się na chłodną posadzkę, szybko założyła swoją szatę i przeczesała swe czarne, falowane włosy, aby nie wpadały jej do oczu. Od kilku godzin mężczyzna nie odzywał się do niej, więc ta krótka wiadomość przysporzyła dreszczy na ciele. Skierowała swoje oczy w stronę wejścia.
     - Kto to jest, Mariusie? - zapytała z gracją, jak na wiedźmę, a raczej byłą wiedźmę przystało. Mężczyzna chwilę nie odpowiadał, zapatrzony całkowicie w napis na ścianie, zaraz nad wejściem do ich kryjówki „h’ tae dekovorp tonod”, co dla nekromantów, takich jak on znaczyło tyle, aby nie igrać ze śmiercią. Same słowa nie należały do żadnej mowy, współczesnej, wspólnej czy starej. Można by rzec, że była to autorska innowacja.
     - Nikt dobry. Bije od niego zła aura. Nieludzka, bym powiedział – wstał, podpierając się na swojej lasce. Wyprostował się, a łańcuszki które nosił na szyi oraz czole zabrzęczały. Podrapał się po swoich lekko spiczastych uszach i przetarł ręką włosy. Poszarzałe od wieku, choć po jego rysach twarzy, trudno by rzec, że ma on kilkadziesiąt tysięcy lat.
     Vidomia dopiero po dłuższym nasłuchiwaniu, dotarł do niej stukot obcasów. Cóż, nie czuła się przez to gorsza, w końcu rasowo była niżej od Mariusa, choć ten nigdy nie pozwolił by tak myślała. Przez krwawą przeszłość związaną z Wielkim Potopem żywił do siebie urazę. Tysiące lat minęło, a on nadal czuł się zobowiązany spłacić dług, za krzywdę, którą wyrządzili jego bracia i siostry.
     Nagle zza rogu wyłoniła się postać w długim, po same kostki płaszczu. Nieco podartym, zapewne z powodu porywistego wiatru. Nosiła kaptur, ale długo nie czekała, aby go zdjąć. Spod cieni wyłoniła się delikatna buzia przykryta grzywką. Z tyłu dyndał jej kucyk. Vidomia poznała ją. Jakby mogła własnej córki nie poznać?
     - Marry! Co ty tu robisz? - opuściła momentalnie gardę i poszła ją przytulić. Kobieta odwzajemniła uścisk, ale coś przeraziło czarnowłosą wiedźmę. Marry była całkowicie wychłodzona. Jej skóra przypominała w dotyku lód – o boże! Jesteś strasznie zimna! Chodź, ogrzejesz się przy ognisku – na środku salonu znajdowało się kilka drewek, na które czasami rzucali zaklęcia, aby się paliły, podczas gdy oni… się bawili. Aczkolwiek odmówiła
     - Spokojnie, kochana. Czuje się bardzo dobrze!
     - Ależ nalegam, abyś się ogrzała, córko mej uczennicy – wtrącił się mężczyzna, przyglądając się obcej z daleka. Wręcz ironicznie zaakcentował ostatnie trzy słowa. Marry rzuciła mu tylko krótkie spojrzenie, ale jakże przepełnione agresją i nienawiścią. Uśmiechnęła się i odrzekła
     - Będzie na to czas – odsunęła się od Vidomii, zbliżając się powoli do Mariusa – mam do ciebie sprawę, nekromanto. Ten w milczeniu zaprosił ją gestem do swojego gabinetu, gdzie z reguły przesiadywał.
     Nie różniło się ono wyglądem od, na przykład biura Marry Jane w sierocińcu. Tylko był o wiele… mroczniejszy. Jakieś biurko, szafki oraz półki z książkami. Oraz pełno papierów, choć w jego przypadku były tam rozpisywane przepisy na eliksiry, aniżeli rachunki za utrzymanie lokalu. Mężczyzna usadowił się na swoim potężnym krześle i podrapał się po brodzie.
     - No więc, czego ode mnie chcesz, Marry? - zapytał. Obok niego stanęła Vidomia, która niemal się opluła, kiedy usłyszała następującą prośbę.
     - Chcę, abyś nauczył mnie nekromancji, Mariusie – zeszła na dwa kolana i pochyliła głowę. Nie było po nim tego widać, w końcu wielu chciałoby się nauczyć zaklęć, które mogą dawać, jak i odbierać życie. Przez lata uczył wielu śmiałków, którzy nawet jednego procenta całej tej wiedzy nie opanowali. I na tym zależało tej osobie – aby nie zbudzić podejrzeń.
     Jednak kobieta, która się pod nią podszyła popełniła jeden kardynalny błąd. Marry Jane nigdy nie chciała być nekromantką, tak jak jej matka – temu swego czasu się poróżniły. Dopiero od jakiegoś czasu znowu potrafiły normalnie rozmawiać, ale nadal miała matce za złe, że nie uczyniła z niej prawdziwej wiedźmy.
     - Czy ty… jesteś tego pewna? - zagaił, patrząc na nią z ukosa swymi czarnymi oczyma - Nekromancja to nie jest zwykły rodzaj magii, którego można od tak używać. Jeśli coś pójdzie nie tak, możesz otworzyć barierę między dwoma światami…
     - Jestem gotowa na to! - żachnęła się pełna życia – Mogę nawet być na wieki spopielona w piekle, panie! Chcę być nekromantką! - „Stary pierdziel” - pomyślała, kiedy zobaczyła złowieszczy uśmieszek na jego twarzy. Czuła w kościach, że mężczyzna się zgodzi. Widziała w nim niespełnione marzenia i pożądanie.
     „Idiotka” - westchnął w głębi myśli mężczyzna - „Ta kretynka naprawdę myśli, że dam się nabrać na tak słabe kłamstwa? Mam tylko nadzieję, że Vidomia nie łyknie haczyku...” - przetarł czoło ze zmęczenie i spojrzał na nią.
     - Zgoda – odparł, a Vidomia spojrzała na niego wystraszona – nauczę cię tyle, ile będę potrafił… ale od jutra – i wstał, łapiąc swój kostur do ręki. Gestem nakazał wstać dziewczynie i wszyscy troje wyszli z pomieszczenia – póki co, potrzebny jest mi odpoczynek, tobie zresztą też, Marry. Vidomia pokaże ci twój pokój.
     - Dziękuje! Naprawdę dziękuje! - zawołała z radością i udała się wraz z kobietą do sypialni.

     Mężczyzna leżał półnago na swoim łożu, obok Vidomii, która już niestety kolejną noc z rzędu nie chciała rozmawiać ze swoim kochankiem. Ich romans zaczął się niedługo po rozpoczęciu nauk.
     Marius miał jedną wadę – nie potrafił wyznawać swoich uczuć, ani zwierzać się ze swoich problemów. Vidomia spotkawszy go lata temu nie była jeszcze świadoma odpowiedzialności, jakie spoczywało na nekromantach. Pospólstwo uważa ich za gadających ze śmiercią fanatyków, którzy nasyłają na wioski chodzące trupy. „Ponieważ sąsiad mojego znajomego z tamtej wioski widział...” - bzdura. Nikt pewnie nic nie widział, po prostu wsioki musieli sobie jakoś zabić czas.
     Głównie zajmują się zabijaniem demonów dzięki korzystaniu z zaklęć oraz pieczęci. Kostur jeszcze bardziej ułatwia to zadanie, ponieważ umożliwia przepływ many z ziemi, gdzie jest jej pełno, co też wpływa na jakość tychże zaklęć. W międzyczasie jedynie zajmują się przywoływaniem dusz zmarłych, aby ci mogli skontaktować się z rodziną, kochankami, bliskimi z tego świata. Zazwyczaj są to prośby śmiertelników, którzy nie kupili tych kłamstw od chłopów w pobliskiej karczmie. Bądź ich po prostu nie słyszeli. Rzadziej już ta prośba wychodzi od duchów, z tego względu, że moc, wraz z pokoleniami maleje.
     Mimo wszystko, Marius starał się przez całe życie unikać kontaktu z innymi, ponieważ nie chciał spełniać ich zachcianek. Nie odczuwał głodu, ani pragnienia, więc na co mu były potrzebne pieniądze. Zdarzyły się jednak przypadki, gdzie w końcu podejmował się zadania czystej nekromancji i… wcale kiepsko mu to nie wychodziło. W każdym razie, mężczyzna zajmował się głównie ubijaniem demonów. Często zastanawiał się, jakie podejście mają inni jemu podobni ludzie.
     Lata życia wypruły go nieco z ekspresji i emocji, więc ciężko mu było się otworzyć dla Vidomii. A gdy jej to powiedział, ta rozpłakała się, oskarżając go, że ją okłamywał tyle czasu i od tamtego momentu ich rozmowy znacznie ucichły. Jak kiedyś doskonale się dogadywali, tak teraz z trudem im to przychodzi. Zabrakło też seksu, a to też jest ważny element związku. Myślał, że kobieta czuje do niego wstręt – i szczerze nie dziwił jej się. Sam się obwiniał za zniszczenie czegoś tak wspaniałego.
     Tej nocy, kiedy rzekoma Marry Jane przybyła do ich mieszkania w samym środku pustyni lodowej, Marius chciał zagadać do towarzyszki, która leżała do niego plecami. Marzył o jej dotknięciu. Nawet raźniej mu się zrobiło, kiedy o tym pomyślał. Ostatecznie się nie odważył, jednak to ona odezwała się pierwsza.
     - Miej na nią oko, dobrze? - pewnie chodziło o Marry. Taak, o tym też jej chciał powiedzieć. Biła od niej strasznie nieludzka aura. Nawet on, tak potężny nekromanta jak on, kiedy stawał twarzą w twarz z dziewczyną, czy to tego dnia, czy przez kilka kolejnych, odczuwał lęk.
     - Mhm – odparł i położył się na boku, by po chwili zasnąć.

4
     4 grudnia

     Dźwięk dzwonów rozlegał się znów po całym Mortuum. Tego dnia było wyjątkowo dobra pogoda. Nie grzało zbyt mocno, nie spadła ani jedna kropla deszczu i miał lekki, chłodny wiatr. Ludzie wędrowali po ulicach spoglądając na człowieka ubranego odświętnie, stojącego przed świątynią. Nie poświęcali mu jednak zbyt dużej uwagi.
     Kuro nie za bardzo chciał uczestniczyć w ceremonii pogrzebowej. Kłóciłoby się to z jego przekonaniami o pozostaniu neutralnym w sferach religijnych. Tak długo uważa to za bzdurne wierzenia, jak tylko sięga pamięcią. Nigdy nie fascynowało go chodzenie na odprawiane nabożeństwa, czy udział we wspólnocie wyznających jedynego boga, czyli Ziemię. Oddając hołd komukolwiek, Kuro sądził, że człowiek poniża się i traci własną wartość.
     Wtedy z kaplicy doszedł go trzask. Drzwi rozwarły się i wyszedł naprzeciw nich mężczyzna, jakiś mieszczuch. Trzymał dość mocno i ostrożnie białą płachtę, która przypominała kształtem człowieka. Niemal stracił równowagę. Serce załomotało w jego klatce piersiowej, jakby chciało z niej wyskoczyć. Nadal miał przed oczami widok martwego ciała dziewczynki. Łudził się, że w końcu o tym zapomni.
     Mężczyzna minął go, a zaraz za nim kolejne osoby podobne niemu. Kuro zastanawiało skąd tylu ludzi na pogrzebie jednej sieroty, ale odpowiedź spadła na niego znacznie szybciej niż by się spodziewał.
     - To wierni, którzy mogliby wręcz zamieszkać w murach tej kaplicy – jakiś nieznajomy głos zbliżał się w jego stronę. Chłopak rozejrzał się i dostrzegł uśmiechniętego mężczyznę w średnim wieku. Miał on posiwiałe już włosy, które, jak zauważył, miejscami nie straciły jeszcze one pigmentu. Nosił on kozią bródkę oraz krzaczastego wąsa, którego końcówki zawijały się. Stał teraz metr od chłopaka, przyglądając mu się swoimi zielonymi oczami – ale również znajdą się tu tacy, którym zapłaciłem parę dukanów. To naprawdę małe miasto, jak na tak potężny kraj, ludzie muszą za coś żyć – czy on uznał Yami za potężne? Fakt faktem fach Świętych Łowców był dość znany, podobno nawet kraje sąsiednie podziwiały siłę tak małego wojska. Na tym jednak się kończyło. Królowa zbyt bardzo upatrzyła sobie wizję ustroju od państwa Hikari, że doprowadzało to do biedy i ogłupienia.
     - Nie uważałbym tak – odparł – wiele tu brudu i smrodu.
     - Mało kto tak naprawdę uważa, ale jedno jest prawdą. Panuje tu niesamowicie duża bieda – westchnął i wrócił pod budynek, aby oprzeć się o ścianę. Wychodziła wtedy ostatnia grupka osób. Były to dzieciaki z sierocińca. Kuro uśmiechnął się w stronę Patricka i dołączył do Clance’a.
     - A więc pomagasz z dobroci serca? - zapytał chłopak, kiedy nastała cisza wokół nich, a tłum udał się na cmentarz, gdzieś w głębi lasu.
     - Nie, pomagam dla własnego interesu, konkretniej, aby połechtać swoje ego – wymienili tylko wymowne spojrzenia, a Kuro uśmiechnął się, prychnąwszy.
     - Przyjemniaczek z ciebie – rzekł, po czym dodał prędko, lekko z pogardą – Codziennie tak się odzywasz do innych?
     - Bynajmniej. Szczególnie jeśli są to Święci Łowcy – odparł. Jego twarz nabrała takiej miny, że mężczyzna wyglądał jakby miał splunąć mu na buty.
     - To chyba masz błędne informacje, staruszku – powiedział kąśliwie zbliżając się niebezpiecznie do niego – Dla twojej informacji, od tygodnia nie jestem już Łowcą – ten go odepchnął i warknął
- Ale nie mów mi, że za tym fachem nie tęsknisz, co? - Kuro zmieszany postawą mężczyzny odpuścił dalsze jego atakowanie i najzwyczajniej zapytał się wprost
- O co ci chodzi? Nawet się…
- Zamknij się, szpiegują nas – szepnął, po czym rzucił spojrzenie w lewą stronę. Wszedł do środka kaplicy, a Kuro w tym czasie popatrzył zerknął w tamtą stronę. Dostrzegł zza murku gapiącą się na niego postać. Rozpoznał w niej Roy, a wtedy wszystko się rozjaśniło.
     Marry Jane nadal była poszukiwana, a jedyny kontakt, zanim zniknęła mogła mieć z dziećmi, z nim… albo z Clancem. W końcu byli parą od bardzo długiego czasu. Nawet planowali wspólny ślub. Chłopak nie zastanawiał się dalej, tylko wszedł za mężczyzną, zamykając drzwi od środka. Roy nie zrezygnowała przez to, domyśliła się, że razem z nim mogą być tutaj gdzieś dzieciaki. Razem z Kriegiem, Sammuelem, Etną oraz Urgiem – była to trójka nowych Łowców, którzy przeszli wszystkie testy, rozpoczęła poszukiwania.  
     - To po to, to całe przedstawienie? Żeby ich przegonić? - zapytał Kuro, a głos rozniósł się po budynku. Rzędy ławek ustawione wprost na ołtarz, który znajdował się po drugiej stronie gmachu.
     - Też, ale także chciałem im w ten sposób powiedzieć, jak bardzo ich nie lubię – odezwał się Clance, który wyszedł z bocznych drzwi, ukazując schody, prowadzące najpewniej do jego pokoju.
     - Czemu mnie tu zaprosiłeś? - spytał niepewnie, a mężczyzna rzekł.
     - Nie zapraszałem, po prostu ta wścibska baba za mną gania od momentu, jak Marry opuściła Mortuum. Sądzi, że coś ode mnie wyciągnie, tylko, że sam wiem niewiele. A tutaj, w kaplicy da się w spokoju porozmawiać.
     - Myślisz, że coś Ci zrobią, w sensie Łowcy? - chłopak zmarszczył brwi, obserwując jego ruchy. Podrapał się po głowię i odpowiedział przejęty.
     - Mam nadzieję, że nie. Szkoda byłoby resztę życia spędzić w więziennych lochach – uśmiechnął się słabo, mówiąc dalej – poza tym, nie mogę dać się złapać, póki Marry nie wróci. Chciałbym w końcu wziąć z nią ślub.
     - To dlaczego nie mieszkałeś z nią przez ten czas?
     - Bo to jest mój dom! - zawołał - Jestem bardzo związany z tym miejscem. Tak bardzo, jak Marry Jane ze swoim sierocińcem. Mam nadzieję, że gdy będziemy razem już na zawsze, to ona przeprowadzi się do mnie – hmm, trochę naiwne podejście, pomyślał Kuro. Nie zamierzał jednak tego przedstawiać mężczyźnie. Wolał, żeby sami sobie to uzgodnili.
     - Wiesz, gdzie ona się teraz znajduje? Co robi? W jakim jest stanie? - sprawnie odbiegł od tematu ślubu na konkretnie interesującą go sprawę. Clance pokiwał lekko głową i wręczył mu pogniecioną kartkę.
     - Jest to niewiele, tak jak mówiłem wcześniej – widać było po nim smutek oraz tęsknotę. Chłopakowi zrobiło się głupio, że nazwał go w myślach naiwnym. Nieważne, jaki by nie był, widać było, że kochał Marry i marzył o wspólnym życiu. Jej nagłe zniknięcie bardzo go dotknęło – jeśli tylko wróci do Mortuum, proszę daj mi o tym znać.
     - Jasne, nie martw się o to, Clance – opuścił kaplice, posyłając mu swój uśmiech. Drzwi zamknęły się z hukiem, a chłopak wyszedł naprzeciw, na ulicę.
     Rozejrzał się, wyglądając za dzieciakami. Sądził, że do tego czasu wrócą z pogrzebu. Nagle, podszedł do niego mężczyzna o czarnych włosach spiętych w kucyk i smutnej, przepełnionej bólem twarzy. Na plecach nosił charakterystyczną połyskującą pelerynę, a z przodu widniała koszula, obcisłe spodnie i wysokie buty. Przyglądając się, poznał, że to Jhon Krieg. Nim się przywitał, mężczyzna przeszedł od razu do sedna sprawy.
     - Roy szukała twoich podopiecznych z domu dziecka… spokojnie! - wtrącił, gdy widział, że chłopak zamierzał krzyknąć. Serce podskoczyło mu do gardła i przeraził się, że nie pomyślał o nich i nie zadbał najpierw o ich bezpieczeństwo – Raily był tutaj z rozkazem, abym ich przeprawił przez uliczki. Powinny już być u siebie, sam tez nie mogłem opuszczać zbyt daleko miejsca – nie wiedział co mógł mu powiedzieć w tym momencie, więc jedynie podziękował i chciał odejść. Krieg dodał na prędko – odwiedź kiedyś Railiego, bardzo chciał cię znowu zobaczyć – chłopak zastanawiał się nad odpowiedzią, aż w końcu wydukał:
     - Jasne, postaram się – i obaj mężczyźni poszli w swoją stronę.

5
     Wróciwszy do domu, Kuro nastawił ucha i czekał. Usłyszał ciche głosy rozmów w jednym z pokojów. Odetchnął z ulgą, zamykając po cichu drzwi. Udał się do jadalni, chcąc przeczytać list od Marry. Liczył, że dowie się w końcu prawdziwego powodu, dlaczego kobieta tak pilnie opuściła stolicę. W pewnym stopniu za nią tęsknił, była dla niego jak matka. Zawsze pomogła w trudnej sytuacji i potrafiła poradzić. Brakowało jej tutaj, nie tylko jemu, bo dzieci również za nią tęskniły.
     Zdjął swój płaszcz, położywszy go na stole i rozsiadł się na krześle. Poluzował nieco koszulę i wyjął z kieszeni kartkę. Musnął palcami swój zegarek, bardzo to go zmroziło. Poczuł dreszcze na plecach, a serce przyspieszyło tętna. Pomyślał o końcu świata, o tym, czego był świadkiem do niedawna. Zaraz jednak ochłonął i bez zbędnych myśli zamierzał przeczytać to, co tam było napisane.
     Nagle usłyszał skrzypienie drzwi, więc spojrzał w tamtą stronę. Cała grupa stanęła we framudze, gdzie przed szereg, oczywiście, wyszedł Patrick. Zaraz za nim stał David, który niepewnym wzrokiem przyglądał się jemu. Nie było w nim, ani krzty złości, czy gniewu. Przypominał on chłopaka całkowicie innego, niż go zapamiętał przed przeskokiem. Dało to do myślenia Kuro, że w takiej patowej sytuacji nie ma sensu robić sobie wrogów. Zdobył się na uśmiech i grzecznie zapytał, czego potrzebują.
     Patrick spojrzał wymownie na Davida i resztę przyjaciół, po czym zabrał głos.
     - Mamy dość, że cały czas ukrywać coś przed nami, Kuro – rzekł spokojnie. Widać było po nim, że się stresował. Nabrał powietrza i ciągnął dalej – chcemy, żebyś był z nami szczery, choć w znacznej większości. Wiemy wystarczająco dużo, aby rozumieć powagę sytuacji – skończył. Reszta pokiwała zgodnie głowami, dodając powagi ich prośbie.
     - Nie mogę wam wszystkiego powiedzieć, bo sam nie wiele wiem – odparł zamyślony. Był świadomy ich bólu, jaki sprawił pogrzeb przyjaciółki. Byli żądni zemsty. Wpadł na pewien pomysł, który mógł się na nich odbić. Zaryzykował – Siądźcie tutaj, przeczytam wam list, który napisała Marry, nim odjechała – na słowo Marry, wszyscy zerwali się i usadowili się wokół Kuro, jakby ten miał im opowiedzieć niezwykłą bajkę. Nie należał do typu człowieka, który czuje się wyższy przez swój wiek. Zszedł z krzesła i tak samo jak reszta, usiadł na chłodnej podłodze. Skrzyżował swe nogi i przymierzał się w końcu do czytania. Padło jednak wcześniej pytanie.
     - Czyj jest ten list? - znów Patrick wychylił się jako pierwszy. Chłopak uśmiechnął się i odparł.
     - Otrzymałem go od ojca Clance’a.
     - A nam nie chciał o niczym powiedzieć! - miał już przygotowaną odpowiedź na to, ale zawahał się, czy jest sens, aby to mówić. Przez głowę przeleciały mu słowa chłopaka. Chcąc czy nie, miał rację. Mieli prawo wiedzieć wszystko i nie można było milczeć.
     - Na pewno martwił się o was, dlatego nie chciał was zadręczać zawartością tego listu – popatrzył na nich ostatni raz przed zanurzeniem się w treści. Czekając na kolejne pytania, odpowiedziała mu cisza, więc zaczął:
     Drogi Clance,
jestem niestety zmuszona opuścić Mortuum na czas nieokreślony. Sam wiesz, jak teraz źle się dzieje dookoła nas. Przykro mi, że muszę poinformować cię w taki sposób, ale sprawy mnie naglą.
Kieruje się do naszej znajomej oraz jej kochanka. Wiesz na pewno o kogo chodzi. Oni będą wiedzieli, jak nam pomóc. Kiedy przeczytasz ten list, nie podążaj za mną. Wieczna zima daje się we znaki, a śnieg coraz bardziej hula na zewnątrz. Nie martw się, mam już zapewnioną pomoc. Po drodze jest mała, drewniana chatka, tam znajdę schronienie na jakiś czas.
     Kocham Cię,
Twoja Marry
     Odwrócił kartkę, mając nadzieję, że coś tam jeszcze znajdzie. Jakiś dopisek, notkę. Cokolwiek, co pomogłoby mu w poszukiwaniach. Żadnych konkretów, szczegółów. Widział, że pisane to było w pośpiechu, zbyt ogólnikowo. Jedynie Clance mógłby odczytać głębszy sens. Tylko…
     - Czym jest ta wieczna zima? - padło pytanie, a Kuro oderwał zrezygnowany wzrok od kartki i popatrzył na wysoką dziewczynę. Jej długie, proste włosy, wpadały nieco na oczy. Jak dobrze pamiętał, nazywali ją Katie. Czuła na sobie spojrzenie innych więc obruszona dodała – No co? Nie interesuje was to? - popatrzyła na Kuro błagalnie, jakby wyczuła, że chłopak równie jak ona, zaciekawił się tematem. Tutaj, czy też na zamku rzadko kiedy zaglądał do książek. Jednak Ellaine, jak jeszcze z nią mieszkał, dbała o jego edukacje. Coś czytał o tym zjawisku, niestety było to za wiele, aby zaspokoić ich głód.
     - Wieczna Zima to miała być jedna z kar boskich, zsyłanych na konkretną ziemię, plemię, kraj… za nieposłuszeństwo oczywiście – podrapał się po głowie, licząc na to, że coś jeszcze wykrzesa ze swojej pamięci – tereny dotknięte tym zjawiskiem zalewały się zimnem, które nigdy się nie kończy. Gleby pokryte są warstwą śniegu, a w głąb są skute lodem. Bardzo często wieje porywisty wiatr. Wszelkie życie umiera z głodu lub wychłodzenia...
     - Dlaczego pani Jane miała pisać o tym w liście? - przerwała mu wywód dziewczyna. Spojrzeli na nią, a ta ciągnęła dalej – myślałam, że ona, jak i ty, Kuro, jesteście realistami i nie wierzycie w takie bajki.
     - Sprawy bogów nazywasz bajkami, Katie? - zapytał chłopak siedzący z tyłu niej. Kuro nie znał, bądź nie pamiętał jego imienia, tak jak i większości tutaj, ale nic nie szkodzi. Jeszcze dzisiaj chciał to naprawić.
     - James, - o! Jak szybko! Zaśmiał się w duszy – chcesz mi naprawdę powiedzieć, że wierzysz w coś takiego, jak życie pozagrobowe i bogów? Błagam – spojrzała na wszystkich z żałosną miną, jakby chciała powiedzieć, że jej jest nas wszystkich żal – to są bujdy, którymi faszerują nas od małego! Kuro, powiedz mi, że nie wierzysz w te bzdury… - dziewczynka miała w pewnym stopniu rację. Kuro również uważał wszelkie religijne sprawy za nonsens i manipulacje. Mimo to, czytając list Marry, przeszyło go poczucie niepokoju oraz dreszcze.
     Dziwnym doznaniem było obrać na chwilę inną postawę i spojrzeć na to okiem osoby, która wierzy w dosłownie wszystko, co inni starają się ludziom przekazać. Czuł się naprawdę nieswojo, myśląc o tym, jak o prawdziwe. Cóż, Marry nie miała powodu, aby okłamywać Clance’a. Zresztą, Kuro miał w sobie namacalny dowód na istnienie drugiego świata. Tego magicznego.  
     Czemu więc bogowie mieliby nie istnieć?
     - Nie wiem – odpowiedział sucho, ale samo pytanie, które sobie zadał pozostawiło go w głębokiej zadumie, przez co wyłączył się na dłuższa chwilę. Katie westchnęła głęboko, a wtedy do kłótni dołączyła reszta. Przekomarzali się tak z parę minut, kiedy to Kuro wędrował wśród obłoków.
     Ktoś go szturchnął. Momentalnie wyrwany z zamyślenia popatrzył na nich. Wydął usta i powiedział:
     - Wybaczcie, zamyśliłem się… - będąc przygotowanym na kąśliwe uwagi, nie spodziewał się, że jego roztargnienie, aż tak ich rozbawi. Najpierw David, który od początku jak tu z nimi siedział, ani razu się nie uśmiechnął. Później Katie oraz James, aż w końcu reszta dzieci, włącznie z Kuro.
     Przestali rozmawiać na tematy ciężkie, jakby sprawa z Wieczną Zimą była dla nich czymś nieosiągalnym. Kuro także nie chciał w to brnąć, póki nie miał wystarczająco dużo informacji. Nie wiedział, jak pewnie inni też, dlaczego  Clance wręczył mu ten list. Może jedynie dla zaspokojenia swojej ciekawości, co może dziać się aktualnie z Marry. Może jest tam ukryta wiadomość, której oni tym razem nie wyłapali.
     Starał się tym nie przejmować i chętnie brał udział w różnych historiach, które opowiadali. Dużo wypytywał się Paricka lub Davida o ich dawną przyjaźń. Na szczęście nie byli oni w żaden sposób źli na niego, czy też odczuwali żal. Wręcz przeciwnie. Odpowiadali na każde jego pytanie. W ich głosie odczuwał nadzieję. Nadzieję na to, że w końcu sobie wszystko przypomni. Jedna rzecz nie dawała mu jednak spokoju.
     Biorąc pod uwagę, że Marry raczej nie kłamała, bo nie miała tego w zwyczaju, to wychodzi na to, że dookoła murów miasta rozciąga się śnieg i lód. Tyle, że… No właśnie, tutaj był problem. Kuro w swojej głowie stwierdzał, że jest to niemożliwe, ponieważ wiele razy jacyś kupcy nadjeżdżali z daleka, a też ich chłopi musieli na czymś uprawiać rolę. Na lodzie by tego nie robili, prawda? Jednak im więcej o tym myślał, to tym bardziej dochodził do wniosku, że on tak naprawdę nigdy nie opuścił miasta. Nigdy nie mieli oni ekspansji, czy misji poza miastem. Nie prowadzili wojen, więc było to niemożliwe, aby się stąd ruszyć.
     Coraz więcej dostrzegał kłamstw w całym państwie. Kiedyś go kochał, ale z czasem zaczął go bardziej nienawidzić. Przypomniał mu się Oruk, przy którym jeszcze zapewniał o swojej miłości do kraju. Teraz, gdyby sytuacja się powtórzyła, razem z nim wtórowałby swe obrzydzenie w stronę Yami.
     Odrzucił złe myśli po raz któryś i opowiadał on teraz o swoim doświadczeniu, przeżyciach i chwilach spędzonych w zamku. Nie wspominał on o swoich relacjach z Lorraine. Nie chciał, żeby znowu ich bolało.

     Tak mijały godziny. Spędzali miło ze sobą czas. Kiedy się ściemniało na zewnątrz, Kuro postanowił, że przyniesie im coś do picia. Postanowili mu pomóc przy tym Patrick i David. Złapali za kubki oraz napełnili je sokiem z beczek. Chłopaki postawili je na stole. Annie, jedna z młodszych dziewczynek, która nosiła okulary sięgnęła wtedy po książkę z bajkami. Tak przynajmniej Kuro się wydawało na pierwszy rzut oka. Przyjrzawszy się jej dostrzegł tytuł „Mity i Legendy”.
- Skąd masz taką książkę, Ann? - zapytał wesoło, odkładając kubek na stół. Przysiadł on na krześle obok niej i czekał. Dziewczynka wyglądem przypominała lalkę. Nieco kępa, z okrągłymi okularami i długimi, bo sam pas włosami. Trochę zestresowana, odpowiedziała, że dostała ją od Marry Jane.
     Chłopak nie drążył tematu, ale przyglądał się jej z uwagą. Usłyszał, że jej oddech jest nierównomierny. Bała się czegoś, a po jej wzroku uznał, że chce mu coś pokazać. Bez zastanowienia pokiwał głową, a ona przełknąwszy ślinę przewertowała pierwsze kartki i zatrzymała się na dwudziestej którejś.
     Niczym grom z jasnego nieba, uderzyła go pewna podobizna. Legenda nazywała się „Utopek znad rzeki Styks”. Pod przerażającym tytułem widniała rycina. Właśnie ona mu kogoś przypominała. Blada skóra, strasznie długie zęby, obnażone przez przerażający uśmiech. Utopek patrzył jakby w ich stronę. Nosił obdarty kapelusz, oraz wyniszczoną koszulę. Wokół jego szyi obwiązany był cienki materiał, przypominający krawat.
     - Czy to jest… - chciał zapytać przerażony chłopak. Nie mógł oderwać wzroku od postaci. Serce biło szybciej. Spłynęła pierwsza kropla z jego wychłodzonego czoła.
     - Tak to jest on – odpowiedziała krótko i zwięźle. Zaczęła oddychać ze strasznym świstem. Wszyscy spojrzeli na nią, równie przerażeni. Kuro zabrał ją do pokoju i przykrył, aby odpoczywała. Wtedy jeszcze nie spodziewał się najgorszego. Reszta dzieciaków usiadła obok dziewczyny. Jak zawsze, pierwszy zaczął Patrick.
     - Musimy ci coś powiedzieć.

6
     Minął tydzień od przybycia podającej się za Marry Jane osoby. Przez ten czas, razem z Mariusem praktykowali zaklęcia nekromancji, zaczynając od… stworzenia golema.
     Z dwóch powodów – po pierwsze nie chciał ryzykować, że Brama mogłaby się otworzyć. Spowodowałoby to zerwanie granicy między światami żywych i umarłych. Z drugiej jednak strony, nie ufał jej na tyle, by zacząć od najprostszych zaklęć sztucznie trzymających przy życiu. Chciał więc nauczyć ją tworzenia prymitywnym golemów.
     W ostatni dzień swojego pobytu tutaj, „Marry” ślęczała nad nadaniem życia kilku skałom. Skupiła swoją energię w palcach, z których tryskała niebieska mgła. Próbowała z nich uformować kształt jedynie przypominający ludzki. Mężczyzna siedział obok niej, trzymając w rękach Necrophill. Była to księga, którą zdołał spisać przez setki lat życia. Ułożył z niej jakby program. Na pierwszych stronicach właśnie znajdowały się zapiski jak stworzyć sztuczne organizmy, jak golemy. Później wiadomo, tajniki medyczne. Jakieś proste zaklęcia lecznicze, przeplatane ze złożonymi. Po magię władającą ludzkim życiem. Jak dać, ale także odebrać życie.
     Dostrzegł, że kobieta zachłannie patrzy na jego zbiór. W ogóle nie skupiała się na zaklęciu. Dlatego nim się obejrzała z powrotem, Marius machnął ręką, a kupa kamieni, które miały utworzyć golema rozprysły się po pokoju.
- Co ty do cholery robisz?! - wrzasnęła, zrywając się z kolan. Stanęła naprzeciwko niemu, a on ze spokojem podniósł się z podłogi. Oparł się o swoją laskę i odparł jej z powagą.
- W ogóle nie skupiasz się na zaklęciu, dziewczyno. Było wielu przed tobą, którzy tworzenie golema opanowali w dwa dni!
- Może nikt nie był tak wyjątkowy jak ja? - co ona pierdoli? Chyba wyjątkowo głupi... pomyślał starzec obserwując ją z niedowierzaniem. Jej blond grzywka opadła na połowę twarzy. Spoglądała na niego, jak łowca na zwierzynę. Cofnął się lekko – ja chce nauczyć się jak wskrzeszać ludzi!
     Cel podszywającej się pod córkę Vidomii osoby, został im przedstawiony już jakiś czas temu. Był to jeden z powodów dlaczego nie ufał kobiecie. Przy obiedzie przyznała, że chce nauczyć się nekromancji w jednym tylko celu – wskrzesić człowieka. Nie podała szczegółów kogo. Chce wskrzesić pewną osobę – tylko tyle. U obojga nekromantów wzbudziło to jeszcze większe podejrzenia. Złe użycie jakiegokolwiek zaklęcia w tym fachu może spowodować nieodwracalne skutki. Jak między innymi otwarcie Bramy.
     - Nie możesz ot tak władać czyimś życiem! - zrugał ją i udał się w stronę drzwi. Otworzył je, a umownym gestem dał do zrozumienia, aby opuściła jego gabinet – Źle to się skończy, jeżeli będziesz ryzykowała dla swoich zachcianek. Na dzisiaj koniec.
     - Jeszcze zobaczymy… - warknęła i wychodząc stamtąd szturchnęła łokciem mężczyznę. Zaraz po chwili do środka weszła Vidomia, która jeszcze obserwowała, jak kobieta idzie do swojego pokoju po drugiej stronie salonu. Niczym obrażona małolata, machała rękoma z zaciśniętymi dłońmi, w przód i w tył.
     - Nie dałeś jej lizaka w nagrodę? - prychnęła wchodząc do środka. Marius zamknął je z powrotem i odłożył książkę na biurko. Popatrzył na nią, a serce nieco mu zabiło.
     - Widać, że chce zdobyć tę książkę – stłumił w sobie gorejące uczucie podniecenia i wskazał dłonią Necrophill. Vidomia popatrzyła najpierw na nią, a potem na niego. Ugryzła delikatnie wargę, myśląc ciężko nad tym. Nagle wytrzeszczyła oczy i uśmiechnęła się.
     - Zastawmy na nią pułapkę – powiedziała po chwili i od razu przeszła do wyjaśnień.

     W nocy kobieta nie potrafiła zasnąć. Siedziała na łóżku, a jej gniew spędzał sen z powiek. Opanowała ją tylko jedna myśl – chce zabić. Nie po to fatygowała się taki kawał do ich kryjówki, aby wróciła do siebie z pustymi rękoma. Liczyła, że mężczyzna będzie z nią współpracować. Jeżeli tak stawia sprawę, no to załatwi to w całkowicie inny sposób.  
     Zsunęła się z łóżka i założyła ubrania, które leżały obok jej łóżka. Już nie przybierała postaci śmiesznej Marry. Nie było w tym najmniejszego sensu. W końcu teraz ona wyjdzie, zabije obojga kochanków i ucieknie stamtąd. Wskrzesi małą dziewczynkę, a potem resztę, potrzebnych jej pionków. Ona będzie rządziła. Nikt inny. Włożyła buty i z gracją wyszła z pokoju.
     Te szmaty ją uwierały. Odkąd pamięta zawsze uwielbiała chodzić nago. Wtedy czuła się wolna. Chłodne powietrze, otulające jej piersi, zawsze koił jej nerwy. Tym razem była w gości, więc musiała pohamować swoje rządzę. Przymknęła po cichu drzwi. Wyczuła czyjąś obecność, a przez mrok dostrzegła postać leżącą na kanapie. Uśmiechnęła się. To jest jej okazja.
     Ruszyła przed siebie, stawiając powolne kroki. Serce biło jej z ekscytacji. Jeszcze bardziej niż nagość, kochała krew. I wiedza o tym, że zaraz jej posmakuje była czymś niesamowitym. Minęła przygaszone już ognisko i stanęła nad postacią. Wyczuła męski zapach, a także mogła zobaczyć, że coś on trzyma. Necrophill. Huh, co za tłuk. Dźwignęła rękę, a jej palce momentalnie przeobraziły się w szpony. Zamachnęła się. Znaczy, próbowała
     Coś ją zatrzymało w połowie, jakaś nieznana siła. Próbowała ją przezwyciężyć, ale była zbyt potężna. Warknęła głośno i napierała jeszcze bardziej. Nagle, ktoś wbił w jej bok nóż. Nie trysnęła jednak krew. Pochodnie wokół zapalił się momentalnie, a w miejscu gdzie miał leżeć mężczyzna ujawniła się kobieta. Trzymała w drugiej ręce jakieś urządzenie, przypominające wielki  kamienny przycisk. Za kanapą stał Marius. Dłonią nakreślił jakiś znak, a gdy uderzył laską o podłogę, kobietę odrzuciło na drugą stronę pokoju. W porę Vidomia wyciągnęła ostrze. Coś co przeraziło oboje to fakt, że nie był on oblany krwią.
     - Jak… do cholery? - zapytała, próbując wstać na równe nogi. Popatrzyła na nich wilkiem, a Vidomia okazała urządzenie, które spowodowało pomyłkę kobiety.
     - Magiczny kalejdoskop – odparła patrząc na nie, jak na dzieło sztuki – własnej roboty. Potrafi przyjmować dane mu zadanie, czyli zaklęcie przez bardzo długi czas. Wadą jest to, że nie ma podzielności uwagi, więc podtrzymuje tylko jedno zaklęcie. Wcześniej pełnił zadanie ogrzewania tego miejsca – właściwie, bardzo interesowało ją, dlaczego w miejscu położonym praktycznie w centrum zlodowaceń, potrafi być tak ciepło. Wiedziała, że jest to sprawka magii, ale musiała to przyznać, to urządzenie zrobiło na niej wrażenie – tym razem spowiło wokół niewidzialną mgłę, która omamiła twój wzrok. Dlatego widziałaś to, co chciałaś widzieć.
     - Głupcy – splunęła na ziemię, pocierając swoją ranę – nie wiecie z kim zadzieracie! Dostane tą cholerną książkę, nawet jeśli będę musiała was pozabijać!
     - Możesz grozić sobie komu chcesz – powiedział Marius zbliżając się do niej. Coś ukuło go w plecach. Nie chciał walczyć – Weź sobie ją – wyciągnął spod płaszcza księgę. Wysunął rękę do przodu – i tak nie dasz rady z niej nic odczytać – szczerze powątpiewał w swoje słowa. Kobieta emanowała znacznie potężniejszą aurą niżli przeciętny człowiek, czy nawet wiedźma. Elfem nie była. Stawiał więc na jedną jedyną rasę, która mogła być w tych czasach tak silna.
     Zbliżyli się do siebie i kobieta w triumfie złapała za grzbiet księgi, próbując ją wyrwać. Nie udało się to, natomiast mężczyzna szarpnął ją do siebie i wbił prosto w serce ukrytą za pazuchą klingę. Krótki, ostrzy miecz dwusieczny wbił się jej między żebra. Nie było to jednak zwykłe srebro. Nasiąknięte magią i różnymi prochami, raniło nawet najpotężniejsze jednostki tego świata.  
     I tak jak przewidział, krew trysnęła spod rany. Co zaskoczyło mężczyznę, płyn od razu wrzał. Poparzył go w rękę, ale zanim zdołał się wycofać, kobieta wrzasnęła głęboko. Jej oczy zaszły prawdziwą czernią. Odrzuciła go na ścianę, zabierając książkę.
     - Marius!! - krzyknęła Vidomia, którą również odepchnęła. Nie z takim impetem jak jego. Oparła się o ścianę i próbowała wstać, tak samo jak jej ukochany. Coś w jej sercu zaiskrzyło. Pierwszy raz w życiu poczuła więź z nim. Może on w tej chwili to samo doświadczył? Bała się, że mogą teraz zginąć.
     - JAK ŚMIESZ PODNOSIĆ NA MNIE MIECZ, TY CHĘDOŻONY ELFIE?! - przedmioty wokół nich unosiły się i niebezpiecznie wirowały wokół niej. Nagle powstało pięć kul, które wsysały atmosferę. Vidomię oświeciło, że w formie złości, obca kobieta stworzyła centra niesamowicie silnego przyciągania. Niczym Czarna Dziura, o której wielu astronomów w tych czasach mówiło. Z powodu niknącej atmosfery, może dojść do wybuchu, eksplozji, która zabije ich obu – JA ZAWSZE DOSTAJĘ TO, CZEGO CHCĘ!
     - To widocznie nie zaznałaś prawdziwego życia – to podjuszyło tylko oponentkę. Im bardziej zaciskała pięść, tym dookoła się zagęszczało, a kule przyciągały ich do siebie. Rozlegał się potężny świst, który lada moment miał zakończyć się wybuchem. Mężczyzna popatrzył na Vidomię. Poczuł nostalgię i smutek. A więc tak miała się skończyć ich przygoda? Rozerwani, zniszczeni przez gniew jakiegoś demona z piekieł. Bez ostatnich chwil namiętności, ani nawet przeprosin, za swoje czyny, słowa. Nie chciał do tego dopuścić. Odwrócił się w stronę diablicy i nakreślił w powietrzu Pieczęć Snu. Liczył na to, że to coś da. I faktycznie, napięcie zmalało, a Czarne Dziury zniknęły. Gniew kobiety był jednak odczuwalny. Nie przystępowała do ataku, ale odwróciła się i otworzyła portal. Spojrzała ostatni raz na dwójkę „głupców”. Zaśmiała się triumfalnie.
     - Daruje wam życie, ale następnym razem gorzko pożałujecie, że chcieliście ze mną zadrzeć – po czym dodała jeszcze – zadbajcie o tą swoją dziewuchę. Może długo nie przeżyć – i zniknęła.
     Marius próbował odetchnąć choć na chwilę. Usiadł na posadce i przetarł oczy zmęczone. Serce nadal łomotało zawzięcie. Musiał to przyznać, że w tej sytuacji naprawdę się bał. I to nie był zwyczajny, lekki strach, tylko ogromna panika przed utratą wszystkiego. Nawet nie myślał o Necrophillu, który wpadł w ręce kobiety. Miał tylko nadzieję, że nic poważnego się nie stanie.
     Vidomia usiadła obok niego w ciszy. Patrząc na nią widział, że równie mocno jak on, bardzo to przeżyła. Poczuł jej zapach. Zadziałało to kojąco na niego i w końcu mógł odetchnąć z ulgą. Ten koszmar minął.
- Się porobiło co? - no… tak trochę, podniósł nieco kąciki ust. W środku rozlało się znajome, przyjemne ciepło – musimy odzyskać… - nie dał jej dokończyć. Emocje przelały czarę i mężczyzna rzucił się w ramiona kobiety całując ją. Ta nie odrzuciła go, choć nadal żywiła urazę. Odwzajemniła gest i powoli zdejmowała swoje ubrania. On wziął ją na rękach do pokoju. Teraz tego potrzebowali. Wróć – oboje tego potrzebowali.

     Tej samej nocy ktoś zakradł się na okoliczny cmentarz i zdewastował czyiś grób. Łowcy donieśli do kwatery głównej, że skargę złożył niejaki Clance, ojciec i opiekun Kaplicy North, niedaleko zachodniej bramy. Wieść tą Raily chciał przekazać Kuro najszybciej, jak tylko było to możliwe. W samym akcie nie było nic, o dziwo, zaskakującego. Jednak zainteresowało to chłopaka, głównie dlatego, że skradziono zwłoki z tamtego grobu.

Dodaj komentarz