Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 2.1

Rozdział II "Gasnące światła"
                                                     1

          6 listopada, godzina przed zamordowaniem Henrego
     Mimo że miasto Mortuum nie należało do tych największych, to Kuro znowu zdecydował się wrócić do „domu” okrężną drogą. No właśnie. Dom.  
     Co to w ogóle znaczyło „wracać do domu” dla Kuro? Czym tak naprawdę było to dla niego? Czy kamienne ściany jego pokoju w zamku, zaraz obok sypialni jego przyjaciela Railiego, Elementalisty? A może domek w małej wiosce  niedaleko stolicy? Tam, gdzie przez parę lat wychowywali go Magellanowie. Tam, gdzie wszystko się zaczęło. Co było dla niego bliższe? Wspólne wieczory przy herbacie z Ellie? Czy może wspólne posiłki, przy których musiał wysłuchiwać wywodów innych Świętych Łowców, w tym też Roy.
     Właśnie, Roy. Kuro starał się jak najciszej wejść do swojej komnaty, aby nie musieć słuchać jej narzekań, ale przeliczył się. Pokój rozjaśniał mały strumień światła z lampy, który padał również na twarz natrętnej dziewczyny.
     - Gdzieś ty był? - zapytała nerwowo, podchodząc do niego. On jedynie na nią spojrzał z rezygnacją. Mimo, że miał praktycznie dwadzieścia lat, to Roy traktowała go niekiedy gorzej niż jakiegoś dzieciaka. Wiedział, że to nie z troski. Oboje tak samo za sobą nie przepadali i darzyli się wzajemną nienawiścią. Chodziło tu bardziej w pewnym znaczeniu „obowiązek” i przypodobanie się Railiemu. Denerwowało go jej sztuczny perfekcjonizm i z tego co się domyślał nie tylko jego. Nie miał za dużo przyjaciół w branży, ale potrafił wyczuć u niektórych takie zachowania, które o tym świadczyły. Dowodziły temu też raz słowa Kriega, które były zbyt wulgarne, aby je przytaczać. Traktował ją jak każdą inną kobietę, ale po słowach w łaźni, jakie usłyszał Kuro było wiadomo, że miał ją za gorszy sort, niż niejedną ulicznicę w zakątkach Mortuum.
     - Tak jak mówiłem Railiemu, w domu dziecka u Jane – odparł ze spokojem, nie patrząc na nią i zdjął z siebie płaszcz, zrzuciwszy z siebie części ubrań, zostawiając jedynie na sobie stary podkoszulek i spodnie. Przetarł, swoje białe włosy i zerknął w jej stronę.
     Jej perfekcjonizm nawet przelewał się w jej zewnętrznym wyglądzie. Ubrania wyróżniały się na tle innych dziewcząt czy to z rodów szlacheckich, czy nawet zwykłych mieszczanek. Przypominały one strój chłopięcy, co widocznie kojarzyło się Roy z dokładnością. Koszula nienaturalnie wyprostowana, wciśnięta między mocno ściągniętymi, obwisłymi na nogawkach spodniami. Na dłoniach miała dopasowane rozmiarowo rękawiczki. Cały jej ubiór przypominał jego, z tym że on nie nosił koszuli w spodniach gdy nie musiał, ba, częściej i tak nosił strój Świętych Łowców, który był jeszcze bardziej niewygodny niż jego cywilne ubrania.  Jedynie w domu mógł pozwolić sobie na chwilę swobody i wręcz z radością zdejmował je z siebie i kładł się spać. Czekał jedynie, aż ona wyjdzie. Nie mógł bowiem odsłaniać swojego znamienia Xen. Jedyna osoba, która o tym wiedziała był Raily.
     A ona, mimo że kiedyś tak jak on należał do grupy House, nie miała tej sposobności, aby wiedzieć o jego mocy. Może też to był powód, dlaczego traktowała go gorzej, bo nie dość, że wychowywał się w domu dziecka, to od urodzenia był uważany za Niemagicznego Kmiotka.
     Grupa House była kiedyś drużyną, stworzoną w celu ćwiczeń do Turnieju, w którym brał udział Raily, aby stać się Elementalistą. Z czasem jednak przeobraziła się w najbardziej znaną drużyną za sprawą zniszczenia demona Sallosa i powstrzymanie najazdu Kultu Demonów. Znaczną robotę jednak zrobił tu Kuro, bowiem odkrywając spisek szlachcica, Roose’a Vic, mógł powstrzymać przyszły najazd demonów. Wiązało się to między innymi z przerwaniem Turnieju przez zabicie księżniczki Yami. Nie pamiętał za wielu szczegółów, ale wiedział, że zmienił to dzięki swojemu Magellanowi, który pozwalał mu cofać się w czasie.
     Minęło parę chwil, a ona nada patrzyła na niego swoimi niebieskawymi oczami. Jej brązowe włosy, były tak równo i krótko ścięte, że uwydatniały wielkość jej ślepi.  Na prawym policzku, co bardzo ją denerwowało, miała pieprzyk. Nie lubiła go, bo niszczył jej idealną prezencję.
     - Byłeś się przywitać ze starymi znajomymi, czy nawdychać się smrodu tej wariatki Jane? - podjuszyło go, ale starał się zachować póki co zimną krew. Zignorował jej obelgę i w wymuszony, grzeczny sposób odpowiedział.
     - Marry prosiła mnie o rozmowę, jako starego podopiecznego i poniekąd też przyjaciela. Śmierć Eddiego bardzo ją dotknęła, widać to po niej. Do tego jej dzieciaki sprawiają kłopoty. Ten łobuz, Henry mu chyba było, dzisiaj wieczorem zniknął…
     - Zniknął? - zapytała zdziwiona i podniosła swoje niewyraziste brwi. Ten na nią spojrzał zdziwiony i sprostował.
     - W sensie uciekł. Nie znaleźliśmy go, jutro pośle jakichś ludzi aby go znaleźli – ta jednak dalej go nie słuchała
     - Na twoim miejscu zajęłabym się papierami, jakie ci przyniosłam. Jest tam lista osób, które twierdzą, że były świadkiem, bądź mają wiedzę na temat Kultu Demonów.  
     - Kult Demonów już raz został zmiażdżony, Roy. Tak szybko nie zaatakują, a nawet jeśli, to będziemy gotowi, aby odpowiedzieć – ta jednak nie zwracała uwagi na jego słowa.
     - Są rzeczy ważniejsze niż banda brudnych dzieciaków – powoli przesadzała. Kuro zbliżył się tak, że stanął parę centymetrów od niej i spoglądał na nią z góry, lecz na nie dała się przestraszyć – skup się na swoich obowiązkach, a nie ganiaj za swoją śmierdzącą rodziną, Kuro – to przelało czarę goryczy. Złapał ją stanowczo za rękę i wyrzucił ze swojego pokoju.
     - Nie masz prawa tak się wypowiadać o nich. Jesteś zadufana w sobie, bo sama się wypięłaś na swoją rodzinę – ona patrzyła jedynie obruszona na niego, jakby po tych wszystkich słowach zastanawiała się, co zrobiła źle. Nie zważając na porę i innych znajdujących się w zamku, trzasnął z całej siły drzwiami. Rozległ się huk. Pewnie ktoś się obudził, ale nie zwracał na to uwagi.
     W końcu mógł się rozluźnić. Nim zgasił światło, zdjął z siebie resztę ubrań, zostawiając jedynie przewiewne majtki. Momentalnie wsunął się pod kołdrę swojego ogromnego łóżka i obserwował sufit.
     W pewnym stopniu zazdrościł Roy bliskiej relacji z Railim, brakowało mu zainteresowania z jego strony. To nie tak, że czuł coś do niego więcej, bo nie. Chodziło o to, że odkąd wszystko się unormowało, oboje zajęli wysokie stanowiska w państwie, to Kuro stał się bardziej samotny, niż był wcześniej. Kiedyś ta przyjaźń miała większą moc, nawet jak była Roy między nimi. Teraz widać było, że Raily w pewnym stopniu ignorował swojego przyjaciela, na rzecz obowiązków i dziewczyny, którą kochał.
     A ona sama przez tą niechęć między nią, a Kuro, wykorzystywała to i wręcz dążyła do zniszczenia chłopaka. Nienawidził ją za to, ale co mógł, oprócz plucia na nią w poduszkę i odszczekiwania? Był na przegranej pozycji.
     Gdybając tak, jego ciało, coraz mocniej wgłębiało się w pościel, a powieki robił się ociężałe. Chwilę później zasnął.

                                                     2
     Nie był do końca świadomy tego, co go jeszcze czeka. We śnie, a później tak mu się wydawało, że był to sen, dryfował w powietrzu. Nie wiedział kiedy się tu znalazł, ale poczuł nagle lekki powiew wiatru na plecach, a otworzywszy oczy zobaczył kłębiaste warstwy chmur. Poczuł się nieco lepiej. Widok nieba zawsze polepszał mu nastrój i napawał spokojem, lecz nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło śnić o locie. Jednak coś nie pasowało. Nie mógł zmienić swojej pozycji, fakt, ale było coś jeszcze. Nie wydawało mu się to na pierwszy rzut oka podejrzane.
     Dryfował więc tak z rozpostartymi rękoma i delektował się świeżym powietrzem, ale coś nagle przykuło jego uwagę. Dostrzegł jedną chmurkę, która zbliżała się nader szybko w jego stronę. Niby nic, ale w pewnym momencie zaczęła zmieniać kształt i coraz bardziej przypominała twarz. I to tchnęło Kuro. Nie pasowało mu to, że ten sen był zbyt realistyczny, aby był snem. Próbował wyrwać się stamtąd, ale jakby był przykuty łańcuchami. Stawała się wyraźniejsza i chłopak zobaczył w niej szyderczy uśmiech, a oczy przesiąknięte były szaleństwem. Ich tęczówki powoli żółkły, a gałki przeszedł krwisty nalot od żyłek.
     Gdy twarz nabierała życia, to niebo traciło na swoich żywych kolory. Piękne, niebieskie sklepienie pociemniało, a słońce zasłoniło się za czarnymi chmurami. Zanosiło się na burzę. Poczuł się zagrożony, kiedy to ciepłe światło zamieniło się w okropnie zimne cienie, padające na niego. Do tego ta przerażająca postać. Kolejna chmurka  dołączyła się do niej, formując tym razem wysoki, owalny kapelusz z rondem. Wyglądała, jakby mówiła coś do Kuro. Cera biała, blada, a w kącikach ust miała przewiązane trzy nici, jakby nie mogła się szczerzyć. Nie przeszkadzało jej to jednak, żeby uśmiechać się morderczo.
     W pewnym momencie Kuro zaczął spadać. Przynajmniej tak czuł, jakby spadał. Czuł, jak coś ściąga go w dół, ale mrugnąwszy, znalazł się nagle na twardym gruncie. I to nie byle gdzie. Rozpoznał to miejsce od razu. Dom dziecka. Podniósł się z podłogi i rozejrzał się, powoli zbliżając się do schodów. Od wejścia, po prawej stronie znajdowała się kuchnia z jadalnią. Było to największe pomieszczenie w całym budynku, Z lewej zaś znajdowało się kilka pokoi, które również były podzielone na małe części, aby zmieścić jak najwięcej dzieci. Marry Jane uważała, że gdyby się uprzeć mogłaby pomieścić tu ponad pięćdziesiąt podopiecznych. Jej gabinet bardzo dawno temu znajdował się pod schodami, tam gdzie teraz był największy pokój.  Swego czasu przedzielili strych ścianą i tą większą część (oczywiście, tam gdzie nie walało się aż tak od starych rupieci), przeznaczono na nowy gabinet.
     Na piętro prowadziły szerokie schody, które można dostrzec od razu, jak się wejdzie do środka. Cały budynek był ozdabiany starymi obrazami, czy figurkami. Z tego co pamiętał, większość pochodziło z darów mieszczan czy szlachciców, a niektóre z okolicznych śmietnisk… odrestaurowane nabierały jednak życia i to te ozdoby oraz ludzie tworzyli tą wspaniałą atmosferę. Niestety tylko ją pamiętał. Reszta wydawała mu się rozmazana, taka nierealna.
     Nagle wpadł na kogoś. Była to niska osoba. Spojrzał na dół i jego oczom ukazał się młody chłopak, ubrany typowo jak na rezydenta tego domostwa – biednie, ale schludnie i w miarę możliwości czysto. W głowie Kuro kłębiła się myśl, że skądś go zna. Jego twarz… była dla niego taka znajoma, a zarazem obca.
     - Pamiętasz mnie? - zapytał chłopiec, jakby wyczuwał jego myśli i wiedział, że się waha. Nie wiedział co odpowiedzieć. Stali tak chwilę w ciszy, aż w końcu pokręcił głową.
     - Nie… nie pamiętam.
     - To przecież ja! Kuro, nie pamiętasz? Eddie! Ten niski, wątły chujek, z którego tak wszyscy drwili. Ten rudy chłopaczek z domu dziecka. Ta sierota, która przyszła zapłakana tutaj, pamiętasz? To ty pierwszy wyciągnąłeś rękę w moją stronę. Byliśmy przyjaciółmi... – zaczął wydawać dziwne odgłosy. Nie wiedział, czy się krztusił, czy płakał. Coś mu świtało, ale cholera, nie mógł sobie skojarzyć faktów. Kim on był? Czy naprawdę byli przyjaciółmi
     - Przykro mi… nie pamiętam… - bolało go to. Jeżeli chłopak mówi prawdę, to naprawdę był beznadziejnym przyjacielem. ‘Naprawdę… jak mogłem zapomnieć o kimś takim?’ pomyślał. Eddie nie wydawał się być tym jakkolwiek wstrząśnięty.
     - Spokojnie – powiedział łagodnie i uśmiechnął się szeroko. Wtedy z jego ust, nosa, uszu, a nawet spod gałek ocznych wypłynął czarny strumień jakiegoś płynu – jestem te….z w…lpsz....mscu… - nie dało się w ogóle go zrozumieć. Kuro zbliżył się do chłopaka, chcąc mu pomóc, ale ten splunął na jego otwartą dłoń, a ta zaczęła go parzyć. Odsunął się i odrzucił czarną maź i przyłożył dłoń do nosa. Wyczuł krew – Kuro – powiedział, a ten spojrzał z powrotem na niego. Zamiast młodzieńczej twarzy widniała ta sama, która zobaczył w chmurach – nie zapomnij, żeby pływać, skurwysynie – i jakby magiczna siła zerwała go z nóg i przeciągnęła energicznie po podłodze do kuchni, zostawiwszy za sobą wielki ślad krwi. Drzwi zamknęły się z okropnym hałasem, a wraz ze zniknięciem chłopca, Kuro wyczuł obecność kolejnej osoby.
     - Kuro… - powiedziała dziewczyna, którą zobaczył, odwróciwszy się w stronę wyjścia. Zamurowało go, bowiem była to jego Ellie. Ta sama Ellie, która wyciągnęła ku niemu pomocną dłoń i wyciągnęła go stąd. Ta, która ofiarowała mu Magellana. Poznał ją od razu, tyle, że jej postać widział jakby przez mgłę, zaś ona mówiła dalej – Byłam skończoną idiotką, że cię wzięłam stąd. Miałeś zdechnąć w samotności i cholernej zgniliźnie tego miejsca. Nienawidzę cię. Ale w końcu czeka nas nowa nadzieja Kuro! Umrzesz! Rozumiesz? Musisz zginąć. Spraw, że moja śmierć nie pójdzie na nic i umrzyj. W końcu wszyscy będziemy pływać, unosić się, a także topić się. Topić. SŁYSZYSZ?! T-o-p-i-ć ! - jej postać z czasem stała się jakby widoczniejsza, ale z każdym kolejnym słowem zmieniała się diametralnie. Jej ciało zaczęły pokrywać ropienia, a skóra pociemniała. Słowa straciły na znaczeniu, bo usta zalała ta sama czarna krew.
     Kiedy Kuro w końcu ją zobaczył w miarę wyraźnie, ciarki przeszły po jego plecach. Odsuwał się nerwowo, aż potknął się o pierwszy schodek i upadł. A wtedy ze środka Ellie wyłoniła się ręką. Chłopak widząc to, pomyślał że się porzyga. Potwór wyłaził z jej wnętrzności przez usta. Ciało dziewczyny powoli rozrywało się w pół. Nie mogąc dalej na to patrzeć. Kuro wspiął się po wysokich schodach i podbiegł do pierwszych drzwi. Zamknięte.
     - Hej Kuro – usłyszał za sobą. Powoli obracał się w tamtą stronę. Strach paraliżował go, a serce wybijało znacznie szybszy rytm, jakby miało zaraz wyskoczył. Wyjść z niego, tak jak ten potwór który teraz czołgał się po schodach. Leżał tuż pod schodami. Bezwłosa, blada postać, cała pokryta śluzem, miała na plecach sześć macek o długości dwóch metrów. Nie miała oczu, a zęby przypominały wręcz igły uszeregowane ciasno obok siebie – zaczekaj na mnie! Zatopię cię wraz z innymi! Wszyscy będziecie tu pływać ze mną! - chłopak wyczuł co się zaraz wydarzy, więc pobiegł do kolejnego pokoju, ale również był zamknięty. W tym czasie potwór wspinał się z zawrotną prędkością do góry. Nagle stanęli na równi.
     Dostrzegł kątem oka ostatnią deskę ratunku. Drzwi znajdujące się na końcu korytarzu. Przez jego głowę przeszła myśl, że przywołują go do siebie. Ruszył, a za nim ta okropna postać. Jego nogi były tak sparaliżowane, że odmawiały posłuszeństwa. Ale dobiegł. Dobiegł tam i poczuwszy na sobie oddech paszczy potwora, złapał stanowczo za klamkę. Jednak ani się nie otworzyły, ani nie odmówiły posłuszeństwa Kuro. Po prostu rozpadły się, a wraz z nimi cała sceneria, zmieniając się w okropnie długi, ciemny korytarz, gdzie na jego końcu widniały nienaturalnie oświecone drzwi. Było to na pierwszy rzut oka jedyne źródło światła.
     Wydawałoby się, że to pomieszczenie wyczuło jego obecność i w mig odpaliło się osiem lamp, które pojaśniały słabym, niebieskim blaskiem. Każdy z nich padał na spróchniałe drzwi, po cztery z każdej strony, a te oddzielało z chyba sześć metrów litej ściany. Kuro podszedł do pierwszych z nich po swojej prawej stronie. Dostrzegł jakiś napis na nich, schowany za kłębami kurzu. Wytarł go w rękę, a jego oczom ukazało się to:


                                           Bobby Franck


- napisane krwią. Momentalnie coś tchnęło Kuro i wiedział już, gdzie się znajduje.
     Jhon opowiedział mu raz o Garrym Elliocie, brutalnym mordercy, który według gazet zabił osiem osób, masakrując ich ciała. Chociaż było to potwierdzone śledztwem, które przeprowadzili około rok temu, to on sądził, że jego ofiar było znacznie, znacznie więcej. Krieg był taką osobą, którą ciężko było zaskoczyć czymkolwiek, a jednak przyznaje, że widząc „dzieło” tego psychopaty nawet jemu zrobiło się słabo. Nie opisał tego dokładnie, jak wyglądały znalezione zwłoki, ale przytoczył słowa jego, w tamtym czasie, dowódcy: „Ten skurwiel pomylił zwierzęta z ludźmi”. Po takim podsumowaniu, nawet najtwardszy człowiek nie chciałby poznać szczegółów.
     Sam Kuro zainteresował się sprawą, ponieważ pamiętał, że w domu dziecka była pewna dziewczyna, którą kochał. Miała na imię Missy. Missy Robin. Nie znał jej jednak długo, bowiem gdy miał dziesięć lat, to ona dopiero trafiła do domu dziecka, a po roku zabrał ją stamtąd właśnie pewien bardzo owłosiony mężczyzna. Miał ogromnego wąsa na twarzy, a obie ręce pokrywały długie i grube kępki włosów. Rzucił mu się od razu w oczy i wiedział, ale nie miał pojęcia skąd, że nazywał się Garry, a po opisie Jhona sądził, że jest to ten sam człowiek.  
     Bobby był jedną z ofiar Elliota, dlatego Kuro zdecydował się na jedną rzecz. Podchodził do każdych drzwi i ścierał z nich kurze, odsłaniając po kolei każde imiona. Wiedział, że jej też tutaj jest. Że tak samo jak Bobby, czy Annie albo Marc cierpiała tutaj, za którymiś drzwiami. Nie rozumiał zbytnio swoich motywów, aby to znaleźć. Może z czystej ciekawości? Może liczył, że dowie się jak zginęła jego ukochana. Chociaż nie pamiętał Missy tak dobrze, to mimo to czuł w pewnym tego znaczeniu tęsknotę. Chciał mieć przy sobie kogoś, kto zapełni jego pustkę. Lata temu sądził, że to ona mu pomoże. Heh… to dziwne. Przypomniał sobie o niej, dopiero kiedy zmarła. Wydawałoby się, że to wspomnienie zbyt słabe. Ale teraz on tutaj stał. W miejscu, gdzie ją zabito i ta świadomość porażała jego wnętrze.
     Zostały mu ostatnie drzwi, ostatni pokój. Utkwił w nie swój wzrok i starał się oddychać miarowo. Jeżeli to tutaj, to Missy zmarła naprzeciw Benny’ego Bella. Wyciągnął przed siebie rękę i zmazał warstwę kurzu. Coś tam pisało. Z początku nie był pewien, ale gdy przyjrzał się, to dostrzegł wymalowane jej imię.
     Zmroziło go na plecach. „A więc to tutaj” - pomyślał nerwowo i chciał złapać za gałkę, ale zawahał się. Rozsądek odradzał mu zaglądania do pomieszczenia. Musiał zważać na to, że jest tak jakby we śnie. Bardzo realistycznym śnie, a więc może się wydarzyć dosłownie wszystko. Bał się, że to coś, co go zaatakowało w tamtym domu, może również tutaj się pojawić. I go zabić.
     Wiedział też, że dopóki nie pozna prawdy na temat śmierci jego lubej, nie będzie mógł ruszyć dalej. Było to poniekąd zmierzenie się z rzeczywistością oraz stawienie jej czoła. Pochwycił więc gałkę, przekręcił i pociągnął do siebie, otwierając spróchniałe drzwi. Zaskrzeczały one złowieszczo, odsłaniając ciemne pomieszczenie.
     Nie było nic widać, jedynie pożerającą ciemność. Po chwili opuścił rękę, wzdłuż siebie. Patrzył w głąb przerażająco cichego miejsca. Liczył na to, że zobaczy coś. Coś, co da mu do zrozumienia.  
     Zrezygnowany i nieco zaspokojony, chciał zamknąć drzwi, aby nigdy już nie wracać do tego. Miał zamiar uznać temat Missy za zamknięty. Ona nie żyła od prawie roku. Nie było sensu wracać już do tego. Lecz wtedy, ktoś dał o sobie znać. Ze środka słychać było szmer łańcuchów. Wydawało się, że ktoś się zbliżał do niego.  
     - Li...n..hha – chłopak zamarł. Ktoś tam był. Ktoś go widział, obserwował… a co gorsza on w tym spowitej mrokiem celi nie mógł dostrzec nawet cienia. Li… nha? Co to do cholery jest? Kuro zastanawiając się dalej, zobaczył z jego lewej stronę zwisający sznurek. Linka. O to chodziło! Linka, aby zapalić (chwila, był on tam cały czas?) światło. Domyślił się, że postać chciała, aby ją pociągnął.
     Sięgnął po nią, a wtedy, prawdopodobnie ta sama osoba, położyła dłoń na jego. Okropny chłód dotknął Kuro, a zarazem również strach. Nie wiedząc czemu, jej dotyk wręcz go parzył. Przerażony, chciał zabrać stamtąd rękę, ale tajemnicza postać przygwoździła go.
     - N.. c nje wicce – powiedziała łamiącym głosem istota. Pierwsza kropelka potu spłynęła po skroni chłopaka. Coraz bardziej wyszarpywał stamtąd dłoń, a wtedy poczuł jak ona, lub on ciągnie ją w dół. Coś pstryknęło, a wtedy z obu stron pomieszczenia błysnęło zielonkawe, światło. Za rękę trzymała go dziewczyna. Gdyby nie jej długie, falowane włosy, to prawdopodobnie nie poznałby w niej Missy. Bo było to wręcz niemożliwe. Spoglądała na niego wielkimi, głębokimi oczodołami, z których wylewała się krew na przemian z czernią. Sine ręce i nogi, liczne rany i wychudzone ciało z widocznymi kośćmi. Nie przypominała ona tej samej dziewczyny co kiedyś. Zostały po niej jedynie włosy - NJIC NJE WIICCEE!! - krzyknęła na niego i rozwarła swoje usta, podnosząc okropny wrzask, wręcz agonalny. Światło tak jakby złączyło się z jej głosem i migotało szalenie. Zobaczył, że kąciki jej ust były rozcięte, tak samo jak język, temu też nie potrafiła mówić.
     Uścisk się zwolnił i momentalnie Kuro się odsunął, chcąc uciec stamtąd. Zobaczył wtedy na dalszym planie mężczyznę. W tak wyblakłym blasku zdołał rozpoznać kim on był. Garry Elliot. Stał on za nią z tępym ostrzem w ręku. Prezentował on swoje ciało w całkowitej okazałości, a chcąc czy nie, z tych kłębów włosów dostrzegł jego członka. Czuł, jakby miał się zaraz zrzygać. Facet śmiał się do niego. Widać było po nim, że bawi się tą sytuacją. Zamachnął się w stronę dziewczyny, ale Kuro był szybszy, bo trzasnął drzwiami i dla pewności odwrócił się, aby nie być świadkiem tego okropnego zdarzenia. Osunął się na brudną podłogę i zaniósł się płaczem, chowając twarz w roztrzęsionych dłoniach.
     Było to za wiele jak dla niego. Mimo wieku, nadal dotykały go takie sentymentalne i uczuciowe rzeczy. To, co tu się stało, należało do takich momentów, kiedy Kuro stawał się podatny na zranienie i słabnął na psychice. Nienawidził przemocy, ale nie przejawiał takich zachowań w swojej pracy.
     Coś zaskrzypiało, tak jakby drzwi się otwierały. Odsunął dłonie i spojrzał w bok, skąd myślał że to usłyszał. Nie mylił się. Te drzwi na końcu korytarzu, które tak połyskiwały tym sztucznym światłem, właśnie się uchyliły. Tak jakby go zachęcało, aby tam wszedł. Chwilę się zastanowił i w końcu wstał. Nie tracił zbyt wiele, a widział już i tak zbyt wiele. Poczłapał zrezygnowany w tamtą stronę i wsunął się do środka.
     Nie było to nic takiego specjalnego. Pusta, pożółkła przestrzeń, która choćby dryfowała w powietrzu. Kuro rozejrzał się dookoła, ale oprócz tej żółci, nie widział nic. Drzwi zatrzasnęły się delikatnie. Patrzył, jak powoli zlewały się z otoczeniem. Potem spojrzał przed siebie i zobaczył postać. „Ech, kolejny potwór lub psychopata chcący mnie przerazić na śmierć?” pomyślał ironicznie. Dziwne było dla niego to, że mimo takiego wstrząsu potrafił doprowadzić się do ładu i znowu wrócić do tego zimnego drania Kuro.
     - Witaj – powiedziała postać męskim głosem. Na pierwszy rzut ciężko było określić jego płeć. Nie miał zbyt wielu cech charakterystycznych dla mężczyzn. Postura strasznie wychudzona, wręcz niewinna i wrażliwa. Było jednak coś, co przykuło jego uwagę. To ta spalenizna na oczach. Chociaż, czy to aby na pewno była spalenizna? Przypominało mu to masę mięsa przylepioną do skóry, albo jakby w tamtym miejscu jego twarz się stopiła. Bądź co bądź, obrzydzało go to – w końcu możemy się poznać Kuro.
     - Kim ty kurwa jesteś? - zapytał wulgarnie, patrząc na niego. Dostrzegł, że są tego samego wzrostu, a włosy tak jak jego siwiały. Nie zdarzało mu się przeklinać, ale pod wpływem takich emocji, jakie doznał podczas jednego snu, nie był w stanie się powstrzymać. Obserwował jego powolne ruchy.
     - Nazywam się Oruk i jestem – tu przerwał na chwilę, a widać było po nim, że się zastanawia co powiedzieć – w pewnym sensie  jestem obrazem z przyszłości. Musisz mi wybaczyć za wcześniejsze wizje, ale moi wspólnicy cię pilnują, abyś nie ingerował swoim Mutatio Tempus w wydarzenia. Chcieli cię postraszyć, a poza tym, polują na ciebie.
     - Kto poluje? - nie dawał po sobie poznać zdziwienia i też w pewnym stopniu zdziwienia. Domyślił się jednak, kim może być osoba, która czyha na jego życie. A raczej organizacja.
     - Naprawdę muszę mówić takiego oczywistości, Kuro?
     - Nie… - Kult Demonów. Już raz skopał im tyłki posyłając tego cholernego demona do grobu i był świadomy, że oni ponownie zaatakują. Nie sądził, że jednak zagrożenie pojawi się nader szybko. Nagle coś go tknęło. „Czy to ma jakiś związek ze zaginięciem Michela Redwooda oraz śmiercią Eddiego?”
     - Jednak nie po to cię tu sprowadziłem – jego głos wyrwał go z zadumy. Wrócił swoim spojrzeniem na niego i słuchał, co ma do powiedzenia – Widzisz, moi sojusznicy nie mają pojęcia, a raczej mam taką nadzieje że nie, o moim pobycie tutaj. Co więcej, nie wiedzą też, że poniekąd spiskuje przeciwko nim. Musisz uratować Lorraine z ich rąk. Jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
     - Co…?  
     - Zabili Henrego i chcą porwać Lorraine, wykorzystać ją do swoich celów.
     - Ale nie rozumiem, dlaczego mieli by ją wykorzystać?
     - Póki co nie musisz tego rozumieć, z czasem wszystkiego się dowiesz – powiedział spokojnie – ona teraz kieruje się w stronę lasu, niedaleko Kaplicy North. Wiesz gdzie to jest, nie?
     - No tak, z tak dziesięć minut piechotą od zamku – odparł. Poniekąd był to plus, że Mortuum było takie małe. Nie miało za wiele metrów powierzchni, przez co dużo lokacji było wręcz ściśnięte obok siebie. Minusem zaś były te liczne, kręte uliczki.
     - Biegnij. Od ciebie dużo zależy. Pilnuj jej – odwrócił się i chciał odejść. Kuro zawołał go i zapytał niepewnie
     - Hej… czy to się dzieje naprawdę, czy to tylko sen? - czuł, że to, co tu się dzieje jest zbyt realne. Poza tym to było zbyt podejrzane, że ktoś wiedział o jego Magellanie. O tym magicznym zegarku kieszonkowym, który był przypięty do boku jego spodni.
     - Ciężko to powiedzieć, czym to tak naprawdę jest. Dam ci znak i sam zadecydujesz, dobrze? - Kuro jednak nie zdążył mu odpowiedzieć, bo momentalnie zerwał się na łóżku, cały zalany potem. Przetarł nerwowo swoje czoło i spojrzał w głąb ciemności swojego pokoju.

                                                     3
     Nie był pewien ile spał. Tak nagle został wyrwany ze swojego snu. Nadal odczuwał przemęczenie. Rozglądał się po pokoju z przerażeniem. Bał się, że coś wyskoczy mu zaraz na twarz. Słowa Oruka wprawiły go w strach o swoje życie, w coś, co nie odczuwał od miesięcy. Stało się to nowym uczuciem, które od razu znienawidził.  
     Nie widział zbyt dokładnie, co znajduje się tutaj, ale nie wyczuwał żadnej obecności. Zsunął się z łóżka i po omacku szukał swojego płaszczu. „Jeżeli to co mówił ten człowiek było prawdą, to za chwilę dojdzie do tragedii.” Nie było więc sensu tracić sens na ponowne ubieranie się. Po cichu nacisnął klamkę drzwi i wymknął się stamtąd. Musiał uważać, aby nikt go nie przyłapał, ale o dziwo żadna straż nie stała dzisiaj na warcie. Dało mu to wolną rękę, żeby wyjść z zamku i pomknąć ku North.
     Tak jak przewidywał, nie zabrało mu to za dużo czasu. Po ponad pięciu minutach stał już za wielkim gmachem świątyni. Ze swojej pozycji miał czysty wgląd na to, co działo się po drugiej stronie. Nikogo póki co nie widział, więc oparł się o ścianę i wypatrywał.
     Nie minęło dużo czasu, aż zobaczył dziewczynkę wchodzącą do lasu. Nie miał stu procentowej pewności, że była to ona, ale musiał zawierzyć tamtemu mężczyźnie. Nim zdążył zareagować, ta już wbiegła w głębie drzew i stracił ją z wizji. Ruszył za nią. Serce biło mu nieco szybciej niż zawsze. Poczuł lekki stres, związane z tym co się dzieje. Nie miał za wiele wspólnego z Lorraine, ale nie mógł pozwolić, żeby coś się jej stało. I ze względu na to, co mówił Oruk, a także ze względu na Marry Jane, którą traktował pośrednio jako matkę.
     Wbiegł między drzewa i kierował się wzdłuż ścieżki. Nie minęła chwila, a zobaczył ją, jak leży nieprzytomna na ziemi.
     - Lorraine! - zawołał i podbiegł do niej. Wziął ją w ramiona i wtedy akcja jakby nabrała tempa.  
     Usłyszał trzask po swojej lewej stronie. Spojrzał tam i dostrzegł cień jakieś postaci, która spoglądała na niego. Przeraził się, bo z twarzy przypominała tą samą, którą widział we chmurach. Nie rozumiał tego, ale widział w niej z jednej strony wysokiego człowieka, zaś przypominał mu on niziutkiego potwora z legend. Uśmiechał się do niego z obnażając ostre zębiska, niczym ostrza, ale z wyglądu przypominały mu chude igły. Chciał go zawołać, ale wtedy zniknął za drzewem. Wtedy zobaczył, że na trawie leży bezgłowe ciało, które oplątane korzeniami powoli wpływało pod ziemię.
Kuro chciał to sprawdzić, ale Lorraine złapała go za rękę. Atmosfera uspokoiła się.
     - To pułapka… nie idź, bo ciebie też zabije… - wyszeptała, a on patrzył na nią otępiały i jedynie pokiwał głową. Złapał ją pewniej i wstał. Przez całą drogę nie odzywał się do niej, kiedy ta stękała i płakała powtarzając ciągle te same zdania
     - To był Henry… zabiłam go… Zabiłam go. Rozumiesz? Jestem zwykłą suką – on nie zdołał wydobyć z siebie żadnego słowa. Słyszał tylko jak ta zalewa się łzami, które spadały na kamienia. Wyszli z lasu i na chwilę stanęli. Kuro rozmyślał, co z nią zrobić. Było zbyt późno, aby iść teraz do domu dziecka i odstawić ją. Nie mógł jej też zostawić u siebie, bo mogło to wzbudzić pewne podejrzenia. Postanowił więc zostawić ją u ojca Clance’a, nim jednak zdążył jej to powiedzieć, to ona ugryzła go w prawą dłoń, zostawiając głęboki ślad.

                                                     4
     - Kuro! - usłyszał jak ktoś z daleka go woła. On jedynie obrócił się na drugi bok i leżał dalej, nie zważając na tamtą osobę. Ona się jednak zdenerwowała i wrzasnęła na niego, a wtedy poznał w tym głowie służącą, Maye. Otworzył oczy i spojrzał na nią. Była to dla niej tradycja, aby budzić go wcześnie rano. Powodem było tendencyjne spóźnianie się na śniadanie. Czasami robił to specjalnie, a zdarzały się przypadki, gdy naprawdę przesypiał poranne jedzenie. Dlatego Maya od kilku tygodni notorycznie nie daje mu pospać dłużej. Wyjątkami są niedziele.  
     - Już wstaje, już… - powiedział, a dziewczyna odwróciła się na pięcie. „A więc, był to tylko zły sen?” - pomyślał i w tym samym czasie zrzucił on z siebie kołdrę i dostrzegł ślady brudu na stopach. Przykrył je szybko i nie wychodził z łóżka, dopóki służąca nie wyszła. Ta zatrzymała się przy drzwiach i drwiąco zwróciła się do niego.
     - Kuro, znałam cię jako samotnika, ale nie wiedziałam, że kręcą cię takie młodziutkie laseczki – po czym zaniosła się śmiechem, a jego zostawiła w kompletnym szoku. Gdy zniknęła za drzwiami, on wyskoczył spod pościeli i wyszedł z pokoju, kierując się do łaźni, aby tak jak co dnia umyć się po poprzednim dniu.  
     Był teraz pewien, że to wszystko miało miejsce. Dzisiaj w nocy wykradł się z zamku i uratował tą dziewczynę, którą teraz widział w środku małej grupki ludzi, którzy pochylali się nad nią i coś do niej mówili. Gdy ta go zobaczyła, on szybko wbiegł do łazienki. Oparł się ręką o szklane płytki. Nagle coś go zapiekło w dłoni. Zabrał ją ze ściany i dostrzegł, że tam, gdzie się ona opierała została mała czerwona plama. Przeszły go ciarki. Chociaż wiedział co zobaczy, to niechętnie tam spojrzał. Tak jak myślał. Na dłoni widniał wielki ślad po zębach, z którego kapała ciepła krew.

Dodaj komentarz