Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 1.2

                                                                                  7
          5 listopada
     Kolejne sześć dni w domostwie pani Jane należało do tych najcichszych. Nie było radosnych okrzyków dzieci, czy miłej, ciepłej a przede wszystkim rodzinnej atmosfery. Każdy z osobna mijał siebie bez zbędnych słów, a przelotne „dzień dobry”, czy „cześć” doprowadzały do szału. O dziwo najbardziej odbiło się to na Henrym, który nie ruszał się przez pięć dni ze swojego pokoju. Zaryglował się kluczem i nie opuszczał go ani przez moment. Jedynie w nocy, kiedy każdy spał, wymykał się stamtąd by skorzystać z ubikacji czy podkraść resztki z kuchni. Nikt o tym nie wiedział, oprócz Marry Jane, którą też to dotknęło.  
     Tej nocy siedziała w swoim gabinecie i paliła fajkę. Przeklinała się w przyszłości, że tak łatwo wróciła do nałogu. Powoli wciągała dym, gdy nagle usłyszała, jak ktoś chodził za drzwiami. Odsunęła się od wielkiego okna i podreptała po cichu do wyjścia. Wyjrzała i spostrzegła Henrego, który szedł, aż do końca korytarza. Kobieta postanowiła, że do niego zagada, więc wymknęła się po cichu, bez niepotrzebnego skrzypnięcia drzwiami i stanęła obok. Ledwo ją zobaczył i podskoczył w przerażeniu.
     - Pani Jane! Przeraziła mnie pani… - złapał się za serce i lekko pomasował. Po krótkiej chwili jednak ochłonął i oparł się o parapet. Marry zaś usiadła obok niego i obracała w dłoniach swoją fajkę – Wszyscy mnie nienawidzą i obwiniają za śmierć Eddiego, prawda? - zapytał po dłuższej ciszy. Kobieta poniekąd zdążyła już zanurzyć się w kłębach intensywnego dymu, nie myśląc o niczym, dlatego też pytanie nieco ją zamurowało. „Nienawidzić? To zbyt delikatne...” Wiedziała, że dosłownie każda osoba tutaj darzyła niechęcią Henrego, w szczególności przez jego wybuchowy temperament i ostry charakter, w dużej mierze dziedziczony po ojcu. Znała go ze szkółek. Sprawiał podobne problemy, ale nigdy nie zdarzyło się, aby ktoś ucierpiał przez to na życiu. Chciała już zmyślać, że nikt tak nie myśli. Że Edward zmarł w wyniku zbiegu okoliczności, ale coś ją powstrzymało.
     „Nienawidzić? Henry… oni tobą gardzą” - pomyślała i zaciągnęła się kolejny raz, wypuszczając tym razem znikomą ilość dymu. Marry Jane, chociaż nie chciała się do tego przyznać, sama odczuwała wobec niego wstręt i nienawiść. Eddie Clark był dla niej jak syn, fakt, inne dzieci były dla niej równie ważne, ale to właśnie on i Lorraine byli takimi perełkami w jej oczach. Takie wrażliwe… i kochane.  
     „Szmata” - nawiedził ją znowu okropny głos i momentalnie się ocknęła. Miała do niego żal, ale nie nienawidziła go. Był tak samo jej kochanym dzieckiem jak inni. Skąd jej to w ogóle przyszło do głowy? „Nie okłamuj się” i cholera znowu… Jane przeczesała gwałtownie swoje blond włosy i spojrzała na niego i zamurowało ją. Wytrzeszczyła oczy i podniosła brwi, a przez jej całe ciało przeszły ciarki. Po raz pierwszy w życiu widziała jak Henry, ten opryszek, który sprawianie kłopotów miał we krwi, płakał. Chociaż może nie da się tego nazwać płaczem, a łkaniem. Łzy spływały mu po policzkach, a chłopak ugryzł się w dolną wargę i przetarł oczy.
     - Henry… - to było jedyne słowo, które potrafiła z siebie wyrzucić przy tak dużym szoku. Zbliżyła się do niego i... może niechętnie, ale zdecydowanie go przytuliła. Oparła swoją głowę o jego barek i szeptała ciche słówka, aby się uspokoił. Była to dla Marry jedna z tych milszych niespodzianek. Tym bardziej, że nie spodziewała się, że ten chłopak tak się na nią otworzy.
     - To moja wina – mówił przerywanym łkaniem głosem – nie potrafiłem nigdzie się zaaklimatyzować, a nadal trzymam w sobie brzemię od swojego ojca. Nawet nie wiesz, jakie to było ciężkie, jak on bił… - ‘Od kiedy przeszliśmy na „ty”?’ - pomyślała i uśmiechnęła się. Ciężko jej było słuchać tak potwornej historii. Aż do dzisiaj nikt, nawet ona nie była świadoma jakiego piekła musiał doznać Henry.
     Siedząc tak, przez chyba bitą godzinę opowiadał jej swoje dzieciństwo. Zanim ojciec Henrego wpadł w nałóg od aspirum, służył w Srebrnej Piechocie. Była to w pewnym sensie odnoga od Świętych Łowców. Ci pierwsi zajmowali z reguły niższe stanowiska, a ich zajęciem było wykrywanie spisków, likwidowanie jakichkolwiek zagrożeń oraz niekiedy infiltracja. Niestety, gdy oni odwalali znaczną część roboty, to Święci Łowcy zyskiwali coraz większe uznanie wśród mieszkańców, a sami płaszczyli się na wysokich posadach. To było cholernie niesprawiedliwe i wiele Srebrniaków – tak nazywali ich prześmiewczo – decydowało się opuścić armię i rozpocząć wolne życie cywila. Był jednak pewien kluczek, o którym nikt nie mógł mówić, a wszystko miało mieć wydźwięk dosyć restrykcyjnej musztry.
     Z tym, że wielu, a w tym także Kuro, czy Jhon Krieg, kolejny dość utalentowany Łowca, uważało to za pogwałcenie jakiejkolwiek moralności ludzkiej. Każdy, kto chciał odejść od służby w państwie Yami, musiał przejść tak zwany rytuał Pandemonium. Zostało to wprowadzone przez królową Caudę, a w założeniach miało ograniczyć wzrost przyszłych renegatów. A pod płaszczykiem, niby to niewielkiej przysięgi i ceremonii, ukrywało się dokładnie sto jeden dni, ciągłych tortur i mąk, jakie tacy ludzie musieli doświadczać. Zamykano ich w celach, pięć na pięć metrów z trzy metrową wysokością. Z sufitu zwisały łańcuchy, sznury, a na ścianach porozwieszane były bronie różnego sortu. Od łagodnych, jak na przykład biczy, po te okrutne i ostre, jak sztylety czy miecze dwusieczne. Cały ‘kurs’ musiał przeżyć każdy, kto decydował się opuścić wojsko. Wszystko jednak zależało od szczęścia, bowiem jeżeli trafiło się na oprawcę, który nie czerpał przyjemności z sprawiania tobie bólu, te sto jeden dni wydawało się jakby codziennym treningiem. Gorzej jeżeli trafiało się na osoby, takiego kalibru jak Goliat – jeden z najsławniejszych egzekutorów i sadystów. Podobno raz go poniosło i zabił człowieka podczas Pandemonium. Ciało było okrutnie zmasakrowane. Zwisało na jednej ręce, ponieważ ta druga leżała na ziemi, a mężczyzna oblany był od góry po sam dół krwią. Żeby tego było mało, kiedy zmyto z niego krew, na plecach wyłonił się napis, wyryty tępym nożem. Tylko jeden – boli?
     Pan Andy, bo tak nazywał się ojciec Henrego miał o tyle szczęścia, że trafił na jednego z łagodniejszych egzekutorów. Nie umniejszało to jednak skazy na umyśle mężczyzny. Po powrocie zamknął się w swoim pokoju i nie wychodził z niego przez miesiąc. Zaś kolejne miesiące, były udręką dla Henrego. Obrywał, za każde, najmniejsze przewinienie, a często też ze zwykłego kaprysu ojca. W dniu poprzedzający ten, kiedy Andy sięgnął po raz pierwszy po aspirum, wyjawił to wszystko swojemu synowi.
     A on powiedział to później pani Jane, która słuchając opowieści chłopca, zastygła. Czuła się nieswojo wiedząc, że nie powinna o tym wiedzieć. Wsłuchiwała się jedynie w łkanie oraz głuchą ciszę z zewnątrz ich otaczającą. Ciarki przeszły jej po plecach, a pierwsze kropelki zimnego potu spływały po licach. Chciała rozproszyć tą drętwą atmosferę, jakoś zająć ich myśli.  
     Wtedy, całkowicie przypadkowo dostrzegła w jego lewej dłoni, metalowe pudełko z odkrywaną pokrywką. Na niej zaś wyrysowana była literka „H”. Kobieta sięgnęła po nie i otworzyła. No tak. Jedna z fajek, którą Henry ukrywał przed nią. Wzięła ją do ręki i spojrzała na niego karcąco.
     - Co mówiłam o paleniu, Henry? Wiesz, że to jest szkodliwe – obracała ją w palcach. Była o wiele mniejsza od jej własnej, którą chowała w szufladzie.
     - To jedyna pamiątka po ojcu – rzekł i od tamtego momentu nie odezwał się do Marry ani jednym słowem, mimo że ta co jakiś czas mówiła do niego.  
     - … pan Kuro ma przyjść nazajutrz, gdzieś wieczorem. Mam nadzieję, że przyjmiecie go ciepło – ten jednak nie słuchaj jej za dużo. Jedyne co zapamiętał, to właśnie wzmiankę o Kuro. Samego chłopaka nie znał. Kojarzył jedynie to, że przyjaźnił się z Eddiem, jak był jeszcze w domu dziecka i to, że był Świętym Łowcą.

                                                                                8
     Kolejny dzień zapowiadał się znakomicie. Henry od samego rana przemieszczał się między pokojami domu. Fakt, nie rozmawiał z innymi, ale wydawał się promienieć z radości. Starał się każdemu pomagać, na tyle, ile mógł. Wiadomo, nie każdy chciał przyjąć pomocnej ręki od takiego dręczyciela jak on, ale tak jak Jane zauważyła, był to całkiem inny chłopak.
     Kuro miał przyjść około zmierzchu, bo dopiero na tą godzinę pozwalał mu grafik. Nie przeszkadzało to więc domownikom w ich codziennych zajęciach. Przechodząc obok kuchni, Marry Jane dostrzegła jak Henry rozmawia z Patrickiem i Davidem, przyjaciółmi zmarłego Eddiego. Nie sączył się między nimi żaden konflikt ba, nawet widać było w ich rozmowie chociaż małą dozę życzliwości. Kobieta uśmiechnęła się do siebie i poszła na górę, żeby posprzątać swój gabinet. Nic nie wskazywałoby na kolejną serię tragedii, jaka ich spotka.  
     Jednak dobiła godzina wieczorna, a Kuro zjawił się w przytułku, a w progu powitała go Marry. Zaprowadziła go do salonu i usiedli obaj do stołu. Dziewczyna przygotowała najznakomitszy posiłek, na jaki mogła sobie pozwolić. Do tego herbata z ciastkiem. Kuro to doceniał, chociaż nie było po nim tego widać. Odkąd miał w sobie cień Xen, jego emocje nieco opadły i był częściej oschły wobec swoich znajomych. Starał się jednak jak mógł.
     Rozmawiali na przeróżne tematy, głównie skupili się na śmierci Eddiego. Może sam Kuro tego nie dostrzegł, ale domyślał się, że ta rozmowa boli ją cholernie. Wnioskował to po zmianie jej nastawienia. Wcześniej wydawała się bardzo zaangażowana spotkaniem, ale z czasem spochmurniała. Poczuł się niezręcznie, szczególnie przez to, że opowiadała mu o sytuacjach z jego dzieciństwa, o których on sam nie miał pojęcia. Nie pamiętał, że znał Eddiego ba, nawet się z nim przyjaźnił, a kiedy było trzeba wstawał w jego obronie.
     - Zawsze i wszędzie razem – tak skwitowała ich relację, o której Kuro nie miał bladego pojęcia. Mimo to czuł, że to jest coś co powinien pamiętać, w końcu jak można zapomnieć o swoim przyjacielu. Pocierał swoje dłonie nerwowo i jedynie kiwał swoją głową. Nagle usłyszał dość głośny trzask. Marry Jane widocznie też to usłyszała, bo spojrzała w stronę drzwi. Nie przejmowała się tym i chciała kontynuować rozmowę dalej. Kuro jednak coraz bardziej zastanawiał się nad hałasem.  
     Ostatecznie zdecydowali się obaj zejść, gdy trzaski zmieniły się w krzyki i wrzaski. Pierwsza wybiegła Jane i momentalnie zamarła, słysząc zdanie, którego ani ona, ani on, ani w ogóle ktokolwiek nie chciałby usłyszeć.
     - Nikt ciebie nie chce, weź zdechnij w końcu!! - niestety te słowa faktycznie padły, a w takich też emocjach, że ciężko było określić płeć. Obaj dorośli spojrzeli po sobie i zdecydowanym krokiem zeszli na dół. Było już niestety za późno. Słychać było jeszcze trzask drzwiami, a gdy wbiegli do kuchni, z której przypuszczalnie wydobywały się ów hałas zobaczyli jedynie Lorraine i Davida, a na podłodze leżały szczątki krzesła.  
     - Co tu się stało…? - zapytał niepewnie Kuro patrząc po dzieciach. Milczeli. Jedynie popatrzyli po sobie i opuścili wzrok, a wtedy wzburzona kobieta krzyknęła na nich.
     - Co tu się stało do cholery?! - głos jej był tak donośny, że nawet Kuro podskoczył z wrażenia i spojrzał na nią. Mimo to nikt się nie odezwał, a jedynie David podniósł powoli prawą rękę z wyciągniętym do przodu palcem wskazującym. A później skierował ją na Lorraine.

                                                                                 9
     Jak później się okazało, gdy David w końcu pękł i wydał dziewczynę, od dłuższego czasu to planowała. Otóż wyszło na jaw, że darzyła Henrego niesamowicie wielką nienawiścią, a ta zwiększyła się jedynie wraz ze śmiercią Eddiego. Jak też później sama Lorraine wyznała, kochała się w nim i bolało ją, kiedy Henry go dręczył. Dziewczyna nie należała do wyjątków i tak samo jak reszta obwiniała go o śmierć chłopaka. Dlatego planowała go zaatakować, a nawet zabić. Mieli jej pomóc przyjaciele Eda, Patrick i David, jednak ten pierwszy wycofał się w ostatniej chwili, ale nie powiedział jednak czemu. Sama stwierdziła, że może nie osiągnęła tego, czego chciała, jednak skutki były zadowalające, a jak później Jane uzna „przerażająco zatrważające”.
     Wyglądało to tak, że w momencie gdy Henry wejdzie do kuchni David miał go zagadać, na temat kończącego się liemu(taki rodzaj soku miodowego) w beczkach, a wtedy dziewczyna miała zajść go od tyłu i dźgnąć go bardzo szybko, aż się wykrwawi. Jednak nie zdążyła, bo zanim się w ogóle zbliżyła na tyle, aby go musnąć, on obrócił się i podniósł gardę. Ta nie przemyślawszy kolejnych ruchów ruszyła ślepo do przodu, a przeciwnik wytrącił z jej ręki nóż i odepchnął ją, przez co upadła głucho na podłogę. Nie dała jednak za wygraną i chwyciła za krzesło. Henry zawahał się przez chwilę i to go zgubiło, bo Lorraine powaliła go na ziemię. Odrzuciła resztki i wrzasnęła to, co nawet Kuro i Jane usłyszeli. Po tym chłopak patrzył na nią – tak jej się wydawało - ze szklącymi się oczami, a jego ciepła krew spływała bo obu stronach głowy. Następnie wstał i wybiegł z domu trzasnąwszy za sobą drzwiami.
     Dowiedzieli się tego niestety za późno, bo Kuro przeczesał okoliczne zakątki w promieniu stu metrów i nic. Zero śladów Henrego. Kobieta natomiast wpatrywała się z ciszą w jej wielkie czarne oczy, a jej brunatne włosy opadały na twarz. Wzbierało się w niej gniew. Niepowstrzymany gniew wobec Lorraine. Znając historię Henrego ciężko było jej nienawidzić chłopaka. Nie usprawiedliwiało to jego czynów, ani zachowania, ale chociaż tłumaczyło, dlaczego tak jest, że nie wzięło to się z niczego. Marry spoglądając tak z góry na dziewczynę, dostrzegła uśmiech, słaby, ale uśmiech. Tak jakby mówiła: „Spójrz mamo! Spójrz! Pozbyłam się tego, którego nienawidziliśmy wszyscy! Jesteś ze mnie dumna? Proszę, powiedz że jesteś dumna!”.
     Zamiast pochwały, doczekała się potężnego ciosu w prawy policzek.
     - Jak śmiałaś… Lorraine, jak śmiałaś go tak potraktować!? - zapytała z impetem, a dziewczynka najwyraźniej się zmieszała, bo wodziła wzorkiem to na Kuro, to na nią. Złapała sukienkę, ściskając ją mocno. Nie spuściła jednak głowy.
     - Śmiałam, bo to on zabił Eddiego! - krzyknęła w odpowiedzi po dłuższej ciszy i w końcu stanęła spojrzeniem na opiekunce. Wydawała się pewna tego, co mówiła – To przez niego nie żyje!
     - Nie masz prawa tak mówić, Lorraine! - i spoliczkowała ją znowu, tym razem po drugiej stronie – Eddie został zamordowany, przez psychicznego człowieka! Po mieście grasuje morderca, a ty bawisz się w obrażalską panią i wyżywasz się na bogu ducha winnemu chłopaku! - bolały ją to słowa, bo była świadoma, że sama go obwiniała o śmierć Eda – Henry nigdy by nie chciał nikogo zabić to tylko…
     - Tylko co? Przypadek? - spytała ironicznie i osunęła się z krzesła, odsuwając się powoli od Marry – Przypadkowo nas też dręczył tak? To on jest pieprzonym psycholem, nikt inny – kobieta zamilknęła i wpatrywała się na odchodzącą dziewczynkę. Kuro obserwował całą sytuacją z boku i milczał.
     - Nie znasz go… - tylko to zdołała z siebie wydobyć, a po tych słowach usiadła przy stole i złapała się za głowę.

                                                                            10
     Trzy godziny później, kiedy wszyscy poszli spać, a Kuro wrócił już dawno do zamku i kładł się spać, Lorraine nie umiała usnąć przez natłok myśli. W tym samym pokoju znajdowało się sześć innych dzieci, a każde z łóżek usadowione były obok siebie, tworząc, prawie że idealny, zwarty szereg. Przewracała się pod kołdrą to w jedną, to w drugą stronę rozmyślając o Henrym.
     „Nie znasz go” słowa jej opiekunki, którą traktowała jak matka, dosyć do niej trafiły, ale zastanawiała się dlaczego. Nienawidziła Henrego, jak praktycznie każdy w domu dziecka. Każdemu chociaż raz się napatoczył i naprzykrzył. Każdemu spieprzył chociaż raz dzień. To dlaczego osoba, która musiała znosić wszystkie skargi i uchylenia ze strony chłopaka, mogła tak swobodnie zacząć go bronić. Pewnie sama była już tym zmęczona i miała dosyć. Nie mogła jednak tego przyznać, a bała się też odpowiedzialności. Łatwiej jej było zgrywać obrońcę. Cóż za żałosne zachowanie.
     - Looraainee… - w głuchej ciszy oraz rytmicznych oddechach śpiących obok dzieciaków, usłyszała cichutki głos. Podniosła głowę i rozejrzała się po całym pokoju. Nie była pewna czyj to głos, do kogo on był podobny. Pewnie któryś z jej biednych lokatorów. No przecież. W końcu dzieci niekiedy mówią przez sen no nie? Nawet dorosłym się zdarzy. Nic nowego. Normalność.
     - Pomóóż miiii…. - ale kiedy, położyła się wygodnie, znowu go usłyszała. Tym razem podniosła się gwałtownie i spoglądała po innych, doszukując źródła tego głosu. Nie znalazła. Każdy z tych dzieciaków leżał jak zabity, niektórzy nawet chrapali delikatnie.
     Wtedy usłyszała delikatny stukot z góry. Spojrzała tam, a na policzek spadła kropla krwi. Nie poznała, że to krew od razu, dopiero jak wytarła ją dłonią, a na niej pojawiły się plamy. Było tak ciemno, że gdyby nie światło księżyca, nie mogłaby dostrzec czerwonej barwy.  
     Przerażona dziewczyna wysunęła nogi spod kołdry i po cichu wyszła z pokoju. Przeszła pod schodami i stanęła przed nimi. Nad ich sypialnią, który ogólnie był największy w całym domu, była tylko jedna izba. Stary pokój, którego tak wszyscy unikali. Znajdowały się tam przedmioty, z reguły zabawki, których już nikt nie używał. Co jakiś czas wystawiali je na sprzedaż, ale rzadko kiedy, ktoś się na nie kusił. Nic dziwnego, bo przerażały samym wyglądem. Stała tam też stara szafa z ubraniami. Od przetartych sukienek, po dziurawe buty. Dla Marry Jane, był to jedynie strych, ale dla dzieciaków, o dziwo wszystkich w tym pokoju straszyło. Niektórzy sądzili, że słyszeli stamtąd głosy zmarłych.
     Temu też nikogo by nie zdziwiło zawahanie Lorraine. Z tej wysokości nie widziała drzwi i choć w głębi duszy chciała, żeby tak pozostało, to zdecydowała się wspiąć, stopień po stopniu. W końcu je dostrzegła. Ugryzła się w wargę. Czuła jakby miała zaraz krzyknąć. Powietrze zbierało się w niej dwa razy szybciej niż normalnie. Nie mogła jednak pozwolić sobie, aby obudzić resztę domowników. Stanęła na samym szczycie i obserwowała drewniane drzwi na końcu korytarzu. Wręcz zmusiła się, aby podejść tam, a nawet wejść. Robiąc już pierwsze kroki w ich stronę, usłyszała szepty. Nie mówiły jednak nic konkretnego. Wołały ją, wiedziała to. Słyszała w tym mamrotaniu jej imię. Położyła rękę na klamce i próbując wejść, ale były zamknięte. Jakie szczęście! Chciała odejść, kiedy to coś ją zatrzymało, a drzwi same z siebie się otworzyły.  
     Wyłonił jej się obraz starego, zaniedbanego już przez laty strychu. Na przeciw niej stała wielka szafa, a obok niej porozwalane były zabawki. Każda z nich nosiła swoją historię i tonę kurzu. Z tej odległości dziewczynka mogła już dostrzec swoją szmaciankę pozbawioną ręki, którą oderwał Henry, chyba jakiś rok temu. Z bólem w sercu musiała się jej pozbyć. Były też drewniane klocki od Eddiego, które walały się w każdym możliwym miejscu. Nikt tu nie dbał o estetykę, bo nikt, oprócz Marry, nie chciał tam wchodzić, a sama kobieta nie dałaby rady ogarnąć tutaj.
     Dziewczyna wślizgnęła się do środka i rozejrzała się niechętnie po pokoju. Nikogo nie było. Odetchnąwszy z ulgą momentalnie skierowała się do wyjścia, ale jego już nie było. W miejscu drzwi pojawiła się ściana. Serce podskoczyło do jej gardła. Zaczęła bezsensownie szukać drzwi, ale ich już po prostu nie było. Cholera no, zniknęły! Tylko jak? - spytała się sama siebie.
     - Loooraainee... - zasyczał ponownie głos. Powoli z przerażeniem odwróciła głowę i spojrzała w stronę szafy, w stronę skąd ktoś do niej przemawiał.  
     - Kto tu jest? - spytała, wsłuchując się w ciszę. Serce zaczęło jej wybijać znacznie szybszy rytm, a pot spływał po jej licach. Trzęsła się, ale nie wiedziała czy to ze strachu, czy przez to, że było tu strasznie zimno. Wtedy dostrzegła, że jedne drzwi szafy były uchylone. A z środka wyciekała krew, i mozolnie opadała na podłogę. Kropla po kropli – Kto tu jest?! - zapytała ponownie, nieco głośniej, a wraz z jej słowami, szafa rozprzestrzeniła swoje „ręce” i dziewczyna mogła podziwiać jej głębokie, czarne wnętrze.
     Po chwili ktoś z niej wyskoczył i upadł przy jej bucie. Odsunęła się, jakby zobaczyła coś obrzydliwego. Obserwowała tą postać i nie mogła go poznać, bo była zwrócona twarzą w dół. Wnioskowała po krótkich włosach i posturze, że to mężczyzna. Bardziej w sumie chłopak. Nie była pewna, czy dobrze robi, ale przymierzała się, aby uklęknąć przy nim. Chciała coś powiedzieć, ale coś odebrało jej zdolność mówienia.
     Mianowicie przekrwiona twarz chłopaka, który spojrzał na nią spode łba, wykrzywiająca się w przeżarty szaleństwem uśmiech. Cała ociekała krwią, a z prawej strony głowy, gdzie znajdowało się wgłębienie, rozlewał się powoli mózg. Brakowało mu jednego oka i ucha, a na szyi widniały nici, jakby była przyszyta do korpusu. Nagle postać przemówiła i złapała dziewczynę za rękę. Przeszył ją niemiły chłód.
     - Chodź Lorraine, pomóż nam. Boimy się tutaj pływać sami. Dołącz do nas, popływajmy. Chodź. Przecież lubisz, nie? Lubisz kurwa pływać, czy nie? A może wolisz nam zrobić dobrze? W końcu kurwa to ci znakomicie wychodzi, nie? - pod wpływem takich oszczerstw, próbowała się uwolnić. Jak ktoś w ogóle śmiał przyrównać ją do ulicznicy? Ona taka nie była. Nigdy nie dała nikomu przecież… wtedy pomyślała o ojcu i zamarła.
     - Odpierdol się ode mnie! - wrzasnęła, a raczej wydawało jej się, że wrzasnęła. I razem z jej słowami, uścisk się zwolnił, a chłopak przybrał wystraszony wyraz twarzy.
     - Pomóż nam – powiedział, a raczej powiedzieli, a ona wytrzeszczyła oczy. W mgnieniu oka, coś wciągnęło chłopaka do środka szafy, a ta samowolnie zatrzasnęła drzwi. W miejscu, gdzie leżał, pojawiła się duża plama krwi, która powoli zapadała się w dół. Jakby ktoś magicznie wykopywał dół. Z niego zaś wyłoniły się dwie dłonie i wbiły się w podłogę. Zamiast palców miały one długie, ostro zakończone szpony. Dziewczyna mrugała szybko, myśląc, że to sen, ale to nie znikało. Nie czekając już dłużej, wstała i odwróciła się. Szlag, w końcu. Drzwi się pojawiły. Złapała za nie i szybko wybiegła trzasnąwszy. Zdążyła. Tajemniczy potwór wyskoczył za nią, ale zamiast w jej ciało, wbił się szponami w drzwi, przebijając je nieco. Przetarła ręką ręką pot.
     Już poznawała te głosy. Jeden należał do biednego Eddiego, który od tygodnia leży martwy. Dlatego drugi przeraził ją jeszcze bardziej. Był to bowiem Henry.
     
     W tym samym momencie Henry włóczył się po ciemnych alejkach, niedaleko Kaplicy North, położonej ponad kilometr na północ od domu dziecka. Nikt tu z reguły nie chodził, bo ojciec Clance bardzo zniechęcał okoliczną ludność. Wiele osób wyprowadziło się z jego powodu, ale też wielu zniknęło, co spotęgowało zjawisko. Chłopak korzystał z tego. Obok świątyni, znajdował się mały stawik, nad którym przechodził most. Henry często tam się chował. Niekiedy też miał możliwość rozmawiać z tutejszym kapłanem, który jako jedyny przed Marry, a później Patrick go rozumiał. Był on pierwszym, który zrozumiał jego ból.
     Wczorajsza rozmowa z kolejną osobą, tym razem z opiekunką, dała mu nadzieję na lepsze życie. W końcu mógł się znowu wygadać, wyrzucić to z siebie. Wyrzucić to, co siedziało w nim od tak dawna. Chciał się zmienić i tym razem naprawdę. Chciał się otworzyć na innych i udało mu się poniekąd. Patrick, jako jedyny z rówieśników, wysłuchał go i zrozumiał. W końcu. Wybaczył mu jego zachowania i zrozumiał. Tego chciał.
     A jednak były osoby, co czuły wobec niego nad wyraz dużą niechęć. Wiedział o tym i był tego świadomy, że nie wszyscy rzucą mu się w ramiona i przebaczą. Nie spodziewał się jednak, że będą chcieli go zabić. To przekraczało jakiekolwiek jego wyobrażenia.
     Przechodził po raz któryś obok murów kościoła, kiedy usłyszał trzask od strony stawu. Miał to zignorować, kiedy nagle coś go przekonało, aby tam podejść. Poszedł tam, jakby zahipnotyzowany. Wszedł między drzewa, które tam rosły od lat. Szukał, rozglądał się. Nie wiedział czemu, ale sądził że może to być jeden z kłusowników. Był to teren prywatny, a żyły tu też  dzikie zwierzęta, które kusiły niejednego męża,a przez to, że on i Clance jako jedyni dbali o te tereny, czuł się zobowiązany do sprawdzenia sytuacji. Szedł dalej, coraz głębiej i głębiej, aż w końcu znalazł krętą dróżkę, która wiodła do drewnianego mostu, tam gdzie Henry zawsze się zaszywał.  
     Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył chłopaka. Niskiego chłopaczka, który stał na środku mostu i opierał się o mocno umocowane barierki. Obserwował rozprzestrzeniający się wokół staw.
     - Cześć Henry – powiedział do niego. Henry podszedł i złapał się za koniec barierki. Próbował dostrzec jego twarz, ale wyręczył go, ponieważ po chwili obrócił się w jego stronę. Zabrakło mu tchu. Chłopakowi brakowało części twarzy po prawej stronie. Rozpoznał go bez problemu. Tego samego chłopaka znalazł pod murami Kaplicy North. Martwego Eddiego – widzisz co mi zrobiłeś? Widzisz, jak cierpię? Nie mam połowy twarzy! Rozumiesz? Pół twarzy do cholery! - schodził z mostu zbliżając się do Henrego. Przeraził się niesamowicie. Chciał uciec, ale jego ciało zamarło w bezruchu. Mógł jedynie powoli się cofać – ale nic nie szkodzi. Możesz odpłacić swoje grzechy, jeżeli popłyniesz ze mną – i pobiegł w jego stronę, a Henry momentalnie odzyskał czucie w nogach i pobiegł ścieżką.
     Stało się jednak coś dziwnego. Bowiem za pierwszym zakrętem, nie znajdował się już w lesie. Wiedział, bo wpadł na ścianę. Spojrzał za siebie. Ślepa uliczka, ale jak? Rozglądał się nerwowo wokół siebie, nie mógł jednak poznać miejsca. Nie wiedział nawet, gdzie jest dokładnie. Jedyne światło znajdowało się na końcu tej cholernie długiej uliczki. Była to jedna z tych nowszych miejskich lamp, która kwalifikowała się do wyjątkowych wynalazków tych czasów. Henry niechętnie wyłaniał się z mroku w stronę migoczącej lampy. Czuł się jak w transie. Obraz obracał mu się jakby dookoła, a sam tracił pod nogami grunt.  
     Kiedy znalazł się w obrębie światła, te nagle zaczęło się załamywać. Raz gasło, a raz wracało. Po kilku takich seriach, na środku pojawił się mały Eddie, a chłopak poczuł na swoich plecach gęsią skórkę, a atmosfera się zagęściła.
     - Nikt ciebie nie chce,  weź zdechnij w końcu! - powiedział Eddie, ale brzmiał bardziej jak Lorraine. Henry stracił w jednym momencie równowagę i musiał oprzeć się o ścianę. Tamten zaczął się śmiać, a głos zmienił się, jakoby był od jakiegoś demona – To co Henry? Popływasz ze mną? - i znowu śmiech, a lampa migała coraz szybciej. Po chwili postać zniknęła. Cisza. Głęboka cisza. I kiedy wydawało się, że wszystko wróciło do normy, nagle światło się straciło i wróciło, a razem z nim postać. Dziwna postać. Z jednej strony wysoka, a jej cień rzucał się, aż do końca uliczki, ale zaś z drugiej wydawała się niska, wręcz wzrostu Henrego. Ani to ani to się nie zgadzało. W końcu zrozumiał. To tylko iluzja
     Ale doszło to do niego zbyt późno, bo wtedy potwór, z wywalonymi na wierzch ostrymi zębami, zaczął zbliżać się do niego z zawrotną prędkością, aż wbił mu się prostu w klatkę piersiową.
     
     W tym samym momencie Lorraine, która jakimś cudem zdołała wymknąć się z domu, biegła w stronę Kaplicy North. Przerażona dziewczyna wiedziała, że Henry przez nią znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie i może on skończyć tak jak Eddie. Bała się tego, może nawet bardziej niż tego co widziała na strychu. Wiedziała, gdzie się kierować. Raz, może dwa, mimowolnie widziała go w tym lasku od ojca Clance’a. Czuła że może tam być. Nie zdążyła jednak temu zapobiec, potwór był szybszy.  
     
     Obraz zaczął się zmieniać i znowu byli w ciemnym lesie, a stwór właśnie przeszywał brzuch chłopaka swoimi szponami. Henry płakał, zalewając swoją twarz łzami. Patrzył to na bladą twarz, to na zmieniające się otoczenie. Bał się i cały czas coś szeptał do Eda, mając nadzieję, że go usłyszy.
     - Przepraszam Eddie. Nie chciałem, abyś zginął. To moja wina… - oprawca nie zwracał na to uwagi. Wiercił mu w brzuchu coraz głębszą ranę.
     - Spokojnie Henry, zaraz – (Przepraszam Eddie, przepraszam) - dołączysz do mojej załogi – i wbił mu się zębami w szyję, a po chwili głowa przeturlała się na bok. Wtedy też usłyszał głos zadyszanej Lorraine, zbliżającej się. Miał już plan…
     Dziewczyna wybiegła naprzeciw mostu i przez chwilę, rzeczywiście nic nie widziała, ale mrugnąwszy dostrzegła postać, wyłaniającą się spod wody, która wchodziła powoli na most. Przerażało ją to, że przypominała jej gada. Wręcz wpełzała na deski mostu, a gdy stanęła prosto, poznała go. To był Henry. Coś w niej pękło i zaniosła się płaczem.
     - Henry… - szepnęła i otarła łzy. Wiedziała czemu. Widziała to w jego oczach, które buchały na nią swą martwą naturą, a głowa, która ledwo trzymała się na karku mówiła sama za siebie. On nie żył, a ona do tego doprowadziła. Zabiła go.
     - Widzisz co mi zrobiłaś suko. Przez ciebie nie żyje! Sama powinnaś zdechnąć i smażyć się w czeluściach piekła! – chociaż była to prawda, to jego słowa cholernie ją bolały. Niby taka słodziutka. Słodka Lorraine, dziewczyna, która padła ofiarą dręczenia, sama nie była lepsza! Zabiła człowieka! Zabiła go swoim cholernym egoizmem! Chciała do niego podejść, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić, on podniósł się okropnym krzyk, a przed jej obliczem pojawiła się przerażająca twarz – nie była pewna, ale chyba ją już widziała. O tak, to była ta sama, która wyłoniła się z krwi na strychu.
     Momentalnie dziewczyna upadła tracąc przytomność, a hałas, który słyszała rozmył się w środku jej głowy.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Straszne momentami . Zestaw na tak. Pozdrawiam