Chutor Bohuna cz.8

- Butna twa dziewka — powiedział Chmielnicki, podchodząc do siedzącego przy namiocie Bohuna. Kozak natychmiast zerwał się na równe nogi, ale ataman tylko machnął ręką i usiadł obok przyjaciela. - Niby i panna, a jęzorem miele. Słyszałeś, jako rzekła kuchcikowi, coby porcyję dla cię większą dawał? - uśmiechnął się nieznacznie. - A i innego po rękach uderzyła, gdy powziąć ją chciał.
- Słyszałem — mruknął Jurko, odkładając czyszczoną dotąd szablę. - Przecie cały obóz o tym prawił... I o tamtej sprawie tyż.
- Prawda to. Ona twoja i rób z nią, co ci w myśl przyjdzie, jeno pamiętaj, żeś ty mój człek, a ona jeno służka i jeśli którego słowem obrazi, pod bat pójdzie. Alibo i o dłoń każę ją ukrócić.
- Słowem już nie rzecze, batku-hetmanie. Jakom Kozak, słowo ci me daję.
- Wierzę ci, przyjacielu. Jeno moresu jej naucz. Niech w kuchni pomaga.
- Takoż od najbliższej strawy zacznie.
- Nie myślał ty jej odesłać?
- Nie — zaprzeczył czarnowłosy. - Nie myślał.
- Ona ci miła?
- Nie takoż jak Halszka moja, lecz jednako serce topić umie...
- W łoże ją weź zatem, ludziska gadać przestaną...
- Gdybym jeno mógł — westchnął, patrząc na dziewczynę noszącą wodę dla jego konia. - Jeno, gdybym mógł...

- W kuchnię idź, pomagać będziesz — powiedział stanowczo, podchodząc do niej, gdy robiła przepierkę nad rzeką.
- A czemuż to? - zapytała, nawet na niego nie patrząc.
- Bo ja tak rzeczę — odparł. - Wstańże, nie do pleców twech prawić radym!
Westchnęła i podniosła się z klęczek, otrzepując brudną spódnicę. Spojrzała Kozakowi w oczy bez cienia strachu. Wiedziała, że jej nie skrzywdzi i znała doskonale granicę, do której mogła się posunąć.
- Mówże, bom przecie widzę, że to sprawa nie jedna, z którąś przyszedł...
- Tyś tu moja i wszystek o tymże wiedzą, a jaki głupi kto, to jam mu szablą w oczy zaświecę, ale tobie wara bić mych kompanów. Tyś dziewka jeno służebna, a kłopotów z tobą niczym stadem ogierów co do klaczy się rwą — warknął, rozzłoszczony jej zachowaniem.
- A ja ci prawię, żem niczego nie żałuję! Powziąć mię chciał, to mu pokazała! A i ja nie twoja, nigdym nie będę. Więzić chcesz, więź, lecz miły mi nie będziesz — powiedziała. - Wolność byś dał, lecz w niewoli trzymać pragniesz, bom zdobyczna, co jakaś kobyła dorodna! Uparłeś się jak głupi jaki, to cierp tera!
- Twierdzisz, żem głupi?! - syknął, podchodząc do niej blisko. Gwałtownym ruchem wydarł jej z dłoni mokrą tkaninę. - Bom jeno Kozak, nie zaś Lach co dla serca miły?! - złapał ją za ramiona i potrząsnął mocno. - Lecz ja człek oczytany, bogaty. Rzekłabyś, Ukraina ma by była! - odepchnął ją. - Pójdziesz w te pędy do kuchcika i o wybaczenie błagać będziesz i po prośbie, coby cię na przyuczenie jakie przyjął.
- A cóż, jeśli nie pójdę? - założyła ręce na piersi. Zrobiła jednak jeden mały krok w tył. Wolała nie być w zasięgu jego rąk. Powiadali przecież, że to człek nieobliczalny. Pech jednak chciał, że źle trafiła stopą i straciła równowagę. Zamachała rozpaczliwie rękami, starając się utrzymać w pionie i nim Bohun zdążył do niej doskoczyć i ją przytrzymać, zsunęła się po błocie wprost w rwący nurt. Ostatnim, co widziała, było przerażone spojrzenie Kozaka.

Jęknęła, otwierając powoli oczy. Świat wokół niej wirował, ale i tak bezbłędnie rozpoznała wnętrze namiotu Bohuna. A więc żyła, czy może jednak była to jeno mara nocna, bądź kara za grzechy?
- Paulino — usłyszała nieco schrypnięty głos. Zamknęła oczy na chwilę, a gdy je ponownie otworzyła, Kozak już przy niej był. Minę miał srogą, lecz ulga w jego oczach mówiła sama za siebie. A jednak się cieszył, że przeżyła. - Ja już myślał, coś ty ducha wyzionęła — przyznał, odstawiając na ziemię miskę parującej strawy.
- Blisko było — przyznała ledwo słyszalnym głosem. Trzęsła się z zimna mimo okrycia z kilku futer i skór. Usiadł przy niej i pomógł jej usiąść, opierając ją o siebie. Zarumieniła się wściekle, natychmiast orientując się, że przecież jest kompletnie naga. Jemu najwyraźniej jednak nie robiło to żadnej różnicy, bo nawet na nią nie zerkał, tylko karmił, niczym małe dziecko.

- Wejdźże — mruknął, odsuwając koce, gdy po tygodniu wciąż trzęsły nią drgawki. Miała katar i ciągle podkrążone oczy. Spojrzała na niego teraz z przestrachem i pokręciła głową. - Czemuś uparta takoż? Przecie ziębniesz...
- Jurko — szepnęła. - Puść ty mnie w dom — poprosiła cicho, nie patrząc na niego.
- Po cóż? - zapytał, podnosząc się na posłaniu. - A bo ci tam lepiej będzie, niźli tutaj? I gdzieże twój dom? Tamten klasztor?
- A choćby i klasztor? A bo ja prosiła, byś mię dla się brał? Zawiniła ci czym, co mnie tak nienawidzisz?
- Rzekłem ci już nie raz jeden, że nienawiści w sercu mym do cię nie ma. Jeno tyś... Tyś podobna.
- Do niej — odparła cicho, kiwając głową. - A tyś ją miłował.
- Wielce, lecz innego wybrała. Rzekła, co lęk w niej budzę — zacisnął pięści. - Jam Kozak, inszej nie potrafię. Lecz przecie dla niej dobry bym był. Dom bym dał i służbę. W pole by przecie nie szła pracować. Ona kniaziówna, szlachcianka. Mnie pieniędzy starczy, by szczęście jej dać. Jako pani wielka by tam była. Rada... A mimo to poszła, patrzeć nie chciała, choć miłował szczerze. I na cóż to tak? Po co? Serce wydarła, choć jedno miał. Tera miłować już nie zdołam, bo i po cóż?
- By szczęścia zaznać — powiedziała cicho. - I ja tak chciałam kedyś.

- Winnym pouczyć cię szablą władać — powiedział kilka dni później, gdy po ćwiczebnym pojedynku z innym Kozakiem usiadł obok niej na ziemi. Szyła mu nową koszulę i choć nie znał się na tej robocie, musiał przyznać, że szło jej to nad wyraz sprawnie. Teraz jednak przestała i wzdrygnęła się, słysząc jego słowa.
- A po cóż mi to znać? - zapytała, zaciskając palce na igle. - Cóż to, Kozaczkę ze mnie uczynić pragniesz?
- Tyś Laszka i takaż pozostaniesz, lecz tygodni dwa i mnie ruszać przyjdzie. Powrócić kedy, nie wiem. A tyś winna władać umieć na tyle, by w razie potrzeby jakej szablą zdziałać obronę należytą.
Spojrzała na niego poważnie.
- Prawisz, że jakoby któren znowu powziąć mnie zachciał, tak?
- Tyś to rzekła, lecz jeno prawda to — przytaknął, kładąc szablę na jej kolanach. Odsunęła ją od siebie nieznacznie i zaraz cofnęła ręce.
- Nie, panie — pokręciła stanowczo głową. - Nie czyń tego, proszę. Nie miła mi to myśl, cobym inego mogła życia pozbawić lub jeno pokaleczyć.
- Lecz czy bezpieczna tedy tu będziesz?
- Zabierz mnie zatem ze sobą — powiedziała niespodziewanie.
- Paulino, to się nie godzi, byś propozycje takież sprawiała — odparł oburzony. - W pole z mężczyznami radaś iść? Po cóż? Ubić nie ubijesz, jeno problemem będziesz. Tedy patrzeć bym musiał, byś bezpieczna była. A wróg lubuje się w ciosach w same plecy. Nie, ostaniesz tutaj, jako rzekłem i słowa tegoż nie zmienię.

Obudziła się gwałtownie, siadając na posłaniu. W panującym w namiocie półmroku dostrzegła szykującego się do drogi Bohuna.
- Wyjeżdżasz — szepnęła, mocniej okrywając się futrem. Kiwnął głową, przypinając sobie szablę do szerokiego pasa.
- Muszę przecie, rozkazy — powiedział, kompletnie niezaskoczony tym, że dziewczyna się obudziła. - Hetman kazał Jaremy pozycyje poznać. W zwiad jedziem — wyjaśnił, biorąc do ręki sztylet.
- Ostawisz mnie?
Spojrzał na nią, marszcząc brwi.
- Czemuż to myśli takie w głowie twej? - zapytał. Czyż to nie dałem ci powodów wiele, byś pewna była, com powrócić zamiaruję? Myśli twe snem jeszczen zaćmione zapewne... Bywaj, Paulino. Powrócić mi przyjdzie. List pierwej poślę, cobyś wiedziała, żem w drodze — wcisnął jej sztylet w dłonie. - Zdobyczny na Tatarach — mruknął. - Dla cię. Noś go. Wiedzą, żeś ty i on moje. Nie powezmą cię — skłonił się jej i wyszedł z namiotu. Po chwili usłyszała tętent koni. Niechętnie powróciła na posłanie i skuliła się w kłębek. I cóż z nią tera będzie? Wiedziała przecież, jak inne służki na nią patrzą. Nie mogła jednak zostać w namiocie, miała swoje obowiązki, musiała iść.

Gdy po skończonej służbie w kuchni, chwyciła swoją miskę z marną resztką polewki, czuła się jeszcze gorzej, niż przed rozpoczęciem zadań. Tylu przykrych słów nie słyszała jeszcze, odkąd się zjawiła w obozie Kozaków i była boleśnie świadoma faktu, że jedynie strach przed Bohunem utrzymywał wszystkich w ryzach. Patrzyła pod nogi, nie chcąc nikomu zaleźć za skórę nieodpowiednim spojrzeniem, a i tak doskonale słyszała, jak rozprawiali między sobą. O niej. Wiedziała, choć nie rozumiała słów. Nie nauczyła się ich jeszcze dostatecznie. I tego dnia wyjątkowo nie miała szczęścia. Idąca z naprzeciwka kobieta podcięła jej nogi, sprawiając, że Paulina jak długa wyciągnęła się na ziemi. Miska ze strawą poleciała w bok, roztrzaskując się na kawałki.
- Każda co dziecko martwe poradza, jednako za śmierć jego winna, jakoby mu gardło przerżnęła — powiedziała nieznajoma, dociskając Laszkę stopą do błotnistego podłoża.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii historia i miłosne, użyła 1797 słów i 9529 znaków.

Dodaj komentarz