Chutor Bohuna cz.3

- Bohun — powtórzyła cicho, czując, jak cała krew odpływa jej z twarzy. By nie upaść, cofnęła się o krok i nieznacznie oparła o framugę drzwi. Bohun. Przyjęła pod swój dach prawdziwego czarta. Oczywiście, że znała to nazwisko, trudno było o nim nie słyszeć, gdy wszyscy opowiadali o jego wyczynach. Przełknęła ciężko ślinę, starając się opanować, lecz strach zawładnął nią taki, że i ruszyć się jej ciężko było.
- Cóż ci, waćpanna? - zapytał, marszcząc czoło. - Jednako mnie znasz?
- Słyszałam żem o cię - powiedziała, przymykając na moment oczy. - I rzec nie mogę, bym rada z wieści była...
Wzruszył ramionami.
- Toż ci rzekłem przecie, żem sławny, a do czynów mych żałości w sercu nie mam. A bo i czemu? Lachy jednako moich w jasyr brali, dziewki hańbili... A bo to ja nie wiem, jakie rozkazy od Jaremy były? Posłów mordować kazał — powiedział ostro, patrząc na nią poważnie.
- Powiadają, że czort w twym sercu, a nie żadne miłowanie. Z wiedźmą żeś się układał, choć krzyż na piersi nosisz — prychnęła pogardliwie, odzyskawszy opanowanie. Skoro był ranny, to nie mógł jej nic zrobić. A gdy tylko zdrowie odzyska, chłopów o pomoc poprosi i na cztery wiatry go wygonią...
- Może to i czort, ja ne znaju... - odparł. - Jeno ty bać się mnie nie winnaś, ja ci krzywdy nie uczynię. Tyś pomogła, więc i w spokoju cię ostawię.
- A gdy cię ochota najdzie, jednako i mnie pohańbisz — powiedziała cicho. - Boś jeno do tego zdolny.
- Łżesz! - syknął. - Wiedzieć nie możesz, co w sercu i myślach mych, a osąd wydajesz, jakobyś Wszechmocnym była! Słowo me masz, że krzywdy z ręki mej czy braci mych nie uświadczysz... A teraz idź, widzieć cię więcej nie chcę!
- Inną miłujesz, a to nie ona o cię dba — odparła, otwierając drzwi. - Boś człek zły i serca do miłowania nie masz, a i do wdzięczności jednako. Rozmyśl, czy to nie twa kara...

Przez kolejne kilka dni każda ich mimowolna rozmowa kończyła się mniejszą lub większą kłótnią, więc w końcu gospodyni zarządziła, by rannego doglądał jeden z parobków, co ten uczynił niemal z duszą na ramieniu, gotowy na obelżywe traktowanie. Tymczasem zdumiony postępowaniem Pauliny Jurko, nie mógł zrozumieć, dlaczego dziewczyna nie chciała uwierzyć, gdy mówił jej, że jej nie skrzywdzi. Nie miał na to ochoty. Owszem, była ładna i w innych okolicznościach zapewne z chęcią by z niej skorzystał, ale po odtrąceniu przez Helenę, nie w głowie były mu jakie figle z dziewkami. Chciał uciekać, dotrzeć do Chmielnickiego, wziąć zdobyczne bogactwa i osiąść gdzie spokojnie, z dala od wścibskich oczu, gdzie mógłby w samotności leczyć swe stłuczone serce, a tymczasem musiał wbrew sobie leżeć w łożnicy, bowiem rana zaczęła się niemiło paprać.
Na naprzemiennym zbijaniu mu febry, w której czasie majaczył i odzyskiwaniu sił, minął kolejny miesiąc. Słyszał już od służby o klęskach i wygranych bitwach Chmielnickiego, który wciąż mimo najszczerszych chęci nie mógł wywalczyć tego, czego pragnął najbardziej. Męczony febrą Jurko zaczął się więc obwiniać o klęski ukochanego wodza. Był przeświadczony, że gdyby dotarł na czas, mógłby wraz ze swymi ludźmi przeważyć szalę zwycięstwa na stronę Chmielnickiego. Lecz minął kolejny cykl księżyca, nim osłabiony ciągłym leżeniem, mocno wychudzony Jurko był w stanie wyjść o własnych, mocno nadwątlonych siłach na majdan, by odetchnąć świeżym powietrzem. Dostrzegł wtedy Paulinę przy balii z wodą, piorącą swe odzienie.
- Winnaś służkom pracę swą oddać, waćpanna... - mruknął, siadając na jednej z ław stojących przy ścianie domu. Dziewczyna spojrzała na niego poważnie i odrzuciwszy na plecy gruby warkocz, odparła sucho:
- Te swe prace mają, jednako w domach, nie jeno tutaj i dzień im wolny dała... A praca to dla mnie żadna, przecie. Ani ja brzemienna, ani niedołężna, cobym rzeczy kilku sprać nie mogła.
- Toż więcej, niźli kilka — zauważył. - A i do mężczyzny należące... I nie moje to.
- A bo tyś jedyny chłop w gospodarstwie?! - zezłościła się natychmiast. - Sądzisz, waść, żem twe łachy prać rada? Nie twoje to, rzekłeś i nie mylisz się. Do brata mego należą.
- Nie wiedziałem, że waćpanna masz brata — odparł. - Nigdym go nie słyszał... Czyżby z wojny powrócił?
- Skądże ci taka myśl naszła, Kozacze? Wrócić nie mógł, bo jednako jako i ty niemocą w łożu złożony — odparła, wycierając mokre dłonie o skraj spódnicy. Jej ubranie nie przypominało tego, które zwykły nosić szlachcianki. Gdyby nie wiedział, kim Paulina jest, wziąłby ją pewnikiem za nieco bogatszą chłopkę, bądź ubogą mieszczankę. Jedynymi oznakami przynależności do wysokiego stanu społecznego była jej wysoko uniesiona głowa, dumna postawa i słownictwo oraz błysk w oczach.
Gdy się wyprostowała, sięgnęła po leżące w drugiej balii wyprane już ubrania i sprawnie rozwiesiła je na sznurze.
- Cóż mu się stało, że zaległ w niemocy? - zapytał, z przyjemnością wystawiając bladą twarz do nikłych promieni jesiennego słońca. Wiedział, że musi wyruszyć w przeciągu najbliższych dwóch, trzech tygodni, by mógł przedostać się do obozu Chmielnickiego. Inaczej utknie tu na kilka kolejnych miesięcy, a tego zdecydowanie nie chciał.
Zauważył, że skuliła się mimowolnie, słysząc jego pytanie.
- Cyrulik nogi mu odjął, gdy czernieć poczęły — powiedziała cicho. - Teraz Mikołaj i na umyśle podupadł — gdy się do niego odwróciła, przez chwilę dostrzegł w jej oczach łzy. - Jeno on mi ostał, a nawet nie pamięta, że miła dla niego byłam. Był on takim miłym chłopcem, rad był czas w polu ze zwierzętami spędzać, na konia siadał zawszen, gdy ojciec mu zezwolił...
- Przykro toż słyszeć, Paulino...
- A i mnie jednako, bom zawszen się nim opiekowała i tera, gdy jeno leży, żal patrzeć, jak życie z niego uchodzi, choć przecie tyle roków jeszczen przed nim winno być — usiadła na drugiej ławie, skubiąc rąbek spódnicy w palcach. - On i ja jednego dnia zrodzeni. Kedy rodziców zbrakło, on mi całym życiem i rodziną. Pieczę nade mną sprawował, dopóki wypadek mu się nie przydarzył. Lękam się dnia, kiedy Mikołaj oczu więcej nie otworzy.
- Ostaniesz tedy sama — przyznał, kiwając głową ze zrozumieniem.
- Wiem to! - warknęła. - Za mąż pójść winnam tedy, by jaki hospodarz tu był — westchnęła cicho.
- Nie miła ci ta myśl?
Pokręciła przecząco głową z taką zawziętością, że aż się zdumiał.
- Jakże miła ma mi być, skoro wuj mój rzekł, bym za szlachcica szła, a tyn przecie wielen lat ode mnie starszy i dziecka swe już ma?! A ja go nie miłuję! I nigdy nie będę! Prędzej nożem się pchnę, niźli za mąż za niego pójdę!
Uniósł brwi i uśmiechnął się lekko.
- Zaprawdę Laszki wielce harde — mruknął.
- I cóż mi z tego, skoro brat bronić mnie winien, a nie może, a wuj próśb mych słuchać nie chce? Jeno czas do śmierci Mikołaja mi dał, a ta przecie cora bliżej... Dnia przeszłego cyrulik rzekł, że zimy tej, dusza mego brata z Najświętszą Panienką może już się połączyć. Tedy wiosną żoną starca ostanę! - zawołała, zrywając się z miejsca.
- Widać wuj twój intencje mieć musi dobre, skoro takiegoż narzyczonego ci obrał...
- Dobre? Dobre?! Jemu jeno o posag mój chodzi, niźli więcej! Połowa tegoż co mam, w jego rynce pójdzie, a mnie żyć przyjdzie z mężem, któren jednako w grobie spocząć rychło winien. Tedy wdową ostanę i któż mnie takąż zechce? Tedy życie całe na zmarnowanie pójdzie, bo przecie nowego męża mi nie wolno będzie mieć...
- Tedy gdy jeno roztopy nastaną, na koń siadaj i w step uciekaj, waćpanna... - prychnął. - Pewno takoż ci życie milsze będzie, niźli w dostatku i opiece.
- A bo ty byś pewno takoż uczynił?! Ja nie tchórz jaki, coby się hańbą straszną okrywać!
- Przeto rzeczesz, że pchnąć się chcesz...
- Tedy wincyj zrozumienia ludzkiego dostanę...
- Lecz z Panienką się nie spotkasz — zauważył przytomnie. - Bramy Niebieskie swych pował przed tobą nie roztworzą...
- Milej mi z Lucyferem będzie tedy, niźli z tym potworem, któren na męża wbrew mej woli mi obrano! Trzy żony w połogu zdusił, gdy martwe dziecka mu porodziły, więc rzeknij mi, cóż innego mi czynić radzisz, abym i ja losu podobnego uniknęła?!
- Bluźnisz, waćpanna — mruknął. - A i na twej szyi krzyż wisi... Winnaś z pokorą słowo wuja przyjąć, a nie prawić rzeczy, o których rozum twój pojęcia mieć nie może...
Spojrzała na niego wściekła.
- Tygodni kilka minie i zima nastanie, a droga daleka — powiedziała twardo, poprawiając bluzkę. - Konia każę waćpanowi szykować, a i strawę na odchodne dostaniesz...
Poderwał się z ławy i choć pociemniało mu przed oczyma, doskoczył do niej i złapał ją mocno za ramiona. Krzyknęła zaskoczona, gdy docisnął ją do ściany. Najwyraźniej zapomniał już, że obiecał jej nie robić żadnej krzywdy.
- Gościny odmawiasz, gdym ledwo co z ran wyleczony? - warknął, potrząsając nią mocno.
- Puszczaj, Kozacze! - pisnęła, lecz wobec jego siły nie miała szans na oswobodzenie się, a pozostała służba była obecnie zbyt daleko w polu, by usłyszeć jej wołanie o pomoc.
- Nie jesteś już jednako harda... Jeno w słowach żeś mocna. Rzeknij mi, cóż uczynisz, gdy twój dom moim uczynię? Jednako nożem się pchniesz? Jednako niemiło ci będzie, gdy schronienie ode mnie dostaniesz i opiekę? - syknął, zaciskając boleśnie palce na jej ramionach.
Zbladła, gdy dotarło do niej, że szalony mężczyzna bynajmniej nie ma zamiaru odjeżdżać do swego wodza, tylko najwyraźniej odebrać jej wszystko, co kocha.
- Nie rób tego — poprosiła słabo. - Cóżem ci uczyniła, żeś taki?
- Jak psa mnie wyrzucasz, konia każąc siodłać, bom jeno swe myśli na głos o twym zamążpójściu wypowiedział! A to ci niemiłe... - prychnął, puszczając ją równie gwałtownie, co łapiąc. - Zwołaj parobka, niech strawy uszykuje na wyprawę i wina w bukłak naleje, a nim południe nastanie, kurz spod mego konia jego dawną pamiątką na wietrze rozwianą będzie...
Skinęła głową przestraszona, po czym uciekła do izby. Jurko oparł się ciężko o ścianę domu i ponurym wzrokiem rozejrzał po majdanie. Nie takie chutory z dymem puszczał... Skoro takaż jej śmierć miła... Nie, nie mógł tego zrobić. Opiekę dała, dach nad głową i strawę i to nie jak psu czy innemu zwierzęciu, a człowiekowi w potrzebie. I choć nazwisko jego strachem ją zdjęło, na dwór nie wygoniła. Nie, nie mógł jej skrzywdzić, dał jej słowo, a to dla niego było ważniejsze, niźli czyny niektóre.
Zawrócił do izby i ubrał się starannie. Za ścianą słyszał krzątaninę dziewczyny. Raz czy dwa zdawało mu się, że słyszał jej szloch, ale kiedy spotkali się ponownie na majdanie, nic nie wskazywało na to, by płakała. Może jedynie jej spojrzenie było nieco bardziej chmurne niż wcześniej.
- Twe jadło i napitek, panie — powiedziała, wciskając mu w dłonie zawiniątko ze strawą i bukłak pełen wina. - Niech droga rychło minie, a wszystek luda, któren krzywdę jaką uczynić ci pragnął, z dala się trzymał od ciebie.
- A tobie niech Panienka Najświętsza przyświeca. Nie lękaj się zamążpójścia, wuj na krzywdę jaką by cię przecie nie skierował — odparł, podając jej niewielką sakiewkę. - Przyjmij, waćpanna tych kilka dukatów za twą opiekę, która mi miła była. Dzięki ci za jadło i dach, którychś mi udzieliła. A gdybyś pomocy potrzebowała, ślij list ku mnie, tedy powrócę. Przecie jestem ci winien więcej, niźli tę marną zapłatę.
- Nic winien nie jesteś, panie, a pieniądze jeno na leczenie brata przeznaczę — wyszeptała, rumieniąc się wściekle. Skinął głową i bez słowa wsiadł na konia. Zwrócił ogiera ku bramie.
- Bywaj, waćpanna — uniósł dłoń w geście pożegnania i pognał wierzchowca w step. Gdy echo końskich kopyt przebrzmiało, wróciła do domu, by zająć się bratem.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii historia i miłosne, użyła 2321 słów i 12344 znaków, zaktualizowała 14 lis o 17:36.

2 komentarze

 
  • shakadap

    Brawo. Świetnie napisane!
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • elenawest

    @shakadap dzięki ❤️

  • Historyczka

    Brawo! Aż wyobraziłam sobie, jako sama pomykam po izbie, a drapieżny wzrok Bohuna wodzi po mnie...

  • elenawest

    @Historyczka cieszę się że się spodobało i oczywiście zapraszam do moich innych opowiadań 😉