Chutor Bohuna cz.2

- Wstawaj, Kozacze! Jadło stygnie! - powiedziała głośno Paulina, wchodząc z impetem do izby. Zbudzony Jurko drgnął nerwowo, co natychmiast zaowocowało jego cichym jękiem i grymasem na twarzy. Nie patrząc na niego, dziewczyna postawiła miskę z gęstą polewką na stołeczku obok łóżka i wyszła szybko. Po chwili usłyszał jak krząta się w izbie za ścianą. Podpierając się na łokciu, z niemałym trudem sięgnął po posiłek i z jeszcze większym go zjadł. Czuł, jak przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, rana daje o sobie znać i nie miał wątpliwości, że jeszcze chwila, a najpewniej zemdleje. Gdy zjadł połowę, spociwszy się przy tym niemiłosiernie, z głośnym stukotem odstawił miskę z powrotem na stołek i kompletnie wyzuty z sił, opadł na poduszki, dysząc ciężko i przyciskając dłoń do rany. Przed oczami widział czarne plamki, w głowie mu huczało...

Zmarszczyła brwi, wchodząc ponownie do izby kilka godzin później. Kozak spał niespokojnie, nie zjadłszy nawet całego posiłku, co mocno ją rozzłościło.
- A tyś cóże? Takoż język twej zwykł do strawy polowej, co już ci lepszen jedzenie kole w usta? - warknęła, potrząsając go mocno za ramię. Głowa jego jednak jedynie majtnęła się bezwiednie na boki. - Kozacze! Ejże, słyszysz ty mnie?
Kiedy i kolejne próby obudzenia go nie przyniosły skutku, ze złością odrzuciła skóry, którymi był przykryty i dopiero wtedy odkryła prawdziwy powód jego obecnego stanu. Okazało się bowiem, że jego lniana koszula jest kompletnie przesiąknięta krwią, która wskutek wysiłku wypłynęła z ran.

- Głupiś, Kozacze — mruknęła, gdy jakiś czas później zaczął odzyskiwać przytomność.
- Niby ya sam tsʹoho ne znav, Khelena ... YA bachyv, shcho ty strilyayesh ochyma v inshoho, to chomu ya rvav poyasa proty tebe? (Jakbym sam o tym nie wiedział, Heleno... Przeciem widział, żeś do innego oczami strzelała, po cóż więc żem o ciebie pasy darł?) - jęknął ochryple, nie otwierając jednak oczu. - Czego jeszczen ode mnie chcesz?
- Następnym razem wołaj, gdy pomocy będziesz potrzebować, waść. Innym razem zemrzesz w łożu, a sława twa na stepie niczym dym ostanie rozwiana...
Słysząc jej słowa, otworzył mało przytomne w wyrazie oczy i lekko zmarszczył czoło.
- Tyś ne Helena... - zauważył. - Ja, żem myślał...
- Zauważyłam — przerwała mu. Nie miała ochoty na słuchanie, czemu nazwał ją imieniem innej. - Kazali mi się tobą opiekować, toż i to czynię, lecz leżaj spokojnie, rany wciąż świeże, a ja czasu nie mam, by cię niczym pacholęcia pilnować. Tu wiele roboty...
- Konia daj, pojadę — mruknął. Zaśmiała się krótko.
- A gdzie? Ledwo jeść możesz, myślisz, waść, że ujedziesz? Tyś na konia by tera nie wsiadł, leżaj...
- Dajże mi konia! - zezłościł się, podnosząc się gwałtownie, ale pchnęła go mocno, tak że opadł na poduszki.
- Nie — zaprotestowała ostro, co w ogóle nie było do niej podobne. - Będziesz tu leżał, waść. Innymi razy zemrzesz, ale nie tu!
- Durna divchysʹko! Ya mushu povernutysya do Khmelʹnytsʹkoho! (Durna dziewko! Muzę wracać do Chmielnickiego!) - wrzasnął, patrząc na nią wściekły. Zatrzymała się w drzwiach, a potem krzyknęła w głąb domostwa:
- Ejże, służba! Konia szykujta dla waćpana. Niemiła mu opieka, gdy niemocą złożony, niech wraca na wojnę!
Zmarszczył brwi, słysząc w jej głosie pogardę, ale nie miał szans na skomentowanie jej słów, bo zaraz potem zamknęła za sobą drzwi. Westchnął i przymknął na moment oczy. Nie czas na leczenie ran, gdy wojna przybiera na sile, gdy wódz oczekuje wszystkich swych podwładnych na polu walki, która przyniesie im chwałę i bogactwa. Wierzył w to tak samo mocno, jak w swą miłość do Heleny. Miłość, która pomimo upokożenia i bólu wciąż nie chciała zniknąć z jego serca. Wciąż widział ją w snach, lecz nigdy nie potrafił jej złapać. Była ulotna jak dym na wietrze, nieuchwytna niczym najdzikszy rumak na stepie Ukrainy. Tak bardzo jej pragnął, a tymczasem poślubiła innego, tylko dlatego, że tamten był Lachem. Tylko dlatego, że on, Jurko, nie potrafił być łagodny, jako tamten...
Westchnął rozdzierająco, krew na nowo wzburzyła się w jego żyłach. Jakże mogła?! Obiecała. Cóż z tego, że był Kazakiem? Czy to był gorszy?
- Koń waszmości czeka na majdanie... - powiedziała nagle Paulina, stając ponownie w drzwiach. Uniósł głowę i spojrzał na nią tak wściekłym wzrokiem, pełnym bólu i żalu, że aż się lekko cofnęła. - Możesz jechać, panie — dodała o wiele ciszej.
W odpowiedzi skinął jedynie głową i wstał powoli z zaciętym wyrazem twarzy i ustami wykrzywionymi w grymasie bólu, ale nie poprosił o pomoc. Był na to zbyt dumny i uparty. Sięgnęła po leżący nieopodal kaftan i podała mu go, nie patrząc na niego. Ubrał się szybko w milczeniu, do pasa przypiął szablę i zdobyczny kindżał. Gdy był gotowy, odwróciła się i wyprowadziła go przed chatę. Osłonił oczy przed rażącymi promieniami słońca, dopiero wtedy zdając sobie sprawę, że w izbie zazwyczaj panował półmrok. Teraz przez moment mrugał oczami, chcąc jak najszybciej przyzwyczaić je do tej jasności. W końcu jednak podszedł z wolna do karego ogiera, grzebiącego nerwowo kopytem w podłożu. Chwycił go krótko za uzdę i nie bez problemu oraz przeszywającego bólu, który sprawił, że pociemniało mu naraz przed oczami, włożył stopę w strzemię, by następnie usiąść w końcu w siodle. Czuł, jak ciepła krew spływa mu po boku, ale nie odezwał się ani słowem.
- Bywaj — spojrzał na Paulinę, która stała kawałek dalej z rękoma założonymi na piersi i patrzyła na niego z mieszaniną pogardy i złości.
- Bywaj — odparła sucho. - Jedźże wreszcie, Kazaku. Pan twej pewno niecierpliwie waści wygląda.
- Nekhay Presvyata Bohorodytsya blahoslovytʹ Vas (Niech ci Panienka Najświętsza błogosławi) - powiedział jeszcze, a kiedy się nie odezwała już ani słowem, popędził konia, który ochoczo ruszył ku bramie. Od nagłego zrywu pociemniało mu w oczach, zachwiał się w siodle, przytrzymując się przedniego łęku, ale przecenił swe siły. Najwyraźniej zapomniał już, jak to Wołodyjowski położył go na kilka tygodni jednym cięciem szabli, a tedy rana nie tak głęboka była. Więc teraz tuż za bramą pomimo rozpaczliwych prób utrzymania się w siodle, po prostu przechylił się na jedną stronę, po czym bezwładnie osunął się na ziemię zemdlony.

- Obudźże się...
- Daj mi spokój, dziewko — mruknął, odwracając głowę. - Nie spostrzegłaś, żem ranny?
- Z winy własnej waćpan tu leżysz. Gdybyś rozumu miał jeno więcej, pojąłbyś, że ci na koń wsiadać tak rychło nie wolno — powiedziała, delikatnie dotykając jego czoła. Nie było aż tak gorące, a to znaczyło, że febra już go nie trzymała.
- Odejdźże...
- Takoż wdzięczność za pomoc ukazujesz?! - zezłościła się. - Możem i dziewka, lecz tyś, panie w mym domu i winnyś dziękować, żem cię przyjęła, gdyś niemocą złożony, a nie jak psa jakego u bramy ostawiła! A mogłam. Wierzaj mi, służba gadała, cobym ci gardło rozpłatała, boś Kazak, a ci niewarci są bożej pomocy, lecz mnie serce tak postąpić nie zezwoliło. Bo jakoż miałabym tedy przed obliczem Panienki rzec, żem pozwoliła rycerzowi zemrzeć, choć z jego ręki rodacy moi ginęli?
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Skądże waćpanna wie? - zapytał cicho.
- A czy to ja głupia jestem?! O Chmielnickim prawisz, panie, jakoby to sam bóg jaki był. I miłowanie twoje ma... Toż przecież wiadome, żeś ze swoimi przeciwko moim walczył. Rany na ciele zabliźnione masz, cóż wiedzieć mi więcej, by inszej rozumować?
- I mimo tego tyś mi pomogła? Czemuż to, pani?
- Bom chrześcijanka dobra i mnie życia odbierać nie wolno, przecie to grzech — odparła. - Tyle czasu, ile potrzebować będziesz, spędzisz tutaj, potem pójdziesz, gdzie cię poniesie. Do Chmielnickiego alibo i gdzie, lecz pamiętaj! - uniosła ostrzegawczo palec. - Wincyj ci ręki nie podam, skoroś takoż chętny na śmierć i kedy takoż wybierzesz, droga będzie dla cię wolna, lecz dopóty tyś do łoża przykuty, me towarzystwo znosić żeś winien. Opatrunki ci zmieniać muszę, cyrulik we wiosce wielen staj, więc jeno ja tu zdolna to tegóż jestem. Lecz ino pamiętaj, coby ci jaki pomyślunek we łbie zawita niegodny rycerza, tedy za pysk wyrzucę i psami poszczuję!
Uśmiechnął się cwanie, słysząc hardość w jej głosie.
- Niejedną dziewkę jako i ty żem spotkał na swej drodze, lecz rzec przeto muszę, iż waćpanny język niezgorzej od szabli ciąć potrafi...
- Ty mnie tu, waszmość słówkami miłemi nie bałamuć — zagroziła.
- A co by ja miał tedy z tegóż? - zaśmiał się lekko. - Gniew twej? Ty spokojna głowa, ja grzeczny tedy będę, a kedy rany krwawić przestaną, konia wezmę i tyle po mnie będzie. Wylecz mnie jeno, a mej wdzięczności waćpanna odczuje. Za pomoc odpłacę.
- Tyś winien czynami, nie dukatami dziękować... - prychnęła, kręcąc głową. - Waćpan sądzi może, iż tu bieda? Bom szlachcianka, a w chutorze mieszkam? Wiedz tedy, że majątek na wojnę poszedł. Książę inwentarz dla wojsk zawłaszczył. By służbę i siebie wykarmić, jednako z nimi w pole chodzę, a żadna to ujma dla mnie!
- Kedy żem nie rzekł nic takiegoż...
- A bo to ja nie znam rozumowania waszego? Każden, któż tylko obok przejeżdża, z pogardą na obejście patrzy...
Podniósł się lekko na łokciach.
- Tedy złoto przyjmij, a niejeden zazdrościć będzie... - mruknął. Pokręciła przecząco głową.
- Nie! Niechże mówią, co chcą, jeno niech ostawią w spokoju...
- Dziwnaś, waćpanna wielce... Pieniędzy ci zbrakło, a pomocy z dobrej ręki przyjąć nie życzysz sobie. Kazak jestem, lecz i ja miłowanie temuż, kto w potrzebie, udzielić potrafię... Rzeknij jeno, czegóż ci zbrakło, a brać kozacką skrzyknę i inwentarz przyprowadzę.
- Tera jeno tak rzeczesz, boś w potrzebie, lecz potem odejdziesz — burknęła.
- A czegóż byś chciała, dziewko? Bym ostał tu może?! Cóże ci się roi? Przeciem ja Kozak przesławny!
- A to dziwne rzeczy powiadasz, bom jakoś nie słyszała, by inny poza Chmielnickim równie wielki był.
- Boś po karczmach nigdy nie bywała, waćpanna... A o mnie na bajdurach pieśni ślepcy śpiewają. Bywał ja i w Mandżuri i nad Czernym Morzem, świat żem całen prawie zwiedził...
- Jakież tedy twe imię, mości panie?
- Bohun...


****************
Kochani czytelnicy :* ogromna prośba, cobyście wypowiedzieli się na temat stylu pisania dialogów. Czy mam utrzymać ten powiedzmy starodawny język, czy raczej sobie darować? I czy pisać niektóre kwestie Bohuna po ukraińsku z tłumaczeniem na polski?

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii historia i miłosne, użyła 2023 słów i 10978 znaków, zaktualizowała 11 lis o 20:27.

3 komentarze

 
  • AnonimS

    Ciekawa próba ... Rzadko bywam ale tu zajrzałem. Język w sam raz do epoki. Co do tekstów Bohuna. Jeśli będzie dużo gadał to raczej po polsku . Pozdrawiam .

  • elenawest

    @AnonimS dzięki za opinię 😉 zaglądaj częściej 😃

  • shakadap

    Brawo.
    Świetnie napisane.
    Czekam na dalszy ciąg.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • elenawest

    @shakadap dzięki wielkie 😁

  • Gość w

    Ogółem zapowiada się całkiem fajnie. Język pasujący do epoki dodaje klimatu i człowiek nie zapomina że czyta o czasach powstania kozackiego. Ale ten ukraiński w mojej ocenie możesz sobie darować i pisać po staropolsku kwestie które byś pisała po ukraińsku a następnie w nawiasie tłumaczone.

  • elenawest

    @Gość w super, dzięki wielkie za opinię i miłe słowa :-D