Chutor Bohuna cz.4

Przez całą zimę pozostał wraz ze swym dowódcą, wspierając go w najróżniejszych decyzjach, lecz jego dusza tak bardzo rwała się do drogi, bitew lub jakiejkolwiek przygody, że gdy tylko ziemia znów stała się przejezdna, na drzewach pojawiły się pierwsze pąki liści, a konflikt z Rzeczpospolitą wciąż pozostawał w martwym punkcie, jako że obie strony prowadziły jałowe pertraktacje, znużony bezczynnym oczekiwaniem, pewnego ranka, po ówczesnym porozumieniu się z Chmielnickim, wskoczył na swego rumaka i wśród przyjaznych okrzyków braci Kozackiej, ruszył z kopyta w step, w poszukiwaniu, choć najmniejszej rozrywki. Wraz z nim wyruszyło dziesięciu najwierniejszych druhów, którym jednako niemiłe było oczekiwanie.
Przez dwa tygodnie bez celu włóczyli się po stepie, od czasu do czasu zajeżdżając do karczm, by wypić i zabawić się z dziewkami. Jedynie Bohun, którego dusza i serce wciąż pozostawały rozdarte po utracie Heleny, nie brał udziału w hulankach, choć wina i miodu sobie nie szczędził.

Miesiąc jednak w końcu minął, gdy gromadą wyruszyli bardziej w głąb Królestwa. I tak się złożyło, że ich zdrożone konie, poczuwszy świeżą wodę, samoistnie doprowadziły Kozaków do domostwa, w którym kiedyś uratowano życie Bohunowi. Lecz teraz, mimo iż miesięcy niewiele upłynęło, chutor był w opłakanym stanie. Obora miała wyłamane drzwi, więc przez otwór z łatwością obaczyć można było nieliczne sztuki bydła. Chata miała zarwany dach, na majdanie walały się zaśmierdłe resztki żywności, jakby ktoś wyrzucił je z zewnątrz przez najbliższe okno, lecz tym, co najbardziej zaskoczyły Bohuna i jego ludzi, byli pomordowani parobkowie, zwisający jeden przy drugim na pobliskim drzewie. Sami mężczyźni.
- Przeszukajcie obejście — mruknął, zeskakując z konia. - Dziwne wielce to wszystko.
Kozacy natychmiast niczym duchy zsunęli się bezszelestnie na ziemię, lecz nim zdołali się rozejść, ze środka domostwa dobiegł ich kobiecy krzyk pełen bólu, potem następny i następny, a potem głuche uderzenie i męski śmiech. Zdezorientowani Kozacy stanęli przy swych koniach, czekając na rozkaz pułkownika. Ten zmarszczył czarne brwi i ciemnymi oczami długo wpatrywał się w drzwi chutoru, jakby te miały mu powiedzieć, co winien czynić. Przecie mogli jeno napoić konie i ruszać w step. Lecz czarne serce watażki, tak mocno zranione, teraz mówiło mu, że winien tam wkroczyć i przynajmniej sprawdzić, cóż takiego się tam dzieje. Dobro za dobro... Czy jakoś tak. A potem będzie mógł przecież spokojnie odjechać. Przecież nikt nie każe mu nadstawiać karku.
Machnął na swych ludzi, nakazując im ciszę i niczym kot ruszył do chutoru. Drzwi były uchylone i gdy tylko się do nich zbliżył, jego uszu dobiegły dźwięki, których akurat po tym miejscu najmniej się spodziewał. Wślizgnął się do ciemnej sieni i przyczaił w kącie, obserwując rozwój wydarzeń. A te owszem, rozwijały się. Bardzo głośno. Nieznany mu oddział Kozaków używał sobie bowiem na dziewkach służebnych, gwałcąc je wśród porozbijanych naczyń i mebli. Omiótł szybkim spojrzeniem izbę czeladną, szukając wśród kobiet Pauliny, lecz panujący w pomieszczeniu mrok nie pozwalał mu dostrzec dziewczyny. Cofnął się szybko d drzwi, wyprostował i teraz już przed nikim się nie chowając, wszedł do izby i zawołał:
- A gdzież to gospodarz, by zdrożonych wojaków kubkiem miodu uraczyć?!
Jego cierpki, donośny głos podziałał na obecnych w środku mężczyzn niczym kubeł lodowatej wody. Natychmiast poderwali się na równe nogi, w pośpiechu zapinając spodnie i dobywając szabli.
- Kto ty? - zapytał stojący najbliżej niego, prawdopodobnie najmniej pijany z całego towarzystwa Kozak.
- Pułkownik kozacki — prychnął czarnowłosy, nieznacznie kładąc dłoń na rękojeści szabli. Błysnęła iskra od hubki i po chwili jeden ze śmielszych pijaków podszedł do niego ze świecą, po czym cofnął się gwałtownie.
- Bohun! - jęknął, kłaniając mu się w pas. Ciemne oczy Kozaka jeszcze bardziej spochmurniały, gdy i inni zaczęli mu się kłaniać, przez co miał szansę w pełni ocenić szkody, jakie zdołali wyrządzić. Było ich około dwudziestu, a dom wyglądał jakby przeszło przez nie tornado.
- Psy wy, tfu! - splunął na ziemię i spojrzał na nich z odrazą. - Poszli precz, alibo psami pogonię i nie Chmielnicki, jeno ja, na waszą zgubę będę!
- Szczo wy, Bohunie? Przecie to dziewki jeno...
- Precz, powiadam, alibo batożyć każę! - rozsierdził się, dobywając szabli. Nie myślał, co czyni. Był wściekły i... cóż, co tu dużo mówić, przerażony. Bał się, co też mogło spotkać tę dziewczynę, która tak dobrze się nim zaopiekowała. Przecie rana zagoiła się tak, że nawet ta po spotkaniu z Wołodyjowskim wciąż jeszcze dawała o sobie znać, a leczył go przecie Rzędzian.
Zaskoczeni Kozacy jeden po drugim wyszli z chutoru, nie szczędząc sobie napitku na drogę. Jednak nie dosiedli swych koni. Mimo przewagi zostali pojmani. Bohun tymczasem odchylił połamane okiennice i rozwarł drzwi na oścież, by wpuścić do środka światło i powiew świeżego powietrza, bowiem śmierdziało tam zgniłym jedzeniem, woskiem i ogólnym brudem. Podczas gdy czterech jego ludzi pilnowało pojmanych watażków, reszta pomogła wyprowadzić mu niemal skatowane kobiety na zewnątrz. Usadzili je pod ścianą domu, bowiem większość z nich nie była w stanie ustać o własnych siłach.
- Gdzie Paulina? - zapytał głośno, wodząc wzrokiem po pobitych twarzach dziewek. Nie był święty i wielokrotnie używał sobie na chętnych służkach po karczmach i zajazdach, ale jeszcze nigdy nie skatował kobiety. - Gdzie ona? - zapytał ponownie, gdy nie otrzymał odpowiedzi.
- W izbie — wyszeptała w końcu jedna, patrząc na niego ponuro zdrowym okiem. Drugie było tak spuchnięte, że miał wątpliwości, czy jeszcze będzie mogła na nie widzieć. - Sypialnej — dodała.
- Wezwijcie cyrulika i medyka, niechże zajmą się dziewkami. I odetnijcie ich — wskazał na drzewo wisielców, po czym ruszył ponownie do chaty.
Z mocno bijącym sercem wszedł do izby sypialnej i zamarł. Paulina leżała w łożu splamionym krwią, oczy miała zamknięte a twarz obitą i spuchniętą tak, że gdyby nie wiedział, kogo szuka, z pewnością by się pomylił. Pochylił się nad nią i dopiero po chwili dostrzegł, że dziewczyna ledwo oddycha. Zbliżył dłoń do jej czoła, już z pewnej odległości wyczuwając, że trawi ją wysoka gorączka. Westchnął i wyszedł na majdan. Z juków ogiera dobył kilka szmat i umoczył je w lodowatej wodzie zaczerpniętej prosto ze studni, by następnie obłożyć nimi rozpalone czoło dziewczyny. Jęknęła, lecz nie otwarła oczu. Po jej policzkach popłynęły łzy.
- Cóże ci uczynili... - westchnął, zmieniając okład. Zerknął na ślady krwi zdobiące dawno niezmienianą pościel. Były zakrzepłe, lecz część z nich nie mogła powstać dawno. Najwięcej zgromadzonych było w okolicy jej łona. Wstał szybko i wyszedł, mając nadzieję, że cyrulik zdążył już przybyć.

Tydzień później.
- Bohun... - wyszeptała, gdy w końcu odzyskała przytomność. Kiwnął głową, przykładając jej do wciąż opuchniętej twarzy szmatkę umoczonej w wywarze z ziół. - Czemuś tu? Cóż czynisz?
- Opiekę nad cię przyszło mi tedy sprawować — odparł. - Boś ranna i słaba.
- Nie winnyś tegóż czynić. Po cóż tak? - odwróciła głowę, nieznacznie odsuwając się od jego ręki. Zmarszczył brwi.
- Czemuż to pomocy odmawiasz, kedyś sama mi ją ofiarowała? - zapytał, odkładając szmatkę.
- Zemrzeć mi daj, panie — poprosiła cicho. - Nic już w tym świecie, co by mi drogie było, nie ostało — po jej policzkach spłynęły łzy. - Ni brata miłego, ni dziecięcia...
- Cóż ty rzeczesz? - wyprostował się zaskoczony. - Tyś brzemienna była?
Skinęła głową, szlochając.
- Mąż mój dziecię spłodził — wyszeptała po kilku minutach ciszy. - Lecz Kozacy przybyli, kedym brzuch już miała. Gwałtem służki wzięli, parobkom gardła niczym wieprzom poderżnęli. A mnie mąż im oddał, by życie mu darowali...
- Być nie może! Cóż ty pleciesz? - pochylił się nad nią. Spojrzała na niego tak, że aż się cofnął.
- Martwe dziecię porodziłam na tydzień przed tym, niczym czerny duch, żeś się zjawił... Psom je rzucili, więc rzecz mi, mości Kozaku, po cóż mi dalej żyć? - podniosła się z trudem. - Wiele żem nie oczekiwała! Dobra dla starego byłam, jadło zawszen miał i odziewek. Na równi ze służkami w pole chodziłam, bratu ulgę żem przynosiła w cierpieniu. A ten go nożem pchnąć kazał, po ślubie niczym najpodlejszą z ladacznic potraktował, a potem oddał, by skórę ratować. Nawet mu jego dziecię niemiłe było, choć tak zabiegał, bym brzuch miała!
- Uspokójże się — mruknął, z niemałym wysiłkiem kładąc ją z powrotem w pościeli. - Za te czyny, sobakę, piekło jeno i sąd czeka, nie winnaś się obawiać.
- Odejdźże stąd i ostaw mnie tu — spojrzała na niego radośnie. - Ocalałym dukaty wypłać, niech idą na inną służbę, inwentarz zabierz, może panu twemu miłe jadło będzie. I idźże precz! - krzyknęła.
- Twój dom to, lecz żądania twen spełnić mi nie wolno. Życie za życie. Tyś me uratowała, choć pchnąć mnie mogłaś, tedy ja twe ocalę — powiedział. - Lecz jeśli o śmierci znów rzeczesz, rozgniewam się tedy, Paulino.
- I tyś imię me spamiętał? - spojrzała na niego zaskoczona, chwilowo zapominając o swej żałobie. Kiwnął głową i wzruszył ramionami.
- Przeciem ci tedy dziękował, czemuż bym miał nie spamiętać? Tyś mi na drogę błogosławiła, to i dobra była... Jam Kozak i Kozacy cię shańbili, lecz słowo me masz, że ukażon ostaną należycie. I męża twen odnajdę i jak psa sprowadzę.
Pokręciła przecząco głową.
- Uczynisz to, panie, a tedy zemrę zapewne... - szepnęła. - Widzieć go nie chcę.
- I jego księciu poślę z listem, cóż uczynił - skłonił się jej i wyszedł z izby. Serce tłukło mu się w piersi niczym tuż po pojedynku na śmierć i życie. - Skrybę sprowadźcie w te pędy — złapał za kaftan pierwszego napotkanego Kozaka ze swego oddziału. - Listy pisać mi trzeba. Koni nie żałujcie.

Miesiąc później.
- Rzeczy niestworzone prawisz, Bohunie — mruknął Chmielnicki, rozsiadłszy się wygodnie na jednej z ław w czeladnej. - Dziewka zaprawdę wygląda takoż, jakoby się z nią całe wojsko zabawiło, lecz jako to tak, od razu na śmierć mych ludzi skazać sobie życzysz?
- Sam wiesz, batku hetmanie, jako mi po odejściu mej Heleny, lecz nigdym siłą żadnej nie powziął. I Halszkę, żem chciał po Bożemu, z popem, coby żoną mą miała być. I innemu bym jej nie oddał. A te psy nie dość, że dziewkę brzemienną powzięli gwałtem, to dziecię jej, miast w ziemi uświęconej uchować, niczym ścierwo psom rzucili. Toż to czyn najgorszy.
- A czy i my niewinnych nigdy nie mordowali? - Chmielnicki napił się wina, stukając palcami w blat stołu.
- Jeno tych, co zdolni walczyć byli, hetmanie...
- Prawda i to — przytaknął stary Kozak. - Lecz rzeknij mi, czemuż to batalię toczyć pragniesz, kedy dziewka dawno już po małżeństwie, nie po słowie z tobą. Ani ci ona rodziną, ani miłą sercu. Więc jakże to?
- Życie me jej zawdzięczam. Gdym pojmany ostał przez Jaremę, a potem zwolniony przez Skrzetuskiego — skrzywił się. - Drogę jeno do cię, żem obrał, batku hetmanie. Lecz ludziska się zwiedzieli i ubić postanowili. Ranny żem z konia padł. Tedy pod dach mnie tu wzięła, uleczyła. Ostać pozwoliła, choć wiedziała, kto żem jest. Przestrach w niej żem ujrzał, a mimo to serce mi swe okazała, choć i nienawiść mogła jeno ostawić. Rzeknij mi, jako tak postąpić można, by ślubną swą, jako wykup za własną skórę oddać? Zemrzeć bym wolał tedy! - uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły naczynia wokół.
Siedząca w drugiej izbie Paulina wzdrygnęła się gwałtownie, słysząc jego podniesiony głos. Odkąd wraz ze swym oddziałem zamieszkał w jej dawnym domu, bała się wychodzić z izby. Głosy Kozaków przyprawiały ją o dreszcze. Bała się. Nie spała po nocach, bojąc się, że w snach ujrzy to, czego najbardziej się obawiała. Mało jadła i nie dbała już o swój wygląd, choć służki, które przy mniej zostały, codziennie zmuszały ją do toalety. Ale jej było już wszystko jedno. Przecież cyrulik orzekł, że już nigdy nie porodzi, więc po co miałaby niby żyć? By być jeno pośmiewiskiem w pobliskich wsiach? Słyszała przecież, jak dziewczęta szeptały między sobą. Doskonale wiedziała, że jej zmarłe dziecko nigdy nie zazna spokoju, nie zostało przecież pochowane. Nic nie ostało, by mogła usypać mogiłę i opłakać szczątki...
- Masz rację — westchnął Chmielnicki, popijając wino. - Czyny to niegodne. Listy żeś do księcia posłał?
- By rozmówić się z tobą, mój panie, czekałem.
- Tedy ślij zaufanego gońca, niech w te pędy do księcia gna. Może on i szalony i morderca, lecz ludzi swech winien w ryzach trzymać, jako i ja czynię. W twe ręce wymierzenie kary ostawiam — podniósł się z siedziska. Bohun natychmiast wstał zaraz za nim.
- Dziękuję, panie — skłonił mu się.
- Lecz pamiętaj, jeden raz rękę wolną ci ostawiam. Bacz, by zemsta twym jedynym celem nie była — klepnął go porozumiewawczo w ramię, zarzucając płaszcz na ramiona i wychodząc z domu. Spojrzał na klęczących na majdanie, związanych winowajców, po czym bez słowa wsiadł na wierzchowca. Wkrótce po nim i jego oddziale nie było już śladu.
- Ostrzyć pale — rozkazał Jurko.
- Ulituj się, Bohunie! My nie chcieli. Jeno on rzekł, coby ją brać — odezwał się jeden z pojmanych. - On tu był, kedy porodziła. On to dziecię zabrał!
- Kto? - warknął czarnowłosy Kozak, podchodząc do pobitego pobratymca.
- Stary jegomość. Mąż tej dziewki...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii historia i miłosne, użyła 2579 słów i 14231 znaków.

1 komentarz

 
  • shakadap

    Bardzo dobry odcinek.
    Pozdrawiam i powodzenia.