Chutor Bohuna cz.5

Odwrócił się powoli.
- Szczo wy? Szaleju się najedli? - syknął, łapiąc kamrata za poły brudnego odzienia i potrząsnął i tak zmaltretowanym już Kozakiem. - Jak to tak?
- Przecie my prawdę mówim! Ten stary, kedy nas przyjął, zawszen w sztok pijany był! - powiedział przerażony mężczyzna. - My prawdę mówimy, panie! Ulitujże się nad nami.
- Dla psów takich, jak wy, co to hańbą się jedynie okryć potrafią, litości w mym sercu ani kszty nie ma! - warknął Jurko, odpychając od siebie mocno winowajcę. Spojrzał na swych ludzi. - W pole wywlec, tam ich żywot niech kona, nie tu, gdzie w izbie ikona Najświętszej Panienki — zdecydował i splunął. - Tfu. By was sam diobeł swymi rogami porachował — jeszcze raz spojrzał na skutych więźniów, po czym ruszył do domu. Rozejrzał się ponuro po izbie i powziął z ławy swój kielich. Dolał miodu i upił łyk, wsłuchując się w odgłos oddalającego się tętentu końskich kopyt, gdy jego ludzie powiedli pojmanych w pole. Zasiadł przy ławie i ukrył twarz w dłoniach, westchnąwszy głośno. Prawda to wszystko była, co rzekł do Chmielnickiego. Człekiem był gwałtownym i gdyby mógł, na swej drodze wszystek armie by zgładził, jeno by Helenę za swą ślubną mieć. I choć serce mu wydarła, nie chciał się już na niej mścić. Zbyt mocno ją miłował, by nie dać jej tego szczęścia, które ponoć przy Skrzetuskim znalazła. Ponownie uderzył pięścią w stół i wrzasnął na całe gardło, a jego głos zlał się w jedno z odległymi wrzaskami nabijanych na pale towarzyszy.
Odwrócił się gwałtownie, gdy usłyszał za sobą skrzypienie podłogi. W progu stała Paulina, obejmując się kurczowo ramionami i z kamienną twarzą wsłuchując w odległe odgłosy agonii.
- Nie powinnaś tego słuchać, pani — powiedział cicho, wstając. Pokręciła stanowczo głową, mocniej zaciskając dłonie na ramionach okrytych szalem. - Czemuż, żeś wstała? Jadło bym kazał ci do łoża podać.
- Leżeć mi zbrzydło — przyznała. Jej głos był matowy, pozbawiony uczuć, jakby już nigdy miała się niczym nie cieszyć. Tak samo spojrzenie jej czerwonych, zapuchniętych od płaczu oczu. Ale pomimo tragedii, jaka ją spotkała, dziewczyna trzymała się całkiem nieźle. - Poza tym, cóż to za maniery, by gospodyni jadło do łoża od obcego dostawała? Nie godzi się to!
- Służki twe rzeczą, żeś winna jeszczen tydzień w łożu ostać, by sił nabrać — mruknął, starając się nie zwracać uwagi na fakt, że młoda kobieta odziana była jedynie w cienką suknię bieliźnianą.
- A cóż ci do tego, mości Kozaku? - prychnęła, patrząc na niego hardo. - Rzekłam ci już przeto, że życie mi omierzło, gdy dziecię straciłam, a ty niczym najpodlejszy insekt żeś się tu zadomowił i życie mi chcesz ratować! Po cóż? Nic mi winny nie jesteś, Kozacze. Dług żeś swój spłacił, idźże w świat, swej sławy zażywać. Nóż mi jeno ostaw, bym pchnąć się mogła!
- A cóż ty, w malignie znowu? - warknął. - Bo głupoty pleciesz! Żaden noża ci nie ostawię, niech twe myśli o śmierci zapomną. Nie po tom dnie tu i noce przy łożu wtem przesiedział, febrę schładzał, byś teraz w ziemi spoczęła! - zdenerwował się. - Mąż twój skrywa się tera niczym zaszczuty pies, lecz masz me słowo, że za pysk ci go tu sprowadzę i każę mu za twe łzy zapłacić. Nie winno być tak, że dziewka dziecięcia pochować nie może, bo pijak je na stracenie wieczne dał. Może i ja Kozak, może i ja morderca, Paulino, lecz dziecięcia porodzonego, nawet takiegoż, co tchnienie swe ostatnie w matki łonie oddało, nigdy bym na zatracenie wiecznie nie oddał!
Słysząc jego słowa, wypowiedziane złudnie spokojnym głosem, za którym kryła się groźba i złość wielka, młoda dziewczyna padła na kolana, nie bacząc na to, że rani je sobie boleśnie na nierównej, brudnej podłodze, tylko zaniosła się histerycznym płaczem, tak wielkim, że wkrótce zagłuszyła płynące z pól okrzyki umierających Kozaków.
Zdezorientowany Jurko przez chwilę stał niepewny, co powinien dalej robić, lecz widząc jej coraz większą rozpacz, ten zahartowany w bojach, nieprzywykły do okazywania wyższych uczuć mężczyzna, wziął ją na ręce, posadził trzęsącą się na ławie pod ścianą, tak, by nie obaliła się w tył i napoił ją miodem dla uspokojenia palpitacji.
- Lepiej ci już? - zapytał, gdy w końcu przestała szlochać. Kiwnęła niemrawo głową.
- Dzięki ci, panie. Lecz prawdę rzekłam, żeś winien już jechać. Kedy mąż mój powróci, lepiej, by cię tu nie było — powiedziała cicho. - We złość wpadnie, a wtedy jest dużo bardziej gwałtowny, niźli i wy...
- Obawiać się niczego nie musisz, bo mi gniew jego nie straszny. A jeśli i szablą zechce wywijać, tedy i przyjemniej mi będzie go ubić — powiedział, uśmiechając się zaczepnie pod wąsem.
- Czemuż ci takoż zależy, by życie mu odebrać? - zapytała, podnosząc głowę i patrząc niepewnie na Kozaka. - Niczym ci nie zawinił. Nic żeś mi nie jest winien, a tedy bronisz mnie przecie...
- Bom wściekły, jak to tak postąpić można, Paulino. Jam człek prosty, lecz nawet ja nigdym niewinnego dziecięcia nie pohańbił w takiż sposób. A zwłaszcza takiego, co z ognia mych lędźwi powstało. Rzekłem ci to już, Paulino. Dlatego mąż twój za występek swój najsurowszą z kar winien zapłacić.
Przygryzła wargę i bez słowa udała się do swojej izby.

Dwa dni później.
Otworzył gwałtownie oczy i spod przymrużonych powiek począł obserwować nieznanego mu jegomościa, który wielce chwiejnym krokiem wszedł właśnie do głównej izby. Bezszelestnie przesunął dłoń na leżącą przy jego udzie szablę i zacisnął dłoń na rękojeści. Nieznany mu natomiast mężczyzna przeszedł ku drzwiom prowadzącym do izby zajmowanej przez Paulinę i otworzył je cicho, po czym oparł się o framugę. Zdaje się, że nawet nie zauważył śpiących na podłodze na skórach baranich Kozaków, choć ci zaściełali niemal całą wolną przestrzeń, zostawiając tylko wąskie przejście do głównych drzwi na wypadek, gdyby któryś z nich musiał pilnie udać się za potrzebą. Przez chwilę nieznajomy patrzył ponuro w głąb izby, po czym zamknął drzwi i usiadł przy najbliższej ławie, by następnie złożyć swą siwą głowę na rękach i zasnął. Jurko obserwował go jeszcze przez kilka minut, nim sam nie odpłynął w objęcia snu.
Rankiem obudził go trzask rozbitego talerza, który wylądował na ścianie oraz krzyk starego:
- Cóż to znaczy, że pani jeszczen śpi? Budzić ci ją czas, głupia dziewko! Niech do stołu szykuje, jeno niech dużo będzie, bom głodny wściekle, a i gości przecie trza jadłem uczęstować! Chyżo, bom się rozgniewam!
Jurko rozejrzał się po izbie. Jego ludzie również się zbudzili i teraz przyglądali się całej scenie z mieszaniną pogardy i zainteresowania, szepcząc między sobą. A stary mężczyzna, jakby w ogóle nie przejmując się obecnością innych w swoim domu, wrzeszczał coraz głośniej. - W te pędy zwierzęcia ubijać, wieczór dla nas będzie wielce znaczny, książę rad tu zawitać. Budźcie tę głupią dziewkę!
- Czy to już inszej nie da się, jeno swym krzykiem żonę witać? - powiedziała naraz Paulina zjadliwie, pojawiając się w drzwiach swej izby. - Takoż mnie witasz, mężu?
- A cóże ci na rozum padło, dziewko? Tyś mnie winna z rana strawą gorącą witać, nie ja ciebie! - warknął stary. - Czy ty rozumu nie masz? Gości mamy, strawy szykuj, a nie swe śmieszne żądania mi tu stawiasz! - zezłościł się jeszcze bardziej, ruszając do niej. Cofnęła się przerażona, przylegając do ściany.
- Prawisz, panie, że sam książę w twe włości zjeżdża, a tyś widzę, pijany wielce. W takimż stanie gościć go pragniesz? - zapytał Jurko, patrząc pogardliwie na starego. - Powiadam ci tedy, że książę nie będzie zadowolony...
Mężczyznę zamurowało. Zmrużył swe małe, świńskie oczka i zaczął gwałtownie czerwienieć na twarzy i szyi.
- Śmiesz mnie pouczać, Kozacze?! Mnie?! Czy ty wiesz, kim ja jestem? W czyim domu się znajdujesz, psie?- ryknął, w swej furii opluwając wszystko wokół śliną. - Masz czelność prawić mi w mym domu, gdzieś jeno gościem, jak winnym się zachowywać?! Toż to się nie godzi!
- Nie godzi, powiadasz... - mruknął Jurko, ledwie zauważalnym ruchem poprawiając tkwiący za pasem nóż, by w razie konieczności móc go dobyć jednym ruchem. - Nie godzi, to się twe zachowanie wobec małżonki, która ugościła nas, trawą uczęstowała i miła dla nas wszystek była, choć my Kozacy, a ból wielki serce jej rozrywa! To się nie godzi! Jednako, by dziecię w ziemi uświęconej nie chować!
- O jakimż to dziecięciu prawisz, kozaczy psie?! - zaśmiał się tamten nieprzyjemnie. - O tej hańbie jej łona? O dziecięciu z łoża nieprawego, które porodzić zechciała pod mym dachem, kedym ją umiłował i na ślubną powziął? Brzemienna tedy była!
- Nie mnie oceniać, panie... - odezwał się Jurko, kątem oka zauważając, jak młoda gospodyni kręci gwałtownie głową. A więc i w tej sprawie mężczyzna łgał? - Lecz czy to po bożemu, by dziecię psom rzucać?
- Jakim psom? Za domem mogiłę niewielką żem kazał wykopać...
- Wszystek żeśmy słyszeli, jako nasi bracia co innego prawili, nim żeśmy ich na pale nabili! - odezwał się jeden z Kozaków Bohuna.
- Łżą psy niewierne!
- DOSYĆ! - odezwał się nagle od drzwi mocny głos. - Uciszcie się obaj natychmiast!
Jurko spiął się momentalnie, rozpoznając nowo przybyłego i cofnął się nieco, polecając swym ludziom, by uczynili to samo. W krąg światła płynącego od rozstawionych na stołach świec wszedł rycerz wzrostem niewielki, lecz Bohunowi doskonale znany. Powiódł ponurym spojrzeniem po zebranych w izbie mężczyznach, zatrzymując je nieco dłużej na Bohunie, lecz nie skomentował jego obecności w chacie.
- Stanisławie — zwrócił się do gospodarza. - Książę czeka na zewnątrz... Idź i wskaż jego ludziom miejsce pochówku dziecięcia...
- Jak sobie życzysz, Michale — odparł stary jegomość i ruszył ku wyjściu. Wołodyjowski odprowadził go ponurym spojrzeniem, a gdy ten zniknął na placu, przywitał się z Pauliną i poprowadził do najbliższej ławy, którą ludzie Bohuna naprędce uprzątnęli.
Kozacy na polecenie swego dowódcy wycofali się na majdan, lecz on sam pozostał w izbie, zaszywając się w jej najciemniejszym kącie i w ciszy przysłuchując się prowadzonej niemal szeptem rozmowie Pauliny z Wołodyjowskim. Po raz pierwszy naprawdę cieszył się, że to właśnie ten rycerz towarzyszył księciu.

I kiedy tak rozmawiali, z zewnątrz dobiegł ich krzyk Stanisława i w chwilę później wpadł on do izby. Powiedzieć, że był wściekły, to jakby nie powiedzieć nic. Odepchnął stojącego mu na drodze Wołodyjowskiego i schwycił przerażoną Paulina za włosy, po czym pociągnął ją tak, że ta upadła na kolana.
- Gadaj, dziewko, co żeś uczyniła z mym dzieckiem?! Wykopałaś je?! Gdzie trumna?! - ryknął, potrząsając nią.
- Puść ją! - warknął Jurko, wstając ze swego miejsca, lecz nim zdołał wykonać jakikolwiek ruch, Michał uderzył starca pięścią w brzuch, aż ten jęknął głośno i cofnął się, puszczając zapłakaną kobietę, która skuliła się w kącie.
- Stanisławie! - zagrzmiał wzburzony Jaremi Wiśniowiecki, wreszcie zaszczycając chatę swoją obecnością. - Tobie zaprawdę alkohol na rozumowanie zaszkodził. Sam żeś widział, że ni mogiły, ni trumny nie było. A list w tej sprawie otrzymałem. I choć Kozak go spisał, wróg mój, to jednak sądzę, iż to on prawdę tutaj prawi. Bo i jego hetman w tej sprawie jednako do mnie napisał. I obaj są w słowach zgodni.
- Zgodni?! Ha! Pewno w zmowie! - prychnął mężczyzna, rozcierając sobie obolały brzuch. - Gadaj, dziewko!
- Co mam rzec? - załkała niewyraźnie. - Żeś do domu wrócił pijany? Żeś mnie lał, bom ci strawy podać nie mogła, gdy zaniemogłam, blisko rozwiązania będąc i tej samej nocy w łożu dziecię martwe porodziła?! A tyś je ode mnie wziął i na plac wyrzucił i jeszczen żeś się śmiał, prawiąc, że jeśli dziecięcia żywen porodzić mi trudno, to winnam i ja psom na strawę iść! Takież twe miłowanie? Kedy Kozacy dom plądrowali i służbę niczym świniaki zarzynali, cóż żeś tedy rzekł? Bierzta dziewkę, nic mi z niej! I patrzyłeś jeno, jak mnie, twą żonę, brzemienną, wielu bez ślubu brało! Bo ci twe oblicze milsze, niźli twa ślubna i... - nie dokończyła, bowiem rozjuszony Stanisław zamachnął się potężnie i uderzył ją w twarz. Drobna dziewczyna poleciała bezwładnie na ławę, uderzyła w nią głową i osunęła się na ziemię. Jurko i Michał podskoczyli ku niej natychmiast, sprawdzając, czy aby żyje.
- W dyby go! - zawołał oburzony Jarema do swych ludzi, którzy natychmiast pochwycili rozjuszonego szlachcica i wywlekli przed chatę. - Co z nią? Żyć będzie?
- Będzie, książę... - odparł Michał, poklepując dziewczynę po policzku. - Jeno przytomność straciła.
- Gdy dojdzie do siebie, zabierz ją tedy do najbliższego klasztoru, może tam spokoju zazna. A ja sam do króla i biskupa listy spiszę. Ten podły pies do kata niech idzie. Dziękuję ci, Kozacze, żeś nam oczy na tegoż mordercę otworzył. Jego majątek na rozdanie sierotom pójdzie...
- Rad jestem, żeś to mnie zechciał uwierzyć, a nie swemu człowiekowi.
- Długom o tym myślał, naradzał się. Lecz kedy sam Chmielnicki słowa swe spisał do mnie, dłużej milczeć nie mogłem. Ten morderca słowem mi nie rzekł, że jego żona w błogosławionym stanie była, choć żem pytał, jak się miewa... - westchnął Wiśniowiecki i kiwnął głową. - Nic tu po mnie, łotra do Łubniów zabiorę, tamże na proces niech czeka. A ty, Kozacze, wiedz, żeś choć mój wróg, wdzięczność mą masz...

- Wyjeżdżasz... - powiedziała Paulina, gdy następnego dnia wsiadł na koń.
- Nic tu po mnie, już żeś bezpieczna, a i mnie w drogę czas - powiedział. - Rad jestem, że książę dobrze zdecydował... Bywaj, Paulino. Poślij Panience czasem dobre słowo o mnie, może zechce szablę czy to kulę utrzymać od mej piersi - uśmiechnął się pod wąsem. - A i ja dobrze o cię myśleć będę. Niech ci Najjaśniejsza Panienka błogosławi i dzieckiem uraduje twe serce. Bywaj!

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii historia i miłosne, użyła 2695 słów i 14649 znaków, zaktualizowała 3 kwi o 3:21.

Dodaj komentarz