Chutor Bohuna cz.7

- Zaiste — warknął rozeźlony i ruszył ponownie do obozu. Dogoniła go prawie w podskokach. Spojrzał na nią z ukosa, nic nie mówiąc. Po kilku minutach szybkiego marszu dotarli do obozu. Okazało się bowiem, że w nocy i na nieznanym sobie terenie bardzo łatwo zbłądziła, zataczając koła wokół polany, na której urządzili postój. - Siadaj! - popchnął ją lekko, tak że klapnęła sobie na tyłek. Objęła się ramionami, drżąc lekko. Bohun zdawał się w ogóle tego nie dostrzegać.
- Coże ze mną uczynisz? - zapytała w końcu cicho.
- A cóż, waćpanna byś chciała, cobym uczynił? - wycedził przez zaciśnięte zęby. Skuliła się. - Boisz ty się mię. Czy winnym rady tedy być? A może i ja nie jestem? Tyś dla mnie dobra była i krzywdy z ręki mej nie uświadczysz, lecz jeśli w głowie twej myśl o ucieczce powstanie, wiedz, że jak psa tedy potraktuję, kedy do obozu ponownie sprowadzę. Resztki jadła z kundlami u mych stóp jadła będziesz i jednako na podwórzu sypiać — kucnął przy niej. - Lecz kedy ty posłuszna mi będziesz, tedy i dobroci wielkej mej zaznasz. Obaczysz, że lękać się mię nie winnaś. I dobrze ci przy mnie będzie. Jako pani wielka na gospodarstwie zamieszkasz.
Przełknęła ślinę.
- Czemuż to czynisz, panie? - spojrzała mu w oczy odbijające płomienie ogniska. - Puść ty mnie wolno, a o twych grzechach zapomnę. i słowa nikomu nie rzeknę. Zakonnicą jestem, z mężczyzną mieszkać nie przystoi.
Słysząc jej słowa, prychnął śmiechem. Spojrzała na niego urażona.
- Zakonnicą tyś nie jest, pani. Już nie. Teraz należysz do mnie, spamiętaj to lepij...
- Żaden człek do drugiego należeć nie winien! - obruszyła się.
- Praw wokół takie słowa, a niechybnie pod pręgierz pójdziesz — mruknął, kręcąc głową. - Kładźże się spać. Jeszczen nieco nocy ostało. O świcie wyruszym.
- Gdzie? Ani po myśli mi jechać z tobą!
- A jednako radować się będziesz z podróży — westchnął, kładąc się wprost na ziemi. - I nie męczże więcej gadaniem próżnym.
- Rzeknij mi jeno, czemuś taką pogardę do mię żywisz?
- A czy ja żem takoż rzekł kedy? Nienawiścią cię nie darzę. Śpijże i pozwól drugiemu wypocząć...

Poruszyła się niespokojnie w siodle, gdy w oddali przed nimi zamajaczyły pierwsze namioty obozujące armii kozackiej.
- pokój zachowaj, pani — mruknął, czując, jak zdrętwiała. - Rzekłem ci, co krzywdy nie uświadczysz i takoż będzie. - nieznacznie wstrzymał konia. Teraz zwierzę wlokło się noga za nogą, miarowo i nieuchronnie przybliżając ich do celu ich długiej wędrówki.
- Lękam się — przyznała cicho, zaciskając kurczowo palce na przednim łęku siodła.
- I takoż ja dla cię nadal straszny?
- Nie dnia każdego — przyznała niechętnie. - Lecz żeś mię zniewolił, panie. Jam inna, niźli ty i twej lud. Jako mi tu żyć przyjdzie? Jako twa... nałożnica?
- Spać w namiocie mym będziesz spokojnie. Ni ja, ni Kozak cię nie tknie — powiedział, wprawnie prowadząc ogiera jedną ręką. W miarę, jak się zbliżali, pole namiotów rosło i rosło i zdawać się nie miało końca. Paulina zadrżała z trwogi.
- Czemuż to czynisz, mości Bohunie? - zdołała wykrztusić wreszcie.
- Serce me tęsknotą i żalem rozdarte. Prawią po wsiach i dworach, żem człek szalony. Być tako może, myśli me niejedno nieprawe, lecz i ja miłować kedy potrafiłem. Jeno tegoż pragnąłem, by dziewka, której, żem serce ofiarował i swe mi dała. Lecz ona zdradę obrała, jako ścieżkę swego losu, innego umiłowała, choć to mnie życie swe całe znała. Wiedziała, jakim, żem ja człek... A ty, pani... Słowa nie rzekłaś, ugościłaś, jadłem i napitkiem uczęstowałaś. Rany wyleczyć pozwoliłaś. Dług mam wielki i spłacić go pragnę. A przy cię jednako me serce już nie tak juchy spragnione, jako wcześniej.
Kiwnęła głową i zagryzła wargę. O czym on prawił? Czyżby?... Ale nie, myśleć jej tak nie wolno była. Nie chciała nawet. A kiedy minęli pierwsze namioty, Kozak popędził ogiera i przez obóz przejechali w chmurze pyłu spod końskich kopyt i wśród radosnych okrzyków jego kompanów. Zatrzymali się dopiero tuż przed rozległym namiotem, którego dwie ścianki podniesiono. U szczytu długiego stołu siedział Chmielnicki, który wyraźnie zaskoczony widokiem swego podwładnego, zaniechał posiłku i wyszedł mu na spotkanie.
- To żeś wrócił, Bohunie — powiedział, gdy Kozak ukłonił mu się usłużnie. Spojrzał na wciąż siedzącą w siodle Paulinę. Przyglądał się jej w zamyśleniu przez kilka minut. - Odpraw dziewkę do swego namiotu i wróćże, pomówić nam czas...

- Dziewkę sprowadziłeś, Jurko — mruknął ataman, gdy jakiś czas później zasiedli samotnie w namiocie dowódcy, racząc się znakomitą pieczenią i jeszcze lepszym miodem.
- Prawda to — przytaknął Bohun. - Serce widać głupie i tęskni...
- Zawsze to lepiej, gdy dziewka gładka u boku strudzonego wojownika wieczorem zalegnie w łożu. Lecz sława twa o twech czynach i do mnie dotarła. Prawda to, żeś kazał klasztor złupić?
- Obronę miał, a i na drodze twej stał. Po cóż więc czas marnować, kedy można w niewolę powziąć? - wzruszył ramionami.
- Dziewkę, żeś stamtąd wziął... Wiem, kim jest, pamięć jeszczen mnie nie zwodzi. Tyś o jej ratunek zabiegał, męża kazał zamknąć, a gdybyś jeno mógł, pewno byś go i ubił — westchnął Chmielnicki. - Jako syn mi żeś niejako jest, Bohunie i rzecz ci muszę, co twe czyny mię martwią. Szukać jej będą, gdy pozostałe zakonnice wolność odzyskają...
- A czy to gniewu Jaremy się lękasz?
- Zaprawdę język twój o ukrócenie się prosi — mruknął Chmielnicki, kręcąc głową z rezygnacją. - Wpierwej żeś Helenę niczym psa ścigał, szablę o nią krzyżował, tera tę młódkę sobie wziął. Po cóż ci tak? Czy ona ci miła? A może i tamto dziecięcie twoje było?
- Gdyby z lędźwi mych powstało, starego sam bym oskórował, a nie na sąd dawał — odparł Jurko, patrząc smętnie w zawartość swego kufla. - Jeno serce głupie i tęskni — przyznał po chwili. - A dziewka jako jedna się nie lęka. Słowo jej dałem, że nie ukrzywdzę...

- Czemuż to nie śpisz? - zapytał, gdy wszedł do namiotu po długiej rozmowie z dowódcą i dostrzegł ją siedzącą sztywno na posłaniu. Drgnęła, słysząc jego głos. Spojrzała na niego smutno.
- Za domem tęskno — szepnęła, odwracając wzrok, gdy ściągnął z siebie kaftan i zaraz za nim koszulę.
- Tera tu dom dla cię — powiedział, zmywając z siebie pył i pot. Spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko, widząc na jej policzkach mocny rumieniec. - Kładźże się, zmęczon jednako jestem, o spoczynku myślę jeno...
- Gdzie? Gdzieże, panie? - przestraszyła się. Wskazał na posłanie, na którym siedziała. Pisnęła i zerwała się z miejsca. - Ja... Ja tutaj legnę — wskazała na ziemię.
- Na ziemi? A spałaś ty tak kiedy oprócz obozu? Tu ognia nie ma, zziębniesz — mruknął, półnagi wsuwając się pod skóry.
- Ostanę tutaj — odparła twardo.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii historia i miłosne, użyła 1352 słów i 7201 znaków.

1 komentarz

 
  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.