Chutor Bohuna cz.6

Zamknęła za sobą drzwi celi i podeszła do wąskiego okienka, przyglądając się przez chwilę gromadzącym się na niebie ciężkim ołowianym chmurom. Zanosiło się na deszcz. Odetchnęła głęboko, czując chłodniejsze podmuchy powietrza i z ulgą ściągnęła z głowy ciemny welon i z szacunkiem odłożyła go na krzesło. Nareszcie sama. Sama ze swoją obezwładniającą żałobą. Tyle już razy słyszała wypowiadane potępiającym tonem słowa, że powinna zapomnieć i skupić się na służbie Bogu, który w Swej mądrości wiedział, co czyni, odbierając jej potomka. Nie zgadzała się z tą decyzją, lecz nie śmiała wypowiadać swej opinii na głos ze strachu przed surową karą wymierzoną przez matkę przełożoną. Z tego samego powodu nie zdradziła również nikomu, że jej maleństwo nie zostało pochowane według chrześcijańskiego obyczaju. Doskonale wiedziała, że gdyby wyjawiła tę straszliwą prawdę, nie mogłaby już szukać pocieszenia ani w tym zakonie, ani w żadnym innym. Potępiono by ją na równi ze zbrodniarkami i skazano na tułacze życie. Dlatego wolała kłamać, mając pełną świadomość popełniania grzechu ciężkiego.
I gdy tak patrzyła w coraz bardziej ponure niebo, załkała cicho, gdy jej młode słabe serce ponownie rozdarły żal i ból. Czasami myślała wręcz o śmierci z rąk Kozaków i żałowała, że tak się nie stało. Wtedy przynajmniej zaznałaby spokoju. A przynajmniej taką miała nadzieję. I myśląc tak o sprawcach jej nieszczęścia, niby na zawołanie przed oczyma stanął jej wizerunek jednego z nich. Wyjątkowo ponurego i o reputacji wyprzedzającej go o wiele dni. Kozaka, na którego dźwięk imienia drżeli chłopi i co poniektórzy żołnierze Rzeczpospolitej. Musiała przyznać, nie skrzywdził jej. Mało tego, odpłacił się dobrem za opiekę i wymierzył karę jej oprawcom. Zeznawał na procesie jej męża, choć mógł w te pędy wracać do swego hetmana. A jednak jej bronił. Dlaczego? Nie była nikim wyjątkowym. Nie miała oszałamiających dóbr, które mogłyby go zainteresować. Po prawdzie nawet nie przyjął zapłaty za pomoc, mając minę taką, jakby tym skromnym podarkiem śmiertelnie go obraziła.
Podeszła do wąskiej pryczy i uklękła, składając dłonie do modlitwy.
- Najświętsza Panienko, dopomóż mości Jurkowi. Człek to dobry, jeno przyszło mu zbłądzić. Pomóż mu przeto obrać właściwą ścieżkę...

Dwa tygodnie później.
Zdezorientowana i przerażona zerwała się gwałtownie z klęczek, gdy niespodziewanie cały klasztor zatrząsł się od potężnego wybuchu. W głównej sali niemal natychmiast wybuchły chaos i panika, gdy na zewnątrz rozległy się wrzaski najeźdźców. I choć matka przełożona gromkim głosem nawoływała do spokoju i powrotu do modlitwy, argumentując, że nikt nie zdobędzie tego klasztoru, bowiem chronione są przez samego Pana, Paulina miała niejasne przeczucie, że na długo zapamięta ten dzień. Co prawda klasztor nie był całkowicie bezradny, miał grube mury i fosę wokół oraz stacjonował tu niewielki oddział żołnierzy biskupa, a jednak płynące z klasztornych błoni odgłosy nie napawały optymizmem. Zwłaszcza gdy zaczęły dochodzić do zatrwożonych zakonnic z niższych poziomów.
Godzinę później zacisnęła kurczowo drżące palce na rękojeści niewielkiego sztyletu, wpatrując się w zaryglowane podwójne drzwi prowadzące do sali. Doskonale wiedziała, że obrona klasztoru padła, choć matka przełożona stanowczo temu zaprzeczała i beształa wszystkie siostry, które śmiały wyrazić swe wątpliwości. Na korytarzach wciąż słychać było harmider i krzyki przerażonych zakonnic, które wcześniej opuściły miejsce wspólnej modlitwy w nadziei na przeczekanie zawieruchy we własnych celach. A to przypominało jej o wydarzeniach sprzed kilkunastu tygodni, o których usilnie wciąż starała się zapomnieć...
Krzyknęła, gdy masywne odrzwia otwarły się gwałtownie pod naporem rozwrzeszczanej ciżby i do środka wpadli wywijający na prawo i lewo szablami Kozacy. Ich twarze wykrzywiły się w straszliwych uśmiechach, gdy spostrzegli skupione pod jedną ze ścian, trzęsące się ze strachu zakonnice. Pierwszy z nich natychmiast ruszył w kierunku kobiet, nie robiąc sobie nic z trzymanego w dłoniach matki przełożonej samopału. Zatrzymał się dopiero, gdy kula wbiła się w jego czaszkę. Padł na zimną kamienną posadzkę z rozkrzyżowanymi ramionami. Paulina zamknęła oczy, modląc się w ciszy o szybką śmierć...

Drgnęła nerwowo, budząc się z koszmaru. Na wpół przytomna podniosła rękę, by otrzeć z czoła zimny pot i zorientowała się, że zarówno jej dłoń, jak i głowa owinięte są paskami szorstkiego materiału, a ona sama nie znajduje się już w klasztornej celi. Zmrużyła oczy, dostrzegając nad swoją głową przebłyski gwiazd wyzierające spomiędzy gęstej korony drzewa, pod którym została ułożona na baranich skórach. Jęknęła głośno, starając się podnieść wciąż oszołomiona i dopiero wtedy zorientowała się, że nie jest sama, bowiem w odległości kilku łokci od niej płonęło spore ognisko, którego raczej sama nie rozpaliła, skoro nie wiedziała nawet, gdzie się znajduje, a jeszcze dalej trawę skubał spętany wierzchowiec. I wtedy go zobaczyła. Siedział nieruchomo, przesuwając miarowo osełką po ostrzu szabli i wzrok miał skupiony na swej robocie, lecz gdy usiadła prosto, zerwał się na równe nogi i podszedł do niej szybko. Wciągnęła głośno powietrze, widząc, że niemal całą jego twarz pokrywa zaschnięta krew, której najwyraźniej nie miał nawet zamiaru zmyć.
- Bohun — wychrypiała, drżąc z niepokoju. Kiwnął głową i sięgnął do niej ręką, lecz się odsunęła. Westchnął ciężko i przysiadł na piętach, patrząc na nią poważnie, lecz nie odezwał się ni słowem. - Gdzie my? - zapytała cicho, ściskając w dłoniach baranią skórę, którą dotąd była okryta.
- A cóż to panienka nie spoziera? - uśmiechnął się lekko, lecz widząc w jej oczach ciągły strach, opuścił głowę i powiedział cicho, podając jej bukłak z winem. - My w stepie.
- Po cóż? - zapytała, patrząc na podsunięty jej przedmiot niepewnie, po czym chwyciła go obiema dłońmi i pociągnęła łapczywie. Była spragniona, lecz gdy mocny napój spłynął jej do gardła, zakrztusiła się gwałtownie. Minęła chwila, nim doszła do siebie i znów była w stanie mówić. - Czemuż tu mnie wywiózł?
- A gdzieżbyś to ostać pragnęła? W tamtym klasztorze? Pośród ciał i gruzów? - zapytał spokojnie, a ona znów zadrżała i odwróciła głowę, by na niego nie patrzeć. Nie mogła uwierzyć. Dopuścił się takiej rzeczy by... By co? Mieć ją? To niedorzeczne!
- Po coś to uczynił?! Po cóż, żeś miejsce święte napadł? - zapytała gniewnie. - Gdzieże moje siostry?
- W jasyr poszły, lecz bez krzywdy nijakiej — odparł, znów sięgając do niej dłonią. Odepchnęła jego rękę.
- Ostaw mnie! - warknęła. - I ja żem modły o cię wznosiła do Najświętszej Panienki, a tobie jeno sam diabeł miły.
Jej słowa tak go zaskoczyły, że bez sprzeciwu powrócił na swe miejsce.

Gdy miała już pewność, że Kozak zasnął głęboko, odsunęła ostrożnie okrywające ją skóry i wstała z ziemi. Po omacku obchodząc posłanie, chwyciła za niewielki tobołek, który zauważyła nieopodal i ruszyła w step, uważając na każdy krok. W tej chwili wolała tułaczą niedolę, niż gdyby jej los miał zależeć od człowieka, który podnosi zbrojną rękę na sługi boże.

- Takąż wdzięczność w sercu swem dla mnie masz, żem ci życie ocalił? - odezwał się naraz Bohun niemalże tuż za jej plecami. Krzyknęła przestraszona, odwracając się gwałtownie i cofnęła, potykając na nierówności terenu. Klapnęła ciężko na wyschniętą trawę. Po chwili poczuła na swym ramieniu silną dłoń Kozaka i gdy podniósł ją niczym piórko, dojrzała jego rozeźlony wzrok. - Czemuś to uczyniła, pani? - zapytał. Zadrżała, słysząc gniew w jego głosie.
- Jakąż wdzięczność mieć winnam do człeka, co siostry me niczym zwierzęta juczne wymordował?! - zapytała butnie, zaczynając się szarpać w nikłej nadziei na uwolnienie, lecz trzymał ją mocno i najwyraźniej nie zważał na jej próby.
- Nieprawda to — wycedził przez zęby. Po cóż okłamywać cię miałem, mówiąc, że w jasyr poszły? Żyły, kedy moi ludzie do Czechrynia je wiedli. Tam wolność im zwrócą po kilku tygodniach... Takie me słowo. Wierzaj mi — pociągnął ją stanowczo, prowadząc z powrotem do obozu.
- Kedy ono dla mnie nic nie znaczy! - prychnęła rozzłoszczona. Jurko zatrzymał się gwałtownie i puścił jej ramię.
- Takoż powiadasz — syknął i kiwnął głową. - A więc idź, pani. Idź, obaczę ja cię jeszcze w niewoli tedy i jednako nic to znaczyć dla mnie będzie...
Obejrzała się za siebie. Rozległy step niknął już łokieć przed nią w całkowitej ciemności. Mogłaby iść. Pozwolił jej... Lecz gdzie? Gdzie była? Całe życie w majątku spędziła, nie wiedziała, jak poruszać się w dziczy. W jej sercu duma i upór walczyły zażarcie ze wstydem i strachem. Bohun założył ramiona na piersi i patrzył na nią ponuro. A kiedy się nie odezwała, odwrócił się i bez słowa ruszył do obozu.
- Zaczekajże! - poprosiła, gdy tylko zorientowała się, że Kozak się od niej oddalił. Przystanął.
- Czegóż ty jeszcze ode mię chcesz? - mruknął.
- Ostanę — zdecydowała. Mimo wszystko nie była gotowa, by odbywać po nocy taką wędrówkę. Przecież był to czas zjaw i zła wszelakiego. Nie miała pewności żadnej, czy ciężki krzyż na jej szyi uchroni ją przed nieszczęściem. I modliła się, by nie okazał się nim Bohun...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii historia i miłosne, użyła 1859 słów i 9923 znaków.

1 komentarz

 
  • shakadap

    Brawo. Świetnie napisane.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • elenawest

    @shakadap dzięki 🥰