Królowa Żywiołów - Rozdział 11 - Powroty i pożegnania

.
   Tego popołudnia Defne, nie mając do wypełnienia żadnych innych obowiązków, postanowiła spędzić czas razem z ojcem w siedzibie rady. Nie odstępowała go na krok, bojąc się, że znowu przytrafią jej się jakieś problemy i ktoś na tym ucierpi.
   Kaleb przez cały dzień przyjmował gości i pracowników. W tym czasie Defnelaine trochę mu towarzyszyła i jednocześnie poznawała bliżej świat, w którym pracuje, ale także rozmyślała nad bratem.
   Znudzona siedzeniem nagle została pobudzona najściem strażnika wioski. Oznajmił, że na głównej drodze widziano Ismaela. Defne wraz z ojcem od razu wybiegli z ratusza, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, czy to prawda i ujrzeć chłopaka.
   Przyniesiona wiadomość okazała się prawdziwa. Ismael szedł w ich stronę razem z jakąś dziewczyną. Defnelaine widząc brata, poczuła ulgę. Żył i był już bezpieczny przy swoich bliskich. Rzuciła mu się na szyję, nie chcąc go wypuścić z objęć tak jakby bała się, że zniknie.
   – Ismael! – krzyknęła, rzucając mu się na szyję. – Jesteś cały? Nic ci nie jest? Co się stało?
   – Spokojnie Defne – powiedział ojciec, odciągając ją od brata. – Gdzieś ty był synu? Wysłałem straże na poszukiwania, nikt nie trafił na żaden ślad.
   – Uratowała mnie Elin – wskazał na swoją towarzyszkę. – Okazało się, że byłem bardzo blisko, bo na obrzeżach wioski w tej starej, opuszczonej chacie.
   – Jak to? – zdziwił się Kaleb, nie potrafiąc zrozumieć, dlaczego jego wojsko ominęło to miejsce. – Później się tym zajmę. Najważniejsze, że wróciłeś i jesteś zdrowy. Elin, tak? Nie jesteś naszą mieszkanką prawda? Jak się tu znalazłaś?
   – Szłam drogą i zaniepokoiło mnie to, co zobaczyłam, a później odkryłam, że ktoś jest w tej chacie i chciałam pomóc.
   – Widziałaś kogoś?
   Elin zaczęła się zastanawiać czy powinna mówić coś więcej. Obawiała się reakcji Amiryana, chociaż i tak już wtrąciła się w sprawy brata i działała na jego niekorzyść.  
   – Było tam dwóch mężczyzn – powiedziała. – Myślę, że bez problemu bym ich rozpoznała. Jednego z nich widział też Ismael.
   – Zajmę się tym i znajdę tych, którzy to zrobili – rzekł stanowczo Kaleb. – Teraz pozwólmy wam odpocząć. Z racji, że znalazłaś mojego syna Elin chciałbym ci podziękować. Będzie mi miło, jeśli zechcesz zjeść z nami jutro kolacje. Mój strażnik wszystko ci powie.
   – To nic takiego – zmieszała się. – Ale dziękuję za zaproszenie. Z chęcią do was dołączę.  
   Podszedł do nich zawołany przez Kaleba strażnik, który zajął się Elin. Oni ruszyli w stronę domu. Defne zbliżyła się do brata, chcąc się czegoś od niego dowiedzieć.
   – Jak się czujesz? – zapytała.
   – Dobrze – rzekł Ismael. – Nic mi się nie stało. Możesz być spokojna.
   – Martwię się – powiedziała. – To moja wina.
   – Nie obwiniaj się – próbował ją pocieszyć. – Z naszej dwójki postanowili zostawić mnie i tyle.
   – Czy to nie dziwne, że ta dziewczyna tak szybko cię znalazła? – zapytała. – Skąd ona w ogóle tu się wzięła?
   – Po prostu zmierzała w stronę wioski. Co w tym dziwnego?
   – Nikt nie mógł cię znaleźć i akurat ona tamtędy przechodziła tak? – dziwiła się. – Nie wierzę jej.
   – Defne, proszę cię. Porozmawiamy o tym później – powiedział Ismael, odchodząc od dziewczyny i przyspieszając.
   Kiedy dotarli do domu początkowo, gdy Imelda zobaczyła w progu drzwi swojego syna, nie wypuszczała go z objęć i chciała dowiedzieć się wszystkiego, co się wydarzyło. Defne myślami była przy Elin i próbowała zrozumieć skąd się wzięła. Wydawało jej się mało prawdopodobne, by dziewczyna ot tak znalazła się w ich wiosce. Nikt jednak nie chciał teraz słuchać jej podejrzeń, ale jak najbardziej to rozumiała. Najważniejsze, że Ismael był już bezpieczny.  
   Poszła do swojego pokoju i od razu rzuciła jej się w oczy kartka położna na środku łóżka. Przestraszyła się na myśl, że nadawcą może być ta sama osoba. Gdy spojrzała z bliska na znajome pismo i podpis listu, spanikowała, bojąc się poznać treść wiadomości.  

Masz dużo szczęścia Defne. Jednak dzisiejszej nocy już ci się nie uda przede mną uciec. Bądź uważna i wypatruj znaku.
E.

   Tym razem dłużej nie czekała i od razu pobiegła do ojca. Opowiedziała o wcześniejszych wiadomościach i chciała dowiedzieć się, kim może być ten mężczyzna i czego tak naprawdę od niej chcieć.  
   Kaleb jak zawsze nie powiedział za wiele. Wyszedł z domu i udał się do siedziby rady. Spędził tam wiele godzin, zastanawiając się i obmyślając co dobrze byłoby zrobić i jak najlepiej zapewnić bezpieczeństwo swojej córce. Godziny mijały, a on wyczekiwał momentu, który wskazywałby na pojawienie się człowieka Amiryana. Nie spodziewał się jednak takiego obrotu spraw, gdy nagle wszystko zaczęło mieć miejsce tak szybko. Kaleb co dopiero skończył czytać list, w którym jego informator napisał o planowanym, dzisiejszym ataku Amiryana. Był środek nocy, księżyc świecił nad wioską, której mieszkańcy nie byli świadomi nadchodzącego zagrożenia. On sam nie spodziewał się, że władca już teraz zarządzi takie działanie. Jak najszybciej wydał polecenie swoim strażnikom, aby pilnowali bram i udał się do Arona. Tylko on był w stanie mu pomóc i wszcząć plan.
   Nie zastanawiając się chwili dłużej, Kaleb udał się do stajni po konia i wyruszył na północ do obozu przybyszów z wioski ognia. W drodze rozmyślał nad sytuacją. Nie mógł sobie wybaczyć, że pomimo tylu lat nie przygotował córki do tego, co właśnie miało miejsce w ich życiu. Za każdym razem wierzył w to, że mają jeszcze dużo czasu, a odpowiedni moment na wyjaśnienia dopiero nadejdzie. Tak niestety nie było. Działał w pośpiechu, nie myśląc trzeźwo. Był wściekły, że muszą przez to przechodzić i że po upływie tylu lat nic nie udało im się zrobić. Defnelaine nie miała pojęcia, co się dzieje. Mogła go nie posłuchać, wrócić w nieodpowiednim czasie, zrobić coś bez zastanowienia. Miał nadzieję, że medalion zadziała i wskaże jej drogę, a może nawet w jakiś sposób pomoże dziewczynie w ucieczce przed przeznaczeniem, które szykował dla niej Amiryan.
   Dostał się pod sam główny namiot, zeskoczył z konia i wszedł prosto do środka, nie czekając na zaproszenie.
   – Aronie, musisz mi pomóc – powiedział.
   Przewodniczący rady wioski ognia, widząc swojego gościa wcale nie był zaskoczony jego wizytą. Wyglądał tak, jakby na niego czekał.
   – A więc to prawda – odrzekł, podchodząc bliżej.
   – Dostałem wiadomość – mówił szybko. – To się wydarzy dzisiaj.
   – Co zamierzasz? – zapytał Aron.
   – Muszę wysłać Defne daleko stąd – powiedział łamiącym się głosem. – Przygotowałem dla niej pewną kryjówkę. W pobliżu znajduje się tam zaufana osoba. Powinna jej pomóc przetrwać. Wiesz o kogo mi chodzi.
   – Rozumiem cię – odrzekł mężczyzna. – Nie powinna jednak zostawać sama. Tym bardziej że nic nie wie.
   – Dlatego tu przyszedłem – dodał ojciec Defne. – Uznałem, że mi doradzisz lub coś wymyślisz.
   – A gdyby posłać z nią Nicolausa? – zapytał poważnie. – Byłbym spokojniejszy, wiedząc że to mój syn jest z dziewczyną.  
   – Nie wolałbyś go zostawić przy sobie? Mieć na niego oko?
   – I tak go przed wszystkim nie uchronię – odparł Aron. – Myślę, że to najlepsze rozwiązanie. Jak daleko jest to miejsce, o którym wspomniałeś?  
   – Nie wiem – rzekł Kaleb. – Nie mam żadnych szczegółowych informacji. Nie chciałem, żeby ktokolwiek o tym wiedział, żeby nic tam nie zaprowadziło Amiryana.
   – Jak więc oni tam trafią? – zapytał. – Czy to na pewno bezpieczne Kalebie?
   – Drogę wskaże medalion – odpowiedział. – Spokojnie Aronie. W tej kwestii możesz mi zaufać.
   – No dobrze. Zaczekaj tutaj – powiedział, wskazując na pobliskie krzesło. – Porozmawiam z Nicolausem.
   Aron wyszedł z namiotu i udał się w stronę rzeki, nad którą przed chwilą udał się jego syn. Znalazł go bez problemu. Siedział zamyślony, wpatrując się w niebo.
   – Synu, pozwól – powiedział. – Muszę cię o coś prosić.
   – Tak tato? – zapytał. – Coś się stało?
   – Tej nocy wioskę powietrza zaatakuje Amiryan – zaczął spokojnie mówić – Dlatego chciałbym, żebyś pomógł Kalebowi i zaopiekował się jego córką. Ona musi stąd jak najszybciej uciec.
   – Dlaczego mówisz mi to dopiero teraz? – zapytał. – Jestem na obcym terenie. Gdzie niby mam iść i jak mam jej pomóc? A co z tobą? Co z naszymi ludźmi? Ojcze! Co tu się dzieje?
   – Spokojnie Nicolausie – zaczął Aron. – Wiem, że wolałbyś mieć wszystko zaplanowane, ale nie zrobiliśmy tego ze względów bezpieczeństwa. Dziewczyna ma medalion i to on wskaże drogę. Z tego, co wiem ma przygotowane bezpieczne miejsce, w którym będzie mogła się z tobą schronić.
   – Mam cię zostawić samego? – zdziwił się. – Powinienem walczyć. Nie mogę chować się i uciekać z jakąś dziewczyną.
   – To nie jest jakaś zwykła dziewczyna – powiedział poważnym tonem. – Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie, ale na razie musisz z nią opuścić tę wioskę. Przygotuj się, proszę.
   Aron odszedł szybkim krokiem, a Nicolaus został sam razem ze swoimi myślami. Znowu był zły na ojca, że ten nic mu nie wytłumaczył i nie wymyślił żadnego planu działania. Wszystko robili bez zastanowienia, tak jakby nie liczyli się z niebezpieczeństwem, o którym ciągle wspominają. Postanowił jednak już nie rozmawiać na ten temat z ojcem i wykonać jego polecenie.
   Udał się do namiotu, w którym z Aronem przebywał przewodniczący wioski powietrza. Nicolaus przywitał się z nim i zaczął pakować swoje rzeczy.
   – Nie martw się Nicolausie – powiedział do niego Kaleb. – Nie powinni zwracać na ciebie uwagi i interesować się twoją osobą. Nasz sojusz trzymany jest w tajemnicy.  
   – Bądź ostrożny. Masz broń i ukryte talenty. Wykorzystaj je – dodał ojciec chłopaka.  
   – Skąd będziemy wiedzieć, co się dzieje? – zastanawiał się chłopak. – Skąd ty będziesz wiedzieć, czy nic nam nie jest?
   – Spokojnie, nie musisz się tym martwić – poklepał go po ramieniu. – Będziemy mieli o was informacje, ale także nie zostawimy was samych.  
   – Mam nadzieję, że wkrótce z powrotem się zobaczymy – powiedział Nicolaus, obejmując ojca. – Ojcze, czy to na pewno dobry pomysł? A jeśli nie dam sobie rady? Nie wiem co mam robić.
   – Wierzę w ciebie synu i wiem, że w każdej sytuacji postąpisz słusznie. Wypełnij swoje zadanie i wróć bezpiecznie do domu. Teraz idź z Kalebem. Musi o tym poinformować Defnelaine.
   – To ona jeszcze nic nie wie? – zdziwił się i wyszedł z namiotu, mając wrażenie, że to wszystko nie ma sensu a misja, w którą zostaje wysłany nie ma szans na dobre zakończenie.
   – Nie denerwuj się – powiedział Aron, idąc za nim. – Dacie sobie ze wszystkim radę. Jesteś mądrym i odważnym chłopakiem. Wiem, że przez cały czas nie dajemy wam żadnych wskazówek, ale po prostu się boję i nie chcę nikogo narażać.

LaurenaAlderton

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1936 słów i 11375 znaków.

1 komentarz

 
  • emeryt

    @LaurenaAlderton, dziękuję za kolejny odcinek twojego opowiadania.  
    przeczytałem je z przyjemnością, lecz równeż zacząłem tęsknić za kolejnym odcinkiem. To taki psychiczny niedosyt, jeśli czyta się coś ciekawego i wciągającego. Pozdrawiam serdecznie. :smile:

  • LaurenaAlderton

    @emeryt Dziękuję za miłe słowa. Z pewnością będą pojawiać się kolejne części.  :smile: