Kate Daniels "Magia Zaskakuje" rozdział 5

Kate Daniels "Magia Zaskakuje" rozdział 5Kilka minut później siedzieli już w czwórkę.
- I jak ma się bubu? - zapytał Barabasz, rozlewając im wszystkim do filiżanek herbaty.
- Wyśmienicie, zaczął kopać — powiedział dumny jak paw Curran. Brakowało mu w tym momencie tylko ozdobnego ogona, którym mógłby pomachać im przed nosami. Kate zachichotała cicho, na co jej mąż wyszczerzył się jeszcze radośniej.
- Gratulacje — Christopher obdarzył ją szerokim uśmiechem. - Na pewno będzie z niego wspaniały, młody człowiek.
- Dziękuję. A powiedz mi, jak się czujesz?
- Coraz lepiej, pani. Co prawda wciąż mam jeszcze luki w pamięci, ale Barabasz bardzo mi pomaga. Jest cierpliwy.
- Dla ciebie wszystko — mruknął mangustołak. - A co z tym złotem, które tak niespodziewanie spadło wam na podjazd? Zatrzymacie je?
- Przede wszystkim musimy je zbadać. Tak naprawdę nie wiemy, skąd pochodzi — powiedziała Kate.
- I kto się tym zajmie? Gromada, czy Saiman?
- Mamy jeszcze innych przyjaciół — przypomniał mu Curran sucho. Barabasz natychmiast umilkł i wbił spojrzenie w splecione dłonie. Nie było łatwo pozbawić lwołaka starych przyzwyczajeń. Czasami wciąż zachowywał się, jakby to on był nadal Władcą Zwierząt. Kate położyła mu dłoń na ramieniu i powiedziała:
- Rozpuszczę wici, być może ktoś odpowiedni się tym zainteresuje i zechce nam pomóc.
Curran kiwnął głową, dobierając się wreszcie do ciasta, a to oznaczało, że za chwilę wróci mu dobry humor.
- A jeśli okaże się, że jest bezpieczne, zachowacie je? - dociekał Barabasz.
- Wtedy zapewne tak — mruknął Lennart. - Do tego czasu będzie zamknięte w szczelnym pojemniku. Jeśli Julie stwierdziła, że magia wokół niego jest czarna, to ja jej wierzę i nie mam zamiaru ryzykować. Najpierw chcę się dowiedzieć, z czym mamy tutaj do czynienia, a w przypadku jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, temu czemu natychmiast dokopać.

- Co robisz? - zagadnęła ją dwa dni później George, wchodząc jak do siebie z blachą niemożliwie słodkiego ciasta miodowego upieczonego przez jej matkę.
- Szukam informacji o czarnej aurze magii — wyjaśniła spokojnie Kate, odkładając na bok kolejną książkę.
- I dlaczego patrząc na ten stos otwartych książek, odnoszę wrażenie, że niczego nie znalazłaś? - zapytała młoda zmiennokształtna, odkładając blachę i sięgając do szafki po kubki.
- Bo w moich książkach nie ma niczego o takiej magii — westchnęła Kate. - O samej czarnej magii owszem, nawet całkiem sporo, ale mnie nie interesują złe czary, tylko to, jak wygląda aura wokół nich. Jestem w czarnej dupie — przyznała smętnie, przedzierając twarz dłońmi. - Pytałam Errę, ale mówi, że nigdy nie spotkała się z takim zjawiskiem, a przecież żyje tysiące lat... czy też żyła, co nie zmienia faktu, że miała do czynienia z magią, gdy ta była najsilniejsza. Cholera jasna!
- Sprawdziłaś wszystkie mitologie? - kodiaczka postawiła przed nią duży kubek parującej herbaty i sięgnęła po swój.
- Nie. Za dużo tego, już mi zaczął mózg parować. Mitologie rzymska i grecka właściwie niczym się nie różnią, jedynie nazwami poszczególnych bóstw. Mitologie germańska wywodzi się z nordyckiej, więc tam podobieństwa również są spore.
- No dobrze, to może ja ci w tym pomogę?
- A nie masz nic lepszego do roboty niż przekopywanie się przez stertę książek? - Kate spojrzała na nią z nikłym uśmiechem.
- Rodzice zajmują się domem i potrzebuję jakiegoś zajęcia. Eduardo pojechał z Curranem, więc przyszłam do ciebie — wyjaśniła George, uśmiechając się rozbrajająco.
- Dobrze, ale zjedzmy najpierw to ciasto, bo pachnie tak obłędnie, że zaczęło mi burczeć w brzuchu — zaproponowała Kate, sięgając po pierwszy złocisty kawałek i wgryzając się w niego ze smakiem.
- No pewnie. Do tej nierównej walki trzeba mieć siły.
Obie zachichotały radośnie na to określenie.
- Naprawdę się cieszę, że też tu zamieszkaliście — powiedziała brunetka, głaszcząc się po brzuchu.
- Tak, nam również jest tu dobrze. Curran wciąż o nas dba, pomimo że już nami nie rządzi. Zawsze był dobrym władcą i myślę, że tak już zostanie. I że minie jeszcze sporo czasu, nim ktoś mu równy zostanie Władcą Bestii. Takiego zmiennokształtnego jak on nie spotyka się często.
- To prawda, dlatego wciąż jeszcze trudno wyzbyć mu się starych nawyków — przyznała Kate.
- Nie prawda, kochanie. Teraz jestem tylko zwykłym zmiennokształtnym, który oczekuje dziecka wraz ze swą piękną małżonką — powiedział Curran radośnie, niespodziewanie wchodząc do kuchni. - Cześć, George. Lecę na piętro. Gadajcie sobie dalej o babskich sprawach.
- Ty, Kate, co on taki radosny?
- Zwariował kompletnie na punkcie dziecka. Aktualnie szykuje pokoik dla malucha. I bynajmniej nie chce pozostać przy jednym.
- Ale na jednym pokoju, czy dziecku? - zachichotała kodiaczka.
- Dziecku, a co za tym idzie zapewne na pokoju, czyli kiedyś będziemy musieli zmienić ten dom na jakiś większy — Kate uśmiechnęła się lekko, grzejąc dłonie o kubek z herbatą.
- No tak, lwołaki lubią duże rodziny...
- Jak wszystkie kotowate.
- No dobrze, ale jak ty zapatrujesz się na taką przyszłość?
- Sama właściwie jeszcze nie wiem... Póki co koncentruję się na tym maluchu i w tempie ekspresowym doszkalam się, by nie zrobić małemu krzywdy, jak już się pojawi na świecie. No wprost nie mogę się doczekać tego, jaki będzie. Zdaje się, że takiej mieszkanki jeszcze nigdy nie było.
- Na pewno będzie wyjątkowy i kochany przez nas wszystkich, ale przede wszystkim przez was. Ale właśnie was biorąc pod uwagę, coś czuję, że wasze dziecko będzie sporą niespodzianką dla nas wszystkich.
- Mam tylko nadzieję, że nie o wybuchowym charakterze. Nie jestem pewna, czy zniosłabym w domu drugiego Currana.
- A cóż jest ze mną nie tak? - zaciekawił się lwołak, nachylając się do jej ucha z wrednym uśmiechem. Pisnęła przestraszona, nieomal oblewając się herbatą. Znów ją podszedł, a ona nie usłyszała jego kroków. Ciekawe, czy kiedykolwiek się tego nauczy. Zmełła w zębach soczyste przekleństwo i posłała George wredne spojrzenie, gdy ta zaczęła chichotać ubawiona, po czym zwróciła się do męża:
- Jesteś po prostu apodyktycznym, nadpobudliwym dupkiem. To wszystko, kochanie.
- A ty przecież kochasz, gdy taki jestem — puścił jej oczko, sięgając ponad jej ramieniem po kawałek ciasta. - George, podziękuj mamie za ten wspaniały wypiek... A w ogóle, Kate, to mogę śmiało rzec, że nigdy nie zaoponowałaś. Mało tego! - uniósł brew rozbawiony. - Wpuściłaś mnie do swojego łóżka — zachichotał, a w jego gardle wezbrał cichy pomruk.
- Zawsze mogę cię z niego wykopać- syknęła. - I sprawić, że się zmienisz, kociaku...
- Marne szanse — machnął ręką. - Po pierwsze, lubię siebie takiego, jakim jestem. Po drugie, wypchnąć mnie z łóżka już próbowałaś, kochanie i przypominam ci, że ci nie wyszło. A po trzecie, to moje łóżko, z którego ty namiętnie na początku spadałaś... Więc wybacz, ale nie — puścił jej oczko, na co tylko prychnęła. - A wieczorem całkowicie przejdzie ci ten foch — wyszeptał jej do ucha, po czym porwał jeszcze jeden kawałek ciasta i zwiał. George zanosiła się właśnie radosnym śmiechem. Kate spiorunowała ją obrażonym wzrokiem, czego młoda kodiaczka niestety nie zauważyła.

- No dobrze, wiemy, że nie mamy do czynienia z magią ludzi, zmiennokształtnych, nieumarłych, ani bogów — powiedziała Kate wieczorem po kolacji, robiąc notatki.
- Czyli żadnej dominującej i znanej nam rasy — mruknęła Julie, ubrana jak na jakiś koncert rockowy, czyli cała na czarno, z nogami obutymi w ciężkie wojskowe buty wyłożonymi wygodnie na niskim stoliku kawowym.
- Dokładnie tak, niestety. Ale zastanawia mnie coś innego.
- Co dokładnie? - zapytał Curran, patrząc na żonę uważnie.
- Wiesz... tak sobie pomyślałam. A może to ktoś jeszcze potężniejszy od mojego ojca?
- W takim razie jak w ogóle chcesz z kimś takim walczyć, zakładając, że taka postać w ogóle istnieje...
- A może nie trzeba będzie walczyć?
- Jak to? Wiesz już kto to taki, Kate? - Julie spojrzała na nią wielkimi oczami, z wrażenia siadając prosto.
- Nie. Po prostu chodzi mi o to, że zawsze zakładamy najgorsze. Zakładamy, że będziemy musieli walczyć. A co, jeśli ta istota w ogóle tego nie chce?
- Wierzysz w to? - mruknął Curran, nie bardzo przekonany słowami żony. Wzruszyła ramionami.
- Sama nie wiem, ale wysnuwam po prostu różne teorie. Być może to całe zamieszanie jest po prostu najzwyklejszym dziełem przypadku?
- A być może dywersją, mająca na celu odwrócenie naszej uwagi od czegoś naprawdę ważnego? - zaproponował lwołak.
- Co masz na myśli? - zmarszczyła brwi.
- Twój ojciec siedzi zdecydowanie zbyt cicho. Wcześniej na każdym kroku starał się napsuć nam krwi, a teraz tak nagle zrezygnował? Obawiam się, że on może szykować coś większego, coś, co definitywnie nas pogrąży.
- Szpiedzy Gromady nic nie donoszą?
- Nie — pokrecił przecząco. - Poza tym nie dostaję już pełnych raportów.
- No tak... Cholera, chciałabym, żeby tym razem ten ktoś po prostu nam odpuścił. Mam serdeczni dość wszelkiej walki!
- Hej, spokojnie, maleńka — przytulił ją czule. - Rozpuścimy wici, być może jest ktoś, kto wie cokolwiek o takiej aurze. Będzie dobrze, poradzimy sobie ze wszystkim, zobaczysz.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1728 słów i 9632 znaków.

Dodaj komentarz