Kate Daniels "Magia Zaskakuje" rozdział 3

Kate Daniels "Magia Zaskakuje" rozdział 3- Co?! - Kate dopadła do drugiego okna i wyjrzała na zewnątrz. Faktycznie, ich ogród był teraz przystrojony w ogromne oczko wodne, w którym leniwie chlupotało płynne złoto.
- Kate, co się dzieje? - zapytała cicho Julie, całkowicie zbita z tropu.
- Nie mam pojęcia. Widzisz kolor magii?
- W tym problem — nastolatka przełknęła mocno ślinę. Wyglądała na nieco przestraszoną. - Aura jest czarna.
- Czarna?! - oczy Kate zrobiły się wielkie jak spodeczki. To co najmniej nie było normalne! Przecież trwał właśnie wyż techniki! Coś tak przesiąkniętego magią nie miało prawa istnieć! No i jeszcze nigdy nie słyszała, by jakakolwiek magia miała czarny kolor na m-skanerze! - Zostań tutaj i pod żadnym pozorem nie wychodź do ogrodu — zdecydowała w końcu, wyciągając Królową z pochwy. - Sprawdzę, co to jest.
- Nie! Nie możesz! - zaprotestowała Julie, łapiąc swą opiekunkę za rękę. - Jeśli coś ci się stanie, Curran rozszarpie mnie na strzępy, za to, że pozwoliłam ci wyjść.
- Julie, spokojnie. Nic mi nie będzie... Nie będę walczyć, obiecuję...
- Idę z tobą w takim razie.
- Nie. Masz zostać tutaj.
- Hej, nie jestem już smarkulą, którą znalazłaś na ulicy! Od tego czasu sporo się już nauczyłam.
- Zgadza się, ale wciąż pozostajesz pod moją opieką, mała...
- Kate?! Julie?! - z dołu dobiegł ich głos Dereka.
- Na górze! - odkrzyknęła Kate.
- Lepiej zejdźcie na dół — warknął młody wilkołak. Obie zmarszczyły brwi, wymieniając szybkie spojrzenia, po czym zeszły do holu.
- Wyglądasz na zaniepokojonego — zauważyła bystro blondynka, patrząc uważnie na przyjaciela. Derek przełknął ślinę, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.
- Cóż... - odchrząknął. - Nie każdego dnia widzi się padające z nieba złoto — wyjaśnił z przejęciem.
- Słucham?! Żartujesz sobie ze mnie? - zapytała Kate. Wilkołak pokręcił stanowczo głową.
- Nie śmiałbym, alfo — mruknął, przygryzając wargę. - Ale twój podjazd pokryty jest warstwą złota — otworzył drzwi. Wyjrzały na zewnątrz i oniemiały. Nie kłamał. Płynne złoto spływało właśnie w trzy wielkie kałuże, zupełnie jakby ktoś nim kierował...
- Co to ma być? - syknęła zdumiona. - Panuje technika, do cholery! I gdzie, na miłość boską, podział się Curran? - zirytowała się. Że też musiał wyjechać akurat teraz...
- Pojechał do miasta razem z Barabaszem — wyjaśnił Derek. Zerknęła na niego krótko. Najwyraźniej był o wszystkim doskonale poinformowany...
- No dobrze — westchnęła. - Julie, przynieś jakiś pojemnik.
- Się robi! - młoda zniknęła na chwilę w kuchni.
- Zamierzasz pobrać próbkę? - zaciekawił się Derek.
- Tak. Chcę dokładnie wiedzieć, z czym mamy do czynienia — mruknęła, odbierając od swej przyszywanej córki szklankę i powoli zbliżając się do pierwszej kałuży.
- Ostrożnie! - mruknęła przejęta Julie, patrząc na całą tę sytuację szeroko otwartymi oczami. Ewidentnie się bała, choć starała się zamaskować to niechciane uczucie. Kate skinęła tylko głową, kucając przy cieczy, która wcale nie wyglądała na niebezpieczną i ostrożnie zanurzyła szklankę w złocie, uważając, by nie dotknąć go gołymi palcami. Cholera wie, co się w nim tak naprawdę siedziało... Po chwili wróciła do nastolatków.
- Szklanka jest zupełnie zimna, więc złoto również, a mimo to wciąż pozostaje w stanie ciekłym. Sądziłam, że gdy stygnie, twardnieje... - powiedziała, przyglądając się zawartości szklanki. - Julie. Jaka aura?
- Identyczna — padła szybka odpowiedź, podczas gdy na ich podjeździe zatrzymał się właśnie samochód, z którego wyskoczyli Curran z Barabaszem. Obaj zmiennokształtni zamarli, widząc niezwykłe kałuże.
- Powinienem już zacząć się bać? - mruknął lwołak, podchodząc do żony. - Zainwestowałaś w złoto?
- Nie — pokręciła stanowczo głową, delikatnie się do niego przytulając. Objął ją ramieniem, wyciągając jej szklankę z ręki.
- Dlaczego wciąż jest płynne, skoro nie czuję ciepła? - zmarszczył brwi. - I dlaczego zalega na naszym podjeździe w postaci kałuż? I czemu tylko tutaj?
- Cóż... To złoto spadło z nieba — poinformował go Derek. - Ale tylko na waszym podjeździe.
Curran zrobił wielkie oczy.
- Ty tego nie mówisz na serio... - warknął. Derek nieco się przygiął i wymamrotał:
- Z całym szacunkiem... Niczego nie zmyśliłem...
- Chłopak ma rację, poza tym za domem mamy całą sadzawkę tego — wyjaśniła Kate, gładząc męża po ramieniu. - A Julie mówi, że aura magii jest czarna...
- Czarna?! Co to znaczy?
- Nie mam pojęcia. Ale się dowiem...
- Ktoś jest w waszym ogrodzie — powiedział naraz Derek, mocno pociągając nosem. - Ktoś dziwny, nie znam tego zapachu — warknął ostrzegawczo.
- Dziewczyny, do środka. Barabasz, zostań z nimi! - zarządził Curran, oddając szklankę Julie. Jego skóra pękła i po chwili na podjeździe stała już ogromna, ponad dwumetrowa bestia, połączenie człowieka i lwa. Curran w swej formie bojowej. Koło niego wystrzelił z Dereka wilkołak.
Kate uśmiechnęła się do niego delikatnie i w trójkę weszli do domu. Curran i Derek ruszyli do bocznej furtki.
- Znasz je? - mruknęła Julie, która jako pierwsza zdążyła dopaść tylnych, oszklonych drzwi prowadzących na niewielką werandę.
- Kogo? - Kate zmarszczyła brwi.
- Te dwie lalunie w sadzawce...
- Nie, nie znam — powiedziała Kate, przyglądając się z zainteresowaniem dwóm ślicznym dziewczynom, które taplały się w złotym oczku wodnym. - Pojęcia nie mam, kim są... Choć najwyraźniej lubią złoto...
- No właśnie. A co zrobimy z tą próbką? - kciukiem wskazała kuchnię, gdzie zostawiła szklankę. - Zabierzesz je do Saimana, żeby je sprawdził?
- Możliwe, jeszcze nie wiem... Może Gromada nam pomoże...
- Fajnie tam było — westchnęła Julie, przyglądając się dwóm zmiennokształtnym, którzy podchodzili do nieznajomych z dwóch stron.
- Tęsknisz za Gromadą?
- Było tam więcej fajnych dziewczyn niż w mojej obecnej szkole...
- Zaproś dziewczyny z Gromady na babski wieczór — zdecydowała natychmiast Kate.
- Jesteś pewna, że mogę? Przecież to zmiennokształtne...
- Kochana, żyję i sypiam z lwołakiem. Nic mnie nie przestraszy — zachichotała. - Porozmawiam później z Curranem, ale sądzę, że się zgodzi, przecież on też cię kocha i chce dla ciebie jak najlepiej. Tak samo, jak ja.
- Dziękuję, Kate! - Julie przytuliła się do niej mocno. - Jesteś fajną, zwariowaną ciotką. I myślę, że będziesz idealną matką. Tworzycie z Curranem cudowną parę i patrzycie na siebie tak samo, jak moi rodzice, gdy żyli.
- Oh, Julie... Wiesz, myślę, że twoi rodzice są z ciebie bardzo dumni — wyszeptała Kate, tuląc dziewczynę czule.
- Naprawdę bym chciała... - uśmiechnęła się lekko, odsuwając się od drzwi, gdy wszedł przez nie Curran wciąż w swej bojowej formie.
- I co? - Kate spojrzała na niego uważnie.
- To syreny — mruknął, kucając, by mogli normalnie porozmawiać.
- Jesteś pewny?
- Oczywiście, widziałem ich ogony, Kate...
- Ale przecież ich magia nie jest czarna! - Wzruszył ramionami. - A powiedziały przynajmniej, jak się tu znalazły i dlaczego w ogóle tu są?
- Stwierdziły, że w powietrzu jest tyle magii, że jest im tu bardzo przyjemnie. A kiedy zapytałem, czemu kąpią się akurat w złocie, stwierdziły, że to przecież tylko zwykła woda i zaproponowały nam wspólną kąpiel.
- To dlatego Drek ich pilnuje? - chciała wiedzieć Julie, obserwując scenę za oknem.
- Chyba na nich zrobił wrażenie...
- Tak, jestem ciekawa, jakby zachowywały się, gdyby wyglądał tak, jak przed wypadkiem! - prychnęła złowieszczo. Kate spojrzała zdumiona na swego męża, lecz zanim ten zdołał cokolwiek odpowiedzieć, Derek grzmotnął o trawnik tuż przed gankiem. Warknął głucho i zerwał się na równe nogi, podczas gdy syreny wystawiły swe ogony ponad głowy, trzymając je wygięte, tak jak robi to skorpion. Wrzasnęły skrzecząco. Z ich ust wystawały długie kły, twarze pokryła rybia łuska.
- Chyba się wkurzyły...
- Aha, i nie są już takie piękne! - zauważyła Julie z satysfakcją, obracając w palcach jeden ze sztyletów Kate. Kobieta westchnęła cicho.

- To nie było mądre posunięcie — powiedziała stanowczo jakieś dwadzieścia minut później, przykładając wacik nasączony wodą utlenioną do rozcięcia na policzku Julie. - Te syreny mogły cię zabić. A przynajmniej ciężko zranić.
- Zaskoczyłam je — prychnęła Julie, krzywiąc się nieco, gdy zapiekła ją skóra.
- Tak, bo wzięły cię za najsłabszą spośród nas — powiedział Derek. - Co nie zmienia faktu, że się pomyliły. Nieźle się spisałaś.
- Nie podpuszczaj jej! - syknęła Kate. - Niepotrzebnie się naraziła.
- Kate, Julie przez całe życie miała styczność z niebezpieczeństwem. Mieszkała przecież w Zaułku Jednorożca. Jest przygotowana. Poza tym nasza rodzina też nie jest całkiem normalna — powiedział Curran łagodnie, obejmując Kate za ramiona. - Nie możesz jej zabronić podejmowania własnych decyzji.
- Po prostu nie chcę, by niepotrzebnie się narażała...
- Nie zbawisz całego świata, maleńka.
- A mnie się tam całkiem podobała decyzja Julie. Uratowała mnie — odezwał się Derek niespodziewanie.
- Zdawało mi się, że to rola mężczyzny — syknęła Kate. - To ty powinieneś ją bronić, a nie na odwrót...
- Na tym polega z zasady współpraca, alfo — Derek uśmiechnął się łagodnie.
- Kate, ty to samo zrobiłabyś dla Currana — mruknęła Julie cicho, patrząc na opiekunkę poważnie. - A ja tylko chroniłam mojego chłop... - zamilkła gwałtownie. Derek zamknął oczy, jęcząc w duchu...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1805 słów i 9905 znaków.

Dodaj komentarz