Kate Daniels "Magia Zaskakuje" rozdział 10

Kate Daniels "Magia Zaskakuje" rozdział 10Curran i Julie wymienili zrezygnowane spojrzenia w stylu "Z jej uporem i tak nie wygrasz", po czym lwołak podszedł do swojej żony i objął ją czule od tyłu, opierając brodę na jej głowie.
- Jesteś strasznie uparta, wiesz? - mruknął, gładząc ją po ramionach.
- Przypomnij mi, kto się za mną uganiał, bo stwierdził, że będziemy świetną parą? - odparła zgryźliwie.
- Auć... Dobra, przyznaję, to byłem ja i tak, jestem uparty. Chciałem jednak powiedzieć, że skoro tak bardzo ci zależy na tym, by dowiedzieć się, skąd wzięło się to przeklęte złoto, to chyba nie mam wyjścia i po prostu muszę ci pomóc w szukaniu sprawcy tego zajścia...
- I nie mówisz tak, tylko dlatego, by udobruchać żonę w ciąży? - Kate spojrzała na niego podejrzliwie. Na ustach blondyna zagrał cwany uśmieszek.
- Nie. Po prostu się o ciebie troszczę i nie chcę, byś nad tą sprawą pracowała kompletnie sama. Pójdziemy do Rolanda, jeśli naprawdę tego chcesz...
- Oczywiście, że chcę — prychnęła, patrząc na niego spod przymrużonych powiek. - Ale żadnych utarczek słownych z moim ojcem — zastrzegła od razu. Curran uniósł ręce w obronnym geście.
- Jeśli ojczulek będzie spokojny, to ja też nie zamierzam skakać mu do gardła — powiedział, a w jego oczach przemknął cień złotego blasku.
- Świetnie, w takim razie chodźmy — zdecydowała.
- Teraz?!
- A kiedy? Nie sądziłeś chyba, że odwlekę to w czasie? - zaśmiała się, otwierając drzwi wejściowe, za którymi stał Derek z uniesioną ręką. Najwyraźniej właśnie zamierzał zapukać. - Cześć. Ty do Julie?
Młody wilkołak przytaknął skinieniem głowy, ale kiedy zobaczył Władcę Bestii za Kate, odruchowo cofnął się tak, że nieomal spadł ze schodków prowadzących na ganek. Złapał się balustrady w ostatniej chwili.
- Co tu robisz? - warknął Lennart, patrząc na chłopaka ostro. W jego głosie wibrowało ostrzeżenie.
- Przyszedł do Julie i nie musisz go od razu straszyć — upomniała go kobieta, schodząc po schodkach i wymijając chłopaka.
- Może powinienem... Pamiętaj, że Julie to moja córka, jest nieletnia i jesli spadnie jej głos z głowy, jeśli będzie przez ciebie płakać, to cię zabiję...
- Chcieliśmy tylko pooglądać filmy — bąknął zaczerwieniony mocno Derek. Jego odpowiedź najwyraźniej zaskoczyła Currana, bo lekko przekrzywił głowę, patrząc na chłopaka, ale zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Kate pociągnęła go za rękaw i ruszyli do auta. Technika znów była w mocy, więc lwołak bez problemu odpalił silnik i ruszyli ku granicy miasta, gdzie jak donosili szpiedzy Currana, obozował Roland wraz ze swoją armią.
- Dlaczego wciąż na niego naskakujesz, gdy do nas przychodzi? - zapytała go, gdy przemierzali zrujnowaną Atlantę. Przez chwilę nie odpowiedział, lawirując między rozsypanymi po ulicy fragmentami budynków.
- Nie podoba mi się to, że zostają sami — mruknął w końcu. - Julie jest jeszcze zbyt młoda na zostanie matką.
- Naprawdę sądzisz, że tak właśnie by się stało? - zapytała. Kiwnął głową, skupiony na jeździe. - A mnie nie. Rozmawiałam z nią o tym, gdy powiedziała mi, że spotyka się z Derekiem i owszem, całują się, ale Derek zawsze zachowuje zdrowy rozsądek. Poza tym dodała, że pożegnałby się z zawartością swoich spodni, gdyby spróbował czegoś nieprzyzwoitego. Wobec tego wydaje mi się, że możesz im odpuścić...
- Naprawdę tak powiedziała, czy to zmyśliłaś, by mnie ugłaskać?
- Ależ przecież ty lubisz być głaskany! - zaśmiała się. Kącik jego ust niebezpiecznie zadrgał, gdy powstrzymywał się od uśmiechu.
- To nie znaczy, że ona ma głaskać jego...
- Curran, daj spokój. Wiem, że traktujesz ją jak własną córkę, bo ja też, ale nie możemy wciąż jej wszystkiego zabraniać, bo ucieknie. A wtedy może się znaleźć w niebezpieczeństwie, a tego oboje byśmy przecież nie chcieli... - zauważyła, delikatnie dotykając jego kolana i ściskając nieznacznie. Spojrzał na nią i po chwili się rozluźnił.
- No dobrze, ale jeśli...
- Wiem, Curran... Co najmniej obedrzesz go ze skóry — westchnęła, uśmiechając się nieznacznie.
- No właśnie... Jest nasza eskorta.
Na jego słowa rozejrzała się, dostrzegając, wyłaniające się z opuszczonych budynków zwierzęce kształty. W sumie piętnaście. Westchnęła, rzucając mężowi spojrzenie pełne dezaprobaty, po czym wysiadła i przywitała się z łakami skinieniem głowy. Wszyscy milczący i poważni.
- Możemy iść, czy czekamy jeszcze na pół miasta? - zapytała zgryźliwie.
- To wszyscy — odparł lwołak, na co Kate wyminęła go, nie czekając na dalsze słowa i ruszyła ku granicy. Przed sobą mieli jeszcze przecznicę drogi, co pozwoliło Kate nieco się uspokoić i przemyśleć raz jeszcze całą sytuację.
Gdy całą milczącą gromadą dotarli do drgającej niczym zasłona magicznej ochronie miasta ustawionej przez Kate, po drugiej stronie dojrzeli morze równo ustawionych namiotów. Na niewielkim wzgórzu królował największy z nich, złoty, otoczony podwójnym kordonem mniejszych.
- Złoty Legion — mruknęła, podbródkiem wskazując na wzgórze.
- I namiot Rolanda... - mruknął lwołak, omiatając uważnym spojrzeniem teren przed nimi. - Nie łatwo będzie się dostać do twego ojca, a już na pewno nie stąd wyjść...
- Naprawdę sądziłeś, że nieuzbrojona, w ciąży i z garstką zmiennokształtnych wkroczę na teren mego ojca? - prychnęła. - Nie mam najmniejszego zamiaru tam wchodzić. To on będzie musiał przyjść do nas. Podejrzewam, że nasz przyjazd tu już od dawna był śledzony, więc za chwilę ktoś powinien do nas podejść, by dowiedzieć się, czego chcemy...
- Mądra dziewczynka — wyszeptał jej do ucha, nie spuszczając wzroku z krzątających się po obozie ludzi. Wkrótce też podszedł do nich odziany w czarną zbroję i karminowy płaszcz nieznany im z imienia rycerz.
- Czego tu chcecie? - zapytał oschle. - Nie przypominam sobie, byśmy prowadzili jakieś rozmowy wojenne...
- Powiedz Rolandowi, że to prywatna sprawa i chciałabym porozmawiać z nim w cztery oczy — odparła Kate spokojnie. Mężczyzna uśmiechnął się ironicznie.
- Chodzi ci o rozmowę w cztery oczy, a przychodzisz ze zgrają mieszańców... - zauważył pogardliwie.
- To moja ziemia i mam prawo robić na niej, co tylko mi się podoba... A teraz idź po swojego pana.
- Jest zajęty i nie sądzę, by interesowało go to, co masz mu do powiedzenia.
- Idź po niego — warknął Curran głucho. - Albo wypruję ci flaki i ułożę z nich śliczny napis...
- Sądzisz, że się ciebie wystraszę, odmieńcze? - każde słowo wypowiedziane przez rycerza ociekało jadem i odrazą. - Nic tu po was, wracajcie o swoich nor, z których wkrótce was wypędzimy... Twój bękart zawiśnie niczym sztandar u wrót mego pana — uśmiechając się triumfalnie na widok szoku u Kate i wściekłości na twarzy Lennarta, obrócił się na pięcie i odszedł w głąb obozu, nie reagując kompletnie na okrzyki rozwścieczonego lwołaka, które wkrótce zamieniły się w ryki pełne furii.
- Curran, przestań, to nic nie da — westchnęła w końcu Kate, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku i dotknęła ramienia swego męża. Ten spojrzał na nią pałającymi złoty blaskiem oczyma, po czym w jednej chwili zmienił się w ogromnego prehistorycznego lwa, warknął krótko do swych ludzi, po czym pognał w stronę, z której przyjechali. - I to by było na tyle, jeśli chodzi o samokontrolę...
Spojrzała jeszcze raz na wzgórze i namiot, mając nadzieję, że dojrzy gdzieś ojca, ale nigdzie go nie dostrzegła. Zawróciła więc i w eskorcie swej futrzastej straży, dotarła do jeepa.

Pół godziny później, gdy parkowała na podjeździe domu, zauważyła, że przy krawężniku stoi jeszcze jeden samochód, a gdy weszła na ganek, usłyszała nieco piskliwy głos Saimana. Zaskoczona faktem, że postanowił się do niej pofatygować po tym, jak wyrzucił ją z własnego mieszkania, weszła szybko do środka, zaskakując go tym samym.
- Kate... - jeknął, widząc ją w drzwiach do salonu.
- Co tu robisz? - zapytała ostro. Skoro wtedy on z nią tak pogrywał, nie miała zamiaru odpłacać mu się niczym innym. - Zdaje się, że cię nie zapraszałam.
- Wiem i wybacz mi to najście, ale musimy porozmawiać — powiedział, patrząc na nią tymi swoimi oczami pozbawionymi wyrazu.
- Nie obchodzi mnie to, co masz mi do powiedzenia, Saiman...
- Kate, musisz mnie wysłuchać. Wszystkim wam grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Musicie zwrócić to złoto i to natychmiast.
- Niebezpieczeństwo grozi mi od chwili, gdy Roland postanowił zrobić sobie jeszcze jedno dziecko, a potem przelać na nie część swych mocy, jednocześnie mnie ze sobą wiążąc — warknęła, zakładając ramiona na piersi i patrząc na mężczyznę poważnie. - Więc chyba już nic mnie nie zaskoczy...
- Posłuchaj... Przejrzałem stare księgi. Naprawdę stare, spisywane, gdy mój dziad chodził jeszcze po ziemi...
- Masz na myśli Lokiego?
- Dokładnie. Kate, czarna aura magii i płynne, niezastygające złoto, to oznaka anioła śmierci.
- Zdaje się, że takiego już tu mamy — zauważyła Julie przytomnie.
- Nie! - zaprzeczył Saiman gwałtownie. - Wy macie mitologicznego anioła śmierci, który z tym, o którym mówię, ma niewiele wspólnego. Chodzi mi o biblijną śmierć w najgorszym tego słowa znaczeniu. To pan wyroków niebieskich, przed którymi drżeli nawet pradawni bogowie.
- I niby co robi na ziemi? - prychnęła Julie, aczkolwiek nie tak pewnym tonem, jak zamierzała. Głos jej zadrżał.
- Samael, bo tak się zwie, to zarządca wyroków wydanych przez samego Boga, a złoto oznacza wyrok. Obawiam się, że zrobiłaś coś, co nie spodobało się tam na górze, Kate... Przykro mi...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1816 słów i 9964 znaków.

1 komentarz

 
  • emeryt

    Droga Auyorko, rozpocząłem od tego odcinka, lecz tak mnie zaciekawił że postanowiłem rozpocząć od początku.  
    Przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia, życząc dużo zdrówka oraz weny do kolejnych odcinków.

  • elenawest

    @emeryt Dzięki serdeczne 😋