Materiał edytowany, oczekuje na potwierdzenie.

Pani w czerni, czyli opowieść Agnessowo-JoAnnowo-majówkowa (część 3)

Pani w czerni, czyli opowieść Agnessowo-JoAnnowo-majówkowa (część 3)Zapraszam na finał!

***

ROZDZIAŁ 5/7 – ”Pani w czerni, czyli spotkanie na najwyższym szczeblu”
  
*
  
     Wysiadam z windy na jednym z ostatnich pięter obłożonego błękitnym szkłem wieżowca, górującego nad centrum miasta. Do tej pory wydawało mi się, że znajdują się w nim jedynie snobistyczne butiki, ekskluzywne restauracje czy przedstawicielstwa elitarnych firm finansowych, lecz najwidoczniej nie. Przystaję przed masywnymi drzwiami, oznaczonymi numerem podanym mi dyskretnie na recepcji, po czym wciskam przycisk wideodomofonu.
     Przystaję pośrodku ogromnego, urządzonego ze skrajnym minimalizmem pokoju. I oczekuję. Mojej Pani. Siedzącej w zamyśleniu w jednym z wielkich, ciągnących się przez całą długość ściany okien, która w końcu odwraca głowę i spogląda na mnie nieodgadnionym wzrokiem.
     – Podejdź! – Ton jest nieprzyjemnie chłodny, wytrącający mnie nieco z dobrego nastroju. – Obróć się! Jeszcze raz!
     Posłusznie prezentuję kreację, którą przecież sama dla mnie wybrała. Podejrzewam, że w jednym z horrendalnie drogich sklepów na dole, lecz z wiadomych względów wolę nie pytać.
     – Zapowiedziałam ci już, że nasze dzisiejsze spotkanie będzie… wyjątkowe. Tak dla mnie, jak i ciebie. Przyznaję, że od dłuższego czasu rozmyślałam o twoim oddaniu, poświęceniu oraz wierności wobec mnie. I dlatego postanowiłam, że charakter naszej znajomości będzie musiał się ulec zmianie. Od dzisiaj. Mam tylko nadzieję, że – zniża głos do praktycznie do szeptu, tak że końcówki bardziej się domyślam, niż w pełni ją rozumiem – nie będę tego żałowała. Oboje nie będziemy.
  
     Uśmiecham się lekko dla potwierdzenia, choć zasadniczo nie mam już bladego pojęcia, czego się spodziewać. Znowu! Choć przecież wiem od wystarczająco dawna, że Pani – wbrew usilnie stwarzanym pozorom – nierzadko bywa spontaniczna, zaskakująca czy czasami wręcz… humorzasta? Tak, to właściwe słowo, choć przecież nijak nie powinno pasować do doświadczonej dominy. A jednak!
     – Podaj mi dłoń! – rozkazuje. A może raczej zachęca? Wciąż nie mam pewności.
     Podnosi się, wspierając na mojej ręce i drobnym kroczkiem zmierza ku drugiemu pokojowi. Jak się okazuje – sypialni, której centralny punkt stanowi przeogromne, okrągłe łóżko… Że jak? Okrągłe? Stojące na samym środku? Nie potrafię ukryć zaskoczenia, na co Pani tylko uśmiecha się z przekąsem.
     – Mówiłam przecież, że przygotowałam coś specjalnego… No, zamknij usta, bo kogoś połkniesz! A teraz posłuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać!
     Karci mnie niby żartobliwie, lecz jej oczy wcale nie podążają za ruchem warg. Przeciwnie – bijąca z nich melancholia jest tak przejmująca, że momentalnie mi się udziela. W ostatniej chwili powstrzymuję smętne spuszczenie głowy, próbując skupić się na poleceniach.
     – Widzisz tę miseczkę na stole? To świeczka, w której zamiast wosku jest specjalny olej do masażu. Zgaś ją. Teraz ja usiądę, a ty będziesz po kolei ściągać ze mnie strój, począwszy od rękawiczek, a kończąc na… powiem ci we właściwym momencie! I po każdej zdjętej rzeczy masz mnie tym olejkiem natrzeć. Nie bój się, nie parzy. Czy wszystko jasne? Czekam więc!
  
     Zakładam, że skoro Pani do tej pory nie nakazała inaczej, mam pozostać w ubraniu. Podwijam mankiety i z nieukrywaną ochotą zabieram się do pierwszego punktu programu – delikatnie podważam krawędź cieniutkiej satyny, powolutku rolując ją przez całą długość przedramienia. Gdy docieram do nadgarstka, chwytam za końce każdego z palców i lekko naciągam materiał. Finalnie zsuwam rękawiczkę i odkładam na bok. Nabieram na dłoń nieco śliskiej, przyjemnie ciepłej zawartości świecy, rozprowadzając ją po ręce Pani. Od paznokci, aż po odsłonięty bark.
     Przy pierwszej z rąk tylko mi się zdawało, lecz masując drugą mam już całkowitą pewność – Panią to podnieca! Chyba nawet bardziej, niż mnie. A może wyczuwa moje emocje, które dodatkowo na nią działają? Cóż, pewnie zabrzmi to próżnie, może wręcz megalomańsko, lecz taką właśnie mam nadzieję! Jeśli nawet nieświadomie jestem w stanie sprawić choć trochę przyjemności mojej najdroższej i jedynej kobiecie…
     Rozmyślając o tych wspaniałościach, schylam się i sięgam ku pończochom, gdy powstrzymuje mnie nagły rozkaz:
     – Teraz ty!
     – Nie rozumiem, moja Pani… – Dziwię się, nie zwracając większej uwagi na tak niezręczną odpowiedź.
     – Zdejmij górę. Życzę sobie, by każdemu elementowi mojego stroju towarzyszył twój. Rękawiczek nie masz, ale na przykład koszulę już tak. A reszty domyśl się samodzielnie!
     Tym razem ton jest cudownie słodki, usta unoszą się w uroczym uśmiechu, jednak przede wszystkim spojrzenie wypełnia… może nie od razu wielka radość, lecz na pewno i nie smutek. Widząc to, pozwalam sobie na odrobinę szaleństwa. Zamiast po prostu ściągnąć ubranie przez głowę, niemal teatralnie rozpinam guziki wspomnianej koszuli oraz rozsuwam jej poły, ukazując nagie ciało. Obracam się na pięcie, po czym zdejmuję ją najpierw z jednego ramienia, potem drugiego, aż w końcu kręcę nad głową i przerzucam przez pokój.
     Odwracam się i wbijam wzrok w Panią. Wyraźnie zaskoczoną, a także... Tak! Zadowoloną! Może nawet szczęśliwą? Próbującą równie usilnie, co bezskutecznie powstrzymać śmiech. Głośny, perlisty, a przede wszystkim szczery.
  
*
  
ROZDZIAŁ 6/7 – ”Pani w czerni, czyli nieoczekiwany zwrot akcji”
  
*
  
     Zdaję sobie sprawę, że moje zachowanie raczej nie jest wzorem posłusznej uległości, lecz nijak nie potrafię opanować wesołego nastroju. Przyklękam przed Panią z wciąż szczerze wyszczerzonymi zębami i najpierw zdejmuję parę lśniących lakierowaną czernią szpilek z krwistoczerwonymi spodami, po czym sięgam dłonią aż do połowy uda. Ostrożnie rozpinam pas trzymający pończochy z drobniutkiej siateczki i jedną po drugiej zsuwam je wolniutko. Nalewam nieco olejku już nie na dłonie, a bezpośrednio skórę nóg, jednak zamiast od razu rozpocząć masaż, poprawiam się w wytrenowanej do perfekcji, poddańczej pozie.
     Składam długi, czuły pocałunek na każdej ze stóp. Niech Pani wie, że pomimo rozluźnienia atmosfery, doskonale pamiętam o wymaganym protokole!
     Masuję palce, podbicie, pięty… Z wolna przechodzę ku kostkom, wcierając pachnącą słodką, niemalże cukierkową różą śliskość. Za każdym ruchem moich palców podążają usta, ofiarujące wyrazy najwyższego oddania pełnym łydkom, zgrabnym kolanom oraz szerokim udom, zatrzymując się dopiero u ich nasady. Dosłownie centymetry od jedwabnych, lśniących czernią fig.
  
     Powstaję. Tym razem nie mam zamiaru zbytnio szaleć i zmysłowo – a przynajmniej taką mam nadzieję – zsuwam buty oraz spodnie, pozostając już jedynie w bieliźnie. Przechodzę za plecy Pani i rozpinam haftki, trzymające górę koronkowego kostiumu. I wówczas przerywam, wahając się, co dalej.
     – Wybacz, proszę, ale czy mam go zdjąć? Nie chcę sprawić, byś w jakikolwiek sposób poczuła się przeze mnie niekomfortowo, ani tym bardziej… – Staram się wybrnąć z niezamierzonej niezręczności – zniszczyć uczesania.
     W odpowiedzi na moje wątpliwości Pani unosi się na kolanach i wyciąga ramiona w górę. Z każdym centymetrem zsuwanego materiału żałuję coraz bardziej, że nie mogę obserwować uwalnianego spod koronki miękkiego brzuszka oraz falujących uroczo boczków. Nie widzę, jak pełne piersi o dużych, ciemnych aureolach opadają swobodnie, kołysząc się przy najmniejszym nawet ruchu. Nie podziwiam apetycznych fałdek u nasady ramion, zapraszających wręcz, by chwycić je w usta i…
     Wiem doskonale, że myśląc o Pani w ten sposób, pozwalam sobie na zdecydowanie zbyt daleko idące spoufalenie! Na szczęście myśli pozostają myślami i nikt poza mną o nich nie wie. Choć może kiedyś się odważę i wyznam, jak bardzo jej pragnę? Pożądam? Jak mocno mnie pociąga? Ujawnię wówczas wszystko! Z najdrobniejszymi nawet szczegółami!
  
     Otrząsam się, składam strój w zgrabną kostkę i zaczynam masować plecy. Schodzę od karku, przez łopatki, po nasadę kręgosłupa. Obejmuję boki, sięgając aż ku brzuchowi. Gdy w końcu pozostaje mi już jedynie biust, ponownie proszę o pozwolenie. Pani ponownie mnie zaskakuje – zamiast kazać przejść naprzeciw niej, lub na przykład objąć od tyłu, obraca się ku mnie przodem i zakłada ręce aż za głowę, odsłaniając gładkie pachy.
     Nie wytrzymuję. Przymykam powieki i oddycham głęboko, dosłownie trzęsąc się z podniecenia.
     – Nie wstydź się! Przecież dobrze wiem, w jaki sposób na ciebie działam! Otwórz oczy, przyjrzyj mi się i podziwiaj! Mnie! Twoją Panią! A teraz rozbierz się do końca i wymasuj moje ciało. Calutkie! Mój biust, mój tyłeczek i moją… – Puszcza do mnie oczko i podnosi brodę tak, by odsłonić szyję. Ozdobioną sznurem czarnych pereł, zwieszającym się nisko na dekolt.
  
     Każde dotknięcie nagiej, otulonej satynową pościelą skóry, wyzwala we mnie istną eksplozję emocji. Z początku mam nadzieję, że jakimś cudem opanuję wrzące pożądanie, lecz nie daję rady. Jakże oczekiwany cud nie nadchodzi. Czuję za to wilgoć, spływającą po udzie. Narastające drżenie dłoni. Gorąco buzujące w podbrzuszu. W końcu, gdy sięgam ku boskiemu łonu mojej Pani, pojmuję, że już nie jestem w stanie posunąć się dalej.  
     – Przepraszam, nie mogę! Wybacz, Pani, że zawiodę twoje nadzieje i zaufanie, ale nie jestem już w stanie dłużej się powstrzymywać! Boję się, że za chwilę…
     Zaciskam zęby, próbując opanować łzy wstydu, zbierające się w kącikach oczu.
  
     Milcząco czekam na reprymendę. Wytłumaczenie. Naganę… Zrozumienie? Przeprosiny? Nie mam już nawet pojęcia, co. W zamian za to słyszę jedynie jedno słowo.
     – Klęknij!
     Momentalnie wykonuję polecenie.
     – Podnieś głowę!
     Tym razem się waham. Spoglądam na Panią, podnoszącą się z łóżka i stającą nade mną w rozkroku. Jest tak blisko, że czuję podmuch własnego oddechu, opływającego jej rozchyloną szeroko kobiecość. Pachnącą oszałamiającą mieszaniną słodyczy płatków róż oraz wściekle wrzącej żądzy. Błyszczącą nie tylko od olejku, ale także ściekającej po pofalowanych płatkach, gęstej namiętności.
     – Cóż, nie mam zamiaru ukrywać, że spodziewałam się takiej ewentualności… Ale nie bój się, nie mam do ciebie pretensji i nie będę miała. Wiem przecież, że mnie nie zawiedziesz! Masz w sobie dość sił, żeby… co ja w ogóle plotę? – nagle spięty do tej pory głos staje się tak swobodny, jak chyba nigdy wcześniej, a jednocześnie buchający pożądaniem. – Wycałuj mnie! Rozumiesz, co to znaczy? Wyliż mi cipkę! I przeżyj orgazm! Krzycz, stękaj, zachlap pościel! Rób, co chcesz, ale nie przerywaj! Chcę tego! Pragnę! Tutaj i teraz! Pozwalam ci na to! Rozkazuję! Tak! Ooo taaak…
  
*
  
ROZDZIAŁ 7/7 – ”Pani w czerni, czyli ostateczna granica”
  
*
  
     Przyznaję otwarcie, że nie zawsze zgadzam się z Panią. Czasami jedynie nieśmiało powątpiewam, innym razem bardziej otwarcie kontestuję jej decyzje czy poglądy, lecz tym razem muszę oddać sprawiedliwość – miała rację. Absolutną. Nawet nie stu-, a stujednoprocentową. We wszystkim.
     Już pierwsze muśnięcie mięsistych warg wywołuje jakże znajome spięcie mięśni. Wniknięcie języka pomiędzy nie rozpoczyna niedające się w żaden sposób powstrzymać pulsowanie podbrzusza. Objęcie ustami nabrzmiałej, rozpalonej do nawet nie czerwoności, a przekrwionego bordo łechtaczki, stanowi… nie jestem w stanie nawet nazwać tego uczucia. I nie próbuję. Poddaję się całkowicie wielkiemu orgazmowi przez jeszcze większe „O”, przeszywającemu calutkie moje ciało.
     Jakiekolwiek próby jego opanowania byłyby z założenia bezcelowe, jednak staram się przynajmniej hamować najsilniejsze spazmy i najgłośniejsze stęknięcia. Przez jakąś sekundę. No, może dwie. Potem poddaję się już jedynie szaleństwu szczytowania.
  
     Nie mam pojęcia jakim cudem, lecz udaje mi się nie przerwać wylizywania Pani. Spijania bosko słodkiego nektaru rozkoszy, wypływającego obficie z jej gorącego wnętrza. Gdy już opanowuję emocje na tyle, by móc w miarę normalnie myśleć – o ile w trakcie spełniania najskrytszego, oczekującego całymi latami na realizację marzenia, jest to w ogóle możliwe – staram się skupić na szczegółach.
     Zmieniam rytm ruchów języka, jego nacisk i głębokość liźnięć. Napawam się twardością łechtaczki, fakturą płatków oraz otaczających je, mięciutkich fałdek. Smakuję zarówno skórę, jak i wyciekające z wnętrza, kleiste soki. Oddycham ich niewalającym zapachem. Z każdą mijającą chwilą zdaję sobie sprawę, że nie tylko Pani, ale i ja coraz mocniej się podniecam. Znowu!
     Wtem dociera do mnie drżenie. Z początku delikatne, lecz w ciągu ledwie kilku chwil rozlewające się po całym ciele Pani. Widzę, jak chwyta palcami za swoje sutki, ściskając je mocno. Słyszę pojękiwania, przechodzące w krzyk, który…
     Wszystko kończy się równie nagle, jak zaczęło. Ot tak.
  
     Lecz nie dla mnie.
     – Przepraszam, moja Pani – chrypię, próbując ostatkiem woli opanować rozszalałe pożądanie – ale ja chyba… jeszcze raz…
     Widzę przecież, jak bardzo jest zmęczona. Mogłaby całkowicie mnie zignorować, odprawić jednym gestem czy nawet celowo poniżyć, pastwiąc się nade mną w dowolny, najbardziej okrutny i wyuzdany sposób. Ale nie! W zamian unosi wciąż półprzytomny wzrok, kładzie się na płask na plecach i podrywa rozchylone szeroko nogi. Wsuwa zakończone perłowoczarnymi paznokciami palce w mokre, wciąż drżące wnętrze, i rozkazuje roznamiętnionym głosem:
     – Twoja Pani wciąż ma ochotę! Pragnie jeszcze! Chce, byś poca… a tam, pieprzyć konwenanse! Wsadź mi język do dupy najgłębiej, jak potrafisz, i wyliż tak, jakby był to twój ostatni raz!
     Tracę świadomość. Nie jestem już w stanie jednoznacznie stwierdzić, do kogo należą wypełniające pokój pokrzykiwania. Czy zalewająca mi usta i ściekająca po brodzie lepkość jest moją własną śliną, czy tryskającą dokoła żądzą rozpalonej kobiety, w której tyłeczek właśnie się zanurzam? A może jeszcze czymś innym? Przeżywam kolejny dziki orgazm. I nie tylko ja.
     Próbuję kontynuować przynajmniej do momentu, gdy Pani ostatecznie przerwie pieszczoty, ale nie daję rady. Już nie. Osuwam się bez sił na podłogę.
  
     Wstaję. Zgodnie z życzeniem, pomagam Pani podnieść się z łóżka. Przecieram jej ciało wilgotnym ręcznikiem, przyniesionym z łazienki. Ubieram, począwszy od jedwabnych fig, a skończywszy na satynowych rękawiczkach. Podaję kielich, wypełniony po brzegi mieniącym się rubinowymi refleksami winem. W końcu – dopiero po spełnieniu wszystkich poleceń – zaczynam przysłaniać własną nagość.
     – Usiądź, proszę. Może być na fotelu. Jeśli chcesz, nalej sobie czegoś. A teraz mnie wysłuchaj. Tylko nie waż się przerywać, dopóki ci nie pozwolę!
     – Ależ Pani, ja nig…
     Przygryzam wargę w pół słowa i zgodnie z poleceniem przysiadam na szerokim, obitym pikowaną skórą siedzisku. Choć nie mam wielkiej ochoty, wrzucam do szklanki kilka kostek lodu i zalewam je bursztynowym płynem z pierwszej lepszej butelki. Sączę przyjemnie drapiący gardło płyn oraz poprawiam ubranie, by wyglądało idealnie – dopinam guziki w mankietach, układam fałdy koszuli… lecz przede wszystkim słucham. Z coraz większym niedowierzaniem.
  
     Pani z początku wychwala mnie tak mocno, aż czuję, jak płoną mi policzki. Przypomina o wierności wobec niej, całkowitym oddaniu czy gotowości do wykonania najbardziej nawet nieoczekiwanych życzeń. Później opisuje – z takimi szczegółami, aż momentami czuję się niezręcznie – jej własny stosunek do mnie. I wówczas ton zaczyna się zmieniać, a płynące z ust słowa, z ociekających słodyczą komplementów, przeradzają się w gorzkie wyrazy rozczarowania. Nie mną, a właśnie nią samą.
     Wylicza jedną po drugiej, coraz bardziej poniżające i wyuzdane próby, które dla mnie wymyślała. Mówi o celowym unikaniu spotkań oraz późniejszym wzywaniu mnie dzień po dniu, nie pozwalając odzyskać pełni sił. Wspomina pełne perwersyjnej czułości chwile, gdy dopuszczała mnie do siebie tak blisko, jak to tylko możliwe. Tylko po to, by zaraz potem brutalnie odrzucić. Opisuje, jak po każdym kolejnym razie czuła do siebie jedynie coraz większe obrzydzenie. Pogardę. Nienawiść.
     Przez naprawdę długi czas powstrzymuję się przed komentarzami, lecz w końcu nie wytrzymuję:
     – Pani moja, czego więc ode mnie oczekujesz? Powiedz, co mam zrobić! Wiesz przecież, że uczynię wszystko, byś była szczęśliwa! – rzucam w przypływie odwagi. A może głupoty?
     – Wszystko? Naprawdę? Uważaj z takimi deklaracjami na wyrost, bo przecież nie wiesz, czego mogę od ciebie zażądać! – pyta rozedrganym głosem.
     – Absolutnie wszystko! Powiedz tylko słowo! Czekam! – odpowiadam butnie.
     Pani mruży oczy. Spogląda na mnie nieprzeniknionym wzrokiem, jakby tocząc walkę ze sobą samą. Ostatecznie przygryza wargę, odkasłuje i oznajmia lodowatym tonem:
     – Zostaw mnie więc.
     Nie rozumiem. W żaden sposób nie jestem w stanie pojąć tego jakże przecież prostego przekazu.
     – Jak to? – Otwieram bezwiednie usta.
     – Po prostu. Zostaw. Wyjdź i już nie wracaj. Nigdy. Zapomnij o mnie. Tak będzie dla nas lepiej. Dla ciebie. Tylko najpierw... – Opuszcza głowę – zrób jeszcze coś. To będzie moje ostatnie życzenie.
     – Rozkazuj, moja Pani!
     Chwytam się w desperacji jej słów, mając nadzieję, że może jeszcze zmieni zdanie? Tak, na pewno!
     – Nie myśl o mnie źle po tym, co zrobiłam. I co jeszcze zrobię. Zachowaj o mnie dobre wspomnienia… Chociaż trochę, dobrze? Proszę... A teraz odejdź. Na zawsze.
  
     Przez moment łudzę się jeszcze nadzieją, że może to jakaś próba? Ostateczny sprawdzian mojego posłuszeństwa? Odporności? Zaufania? Niestety, jedno spojrzenie w głąb oczu Pani wystarcza burzy wszelkie nadzieje.
     Już pojmuję. Rozumiem wszystko.
     Podnoszę się, skłaniam bez słowa i noga za nogą, całkowicie wbrew sobie, podążam ku wyjściu. Stojąc w drzwiach dostrzegam jeszcze kątem oka, jak Pani odsuwa jedną z sięgających podłogi szyb, wpuszczając do środka podmuch niespodziewanie gorącego, majowego wiatru. Podnosi ze stolika kawałek sznura i zaczyna nim obwiązywać sobie oczy, po czym podchodzi pod samą krawędź okna.
     Wychodzę na korytarz i zamykam… Nie! To się tak nie skończy! Nie może! Nie dla mnie! A już na pewno nie dla Pani!
  
     W ostatniej chwili szarpię za klamkę i całą siłą ponownie otwieram skrzydło na oścież. Nie mam czasu, by zastanowić się, co tak naprawdę widzę. Nie rozważam, co najlepszego mogę w tej sytuacji zrobić. Działam instynktownie.
     Na jednym tchu przebiegam pędem przez pokój. Rzucam się, próbując pochwycić Panią, pochylającą się coraz mocniej ku ponad czterdziestopiętrowej przepaści.
     Zdążę!
     Na pewno!

     Jeszcze tylko…

***

Tekst (c) Agnessa Novvak
Ilustracja na okładce (c) JoAnna

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 01.05.2020. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na FB i Insta (niestety nie mogę wkleić linków, niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    Całkiem niezły masz język. Już chyba wspomniałem.  Mam taki, może niezbyt chwalebny zwyczaj czytania innych komentarzy i sobie zerknąłem co odpisałaś Milence. Nie jesteś skroma, ale nie tak znowu przesadnie się wychwalająca. Tego zdania nie uważaj za nagany. Sam uważam, że człowiek powinien znać swoją wartość, czyli nie powinien udawać że jest nikim  jak jest kimś i przeciwnie. Czyli w ciemno mogę wyrazić zgodę z Twoim zdaniem, że tekst owszem niezły, ale mógłby być lepszy gdybyś chciała się przyłożyć. Co do spraw związanych z pytaniem Milenki i z Twoją odpowiedzią odnośnie wydania drukiem swoich prac. Mogę rzucić kilka promyków światła w tej sprawie. W obecnej sytuacji KAŻDY  może wydać książkę. Wydawnictwa wiedzą, że ludzie przestali czytać książki, to tak bardzo ogólnie stwierdzając, dlatego cena wydania jest tak ustalona, żeby wydawca zarobił.Jeżeli ktoś reklamuje swoje wydawnictwo słowami skierowanymi do potencjalnego pisarza: Wydasz, zarobisz, zostaniesz sławny, to poprostu jest kłamcą, chociaż nie takim jak Morawiecki. Zarabiają pisarze znani, jak na przykład Stefek King lub Daniela Steel, chyba coś tak się nazywa. Czasem dobrze się sprzedają książki, na których podstawie zrobiono film, który nieźle się sprzedał. Dochodzą jeszcze ciemne sprawy osób promowanych przez gangstersko-demoniczne-globalistyczne ugrupowania i wówczas taki pisarz, czasem szary, zwykły człowiek, umiejący pisać, zarobi. Czasem jest nagrodzony. Oczywiście ktoś chce mieć satysfakcję, że wydał książkę i jeżeli go stać, zrobi to. Cały czas mówię o książce papierowej, bo jak wiadomo istnieją obecnie tzw. e-booki. Żeby nie przedłużać, w moim przypadku wydany egzemplarz kosztował 40 zł a książkę sprzedawano za 29.9 zł. Po odliczeniu egzemplarzy, które muszą trafić do bibliotek narodowych, bo takie są przepisy, w moje krótkiej serii koszt egzemplarza wynosił 80 zł. Poligraf oferuje minimum 300 egz. Traktuje pisarza poważnie. Daje korektę i inną pomoc, jednak jest to wliczone w cenę. Reasumując, gdybym poznał Lol24 wcześniej, nigdy bym książki nie wydał. Nie chcę jednak ani Tobie, ani nikomu, kto przeczyta ten komentarz, a sam marzy o wydaniu książki, niszczyć marzeń. Go for. Na koniec, żebyś nie była na mnie zła, za początek, aczkolwiek oparłem te zdanie na tym, co Sama odpisałaś Milence, uważam, że piszesz bardzo dobrze i umieściłbym Cię w górnej półce piszących na lol24. Nie napiszę w tym miejscu kogo uważam za najlepiej piszącego, z powodów oczywistych. Zresztą mój osąd jest pewnie subiektywny, a ponieważ jestem czasem nie  za bardzo miły, kiedy ktoś się ze mną nie zgadza, wolę z tego i oczywiście wielu innych powodów nie wymieniać kogo mam na myśli. Chciałbym umieć tak pisać jak Ty. Nie rozumiem jednego, a co dotyczy Twoich prac. Czemu nie ma komentarzy. Sam Cię nie komentuję, chociaż chyba dwa razy już to uczyniłem, bo tematyka Twoich prac nie jest moją ulubioną. Pozdrawiam i rzeczę uspiechów w rabocie.Miłej Niedzieli i szczęścia w życiu. :smile:

  • AgnessaNovvak

    @AlexAthame - przede wszystkim dziękuję za komentarz i wszelkie zawarte w nim uwagi i sugestie, do których postaram się w miarę możliwości po kolei odnieść.  

    Po pierwsze: staram się, oczywiście w miarę możliwości, podchodzić jak najbardziej uczciwie do własnej twórczości. I dlatego nie mam zamiaru chować się za jakąś fałszywą skromnością, bo o ile mam świadomość własnych wad i niedociągnięć (choćby tego, że nie potrafię pisać dłuższych fabuł, dialogi idą mi jak po grudzie i zbyt często pozwalam sobie na przerost formy nad treścią), o tyle nie będę też udawać, że pisać zupełnie nie umiem. I to nie tylko w porównaniu do podobnych mi naturszczyków, ale i pisarzy bardziej (przynajmniej teoretycznie) profesjonalnych.

    I tutaj wypowiem się na temat wydawania. Wiem, jak to wygląda, i tak naprawdę mogę choćby dziś skontaktować się z jakimś vanity, względnie zamówić usługę redakcji/korekty, po czym samodzielnie zorganizować drukarnię i w ciągu najdalej paru miesięcy cieszyć się papierową wersją swoich tekstów. Pytanie - po co? Czy sam fakt ukazania się mojej twórczości drukiem cokolwiek zmieni? Nieszczególnie. Owszem, może gdyby zechciało mnie jakieś tradycyjne wydawnictwo wraz ze swoim zapleczem dystrybucyjno-reklamowym, ale... po wszystkich próbach wysyłania moich prac na różne konkursy czy inne antologie powiem wprost, że otwarcie odrzuca mnie od polityki wydawniczej. I dotyczy to zarówno wielkich molochów, jak i (znów jedynie teoretycznie) bardziej przyjaznych autorom niewielkich oficyn, bo i jedni, i drudzy traktują twórcę tak naprawdę jako wyrobnika, który ma im dostarczyć konkretny produkt, na którym później możliwie dużo zarobią. Koniec. Równie dobrze mogliby sprzedawać kartofle na targu.

    A na koniec, w kwestii mojej obecności na LOL jako takiej... cóż, to jest dość śliski temat. Jak sam zauważyłeś, mało kto moje teksty czyta, a jeszcze mniej z owych czytelników je komentuje. A powód tego jest banalnie prosty - to, w jaki sposób i o czym piszę, nie do końca podchodzi tutejszej publice. I nie jest to żadna obraza dla kogokolwiek! Po prostu LOL ma inną specyfikę niż na przykład Wattpad, Najlepsze Erotyka czy choćby Pokątne, które są dla mnie głównym miejscem publikacji. I opowiadanie, który w jednym miejscu osiągnie ogromny sukces, w innym może przepaść z kretesem (i odwrotnie). Dlatego traktuję LOL bardziej jako taki backup, z którym po prawdzie nie wiążę zbyt wielkich nadziei. Bo skoro zarówno moje softowe miniaturki, jak i bardziej rozbudowane, dosłowne teksty, spotkały się tutaj z raczej chłodnym przyjęciem, to co mam zrobić? Zacząć kopiować tutejszych topowych autorów? Przepraszam, ale to ani mój styl, ani moja tematyka. I tyle.

    Tak czy inaczej dziękuję raz jeszcze za wszelkie porady i także życzę powodzenia! Nie tylko artystycznego ;)

  • AlexAthame

    @AgnessaNovvak Dzięki.Tobie też :smile:

  • Milenka

    Masz super język i warsztat, umiesz budować fabułę, postacie. Naprawdę szacun, wydałaś coś w tradycyjnym wydawnictwie?

  • AgnessaNovvak

    @Milenka nie. W takim nietradycyjnym też nie i to z wielu różnych względów, zarówno tych typowo literackich, jak i ogólnożyciowych że tak je nazwę. Ale dziękuję za miłe słowa, zwłaszcza że takie teksty jak "Pani w czerni" to bardziej odpryski głównej twórczości, pisane bez specjalnej spiny w wolnych chwilach 😊