Część Trzynasta: Wtorek – Wieczór u Alexa
Alex
Kiedy wyszliśmy ze szkoły, powietrze było jeszcze ciepłe i miękkie – początek września, kiedy lato nie chce odejść, a słońce wciąż grzeje skórę, choć już nie tak mocno jak w lipcu. Ola miała na sobie luźną, kremową sukienkę na ramiączkach, która kończyła się tuż nad kolanami – materiał delikatnie falował przy każdym kroku, odsłaniając jej nogi w sposób subtelny, ale nie prowokujący. Ja wciągnąłem szarą bluzę z kapturem i dresowe spodnie, ale czułem się tak, jakby nagość wciąż była na nas – niewidzialna, ale obecna w każdym spojrzeniu, w każdym kroku.
Wzięliśmy się za ręce od razu, w drzwiach szkoły. Mocno. Palce splecione tak, że nie dało się ich rozdzielić bez bólu. Szliśmy powoli – nie musieliśmy się spieszyć. Dom, w którym mieszkam z rodziną, stał kilka ulic dalej – stary, dwupiętrowy, z dużym ogrodem z tyłu i werandą od frontu. Jakieś dziesięć–dwanaście minut normalnym krokiem. My szliśmy wolniej. Jakby każdy metr był decyzją: idziemy dalej razem, czy jednak się zatrzymamy i zaczniemy krzyczeć, płakać, rzucać sobie w twarz wszystko, co boli.
Przez pierwsze dwie ulice Ola milczała. Tylko ściskała moją dłoń coraz mocniej, jakby bała się, że ją puszczę. W końcu, kiedy mijaliśmy mały skwer z ławką i dwoma latarniami, które dopiero się zapalały, zatrzymała się gwałtownie.
„Alex…” – wyszeptała moje imię tak, jakby bała się, że się rozpadnie, jeśli powie je głośniej.
Zatrzymałem się też. Spojrzałem na nią. W ciepłym świetle zachodzącego słońca jej oczy lśniły – mokre, czerwone, ogromne. Policzki wciąż miała blade, wargi drżały.
„Nie musisz nic mówić teraz” – powiedziałem cicho, choć gardło miałem zaciśnięte. „Nie musisz się tłumaczyć. Chodźmy do domu. Tam… tam będziemy wśród swoich. Tam będziemy mogli oddychać.”
Kiwnęła głową, ale nie ruszyła się z miejsca.
„Boję się” – wyszeptała tak cicho, że prawie nie usłyszałem. „Boję się, że jak wejdziemy… twoja rodzina zobaczy, że płakałam. Że coś jest nie tak. Że zaczną pytać. A ja… ja nie wiem, czy dam radę udawać, że wszystko jest w porządku.”
Jej głos pękł na końcu. Łza spłynęła po policzku, zostawiając mokrą ścieżkę, która szybko wyschła w ciepłym powietrzu.
Objąłem ją mocno – jedną ręką w talii, drugą na karku. Wtuliła twarz w moją szyję. Czułem, jak drży. Czułem jej oddech – szybki, urywany, gorący na mojej skórze.
„Nie musisz udawać” – powiedziałem, choć w środku wciąż bolało jak cholera. „Moja rodzina… oni nie są tacy. Nie będą cię osądzać. Jeśli zobaczą, że płaczesz, to cię przytulą. Jeśli zobaczą, że jesteś rozbita, to cię wesprą. Nie musisz się przed nimi chować. Nie przede mną. Nie przed nimi.”
Podniosła głowę. Patrzyła na mnie z taką rozpaczą, że aż serce mi się ścisnęło.
„Ale ja… ja pozwoliłam mu… ja chciałam… przez sekundę chciałam. I to jest najgorsze. Że przez sekundę zapomniałam o tobie. Że moje ciało… że ono zareagowało na kogoś innego. I boję się, że ty to widzisz. Że widzisz mnie jako… jako kogoś, kto może tak po prostu… z kimś innym.”
Milczałem chwilę. Potem westchnąłem – ciężko, jakby całe powietrze z płuc wychodziło razem z bólem.
„Widzę. Widziałem. I to boli. Cholernie boli. Ale Ola… ja też nie jestem święty. Też miałem chwile, kiedy patrzyłem na inne dziewczyny i myślałem: 'a co jeśli…'. Też czułem ciekawość. Też się bałem, że nie wytrzymam. Program nas wszystkich testuje. Nie tylko ciała. Też serca. Też zaufanie. I my… my przeszliśmy ten test. Bo mimo wszystko tu jesteśmy. Trzymamy się za ręce. Idziemy do domu. Razem. I to jest ważniejsze niż jedna głupia chwila w schowku.”
Znowu kiwnęła głową – słabo, ale zdecydowanie.
„Boję się, co będzie w domu” – wyszeptała. „Boję się, że twoja mama zapyta, dlaczego mam czerwone oczy. Że Monika zacznie żartować, a ja się rozpadnę. Że Jagoda zobaczy i będzie się śmiać. Że wszyscy zobaczą, że coś jest nie tak.”
„Jeśli zobaczą – to zobaczą” – powiedziałem spokojnie. „I jeśli będą pytać – to im powiemy. Albo nie. To nasza decyzja. Ale nie będziesz sama. Nigdy nie będziesz sama.”
Ruszyliśmy dalej. Ulica była ciepła i cicha – tylko my, latarnie, które dopiero się zapalały, i ciche echo naszych kroków. Po chwili Ola zaczęła mówić – cicho, urywanie, jakby każde słowo kosztowało ją wysiłek.
„Wiesz… kiedy Kasia powiedziała to o solidarności… kiedy wszystkie się rozebrały… poczułam coś, czego nie czułam od rana. Że nie jestem sama. Że ktoś mnie widzi. Naprawdę widzi. Nie jako 'tę z programu', tylko jako Olę. I to było… piękne. Naprawdę piękne. Ale potem… pod prysznicem… kiedy Piotr podszedł… coś we mnie pękło. Jakby ciekawość, która cały dzień we mnie siedziała, nagle wybuchła. Pomyślałam: 'a co jeśli…'. I to 'co jeśli' wygrało. Na kilka minut. I nienawidzę siebie za to.”
Zatrzymałem się znowu. Odwróciłem ją do siebie.
„Ola… popatrz na mnie.”
Podniosła wzrok – oczy mokre, wargi drżały.
„Ja też nienawidzę siebie za to, że nie wbiegłem tam szybciej. Że nie krzyknąłem. Że stałem i patrzyłem. Że pozwoliłem, żeby to trwało. Też mam w sobie to 'co jeśli'. Też się boję. Ale wiesz co? To normalne. Jesteśmy w piekle. W piekle, które nazywa się program. I czasem… czasem się potykamy. Ale najważniejsze jest to, co robimy potem. A potem… potem biegniemy do siebie. Prawda?”
Kiwnęła głową. Słabo, ale zdecydowanie.
„Prawda.”
Ruszyliśmy dalej. Mijaliśmy kolejne ulice – znajome, ciche, z oknami, w których paliło się światło. W końcu dotarliśmy pod dom. Stary, dwupiętrowy, z dużym ogrodem z tyłu i werandą od frontu. Ogród był jeszcze zielony, trawa nie zdążyła pożółknąć, róże kwitły ostatnimi kwiatami lata. W oknach paliło się światło – ciepłe, żółte, domowe.
Otworzyłem drzwi. W przedpokoju pachniało obiadem – chyba gulasz, mama robiła go w dużych ilościach. Ola zatrzymała się w progu, jakby bała się wejść.
„Chodź” – powiedziałem cicho. „To mój dom… może być twoim, naszym jeśli chcesz.”
Weszła, zdjeliśmy buty. W salonie siedzieli rodzice i moje dwie siostry. Mama w luźnej koszulce i legginsach, tata w starym T-shircie i dresach. Monika – starsza o cztery lata, 22-letnia studentka psychologii, długie ciemne włosy, spokojna, ale z figlarnym błyskiem w oku – siedziała na kanapie w luźnym, oversize'owym T-shircie, stringach i wysokich skarpetkach sportowych, z kubkiem herbaty w ręku. Jagoda – młodsza ode mnie o rok, blondynka z krótką grzywką, energiczna i trochę zadziorna – leżała na dywanie w podobnym stroju: luźny T-shirt, stringi i skarpetki, z telefonem w ręku. W domu od lat panuje luźna atmosfera, zwłaszcza wieczorami.
„Cześć wszystkim” – powiedziałem, wprowadzając Olę do środka. „To jest Ola. Olu, poznaj proszę, to moja mama Sandra i tata Marek, siostra Monika i ta mała irytująca to moja młodsza siostra Jagoda.”
Mama wstała pierwsza, podeszła i delikatnie objęła Olę – krótko, ale ciepło.
„Witaj, Ola. Miło cię widzieć na żywo, a nie tylko opierać się na tym co usłyszeliśmy od Alexa i Jagody. Siadaj, kochana, wyglądasz na zmęczoną.”
Tata kiwnął głową z uśmiechem, podnosząc się z fotela.
„Cześć, Ola. Siadajcie. Opowiadajcie, jak minął wam dzień.”
Monika odstawiła kubek i klasnęła w dłonie.
„No proszę, para z programu w końcu dotarła! Wytrzymaliście drugi dzień? Bo ja wam powiem – jak patrzyłam rano na wasze live’y z korytarza, to myślałam, że zaraz się rozpadniecie ze wstydu. A wy stoicie tu jak królowie i królowa. Szacun!”
Jagoda podniosła się z dywanu, usiadła po turecku i kiwnęła głową entuzjastycznie.
„Mega! Widziałam was rano jak się rozbieraliście – to było epickie! Ludzie w szkole gadali o was przez cały dzień. Jedna dziewczyna powiedziała, że Ola wygląda jak modelka, a Alex jak taki… no wiesz, typ, co udaje twardziela, ale w środku jest miękki. I miała rację!”
Ola zaśmiała się cicho, choć głos jej drżał.
„Dzięki… staram się. Ale… było intensywnie. Rozbieranie, ulgi… wszystko według programu. Ale… tak, było parę momentów, kiedy myślałam, że nie dam rady.”
Monika kiwnęła głową zrozumiale.
Jagoda dodała z szerokim uśmiechem.
„A jak Kuba? Widziałam, jak patrzył na was na korytarzu – oczy mu się świeciły. Myślę, że wpadłaś mu w oko, albo oboje jednocześnie.”
Ola uśmiechnęła się blado.
„Kuba… on jest w porządku. Pomógł mi dzisiaj… ale to inna historia.”
Mama spojrzała na Olę ciepło.
„Jeśli chcecie opowiedzcie nam o swoim dniu – słuchamy. Jeśli nie – też dobrze. W międzyczasie zrobić wam herbatę? Albo coś słodkiego? Mam ciasto czekoladowe w kuchni.”
Ola kiwnęła głową.
„Herbata… byłaby super. Dziękuję.”
Mama poszła do kuchni, tata usiadł bliżej, patrząc na nas z troską.
Jagoda nie mogła się powstrzymać.
„Ej, Ola, serio pytam – jak to jest być nago na lekcjach? Bo ja w przyszłym roku też będę w programie i już się nie mogę doczekać. Wyobrażam sobie, że wszyscy będą patrzeć na mnie jak na najcenniejszy eksponat, a potem nagle wszyscy będą udawać, że to przecież zupełnie normalne. A najfajniejsze będą pewnie męskie prysznice po wf-ie? Ja już sobie wyobrażam, jak będę stała w kolejce i patrzyła na chłopaków jak na menu w restauracji. ‘O, ten wygląda smacznie…’”
Mama wróciła akurat z tacą – herbata, ciasto, kubki – i rzuciła Jagodzie spojrzenie, które mogłoby stopić stal.
„Jagoda. Wystarczy.”
Jagoda przewróciła oczami, ale z uśmiechem.
„No co? Przecież to prawda! Wszyscy będą nago, to co, mam udawać, że nie patrzę? To jak zakaz patrzenia na tort w cukierni. Niemożliwe!”
Mama postawiła tacę na stole, położyła dłoń na ramieniu Jagody – nie mocno, ale stanowczo.
„Można patrzeć. Można nawet podziwiać. Ale nie traktuje się ludzi jak menu. To są ludzie, nie jedzenie. I nie każdy w programie chce być obiektem czyichś fantazji. Pamiętaj o tym, zanim zaczniesz żartować w szkole.”
Jagoda westchnęła teatralnie, ale kiwnęła głową.
„Dobra, dobra… przepraszam, Ola. Nie chciałam cię przestraszyć. Po prostu… no wiesz, to brzmi jak najdziwniejszy i najfajniejszy eksperyment życia. Ale obiecuję, że nie będę traktować nikogo jak deser.”
Ola uśmiechnęła się blado.
„Spoko… ja przyznam, że na początku nie byłam tak entuzjastycznie nastawiona jak ty. Myślałam, że to będzie… no wiesz... straszne, że nie dam rady. A potem okazało się, że w tym wszystkim odnalazłam Alexa. I nie jest już tak strasznie.”
Mama usiadła obok Oli, położyła jej dłoń na kolanie.
„I właśnie dlatego tu jesteśmy. Żebyście nie musieli tego przeżywać sami.”
Rozmowa szybko przeszła na poważniejsze tory. Ola zaczęła płakać – cicho, ale nie potrafiła się powstrzymać. Opowiadała o Piotrze i schowku – urywanie, ze łzami, z drżącym głosem. Rodzice słuchali spokojnie. Mama wzięła ją za rękę, tata położył dłoń na ramieniu mamy – delikatnie, czule.
Mama westchnęła cicho, spojrzała na tatę, potem znowu na Olę.
"Opowiem wam coś o nas."
„My poznaliśmy się w liceum – tak samo jak wy. W drugiej klasie. Oboje byliśmy trochę zagubieni, trochę ciekawi świata, siebie nawzajem. Zaczęło się od ukradkowych spojrzeń na lekcjach, od wspólnych spacerów po lekcjach, od pierwszych nieśmiałych pocałunków za szkołą. Odkrywaliśmy się nawzajem – powoli, ostrożnie, ale z taką intensywnością, że cały świat wokół przestawał istnieć. Byliśmy nierozłączni. Razem chodziliśmy na wagary, razem uczyliśmy się do matury, razem marzyliśmy o przyszłości. I kiedy przyszła matura – oboje dostaliśmy się na te same studia. Wyjechaliśmy razem do Krakowa. Chcieliśmy, żeby to był nasz czas – tylko my dwoje. Bez nikogo innego. Bez pokus. Bez wątpliwości.”
Tata kiwnął głową, głos miał spokojny, ale głęboki.
„I przez pierwsze miesiące tak było. Mieszkaliśmy w jednym akademiku, chodziliśmy na te same wykłady, spaliśmy w jednym łóżku. Było pięknie. Intensywnie. Jakby cały świat należał tylko do nas. Ale potem… studia to studia. Nowi ludzie, nowe towarzystwo, imprezy, wyjazdy integracyjne. Zobaczyliśmy, jak nasi znajomi żyją. Jak korzystają z młodości. Jak eksperymentują. Jak się bawią. I nagle zaczęło się to pytanie: ‘a co jeśli…’. Co jeśli my też kiedyś spróbujemy? Co jeśli to nie zdrada, tylko… doświadczenie? Co jeśli ciało potrzebuje czegoś więcej niż jedna osoba, a serce wciąż kocha tę samą?”
Mama uśmiechnęła się smutno, przejęła opowieść.
„I to ‘co jeśli’ się stało. Jedno z nas… z ciekawości, pod wpływem tego, co widzieliśmy wokół, spróbowało. Za plecami drugiego. Nie powiem, które – to już nie ma znaczenia. Ważne jest, że stało się. I potem… potem przyszedł najtrudniejszy czas w naszym życiu. Poczucie winy, zawód... złość ość... płacz... krzyki. Prawie się rozstaliśmy... prawie. Bo każde z nas czuło, że zdradziło nie tylko ciało, ale i duszę tej drugiej osoby.”
Tata spojrzał na mamę – z czułością, ale i z cieniem dawnego bólu.
„Ale nie rozstaliśmy się. Bo w końcu zaczęliśmy rozmawiać. Naprawdę rozmawiać... bez kłamstw... bez oskarżeń... bez udawania, że nic się nie stało. Powiedzieliśmy sobie wszystko – co czuliśmy, czego się baliśmy, czego pragnęliśmy. I wtedy wyszło na jaw, że oboje mamy fantazje. Że oboje myślimy o tym samym: co by było, gdybyśmy spróbowali. Nie za plecami... tylko razem... za zgodą... i przede wszystkim szczerze. Bo jeśli nie teraz – kiedy jesteśmy młodzi, kiedy mamy energię, ciekawość, czas – to kiedy?”
Mama spojrzała na Olę – ciepło, bez osądu.
„Z czasem doszliśmy do wniosku, że seks z innymi może być przyjemny. Że ciało czasem potrzebuje dotyku, nowości, ulgi. Ale to nie zmienia tego, co mamy między nami. Bo seks z kimś, kogo kochasz – to namiętność. To uczucie. To bliskość, której nie da się porównać z niczym innym. I tak zostało. Nie ukrywamy niczego przed sobą. Nie zamykamy uczuć ani potrzeb w pudełku. Mówimy o wszystkim. Nawet o tym, co boli. Nawet o tym, czego pragniemy. I to nas trzyma razem. Silniej niż kiedykolwiek.”
Ola otarła łzy – już nie tak gwałtownie, już spokojniej.
„Dziękuję… naprawdę. Nie wiem, co powiedzieć. Ale… dziękuję, że nie osądzacie. Że nie patrzycie na mnie jak na… jak na kogoś, kto zawiódł.”
Mama uśmiechnęła się miękko.
„Nie zawiodłaś. Zawiodłaś tylko oczekiwania, które sama sobie narzuciłaś. A one nie są ważne. Ważne jest to, co czujesz teraz. I to, co zrobicie jutro.”
Tata dodał cicho:
„Jeśli będziecie chcieli porozmawiać – o czymkolwiek – drzwi są otwarte. Zawsze.”
Ola kiwnęła głową. Wstała powoli.
„Chodź, pokażę ci mój pokój” – powiedziałem cicho.
Zaprowadziłem ją na poddasze – mam tam oddzielny pokój z pochyłym sufitem, dużym łóżkiem, biurkiem i małą prywatną łazienką z prysznicem.
Monika krzyknęła z dołu:
„Ja mam sypialnię w piwnicy – też z własną łazienką. I co najlepsze – drugie wejście od ogrodu. Czasami się przydaje, jak ktoś nie chce, żeby rodzice widzieli, o której wraca.”
Zaśmiała się głośno, a my z Olą też się uśmiechnęliśmy.
Ola
Szliśmy schodami na górę – powoli, krok za krokiem. Alex szedł przede mną, trzymając moją dłoń, ale czułam, że to ja lekko go powstrzymuję, bo nogi miałam jak z waty. Każdy stopień wydawał się wyższy niż poprzedni. W głowie wciąż miałam głosy z salonu – ciepłe, spokojne, bez osądu. Mama, która wzięła mnie za rękę. Tata, który kiwał głową, jakby rozumiał więcej, niż powiedział. Monika i Jagoda – one nie udawały, że nic się nie stało, ale też nie robiły z tego dramatu. To było… dziwne. Dziwnie dobre. Jakby ktoś powiedział: „widzimy cię i nie uciekamy”.
Zanim zdążyliśmy wejść do pokoju Alexa, z dołu dobiegł głos Moniki – głośny, ale ciepły, z nutą figlarności, która zawsze była jej znakiem rozpoznawczym.
„Hej, wy tam na górze! Czekajcie chwilę!”
Zatrzymaliśmy się na półpiętrze. Monika wbiegła po schodach – w tym swoim luźnym T-shircie, włosy rozpuszczone, w ręku trzymała telefon i butelkę wody mineralnej. Zatrzymała się dwa stopnie niżej, patrząc na nas z uniesioną brwią i lekkim uśmiechem.
„Ola, serio – nie uciekaj tak szybko” – powiedziała, zniżając głos, żeby nie słyszeli rodzice na dole. „Chciałam cię na sekundę złapać samą. Bez Alexa, bez mamy, bez taty. Tylko my.”
Spojrzałam na Alexa. Kiwnął głową – bez słowa, bez zazdrości.
„Ok, porozmawiajcie sobie. Ja poczekam w pokoju” – powiedział cicho i wszedł na górę, zostawiając nas same na schodach.
Monika usiadła na stopniu. Poklepała miejsce obok siebie. Usiadłam – wciąż trochę sztywno, wciąż z tym uczuciem, że wszyscy widzą, jak bardzo jestem rozbita.
„Słuchaj…” – zaczęła Monika, patrząc mi prosto w oczy. „Ja wiem, co się dziś stało. Nie wszystko, ale wystarczająco dużo. Alex mi napisał w skrócie, kiedy szliście. I Jagoda widziała co nieco. Więc… nie będę udawać, że nic się nie stało.”
Zacisnęłam usta. Czułem, jak łzy znowu napływają.
„Ale chcę ci powiedzieć jedną rzecz” – kontynuowała Monika, kładąc dłoń na moim przedramieniu. „Byłam w podobnym programie dwa lata temu. Nie dokładnie takim samym, ale… bardzo podobnym. Codzienne rozbieranie, publiczne wszystko, zero granic. Płakałam po lekcjach w toalecie. Myślałam, że się rozpadnę. Że już nigdy nie będę mogła spojrzeć na siebie w lustrze bez obrzydzenia. Że nikt mnie już nie pokocha normalnie.”
Jej głos był spokojny, ale w oczach miała coś, co znałam aż za dobrze – echo tamtego bólu.
„I wiesz co?” – ciągnęła. „Przetrwałam. Nie dlatego, że byłam silna. Dlatego, że miałam ludzi, którzy mi nie odpuszczali. Którzy mówili: 'jesteś nadal Moniką'. Którzy mnie przytulali, nawet kiedy śmierdziałam potem i wstydem. Którzy nie pytali 'jak było', tylko 'jak się czujesz'. I to wystarczyło.”
Przełknęłam ślinę.
„A ty… ty nie jesteś sama” – powiedziała cicho. „Masz Alexa. Masz nas. I masz mnie. Jeśli będziesz chciała pogadać – serio pogadać, nie tylko 'wszystko będzie dobrze' – to przychodź do mnie do piwnicy. Drzwi zawsze otwarte. Nawet o trzeciej w nocy. Nawet jak będę z kimś. Wyrzucę delikwenta przez okno, jeśli trzeba.”
Uśmiechnęła się lekko, ale oczy miała poważne.
„I jeszcze jedno. Widziałam, jak patrzysz na Alexa. Widziałam, jak on patrzy na ciebie. To nie jest tylko seks w programie. To jest prawdziwe. Trzymaj się tego. Nie daj, żeby program ci to odebrał.”
Zatrzymała się na chwilę, spojrzała w dół schodów, jakby sprawdzała, czy nikt nie słucha. Potem zniżyła głos jeszcze bardziej.
„Ola… posłuchaj mnie bardzo uważnie. Alex… on jest dla mnie nadal młodszym braciszkiem. Wiem, że teraz jesteście w samym środku tego piekła, że oboje jesteście rozbici, że oboje macie w głowie milion myśli. Ale proszę cię… uważaj na niego. On wygląda na twardziela, ale w środku jest miękki jak dzieciak. Jeśli go skrzywdzisz – nawet nieświadomie, nawet przez przypadek – on tego nie pokaże. Będzie się uśmiechał, będzie mówił, że wszystko w porządku, ale w środku będzie krwawił. I ja tego nie zniosę. Więc proszę cię… jak już jesteście razem w tym wszystkim, trzymaj go mocno. Nie puszczaj. Nie rób mu krzywdy. Bo on cię kocha tak, że oddałby za ciebie wszystko. I ja chcę, żeby był szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.”
Jej głos się załamał na końcu. Oczy miała szkliste, wargi drżały. Widziałam, jak walczy, żeby nie rozpłakać się na głos.
Słuchałam jej i czułam, jak coś we mnie pęka – nie z bólu, ale z nagłego, miażdżącego poczucia winy i odpowiedzialności. Bo ona miała rację. Alex nigdy nie pokazywał, jak bardzo go boli. Zawsze był tym silnym, tym, który mnie podnosił, który mówił „wszystko będzie dobrze”. Ale ja wiedziałam. Widziałam te drobne momenty – jak zaciskał szczękę, kiedy ktoś na korytarzu rzucił sprośny komentarz, jak odwracał wzrok, kiedy patrzyłam na niego zbyt długo, jakby bał się, że zobaczę, jak bardzo się boi, że mnie straci.
Łzy popłynęły mi po policzkach – gorące, niepowstrzymane. Głos mi się łamał, kiedy próbowałam mówić.
„Monika… ja… ja nie chcę go skrzywdzić. Nigdy. Wiesz… kiedy dziś myślałam, że już wszystko stracone… to jedyna rzecz, która mnie trzymała, to myśl o nim. O tym, że wrócę do niego i on mnie przytuli, że on mnie nie odrzuci, wciąż będzie mnie chciał. I ja… ja chcę być dla niego taka sama. Chcę, żeby czuł się bezpiecznie, aby wiedział, że ja też oddałabym za niego wszystko. Żeby nie musiał się bać, że go zostawię, że go skrzywdzę. Bo ja… ja go kocham tak mocno, że czasem aż mnie to przeraża. Boję się, że jeśli kiedyś zrobię coś źle… to on się zamknie... przestanie mi ufać, przestanie wierzyć, że jest dla mnie najważniejszy. A ja… ja nie przeżyję, jeśli on kiedyś spojrzy na mnie tak, jakby już nie wierzył, że go kocham.”
Szlochałam już otwarcie, chowając twarz w dłoniach. Głos mi drżał, słowa wychodziły urywane.
„Obiecuję ci, Monika. Obiecuję… Nie skrzywdzę go… już nigdy.”
Głos mi się załamał na tym „już nigdy”. To słowo zabolało mnie samą – bo przypominało mi o tym, co stało się dzisiaj, o tej jednej chwili słabości, która prawie wszystko zniszczyła.
Monika objęła mnie mocno – tak mocno, że zabrakło mi tchu. Wtuliłam się w nią, szlochając na jej ramieniu jak małe dziecko.
„Wiem… wiem, że nie chcesz” – wyszeptała, sama drżąc. „Widzę to w tobie. Widzę, jak na niego patrzysz. I wierzę ci. Wierzę, że go kochasz tak samo mocno, jak on ciebie.”
Odsunęła się trochę, otarła mi łzy kciukami – delikatnie, siostrzanie.
„Idź do niego. Przytul go mocno. Powiedz mu, że go kochasz. Że zawsze będziesz przy nim. A jak będzie źle… wiesz, gdzie mnie znaleźć. Ja też będę przy was. Zawsze.”
Kiwnęłam głową, wciąż drżąc. Monika pocałowała mnie w czoło – delikatnie, ciepło – i zeszła na dół.
Weszłam do pokoju Alexa.
Alex siedział na łóżku. Spojrzał na mnie – bez słów, bez pośpiechu. Tylko czekał.
Podeszłam powoli. Spojrzałam mu w oczy – już bez łez, ale z taką tęsknotą, że aż zabrakło mi tchu.
Sięgnęłam do plecaka stojącego przy łóżku. Wyjęłam telefon – ekran był popękany, ale wciąż działał.
„Muszę zadzwonić do Ani” – powiedziałam cicho. „Ona nie wie, gdzie jestem. Będzie się martwić.”
Alex kiwnął głową.
„Jasne. Dzwon.”
Wybrałam numer. Ania odebrała po drugim sygnale – w tle muzyka i śmiechy.
„Ola! No nareszcie! Gdzie ty zniknęłaś? Cały dzień zero kontaktu, myślałam, że cię porwali kosmici albo coś!”
Uśmiechnęłam się mimo woli – jej ton był lekki, żartobliwy.
„Jestem u Alexa” – odpowiedziałam. Głos mi drżał tylko trochę.
Ania zagwizdała.
„Uuu, u Alexa! No proszę, proszę! To brzmi jak soczysty news. Czekaj, czekaj… ty tam zostajesz na noc?”
Spojrzałam na Alexa. Siedział obok, patrzył na mnie z czułością.
„Jeszcze nie wiem” – odpowiedziałam szczerze. „Może tak. Może zostanę. Nie wiem jeszcze. Ale… czuję się tu bezpiecznie. Chyba zostanę.”
Ania zachichotała.
„No to spoko, nie spiesz się z decyzją. Ale serio – jak będziesz chciała wracać, to pisz. Przyjadę po ciebie nawet o trzeciej nad ranem z pizzą i winem. Albo bez wina, jak wolisz wersję 'siostrzaną'. A tak w ogóle – czekam na soczyste newsy ze szkoły. Co tam się działo? Dawaj plotki!”
Zaśmiałam się cicho – pierwszy raz od rana.
„Dzięki, Ania. Kocham cię. Naprawdę. Bez ciebie bym chyba zwariowała dzisiaj. Trochę się wydarzyło, porozmawiamy o tym w domu.”
„Ja ciebie też, głupia. Daj znać, co postanowiłaś. I… baw się dobrze, co? Zasługujesz na to po takim dniu.” – rzuciła z figlarnym, ale ciepłym tonem i się rozłączyła.
Odłożyłam telefon na szafkę nocną. Spojrzałam na Alexa.
„Mogę wziąć prysznic sama? Proszę” – wyszeptałam, patrząc na niego błagalnie. „Czuję się brudna. Tak naprawdę brudna. Muszę z siebie zmyć ten dzień… zmyć go z siebie. Cały ten dotyk, te spojrzenia, ten smród wstydu. Proszę.”
Kiwnął głową – bez wahania, bez pytań.
„Oczywiście. Idź. Ręczniki są w szafce. Weź tyle czasu, ile potrzebujesz.”
Weszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi na klucz – cichy klik sprawił, że odetchnęłam z ulgą, jakby ktoś właśnie postawił mur między mną a całym światem. Odkręciłam wodę – najgorętszą, jaką mogłam znieść. Para natychmiast wypełniła małe pomieszczenie, zaparowała lustro, zamazała moje odbicie. Stałam pod strumieniem nieruchomo przez długą chwilę, pozwalając, żeby woda lała mi się po twarzy, po włosach, po ramionach, po piersiach. Gorąco parzyło skórę, wchodziło głęboko w mięśnie, jakby chciało wypalić wszystko, co się we mnie zalęgło – każdy niechciany dotyk, każde spojrzenie, które czułam na sobie przez cały dzień, każdy szept, który brzmiał jak oskarżenie.
Ręce same zaczęły się poruszać. Najpierw ramiona – myłam je powoli, mocno, palcami wcierałam żel w skórę, jakby chciałam zetrzeć niewidzialne odciski palców Piotra. Potem szyja, dekolt – sutki stwardniały od gorąca i tarcia, ale to nie było podniecenie. To był ból. To była walka. To było wołanie: „to moje ciało, moje, nie wasze”.
Schodziłam niżej. Brzuch, biodra, pośladki – myłam je z taką siłą, że skóra zaczęła piec. Między nogami – bardzo dokładnie, prawie agresywnie, jakby chciałam wymazać każdy centymetr, który dzisiaj został naruszony, każdy moment, kiedy czułam się bezbronna. Łzy płynęły razem z wodą – gorące, słone, nie do powstrzymania. Szlochałam cicho, potem głośniej, potem krzyczałam – bez słów, samym gardłem, samym bólem.
W pewnym momencie nogi ugięły się pode mną. Osunęłam się na kafelki, usiadłam pod strumieniem, kolana pod brodą, woda lała mi się na głowę, po plecach, po twarzy. Trzęsłam się cała – z zimna, z gorąca, z emocji. Głos mi się załamał, kiedy wyszeptałam w pustkę łazienki:
„To moje… moje… nikt nie ma prawa…”
I wtedy coś we mnie pękło. Nie z rozpaczy. Z ulgi. Z gniewu, który wreszcie znalazł ujście. Zrozumiałam, że mogę to powiedzieć. Że moje „nie” nie zniknęło. Że wciąż istnieje – we mnie, w moim ciele, w moim głosie. Że nawet jeśli ktoś je zignorował, to nie znaczy, że przestało być prawdziwe.
Myłam włosy bardzo długo – wcierałam szampon, masowałam skórę głowy palcami, jakby chciałam wymasować z niej wszystkie obrazy, wszystkie słowa, wszystkie spojrzenia. Spłukiwałam pianę raz po raz, aż woda spływała czysta, aż poczułam, że skóra oddycha, że ja oddycham.
W końcu wyłączyłam wodę. Stałam chwilę w ciszy, ociekając, drżąc lekko – nie z zimna, tylko z tego, co właśnie się we mnie uwolniło. Owinęłam się dużym białym ręcznikiem Alexa – pachniał nim, praniem, bezpieczeństwem, domem. Przycisnęłam go do twarzy i wzięłam głęboki wdech. Pachniał nadzieją.
Wyszłam z łazienki. Włosy mokre, skóra zaróżowiona, oczy wciąż czerwone, ale już spokojniejsze. Czułam się… lżejsza. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar, którego nie byłam świadoma.
Alex siedział na łóżku, cały czas w tej samej pozycji, czekał na mnie.
Podeszłam powoli. Ręcznik lekko się zsunął, odsłaniając prawą pierś. Nie poprawiłam go.
Spojrzałam mu w oczy – już bez łez, ale z taką tęsknotą, że aż zabrakło mi tchu.
„Chcę cię poczuć” – wyszeptałam. „Chcę, żebyś mnie dotknął. Żebyś mi przypomniał, że jestem czysta. Że jestem twoja.”
Ręcznik opadł na podłogę. Stałam przed nim naga, mokra, pachnąca jego zapachem. Przyciągnął mnie do siebie powoli, jakby bał się, że się rozpadnę. Nasze ciała zetknęły się – jego ubranie jeszcze na nim, moja skóra wciąż ciepła i wilgotna od prysznica. Poczułam bicie serca przez materiał bluzy – szybkie, mocne, takie samo jak moje.
Pocałowaliśmy się – najpierw delikatnie, badawczo, jakby sprawdzaliśmy, czy wciąż potrafimy. Potem głębiej. Głodniej. Języki splotły się, smakowały siebie nawzajem – smak soli moich łez, smak jego oddechu, smak nas obojga. Jego ręce objęły moją talię, przyciągnęły bliżej. Poczułam twardość przez materiał spodni – dowód, że mnie pragnie, że wciąż jestem dla niego pożądana.
Westchnęłam mu w usta.
„Dotknij mnie…” – wyszeptałam między pocałunkami.
Jego dłonie powędrowały w górę – po bokach tułowia, po żebrach, aż do piersi. Objął je delikatnie, kciukami przejechał po sutkach – twardych, wrażliwych po gorącej wodzie. Jęknęłam cicho, wyginając się w jego stronę. Pocałował moją szyję – powoli, zostawiając mokre ślady. Potem obojczyki, linię dekoltu. Kiedy jego usta zamknęły się na sutku, sapnęłam głośno. Ssał delikatnie, potem mocniej, językiem krążąc wokół, lekko przygryzając. Drugą piersią zajął się ręką – masował, ugniatał, drażnił sutek między palcami.
Moje ręce wplotły się w jego włosy. Przyciągnęłam go bliżej. Biodra same zaczęły się poruszać – szukały tarcia, szukały jego twardości. Poczułam, jak jego dłoń zsuwa się niżej – po brzuchu, po biodrach, między uda. Palce rozchyliły wargi sromowe – byłam mokra, gotowa, nabrzmiała. Znalazł łechtaczkę – delikatnie ją musnął, potem zaczął masować okrężnymi ruchami. Powoli, ale zdecydowanie. Jęczałam coraz głośniej – biodra unosiły się do jego ręki, szukały więcej.
„Alex…” – wyszeptałam jego imię jak modlitwę.
Podniósł głowę, spojrzał mi w oczy – ciemne, pełne pożądania, ale też czułości.
„Jesteś moja” – powiedział cicho, ale stanowczo. „Tylko moja.”
Zdjął bluzę – szybko, jednym ruchem. Potem spodnie i bokserki. Stał przede mną nagi – twardy, gotowy, piękny. Przyciągnął mnie znowu. Upadliśmy na łóżko – ja na plecach, on nade mną. Jego ciało przykryło moje – ciężar bezpieczny, znajomy, kochany.
Całował moją szyję, obojczyki, piersi – powoli, czule, jakby chciał każdą komórką mojej skóry przypomnieć sobie, że należą do niego. Jęknęłam, kiedy jego usta znowu zamknęły się na sutku – ssał mocniej, językiem drażnił, lekko przygryzał. Drugą piersią zajął się ręką – ugniatał, masował, szczypał sutek na tyle mocno, że przeszył mnie dreszcz przyjemności pomieszanej z lekkim bólem.
Jego dłoń zsunęła się niżej – po brzuchu, po biodrach, między uda. Palce znowu znalazły łechtaczkę – masowały ją wolno, ale pewnie. Drugą ręką rozchylił moje nogi szerzej. Poczułam jego palce przy wejściu – jeden wsunął się powoli, potem drugi. Poruszał nimi w środku – głęboko, rytmicznie, jednocześnie kciukiem drażniąc łechtaczkę. Jęczałam coraz głośniej – biodra unosiły się do jego ręki, szukały więcej.
„Proszę…” – wyszeptałam. „Chcę cię w sobie…”
Wysunął palce. Poczułam główkę jego penisa przy wejściu – gorącą, twardą, mokrą od moich soków. Wszedł powoli – centymetr po centymetrze. Jęknęłam głośno – nie z bólu, tylko z ulgi, z poczucia, że wreszcie jestem z nim. Był gruby, twardy, wypełniał mnie całą. Zatrzymał się na chwilę – pozwolił mi poczuć go w pełni, poczuć, jak idealnie do mnie pasuje.
Potem zaczął się poruszać – wolno, głęboko, rytmicznie. Każde pchnięcie było jak obietnica: „jestem tu, nie odejdę, kocham cię”. Moje biodra unosiły się do niego, spotykały go w połowie drogi. Moje paznokcie zostawiały głębokie ślady na jego plecach. Oddychałam szybko, urywanie, jęcząc przy każdym ruchu.
Jego usta znowu znalazły moje – całowaliśmy się zachłannie, języki splotły się, smakowaliśmy siebie nawzajem. Jedną ręką podparł się nade mną, drugą złapał moją pierś – masował sutek kciukiem, lekko szczypał. Drugą ręką zsunął się niżej – palce znowu znalazły łechtaczkę, masowały ją szybko, mocno, idealnie. Czułam, jak napięcie rośnie – gorące, palące, nie do wytrzymania.
„Alex… mocniej…” – wyszeptałam, nie panując już nad głosem.
Przyspieszył – pchnięcia stały się głębsze, szybsze, mocniejsze. Łóżko zaskrzypiało pod nami, ale nie obchodziło nas to. Moje nogi oplotły jego biodra, przyciągając go jeszcze bliżej. Moje paznokcie zostawiały głębokie ślady na jego plecach. Jęczałam głośno – jego imię, prośby, westchnienia – wszystko mieszało się w jedno. Czułam, jak orgazm zbliża się wielkimi falami – napięcie w dole brzucha rosło, mięśnie zaciskały się coraz mocniej, oddech stawał się urywany.
„Dojdź dla mnie” – szepnął mi do ucha, głosem niskim, chropowatym, pełnym pożądania. „Chcę cię poczuć. Chcę, żebyś krzyczała moje imię.”
To wystarczyło. Orgazm przyszedł nagle, mocno, falami – całe ciało zadrżało, cipka zacisnęła się wokół niego rytmicznie, mocno, jakby chciała go zatrzymać na zawsze. Krzyknęłam jego imię – głośno, bezwstydnie, drżąc pod nim. Fale rozchodziły się po całym ciele – od podbrzusza, przez brzuch, piersi, aż do opuszków palców. Trwało to długo – dłużej niż zwykle – jakby całe napięcie dnia eksplodowało we mnie naraz.
On nie przestał – przyspieszył jeszcze bardziej. Kilka mocnych, głębokich pchnięć – poczułam, jak twardnieje we mnie jeszcze bardziej, jak pulsuje. Jęknął moje imię – chrapliwie, gardłowo – i doszedł we mnie – gorąco, głęboko, wypełniając mnie całą. Jego sperma była ciepła, gęsta, wlewała się we mnie falami. Trzymał mnie mocno, wtulił twarz w moją szyję, drżał razem ze mną.
Leżeliśmy splątani, spoceni, oddychając ciężko. Jego penis wciąż był we mnie – powoli miękł, ale nie wychodził. Czułam, jak ciepła sperma wycieka powoli, spływa po udach. To nie było obrzydliwe. To było… nasze.
„Kocham cię” – wyszeptałam, tuląc go mocno.
„Ja ciebie bardziej” – odpowiedział, całując mnie w skroń.
Wtuliłam się w niego mocniej – policzkiem do jego piersi, nogą przerzuconą przez jego biodro. Słuchałam bicia jego serca – spokojnego, równego, uspokajającego. Moje powieki robiły się ciężkie. Ciepło jego ciała, zapach jego skóry, rytm jego oddechu… wszystko to w końcu mnie pokonało. Zasnęłam wtulona w Alexa – bezpieczna, kochana, wreszcie spokojna.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
4 komentarze
Qaas
Super jak poprzednie części.
Czekam na kolejne Naprawdę Mega
Kriss
Czwarta cześć sprawiała wrażenie, że kończy się energia, ale ta przeczy temu uczuciu. Jedna rzecz - męczące dla czytelnika jest nagminne, trzykrotne używanie przymiotów. O ile w krytycznych momentach buduje lepiej obrazowość, to stosowanie tego zabiegi w każdym akapicie powoduje pewne znużenie.
Chetny
@Kriss przyznaję iż jest to moja pierwsza publikacja. Tak więc proszę o wybaczenie niedociągnięć. W kolejnych częściach postaram się uwzględnić uwagi i nie powtarzać błędów.
nicknickncik
@Chetny W angielskim oryginale jest jeszcze fajny seks pod prysznicem (też z innym facetem) i gangbang, główny bohater tylko sobie przeleci koleżankę...
Pumciak
Pięknie opowiedziałeś o winie przebeczeniu ,pojednaniu i miłości
Telemach77
@Pumciak Poczekaj(my) z osądzaniem bohaterów do końca opowieści.
Tym bardziej, że autor tworzy tu jakąś przerażającą dystopię: live-y z nagości w szkole?! Oglądane w innych szkołach?!
Chetny
@Telemach77 świat w którym osadzona jest powieść nie koniecznie jest dystopijny (przynajmniej nie w rozumieniu świata totalitarno-opresyjnego), choć może troszkę. Tylko w tym świecie raczej przedstawia się to w narzucaniu innym otwartości na seksualność w każdej postaci. Część ideologii rządzącej tym światem opisane jest we wstępie, a pozostałe poziomy staram się choć troszkę przemycić między wierszami. Przyznaję jednak iż w pojmowaniu tego czym ten świat się kieruje jest znajomość innych opowiadań umieszczonych w tym uniwersum.
Telemach77
Brawo.
Ratuj ich.
Ratuj innych.