Rok 2045.
Świat dawno przestał się bać własnego ciała.
Najpierw przyszła medycyna i zrobiła to, co jeszcze pół wieku wcześniej wydawało się science-fiction. Przełomowe szczepionki mRNA drugiej generacji, a potem nanobotyczne „czyściciele” krążące we krwi – maleńkie maszyny, które w ciągu kilku godzin od kontaktu niszczyły każdy znany patogen przenoszony drogą płciową. W 2038 roku ONZ ogłosiło oficjalną eradykację wszystkich chorób wenerycznych. Tego dnia coś pękło w ludzkich głowach. Seks przestał być obarczony cieniem lęku o zdrowie. Nie było już „a co jeśli…”. Było tylko „chcę” albo „nie chcę”.
Tuż za tym przyszła antykoncepcja, która stała się tak prosta i niewidoczna jak oddychanie.
Od czternastego roku życia każdy dostawał możliwość skorzystania z jedej z form antykoncepcji: jednorazowy zastrzyk działający od momentu podania przez pięć lat albo cienki, niemal niewyczuwalny implant podskórny, który można było wyłączyć – i włączyć z powrotem – jednym stuknięciem w aplikację na nadgarstku. Zero hormonów szalejących w organizmie, zero skutków ubocznych, skuteczność bliska absolutu. Ludzie przestali „pilnować się” i zaczęli po prostu decydować, kiedy chcą mieć dzieci. I tylko wtedy.
Gdy strach przed chorobą i niechcianą ciążą wyparował, obyczajowość zaczęła się rozluźniać z prędkością, której nikt się nie spodziewał.
To, co kiedyś było skandalem – publiczne pocałunki, dotyk w miejscach publicznych, spontaniczna nagość na plażach miejskich – stało się codziennością. Najpierw młodzi, potem coraz starsi, zaczęli zrzucać ubrania tam, gdzie im pasowało: w parkach, na koncertach, w kawiarniach z letnimi tarasami. Ciała przestały być tajemnicą albo towarem. Stały się po prostu… ciałem.
Rządy, widząc, że stare zakazy nie mają już sensu, a represje tylko rodzą bunt, zaczęły zmieniać podejście.
Najpierw obniżono wiek zgody i zliberalizowano prawo dotyczące nagości w miejscach publicznych. Potem wprowadzono edukację, która zamiast straszyć, uczyła zgody, granic i autentyczności. W końcu – w większości krajów Unii Europejskiej i Ameryki Północnej – powstał Program „Nago w Szkole”. Oficjalna nazwa brzmiała Program Akceptacji Ciała i Komunikacji Bezpośredniej, ale nikt tak na niego nie mówił. Wszyscy nazywali go po prostu NIS albo „Nago w Szkole”.
Zasady były proste i bezlitosne zarazem.
Raz w roku, przez pięć kolejnych dni, losowo wybrani uczniowie chodzili na wszystkie lekcje, przerwy, zajęcia dodatkowe i korytarze całkowicie nadzy. Bez wyjątków. Bez „ubiorę się wcześniej”. Bez chowania się za plecakami, ręcznikami czy skrzyżowanymi ramionami. Nie wolno było zasłaniać niczego – ani rąk, ani włosów, ani wstydu.
Celem nie było szokowanie.
Celem było oduczenie się wstydu. Nauczenie patrzenia na nagie ciało bez odruchowego seksualizowania wszystkiego. Budowanie odwagi do bycia widocznym – naprawdę widocznym – i bycia sobą bez żadnej maski.
W jednej z takich szkół, w średniej wielkości mieście na obrzeżach dawnej Polski, właśnie zaczynał się kolejny tydzień NIS.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Telemach77
[komentarz oczekuje na moderacje]