Zew Krwi cz. 10

Zew Krwi cz. 10Szliśmy przez plontaninę korytarzy, aż doszliśmy do wielkich, metalowych drzwi. Rood otworzył je i wpuścił mnie przodem. Pomieszczenie jest ogromne! Na ścianach wiszą trofea wojenne, oraz z polowań. Są skóry tych stworów, które nas zaatakowały, kilka innych z bardzo gęstym fioletowym futrem oraz... FUJ! Głowy zombie. W pierwszej chwili odskoczyłam przerażona, ale Rood złapał mnie mnie za rękę i poprowadził na scenę, gdzie byli wszyscy "ważni" urzędnicy, mój ojciec i kilku znajomych żołnierzy wyższej rangi. Weszłam na nią. Drewniane deski skrzypiały pod moim ciężarem, a ważyłam ledwie 40 kg, jak na moje... Zaraz, zaraz dziś kończę 17 lat! Czas tak szybko leci. Ojciec skinął na mnie głową i pokazał mi 2 wolne miejsca obok siebie. Usiadłam wraz z Roodem, teraz już nie trzymaliśmy się za ręce. Siedziałam wyprostowana na krześle. Mój ojciec wstał i podszedł do mikrofonu. Ciche szepty rozmów nagle ucichły - jak ręką odjął. On cieszył się ogromnym autorytetem i szacunkiem; nikt nie odważyłby się przeciwstawić jego woli. Zaczął:
- Witam was serdecznie. Mam nadzieję, że zaklimatowaliście się już w waszym nowym domu. - przerwał na chwilę jakby myślał, co powiedzieć dalej - ale nie po to się tu zebraliśmy. Chciałbym powitać dwóch moich najdzielniejszych żołnierzy Evelynn Look, oraz Jackoba Rood'a. - Kogo? - Przeżyli oni wyprawę jeepami oraz na pieszo przez tereny zajęte przez zombie. Z tej oto okazji, chciałbym urządzić... - zamyślił się na chwilę - bal. Z okzaji 17 urodzin mojej córki Evelynn, które jak wiecie są wiekiem, w którym młody człowiek wkracza w dorosłość. Zaproszeni są wszyscy. Dziś o godzinie 19.00 zapraszam wszystkich. - Naprawdę? Może jednak ojciec mnie kochał... - Jutro odbędą się apele na cześć zmarłych. -...chyba jednak nie. - A teraz prosiłbym moją córkę, by podeszła do mnie i opowiedziała nam całą historię. - Ludzie spojrzeli na mnie uważnie. Wstałam z dygoczącymi nogami i podeszłam do ojca. Wzięłam mikrofon do ręki i zaczęłam opowiadać. Zajęło mi to troszkę czasu. Doszłam do momentu w kanionie. Opisałam to bardzo szczegółowo, aż do momentu śmierci Nicole. Zaniosłam się płaczem, zeszłam z estrady i pobiegłam do drzwi. Ojciec krzyczał coś do mnie, ale nikt nie próbował mnie zatrzymać. Wbiegłam do mojego małego apartamentu, zamknęłam się od środka i zablokowałam drzwi krzesłem. Zrzuciłam szpilki z stóp, sukienkę i położyłam się w samej bieliźnie do łóżka. Słyszałam, że ktoś próbuje się dostać do środka, krzyczy. Podeszłam do apteczki, wzięłam kilka tabletek nasennych i ułożyłam się do łóżka. Wszystko ucichło. Nic nie czułam. Otoczyła mnie ciemność.
Zbudziło mnie głośne walenie w drzwi.
- PREZYMKNIJCIE SIĘ! - wrzasnęłam.
- Otwórz młoda damo w tej chwili. - krzyknął mój ojciec. Nigdy nie był tak zdenerwowany. Wstałam niechętnie, założyłam szlafrok i odblokowałam drzwi. Wpadł natychmiast mój ojciec. Był cały czerwony na twarzy.
- Słucham? - zapytałam spokojnie.  
- Zrobiłem dla ciebie bal. Masz być za 10 minut na dole. To rozkaz! - wyszedł z pokoju głośno trzaskając drzwiami. Otworzyłam szafę i wyjęłam z niej lekką, fioletową sukienkę. Rozczesałam włosy. Puk! Puk! - poszłam otworzyć. To Rood, nie Jackob?
- Hej - powiedział miękko i wszedł do środka.
- Hej, jak mam do ciebie mówić. - zapytałam.
- Jak, do żołnierza to Rood, co będziesz robiła cały czas. Jak normalnie, to Jack. - powiedział. Widziałam smutek w jego oczach.
- Dlaczego cały czas? O co chodzi Jack? - zapytałam.  
- Nie możemy się spotykać dłużej. - odpowiedział powoli. Patrzyłam mu głęboko w oczy.  
- Ale...  
- Żadnych "ale" to zbyt niebezpieczne. Żegnaj - powiedział i wyszedł bez żadnych wyjaśnień. Patrzyłam jeszcze chwilę na drzwi, którymi wyszedł. O co chodzi? Nieważne. Założyłam buty i poszłam do sali - tej samej, w której byłam parę godzin temu. Była pięknie wystrojona. Wszędzie połyskiwały kolorowe serpentyny, a stoły uginały się pod ciężarem jedzenia. Rozejrzałam się po bawiących ludziach. Nigdzie nie było Kat - pewnie jest z Hasem. Przyłączyłam się do znajomych żołnierzy i rozmawialiśmy. Ktoś nagle mnie przytulił od tyłu. Obejrzałam się. Za mną stał Hase.  
- Możemy porozmawiać ślicznotko na osobności? - mruknął mi do ucha i pociągnął za rękę. Wyciągnął mnie do hangaru - nikogo tu nie było. Wyrwałam się z jego uścisku. Uśmiechnął się lekeważąco.
- Czego chcesz? - warknęłam. Nieznoszę go.
- Przestań udawać niedostępną. - przycisnął mnie do ściany zasłaniając mi jakąkolwiek drogę ucieczki. Patrzył mi głęboko w oczy - Wiem, że ci na mnie zależy. - przysunął się do mnie.
- A co z Kat?
- Ona, małolata skończyłem ją. - Odepchnął siebie i mnie od ściany. Ręce położył za blisko końca kości ogonowej.  
- Zostaw mnie! - krzyknęłam próbując się wyrwać z jego uścisku. Zakrył mi swoją dłonią usta.
- Oj nie ładnie Eve. - powiedział puszczając swoją dłoń na mój brzuch. - Masz niezwykle wyzywające sukienki. Daj zobaczymy co masz parę warst wcześniej - zaczęłam się szarpać, ale trzymał mnie w żelaznym uścisku. Pochylił się nade mną wkładając mi rękę pod sukienkę. - Oj przestać. Chcesz tego. - mruknął i zaczął całować mnie po rękach. Cały czas się szarpałam. Krzyknęłam. Znowu przyparł mnie do ściany i pocałował. Jego ręka baraszkowała pod moją sukienką, gdy ktoś odciągnął go ode mnie. Patrzyłam jak Jack złapał Hase'a za kark.
- Zostaw ją! - warknął i przywalił mu z całej siły w twarz, a potem zwrócił się do mnie.
- Wracaj na przyjęcie. Nic ci nie zrobi. - powiedział i już miał się odwrócić gdy zawołałam:
- Poczekaj! - zatrzymał się i odwrócił. Podeszłam do niego. - Wyjaśnisz mi kiedyś wszystko? - spytałam. Popatrzył mi w oczy, nachylił się nademną i delikatnie pocałował. Czułam jego smak; miód, mięta i czareśnia.  
- Kiedyś na pewno, ale jeszcze nie teraz. - Zawrócił i pobiegł w jakiś nieznany mie korytarz. Rozejrzałam się po hangarze. Mój ojciec właśnie się odwrócił i ruszył korytarzem za Jackobem.

Gabi14

opublikowała opowiadanie w kategorii przygoda, użyła 1189 słów i 6364 znaków.

3 komentarze

 
  • Gabi14

    Dzięki :) Może dzisiaj coś dodam. Przecież trzeba trochę akcji wepchnąć do tego :D

  • ;3

    Boskie. Dalej!! <3

  • nemfer

    Szajs… ha ha ha… pogło Cie i to bez dwóch zdań… świetnie piszesz i oby tak dalej