Zew Krwi cz.1

Zew Krwi cz.1Francja, 2345 rok
Idą na mnie całą chmarą. Jestem w ślepym zaułku. Nie poruszają się zbyt szybko; mają gnijącą skórę, paru z nich nie ma oka, nogi, albo innej części ciała. Nie widzą, mimo że mają oczy to nie widzą. Oni czują, Oni słyszą - to ich wzywa; ludzka krew. W pistolecie zostało mi już tylko parę kul, a ich są setki, nie... tysiące. Boję się, lecz nie mogę - żołnierze nie odczuwają strachu. Stoję pod ścianą obmyślając najlepszą drogę ucieczki. Pomoc wzywałam już kilkakrotnie i nikt nie przylatuje; dlaczego akurat teraz? One są coraz bliżej, poruszają się coraz szybciej - czują mnie. Zaraz zginę, ale nie bez walki. No cóż wypadałoby zrobić małe rozgrzeszenie: przepraszam Cię Kat, za wszystko co złego Cię przeze mnie spotkało, przepraszam mamo, za to, że nie zdołałam Was obronić, poruczniku Look - tato, przepraszam za to, że Cię zawiodłam i ty Hase przepraszam za to, że się nie pożegnałam. Pamiętajcie kocham Was!
Oni są jakieś 15 metrów ode mnie. To koniec. Stąd czuję smród gnijących ciał. Pierwszy z Nich dostaję kulkę w łeb i pada na ziemię, drugi, trzeci... dziesiąty. Kurr... Skończyła mi się amunicja, czuję śmierdzący oddech trupa na karku gdy on... pada na ziemię, potem drugi i trzeci patrzę w górę nade mną z poduszkowca żołnierze strzelają w Nich. Czyli pamiętali o mnie. W górze widzę zatroskaną twarz mojego chłopaka, który zrzuca mi linę. Łapię się jej i mnie wciągają.
W pierwszym odruchu rzucam się mu na szyję i zaczynam szlochać mu na ramię, a moje długie blond loki wiją się beztrosko na nasze złączone ręce. Boże, ja żyję! Przestaję na chwilę szlochać i szepczę Hase'owi do ucha:
- Myślałam, że już nie przylecicie. Tak się bałam, że nigdy Was już nie zobaczę! Kocham Cię! - on przytulił mnie jeszcze mocniej i odszepnął:
- Już dobrze, wszystko będzie dobrze. Jestem przy Tobie. - Stałam przytulona do jego piersi, gdy ktoś odchrząknął. Błyskawicznie odsunęliśmy się od siebie i spojrzałam w stronę skąd dochodził dźwięk. Stał tam nasz porucznik: wysoki, umięśniony mężczyzna, z krótką brodą. Jest ciemnym blondynem z krótko obciętymi włosami i kamiennym wyrazie twarzy. Na sobie miał mundur najwyższej rangi z mnóstwem orderów, które dumnie nosił - tak, to mój tato.
- Prawdziwy żołnierz nie płacze. Proszę ustawić się do porządku żołnierze. - powiedział grubym basem. Ja pod wpływem emocji rzuciłam mu się na szyję, ale po chwili pożałowałam tej decyzji. Odsunęłam się od niego i zasalutowałam mu odpowiadając:
- Tak jest poruczniku! - spojrzał na mnie z wyrazem uznania, a zarazem dumy i odrazy; cały tato. Przed apokalipsą był bardzo czułym i emocjonalnym człowiekiem, ale teraz gdy stał się żołnierzem, ba nawet porucznikiem, to nie mógł okazywać żadnych emocji, nawet swoim bliskim. Stanęłam na baczność.
- Strzelnicy! Wystarczy, zbierajmy się stąd zanim przywlecze się ich tu więcej. - powiedział Look. Tak właściwie, nie pamiętam kiedy ostatnio zwracałam się do niego "tato". Poduszkowiec tak samo cicho się zjawił, tak samo odleciał. Do tej pory nie wiem, dlaczego poduszkowce są naszym środkiem transportu skoro nasza baza znajduje się pod ziemią. Po wybuchu epidemii, nie dało się już nic odratować na ziemi. Wzięliśmy jak najwięcej ludzi, ale najbardziej zależało nam na mężczyznach, z których moglibyśmy zrobić żołnierzy. Skąd się wzięła epidemia - nie wiem. Ale wiem jedno, po tej wojnie nie będzie już co zbierać...

Gabi14

opublikowała opowiadanie w kategorii przygoda, użyła 655 słów i 3639 znaków.

3 komentarze

 
  • Gabi14

    TO NIE JEST ROMANS!!!

  • Hybrajan

    Nah. Może dlatego, że ostatnio jestem mniej uczuciowy, ale ten moment z Hasem był za bardzo szkicowy. Znaczy się tak jak w innych romansach. Ale ogólnie fajne.

  • Malolata1

    Świetne! Genialny pomysł.:)