
Odliczaliśmy godziny do końca naszego dyżuru. Ja i moja odbudowana sekcja, morskiego „Wympieła”. Szło powoli, ale dostawaliśmy kolejnych ludzi – doświadczonych, pewnych siebie, ostrzelanych, a co najważniejsze, z doświadczeniem bojowym.
Pierwszy dołączył do nas „Tor”, który zastąpił poległego „Akułę”. Mój drugi zastępca, zyskał sympatię całej ekipy, a w ostatniej akcji pokazał, na co go stać, osłaniając nasz atak w sposób perfekcyjny, razem z „Uralem” i „Priomem”.
Pod koniec 2009 roku do naszej grupy dołączyła kolejna osoba. Tym razem za „Burana” przyszedł do nas „Borys”, mający korzenie w „pogranicznikach” – niezły facet, który na chińskiej granicy niejedno przeszedł.
Do służby wrócił „Wołk”. Jakże on się zmienił po ślubie z Janą! Z mruka stał się rozmownym, ciepłym facetem, ciągle opowiadającym o niej i zapatrzonym w nią jak w obrazek. Pojawił się w lutym, ale niestety komisja wojskowa, na którą stanął, chwilowo wykluczyła go z „bojówki”.
Pamiętam, jak w swoje urodziny, 6 lutego, po zakrapianej imprezie w kasynie, wziąłem Fiodora na bok.
— Nie, on w logistyce zmarnieje. Wiem, że naznaczyłeś mnie, ale zawsze coś odwalę — zacząłem.
Spojrzał na mnie, jakby przeczuwał, co zamierzam powiedzieć.
— Dostał kapitana, ma gwiazdę bohatera Rosji. Jeżeli ma przyjść znowu taki „Pietia”, to wyznacz jego, ja poczekam, mi niespieszno — wyrzuciłem z siebie.
— Wiktor, co ty pierdolisz, zasłużyłeś na to stanowisko, tyle akcji, nie, nie zgadzam się, to niedorzeczne, nie pozwolę — wyrzucił z siebie, z prędkością karabinu maszynowego, pomimo faktu, że wypiliśmy sporo.
Uchwyciłem go za barki i spojrzałem mu głęboko w oczy. Może i wzrok miałem mętny, ale nie po raz pierwszy piliśmy, i nie po raz pierwszy wiedział, kiedy mówię serio, a kiedy żartuję.
— To moje urodzinowe życzenie, nie dam go na zmarnowanie. Nie zabiję w nim tego, co najlepsze, a jak pójdzie w logistykę, to tam stanie się zgorzkniałym facetem od gaci. Daj swój głos na niego, urazy czuł nie będę. On ma w sobie ikrę, nam krzywdy nie da zrobić, tak jak i ty — teraz ja wyrzucałem z siebie szybko zdania.
— Wiktor, przecież jak tak zrobię, to ty już nigdy…
— Nigdy nie mów nigdy. Proszę cię, a zrobisz, jak uważasz — przerwałem, nadal patrząc mu w ślepia.
Na początku marca 2009 roku „Wołk” pojawił się u mnie z Janą, u której dostrzegłem ciążowy brzuszek.
— Nie mogę, Wiktorze, nie mogę „Poliak” — wyrzucił z siebie, gdy zostaliśmy sami, a Katia zabrała jego małżonkę.
— Możesz i weźmiesz, bo taki ci wydaję rozkaz. Jeszcze jesteś moim podwładnym, nie wrzucono cię gdzie indziej.
— A ja tego rozkazu nie przyjmuję…
— To ci go kurwa napiszę… Co pijemy „Wołku”.
— „Poliak”, ty jesteś…
— Twoim podwładnym już niedługo. Pamiętaj, jebać, karać, nie wyróżniać i odbijesz sobie te moje jazdy po tobie — zakończyłem.
Sponiewieraliśmy się niesamowicie. Obie nasze kobiety zamknęły nas w sypialni, aby moje córeczki nie widziały nas w takim stanie, a rankiem miały ubaw co niemiara.
— Komandosi z nawalonych, no elita wojsk Federacji Rosyjskiej — kpiły z nas.
— Nie zapomnę ci tego do końca życia, przysięgam — ktoś inny odebrałby to, jak groźbę, ale ja wiedziałem, o co „Wołkowi” chodzi. Uścisnęliśmy się jak bracia.
„Wołka” zatwierdzili w kwietniu. Nie wiedział, jak podejść do nas, jakby się bał, nie chciał urazić, szczególnie mnie, bo u świeżaków miał posłuch.
Zabrałem go ze sobą do kibla, bo tam najlepiej się rozmawia.
— Dowodzisz, kurwa, Wasilij — bo tak miał na imię — Tak, jakbym ja był młodszym służbą, tak, jak ja tobą dowodziłem. Schowaj do kurwy nędzy, stare dzieje — trzymałem go za ramiona i potrząsałem nim, patrząc na nieco pokancerowaną twarz. — Masz nas pod sobą, jesteś panem naszego życia i śmierci — tu wstrząsnąlem go mocniej — PONIAŁ?
— Ale, „Poliak”…
— Nie ma kurwa, ale… Albo tak, albo nie.
— Tak toczna — wtedy usłyszałem to od niego po raz ostatni. Wreszcie zrozumiał, co ma robić i jak się zachowywać.
Chłopaki robiły swoje, więc mogłem wrócić do swojej kancelarii. Nie lubiłem być sam, ale czasami potrzebowałem samotności, choćby na chwilę. Postawione zadania, tylko jeszcze nocka i o 09:30 do domu, do swoich dziewczynek.
„Dziewczynek” — zakpiłem sam z siebie.
Tamara z podlotka stawała się kobietą. Błogosławiłem los, że tak dobrze przeszła terapię, że jako nastolatka cieszyła się życiem. Nie zamknęła się w sobie, to byłoby najgorsze, rówieśników płci męskiej traktowała z dystansem, ale nie bała ich się panicznie. Czternastoletnia pannica, a z wyglądu piętnaście, szesnaście lat.
— Wiesz co, ona się maluje — usłyszałem od żony, a Katia zgłupiała, widząc moją radość.
Tami nie wiedziała, że zabiłem klechę; Jekaterina powiedziała jej, że znów pojechałem zbawiać świat. Nadal jedno pozostało – byłem najważniejszym facetem w życiu mojej przybranej córki. Nie kupiła nic z ciuchów, co by mi się nie podobało. Zawsze musiałem ocenić jej stylówkę, a mój uśmiech był wyrocznią.
Najważniejsze było, że znów mogłem ją przytulić, pogłaskać, bez obaw, że odbierze to jako zły dotyk mężczyzny.
— Wiktorze, nie ma sensu, bym z ciebie doiła kasę. Ja już tu nic więcej nie pomogę. Jest dobrze, co nie znaczy, że to już nigdy nie wróci — usłyszałem od terapeutki.
— Kiedy? — no facet ze mnie wyszedł, najlepiej podać mi datę, godzinę i minutę. Jakiż ja byłem głupi.
— Pierwsze kontakty seksualne to będzie dla niej ogromna tama; albo ją pokona, albo stanie przed nią.
Zadzwonił telefon od „Wołka”
— Melduję się — rzuciłem.
— Kurwa, Wiktor, jeszcze raz powiesz „melduję się”…
— Mam powiedzieć „spierdalaj, chuju”?
Usłyszałem wybuch śmiechu. Chyba szybciej dostosowałem się do sytuacji niż on. Wcale mu się nie dziwiłem.
— Przyjdź za godzinę, jest operator za „Lochę” — usłyszałem.
„Wreszcie”.
Odłożyłem słuchawkę i znów zatopiłem się w myślach.
Miałem kolejnego potomka. Tak przekazała mi Klaudia poprzez SMS-a o treści „Twój”.
Wiktor – bo tak miał na imię mój drugi syn – urodził się 10 lutego. Skłamałem Katii, że muszę zostać wtedy w pracy, samotnie wywaliłem w podrzędnym hotelu pół litra wódki, płacząc ze szczęścia.
Od tego czasu dostawała ode mnie pieniądze. W paczkach wysyłanych z różnych placówek pocztowych na jej różne adresy, które mi przez owe gry podawała. To nie było dokładne gadanie, co czwarte zdanie, litera pierwszego zdania mówiła mi, gdzie wysłać kasę. Raz były to zabawki, innym razem książki. Wszędzie starałem się ukryć euro lub dolary, bo nie było sensu wysyłać rubli.
Czułem się jak konspirator, lecz musiałem jej pomóc. To był mój obowiązek, przynajmniej w ten sposób starałem się to zrobić.
Nasze rozmowy podczas gier w necie były krótkie, nie poruszaliśmy delikatnych miłosnych spraw. Miesiąc po występie w Gdyni pojechała na dwa tygodnie do Stanów Zjednoczonych, do Annapolis, a potem do ośrodka szkoleniowego US CG, który ja ukończyłem. Nadal była wtedy oddelegowana do Ustki. W końcowym okresie ciąży, gdy półroczny okres pobytu się zakończył, nadeszło rozwiązanie, a potem wzięła urlop macierzyński.
Komandorek został zamknięty w półotwartym ośrodku dla psychicznie chorych. Utracił wszystko, wojskową emeryturę, gdyż brakło mu dwóch miesięcy służby do minimalnych piętnastu lat wysługi. Afera z nim była tak głośna medialnie, że nie dało się tego zamieść pod dywan. Postawiono mu zarzuty karne dotyczące utraty broni gazowej oraz naruszenia nietykalności cielesnej i znieważenia funkcjonariuszy Policji i PSP.
Nie prowadził na bani pojazdu na drodze publicznej; w drzewo wyrżnął na swojej prywatnej drodze dojazdowej, więc ten zarzut odrzucono. Nie wypłacono mu odszkodowania za rozbity samochód i spaloną leśniczówkę. Musiał też zdać służbową kwaterę, do której po zwolnieniu ze służby nie miał już prawa. Pobyt w wariatkowie był mu teraz nawet na rękę. Faszerowany prochami, tkwił w swoim świecie, odgrażając się mi i Klaudii. Nazywano go tam Napoleonem, ale dlaczego, tego nie wiedziałem.
Jego „sztabowa laleczka” próbowała posądzić go o molestowanie seksualne, lecz filmiki, na których występowała, nie przekonały Sądu. Jak to stwierdzono – zbyt ochoczo i z entuzjazmem kopulowała z nim, czerpiąc z tego przyjemność i dodatkowo zachęcając komandorka do coraz wymyślniejszych figli. Nie mogąc znieść drwiących spojrzeń i szeptania po kątach, sama, ku uciesze dowództwa podjęła decyzję o zwolnieniu się z MON-u, nie mając wysługi gwarantującej emeryturę. Ktoś gdzieś, podobno widział ją, gdy układała towar w jednym z większych marketów w Rumii, ale ile w tym było prawdy, to tylko Bóg wiedział.
Kławdia rosła jak na drożdżach i była moim oczkiem w głowie. Pamiętam, gdy po raz pierwszy powiedziała do mnie „Tata”- wtedy rozryczałem się . Nadia, na swój sposób „maltretowała” „Biełkę”. Uwielbiała Tamarę, która często pomagała mojej żonie w opiece nad niemowlęciem.
Zapukałem w drzwi i usłyszałem głos „Wołka”.
— Panie kapitanie, kapitan Graczowa melduje się na rozkaz — rzuciłem regulaminowo.
Powstał zza stołu i ruszył w moją stronę, wyciągając dłoń na powitanie. Uścisnąłem ją mocno.
— Siadaj, Wiktorze Aleksandrowiczu, chciałem przedstawić ci nowego paramedyka w twoim zespole — powiedział, wskazując mi miejsce przy stole.
— Tak samo dobry, jak „Locha”? — zapytałem ciekawskim tonem.
— Sam zobaczysz, ale rekomendacje ma dobre — odpowiedział, podnosząc sztywny telefon do dyżurnego na piętrze. — Proszę przyprowadzić — usłyszałem.
Podsunął mi zdjęcie USG. Spojrzałem. To nie był ten sam człowiek. Jakże on chciał się podzielić swoim szczęściem z nami.
— Będę miał syna — powiedział z dumą.
Usłyszeliśmy pukanie do drzwi, a dyżurny piętra złożył meldunek:
— Panie kapitanie melduję się z panią młodszy lejtnant Walentiną Pieskow — usłyszałem i mnie zmroziło.
„Kurwa, czy ja dobrze słyszę? Kobieta?”
— Jesteście wolni, pani lejtnant, proszę spocząć — „Wołk” powiedział to tak spokojnym głosem, że aż sam nie wierzyłem.
Chyba rozdziawiłem usta, patrząc, jak mierząca gdzieś sto siedemdziesiąt parę centymetrów wzrostu szatynka, z upiętymi w kok włosami, w wyjściowym mundurze marynarskim zasiadła na wskazanym jej miejscu.
Była w wieku mojej żony, może rok, dwa młodsza. Ładna kobieta, o szczupłej sylwetce, z delikatnym makijażem na twarzy i niebieskimi oczami. Miała czym oddychać i na czym usiąść, a i nogi były zgrabne. No cóż, ja poradzę, taka męska natura wzrokowca.
Nie znaczyło to, że przeszła mi wściekłość na „Wołka”. Co jak co, ale tego się po nim nie spodziewałem.
Płeć piękna była w „Wympiele” i innych jednostkach specjalnych. Zarówno w FSB, jak i GRU, i specnazie. Specyfika naszej pracy wymagała tego. Nie na darmo, któreś z przysłów, chyba polskich, mówiło: „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”, ale nie spodziewałem się, że trafi to na mnie. Były w „bojówce”, ale w niewielkiej liczbie, królowały w pionie analitycznym, wywiadowczym, łączności, no i w służbie medycznej i administracyjnej. Znałem nawet dwie w patrolach saperskich i obrony przed bronią masowego rażenia.
— To pani przełożony, kapitan Wiktor Aleksandrowicz Graczow, wytrawny dowódca, pseudonim „Poliak” — przedstawił mnie, a ja, po chwilowym szoku, powstałem i wyciągnąłem do niej rękę na przywitanie.
— Witam, ma pan polskie korzenie? — wywaliła w miarę poprawną polszczyzną.
Zatkało mnie. Na ramieniu munduru miała emblemat wskazujący, że służyła wcześniej we Flocie Północnej, na piersi dwie baretki. Jak na ten stopień, sporo.
— Tak, moja babcia i matka były Polkami, a ty, skąd znasz język polski? — w końcu zacząłem gadać jak człowiek.
— Moi dziadkowie to zesłańcy z Polski.
— Zesłańcy? — Historię znałem w miarę dobrze i coś mi tu nie pasowało, no, chyba że dziadkowie mieliby grubo ponad sto lat.
— Nie, nie tak, po Wojnie Ojczyźnianej pozostali w Związku Radzieckim, a wcześniej byli Polakami — sprostowała, bacznie mi się przyglądając.
Była naprawdę ładną kobietą. Luknąłem na dłonie i nie dostrzegłem obrączki, ba, nie miała nawet żadnego pierścionka.
— No widzę, że pierwsze lody przełamane, a i język znaleźliście wspólny — „Wołk” rzucił, widząc naszą rozmowę.
Nie, wcale się nie cieszyłem z faktu, że do nas miała dołączyć żenszcina. Same problemy. Począwszy od tego, że w czasie zadań bojowych spaliśmy w parach pod pałatkami lub namiotami, a skończywszy na tym, że taki kąsek w rękach terrorystów czy przeciwnika to skarb. Facet może zginąć, kobieta, na dodatek młoda, w mediach robi kipisz. Dlaczego tam ją wysłano? Zróbcie wszystko, by ją odbić. Niby równouprawnienie, ale śmierć „Akuły”, „Burana” czy też „Lochy” nie robi takiego medialnego fermentu, jak śmierć jakiejś Tani, Nataszy czy Raisy. Niestety, tak ten świat jest ułożony, a media tak go kreują.
— Coś bliżej o sobie, jeżeli pan pozwoli, kapitanie? — rzuciłem do przełożonego i zobaczyłem zdziwienie w jego oczach. — I teczkę personalną bym poprosił — dodałem.
Chyba na taką reakcję „Wołk” nie był przygotowany. Mógł mnie zbyć stwierdzeniem „Panu kapitanowi już podziękujemy, ale znów zadzwonił do dyżurnego i kazał mu przynieść dokumenty pani lejtnant.
— Żeby nie przedłużać, powiem, że skończyłam kurs płetwonurków bojowych, a moim pierwszym przydziałem był specjalny otriad Floty Północnej, miejsce stacjonowania Murmańsk. Potem, po konflikcie z przełożonym, zostałam przydzielona jako morska ratowniczka do eskadry ratowniczo-poszukiwawczej w Archangielsku, oddelegowana na własną prośbę do zadań w bojowym ratownictwie w Dagestanie, a ostatnie zadanie to Osetia w ramach 58. armii — niepytana przez nikogo, rozpoczęła monolog.
— 58. armia, gdzie konkretnie? — zapytałem.
— Combat SAR, lotnisko w … podległość służbowa… — odpowiadała konkretnie.
— Brała pani udział w bezpośrednich starciach? — Nie przestawałem, a „Wołk” patrzył na mnie nieco zaskoczony.
— Co pan rozumie pod pojęciem bezpośrednie starcie. Bo takich na Morzu Barentsa nie miałam, ale niech pan się tam zanurzy, to…
— Pani lejtnant, spokojnie. Podważa pani kompetencję kapitana Graczowa. Nie sądzi pani, że posunęła się zbyt daleko? — „Wołk”, usadził kobietę.
„Harda sucz” — oceniłem ją, ale nadal nie widziałem miejsca w swojej grupie.
Dyżurny dostarczył jej teczkę personalną. „Wołk” przesunął ją w moim kierunku.
— Na wszystkie pytania…
— Nikt panią nie pytał! Jasne! — wrzasnąłem.
Utemperowałem dziewuszkę. Nie gadała z byle kim. To ona starała się, by być przyjęta, a ja, przynajmniej tak mi się wydawało. Byłem władny podjąć decyzję. No, chyba że… ale w to, że ma plecy, po tym, co usłyszałem, nie wierzyłem.
— Tak toczna, tawariszcz kapitan — odpowiedziała nieco zmieszana.
— Proszę wyjść — „Wołk” przyjął chyba moją strategię.
Powstała i, zrobiwszy przepisowy zwrot, wyszła z kancelarii.
Przeleciałem wzrokiem CV i dokumenty naszej kandydatki. No, nie było aż tak źle. Miała skończoną Akademię Medyczną, co prawda tylko jako lekarz medycyny. Epizod w specnazie, w nurkach, potem w załodze ratowniczego Ka-27PS, CSAR w Dagestanie.
— A to kurwa „Wołku”, co jest? — zapytałem, widząc utajnione dane dotyczące działania w końcówce misji dagestańskiej i w wojnie z Gruzją.
— Też się zastanawiałem, najwyższa klauzula tajności, więc i ja jej nie przeskoczę, za mały żuczek jestem — odparł mi szczerze. — Albo ją bierzesz, albo przez dwa, trzy lata nie dostaniecie nikogo. Ona naprawdę jest dobra. Wiktorze, zaryzykuj — zaproponował mi.
— A ty będziesz mi dupę krył?
— Kurwa, jeżeli za nią, to tak. Pamiętasz tę ratowniczkę z Libanu? Toż to klon tamtej baby, a wtedy nie miałeś oporu.
— Bojowe zadanie, przydzieliła mi ją Centrala.
— Dobra, dobra, chłopaki mówiły swoje, wykonałeś zadanie perfekcyjnie, więc mi tu nie pierdol — No kurwa, wychowałem hydrę na swej piersi.
Wiadomo było, że poszedł cynk po tamtej akcji, nie wiadomo, dlaczego taki softowy. Skapitulowałem.
— Okres próbny, pół roku — rzuciłem krótko.
— I za to cię kocham, Wiktorze, chrzestny mojego syna, bo nikogo innego ja i Jana nie widzę — to mówiąc, powstał i objął mnie ramionami jak brata.
Klepaliśmy się po plecach. Każdy trzymał drugiego tak, by żaden z nas nie zobaczył, że mamy łzy w oczach.
— Jej nick? — zapytałem.
— Sam się jej spytaj, jest twoja — powiedział i pozwolił pannie wejść do pomieszczenia.
Stała w drzwiach wyprostowana niczym struna.
— Witamy w „Wympiele”, okres próbny, pół roku, podaj ksywkę — rzuciłem do kobiety.
— Vesta, tam mnie nazywano, będzie OK.
28 marca 2010 roku. Bałaszycha. Federacja Rosyjska. Dom rodzinny Graczowów.
Wróciłem do domu po dwudziestoczterogodzinnej służbie gdzieś koło 09:45 i po zjedzeniu lekkiego śniadania miałem zamiar walnąć się do łóżka, by odespać noc.
Minąłem się z Katią, która przygotowywała córeczki na mszę do cerkwi. Była ciepła marcowa niedziela.
— O której jedziesz do Tani? — zapytałem, całując ją w policzek.
— Popołudniem, będziemy się jeszcze widzieć, kładź się spać teraz, potem porozmawiamy.
Wzrokiem odprowadziłem wszystkie moje kobietki. Tami pchała spacerówkę z Kławdią, Nadia trzymana za rękę przez Jekaterinę szła za nimi. Boże, jaki to był piękny widok! Wszystkie elegancko ubrane w sukienki lub spódniczki. Moje ukochane córy i żona.
Katia złożyła papiery do Moskwy do Centralnego Wojskowego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej i wstępnie została zakwalifikowana. Jutro miała jechać na rozmowę ostateczną i nie chcąc się spóźnić, bo wyznaczono jej termin na ósmą rano, postanowiła, aby pojechać do swojej dobrej przyjaciółki ze studiów, Tani, która mieszkała w Moskwie.
Byłem przeciwny temu, wszak Bałaszycha była oddalona od centrum Moskwy tylko trzydzieści kilometrów.
— Oj, powspominam z Tanią stare czasy, tyle lat się nie widziałyśmy — przekonała mnie w końcu.
Miała rację: dom, dzieci i nic dla siebie. Wąskie grono znajomych tutaj, w większości moich i jej ze szpitala.
Dla niej to był awans, mimo że miała dobrą posadę w miejscowym Głównym Szpitalu MSW w Bałaszycha. Chciała się rozwijać, a ja to rozumiałem. Na razie nie planowaliśmy kolejnych dzieci – trzy córki wystarczyły.
Nie ukrywam, uruchomiłem w jednostce pewne znajomości, a ci obiecali wstawić się, gdzie potrzeba. Z drugiej strony, lekarze tłumnie walili do prywatnych placówek medycznych, gdzie płacono znacznie lepiej. Katia miała plany na doktorat i dodatkową specjalizację, a Moskwa oferowała o wiele lepsze możliwości. Byłem z niej bardzo dumny i kibicowałem jej w dążeniu do celu.
Wykąpałem się i padłem do łóżka. Zasnąłem momentalnie, z „Biełką” w nogach. Ta psina tylko czekała na to.
Śniła mi się Klaudia. Stała, roniąc łzy, machając dłonią, gdy odjeżdżałem pociągiem. Potem pojawiły się pojedyncze epizody z Syrii i Libanu. Kiedy się obudziłem, usłyszałem szum wody w łazience – ktoś napełniał wannę. Przewróciłem się na drugi bok, rzucając okiem na zegarek. Było kilka minut po szesnastej, spałem dobre sześć godzin.
Przymknąłem oczy, gdy usłyszałem ciche skrzypienie drzwi. Delikatnie otworzyłem oczy i dostrzegłem Jekaterinę, otuloną ręcznikiem. Zabrała z półki w szafie swoją bieliznę i udała się z powrotem do łazienki. Wytężyłem słuch, chcąc się zorientować, czy są Nadia i Tamara.
Nie, nie było ich. Usłyszałem szum suszarki do włosów i zamknąłem oczy. Szum tego urządzenia i odkurzacza działał na mnie usypiająco. Nie wiem, dlaczego, ale tak już miałem.
Po kilkunastu minutach Katia cichutko weszła do sypialni, gdzie spałem, i zasiadła przy toaletce. Cichutko wyciągnęła swoje rzeczy do makijażu i zaczęła się malować.
Jak ja uwielbiałem patrzeć, jak to robi – jak nakłada podkład, róż, maluje usta, pociąga kredką brwi, a mascarą pieści rzęsy. To było takie zmysłowe i miłe dla oka. Goniła mnie, gdy stałem i przyglądałem się, twierdząc, że ją to rozprasza. Traktowała te czynności jak higieniczne, na równi z podmywaniem się czy wymianą podpaski. Miałem się wynosić, bo jej to nie wyjdzie i koniec.
Siedziała tyłem do mnie w samej bialutkiej bieliźnie, figach i biustonoszu, i pomimo faktu, że nie były to żadne wymyślne koronki lub inne prześwitujące materiały wyglądała zjawiskowo. Te cudne łopatki, kruczoczarne włosy opadające na wąskie ramiona, przecudna szyja. Kiedy poprawiła fryzurę, poczułem, jak mój przyjaciel tam na dole zaczyna budzić się do życia. Gdy wstała, szybko zamknąłem oczy. Słyszałem, jak otwiera jedną z szuflad, a potem odgłos otwieranego opakowania i nacisk na kraniec materaca. Nie mogłem się powstrzymać – musiałem uchylić jedno oko, by zobaczyć, co robi. To było silniejsze niż ja.
Widok, gdy kobieta nasuwa na nogi rajstopy lub pończochy, gdy zrolowany nylon okrywa zgrabne kończyny, był dla mnie niesamowitym bodźcem. Teraz, przez ledwo otwarte oko, miałem przed sobą ten prześliczny, sensualny widok. Cieliste rajstopy pokrywały zgrabne nogi mojej żony. Siedziała na fotelu przy toaletce, mając obie stopy oparte o skraj łóżka, naciągając na nogi cieniutką warstwę nylonu.
Penis sterczał na baczność, byłem podjarany jak cholera. Gdy w końcu naciągnęła rajstopy i poprawiła je, wstała i z szafy wyciągnęła prostą, ale elegancką zieloną sukienkę sięgającą do kolan.
Miała gust, to musiałem przyznać. Zawsze twierdziła, że w prostocie kreacji jest siła. Nie rajcowały jej cekiny, futerka, marszczenia i inne pierdoły, o których ja nie miałem pojęcia. Proste fasony, bez udziwnień, klasyka mody. Podobnie z dodatkami – delikatny paseczek, gustowna torebka, subtelna biżuteria. Jakże proste, a zarazem piękne i z klasą.
— Dobrze wiem, że nie śpisz, tylko mnie podglądasz Wiktorze, taki z ciebie komandos, a ja wszystko widziałam w lusterku — wypaliła nagle i odwróciła się, nakładając sukienkę na swoje ciało.
Byłem zdemaskowany i nie było sensu udawać. Otworzyłem oczy i zaplotłem dłonie za głową.
— Czy mąż może podglądać swoją żonę? — zadałem jakże filozoficzne pytanie i oboje wybuchliśmy śmiechem.
— Tak, może — usłyszałem po chwili i dojrzałem, jak poprawia materiał kiecki na wysokości brzucha.
— Gdzie dziewczynki? — zapytałem i przeciągnąłem się.
— Nadia u mamy, Tamara poszła do koleżanki i pewnie wróci dopiero wieczorem, a Kławdia zjadła i śpi w łóżeczku — odpowiedziała, stając tuż obok mnie. — A teraz, mężu, gdybyś był łaskawy zapiąć mi zamek sukienki, to byłabym wdzięczna — dodała, obracając się plecami do mnie.
Podniosłem się z łóżka i stanąłem za nią. Wyciągnąłem obie dłonie, lecz zamiast zapiąć zamek, wsunąłem je pod materiał sukienki i, przesuwając, objąłem obie krągłe piersi żony, okryte materiałem biustonosza. Usta skierowałem na szyję Katii i zacząłem ją delikatnie całować.
— Wiktorze — szepnęła, nieco się wyprężając.
— No co? Nie będę cię widział tak długo, muszę się nacieszyć — odpowiedziałem cicho, a moje dłonie z piersi powędrowały na ramiona Jekateriny.
Delikatnym ruchem odsunąłem materiał na bok barków, tak że sukienka powoli zaczęła zsuwać się z nich. Nie przestawałem całować szyi, delikatnie zębami, przygryzając skórę.
— Miałeś mi się pomóc ubrać, a ty mnie rozbierasz — szepnęła, ale w jej tonie nie wyczułem wyrzutu.
Sukienka opadła na podłogę. Moja ukochana znów była w samej bieliźnie i rajstopach. Mocniej docisnąłem swoje ciało do niej.
— A co to tam ja czuję? — zapytała, gdy biodrami przywarłem do jej ciała.
Wsunąłem obie dłonie pod miseczki stanika i sprawnie objąłem obie półkule piersi, ustami schodząc niżej, całując barki ukochanej.
— Spóźnię się do Tani — szepnęła takim głosem, że wcale nie wierzyłem, że jej na tym zależy.
— Pragnę cię, Katiu, kocham cię — rzuciłem w przerwie składanych pocałunków. Miseczki biustonosza uniesione ku górze odsłoniły piękne piersi, musnąłem dłońmi sterczące brodawki.
— Przestań, proszę — drażniła się ze mną, a jedna z jej dłoni powędrowała w kierunku mojego krocza.
Uginałem się na kolanach, całując ciało mojej kobiety wzdłuż linii kręgosłupa. Opadałem coraz niżej, a dłonie przesuwały się w dół. Najpierw na brzuch, potem na biodra.
— Wiktorze — szepnęła, gdy zacząłem rolować rajstopy razem z białymi figami.
Pocałunki na pośladkach, muśnięcia warg o uda. Nylon rolowany był coraz niżej i niżej. W końcu znalazłem się przed nią i delikatnie pchnąłem ją na łóżko.
— Zwariowałeś — usłyszałem, gdy ze stóp ściągnąłem rajstopy wraz z majtkami i odrzuciłem je na bok.
— Tak, zwariowałem z miłości — szepnąłem.
Nic już nie mówiła, tylko dłońmi zsunęła mi bokserki. Sterczący penis ukazał się w pełnej okazałości.
— Ty wariacie, ale ja chcę u góry — zadecydowała.
Kiedy ja pozbywałem się majtek, ona rozpięła biustonosz. Całkowicie nadzy napawaliśmy się widokiem naszych ciał. Miała w oczach ogniki pożądania, gdy usiadła mi na brzuchu i podniosła biodra.
— Kocham cię — szepnęła, uchwyciwszy dłonią mój twardniejący organ, naprowadziła go w swoje wnętrze.
Jęknęliśmy oboje, gdy penis wsunął się w cipkę. Była wilgotna. Najpierw powoli, a potem delikatnie, przyspieszając, wykonywała ruchy biodrami, regulując szybkość i głębokość penetracji.
Obiema dłońmi pieściłem jej piersi – cudne, falujące, z napiętymi brodawkami. Katia, opierając dłonie o moje barki, od czasu do czasu pochylała się, tak że mogliśmy całować się w usta. Czułem zapach jej perfum, smak pomadki. Pulsujące, ciepłe wnętrze pochwy otulało penisa. Przyśpieszała coraz bardziej.
— Ooo, ooo — wydobywało się z naszych ust.
Patrzyłem, jak zamyka oczy, jak na jej twarzy zaczyna gościć grymas przyjemności. Sam miałem na wpół przymknięte oczy, ale dostrzegałem naprawdę dużo.
— O tak, o tak — wydobywała z siebie i obydwoje zbliżaliśmy się do finału.
Całkowicie wyłączyliśmy się. Nie istniało nic, prócz nas – wzajemnie połączonych ciał w miłosnej ekstazie.
— Ja… och…ach — jakieś pojedyncze wyrazy, zgłoski, jęki zwiastowały, że za chwilę będziemy szczytować wspólnie, co nieczęsto nam się zdarzało…
— Już jestem — głos Tamary był jak ostre cięcie nożem.
Trafiła dokładnie w momencie, gdy osiągnęliśmy orgazm. Jekaterina wygięta w łuk, dłońmi mierzwiąca swoje włosy, a ja w ekstazie wydobywający z siebie nieartykułowane dźwięki.
Córa wbiła się centralnie do otwartej na oścież sypialni w momencie, gdy nie da się tego przerwać. Gdy zmysły szaleją, a ciało i ekstaza orgazmu wyłączają wszelkie hamulce. Kobieta musi wykonać parę ruchów, facet podobnie. Nie ma hamulca bezpieczeństwa, sperma ma trysnąć, przyjemność musi trwać. Jak tłoki silnika, nie zatrzymasz ich ot tak – wyhamowanie musi potrwać.
Nie wiem, jak długo najstarsza córka obserwowała nasze harce. Mnie wydawało się, że trwało to ułamek sekundy, może sekundę, ale kto patrzy na zegarek, kiedy kocha się z żoną? Jekaterina opadła na mnie i mocno się wtuliła, jakby chcąc zasłonić piersi i nagość, z mojego penisa jeszcze tryskały ładunki nasienia. Oplotłem małżonkę jedną dłonią, a drugą nerwowo chwyciłem poły kołdry, starając się nas okryć przed wzrokiem córki, która stała, zasłaniając usta jedną dłonią, patrząc na nas nienaturalnie wielkimi oczami.
— Wyjdź Tamara. Proszę — pierwszy zareagowałem.
Nastolatka odwróciła się na pięcie i poszła do swojego pokoju. Roześmialiśmy się, jakoś tak nienaturalnie, ale trwało to tylko chwilę.
Ubieraliśmy się chyba na wyścigi. Katia cała w pąsach, a ja pewnie też. W głowie tłukło się tylko jedno – jak ona to odbierze, przecież nie tak dawno… a my tu teraz.
— Porozmawiam z nią — zadeklarowała Jekaterina.
— Oboje porozmawiamy — rzuciłem, wciągając spodnie.
Boże, przecież nie robiliśmy nic zboczonego. Miała wrócić później, mogła zadzwonić, mogła nie wchodzić, tylko od razu iść do siebie.
— Zapniesz mi wreszcie tę sukienkę? — Katia była zdenerwowana.
Drżącymi dłońmi zasunąłem zamek. Zawstydzeni zapukaliśmy do jej pokoju.
— Słuchaj, Tami, nie powinnaś… — zacząłem, unikając kontaktu wzrokowego. Było mi cholernie wstyd.
— Przepraszamy, powinniśmy… — zaczęła Katia.
Tamara siedziała na łóżku, cała czerwona na twarzy, co wcale mnie nie dziwiło. Nieczęsto nakrywa się rodziców na cimci-rimci, i to jeszcze w chwili ekstazy. Podniosła się i spojrzała na nas.
— Ale ja wiem, że to normalne, gdy ludzie się kochają — przerwała nam, a oboje nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć. — Tylko ty, mamo, wyglądałaś na taką szczęśliwą, a ten twój wyraz twarzy… — kontynuowała, a Katia coraz bardziej się rumieniła, nie wiedząc, co powiedzieć. — A ty, tato…
— Dobrze, Tami, może nic już nie mów, dobrze? — przerwałem, nie chcąc słyszeć, jak wyglądałem w momencie ejakulacji.
— Ty naprawdę kochasz mamę, to było widać, byłeś taki rozpromieniony i radosny — jednak nie posłuchała. — Dawno cię takiego, tato, nie widziałam.
Tłumaczenia, przeprosiny, mówienie, że nie powinna tego widzieć, nagle nam uleciały.
Podeszła do nas i pocałowała w policzek, każdego z osobna. Chyba nas to zaskoczyło. Nie sądziłem, że Tamara jest tak dojrzałą osobą. Bałem się, że to dla niej będzie stresujące, traumatyczne przeżycie, a tu patrz. Zdębiałem i nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. Znowu, w poważnych sprawach, nie wiedziałem, co począć.
— Idź, zobacz, co u Kławdii, a my tu sobie chwilę pogadamy — Jakże ja się ucieszyłem, słysząc słowa Jekateriny.
Najmłodsza córeczka spała w najlepsze. Pogłaskałem ją delikatnie po twarzy. Mój malutki aniołek. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca, najchętniej wbiłbym się do pokoju Tamary i słuchał, o czym obie kobiety, tak, kobiety, rozmawiają.
W końcu po dobrej godzinie rozmowy się zakończyły. Jekaterina wyszła i spotkaliśmy się w kuchni.
— I co? — zapytałem, ciekawy jak cholera.
— Ta sytuacja przyśpieszyła to, o czym miałam z nią porozmawiać. Obawiałam się, bo wiemy, co ona przeszła, ale…
— No mów — byłem jak w gorącej wodzie kąpany.
— Ja w jej wieku nie byłam tak dojrzała, ona dużo rozumie, bardzo dużo i można z nią naprawdę porozmawiać na poważne tematy. — Katia miała usta już w podkówkę. — Bardzo ją kocham, wiesz — dodała, ledwo powstrzymując łzy. — A ty jesteś dla niej najważniejszym facetem na Ziemi. Ona nas kocha, nas i swoje siostry jak… — emocje puściły i Jekaterina rozpłakała się.
Objąłem ją ramionami i przytuliłem do siebie. Otarła łzy i pocałowała mnie w policzek.
— Muszę iść się poprawić, bo się chyba rozmazałam, a wszystko przez ciebie — usłyszałem, a żona po chwili zniknęła w sypialni.
— Jadę odwieźć mamę na dworzec. Popilnujesz Kławdię? — zapytałem Tami, zakładając kurtkę.
— Pewnie, tato, jak się obudzi, to poczytam jej bajkę — usłyszałem w odpowiedzi.
Pożegnała się z Jekateriną. Mocne objęcia, całusy. Katia pogłaskała ją po twarzy i włosach.
— Powodzenia, mamo, trzymamy kciuki — rzuciła, gdy wychodziliśmy.
Odpaliłem „Patriota” i wrzuciłem bagaż Katii na tylne siedzenie.
— Może zostań, jutro cię zawiozę i po wszystkim przyjadę po ciebie — zaproponowałem.
— Nie, nie ma sensu, obiecałam, a po drugie, znowu cię najdzie ochota.
Miałem coś odpowiedzieć, ale swoimi ustami zamknęła moje.
— Kocham cię. Pamiętaj, żeby odebrać Nadię od rodziców. Kławdi daj rano…
— Kochanie, sześć razy mi to mówiłaś, wiem.
Ucałowałem ją na dworcu i odczekałem, aż przyjedzie pociąg. Nie chciała jechać swoim samochodem, niezbyt pewnie czuła się w moskiewskim ruchu drogowym. Korki, obawa, że gdzieś przytrze auto, no i miejsce parkingowe. Przekleństwa dużych aglomeracji.
— Pa, kochanie, będę tęsknił — powiedziałem, całując ją w usta, a jedną z dłoni dotykając prawego kolana poniżej linii sukienki.
— Przestań, ty kochany głuptasie, ludzie patrzą — szepnęła, wchodząc do pociągu.
Pomachałem na pożegnanie. Potem odebrałem od teściów Nadię.
— Odgrzałam kaszkę i dałam Kławdi, zjadła i bawimy się, tato — usłyszałem po wejściu do domu.
„Boże, taka córka to skarb” — pomyślałem i dopilnowałem, by wszystkie pociechy położyły się spać.
Nim sam udałem się w objęcia Morfeusza, odebrałem wiadomość tekstową od żony – „Dojechałam”.
Zgasiłem światło i położyłem się spać.
Dzień następny. Godzina 08:10 czasu moskiewskiego. Bałaszycha. Federacja Rosyjska.
Dzwonek telefonu komórkowego wybudził mnie ze snu. Przetarłem oczy i spojrzałem. Numer służbowy z „Wympieła”.
— Graczow, słucham — rzuciłem, zaspanym jeszcze głosem.
Tami miała na dziewiątą trzydzieści do szkoły, a mając dzień wolny, nie planowałem wieźć Nadii do przedszkola.
— Ogłoszono BARS 01, natychmiastowe stawiennictwo do jednostki. Potwierdź — usłyszałem.
Podałem swój kod. Nie było sensu pytać, co się dzieje, i tak operator by mi nie powiedział. Jego zadaniem było powiadomić ludzi w jak najszybszym czasie, a nie tłumaczyć, po co mam się pojawić.
Wpadłem do łazienki, nie bacząc na to, że tam była Tamara. Siedziała na sedesie i wystraszyła się, gdy się pojawiłem. Pocałowałem ją w policzek.
— Słuchaj, zostań w domu, dopóki nie przyjdzie opiekunka. Muszę jechać do pracy.
— Tatku, co się dzieje?
— Nie wiem, ale coś złego się stało. Kławdia śpi jeszcze, ale zaraz pewnie się obudzi, kaszka jest…
— Tato wiem, wszystko wiem. Nadii zrobię kanapki z serem żółtym, Kławdii odgrzeję zupkę, tylko proszę, nie całuj mnie, gdy robię kupę, proszę — No byłem zajebistym ojcem.
Wypuściłem sukę na dwór i ubierałem się pospiesznie. Szybki telefon do opiekunki. Na szczęście mogła przybyć wcześniej. Odpaliłem telewizor i prawie mnie wbiło w ziemię.
„Atak terrorystyczny w moskiewskim metrze. Na stacji Łubianka nastąpił wybuch, w wyniku którego śmierć poniosło wiele osób, a mnóstwo jest rannych” — leciało na pasku wszystkich stacji telewizyjnych.
Nerwowo szukałem telefonu komórkowego. Gdy go odnalazłem, wybrałem numer do Katii. Nic, żadnej odpowiedzi. Drugi, trzeci raz. Jakby sieć nie działała.
Nim wybiegłem z domu, wątłe ramiona Tamary objęły mnie wpół.
— Uważaj na siebie, tatku — usłyszałem.
Pocałowałem ją w czoło i pogłaskałem po głowie. Odpaliłem samochód i pomknąłem w kierunku jednostki.
Bałaszycha. Siedziba „Wympieła”, Federacja Rosyjska.
Nie było czasu na gówniane odprawy. Wszystkie informacje dostawaliśmy na bieżąco. Ściągano wszystkich w trybie alarmowym. Nigdy nie widziałem sytuacji, gdy magazyn uzbrojenia świecił pustkami, tak jak teraz.
— Kurwa, pierwsza grupa utknęła w korku trzy kilometry przed Moskwą. Jebane korki, stoją — meldował operacyjny.
Docierali moi ludzie. Wszyscy z „Alfy”, „Wympieła” zostali postawieni w stan najwyższej gotowości. Dwie sekcje od nas poszły transportem kołowym i obie kurwa utknęły gdzieś na przedmieściach Moskwy. Ładowałem swoją broń i czekałem na rozkazy.
— Gotowi… — zaczął „Wołk” i nagle przerwał.
— Co kurwa jest, co się dzieje?! — ryknąłem wściekły.
— Na stacji Park Kultury kolejna eksplozja, to druga stacja.
— Kapitanie, śmigła ściągnięte, dwa będą za pięć minut — zameldowała „Wołkowi” jedna z dziewczyn ze współdziałania.
— „Poliak”, zabieraj swoich do wiertalota i dawajcie tam. Wszystkie jednostki mają jedynkę. Tam jest pierdolnik, ogarnij to.
„Priom”, „Ural”, „Vesta”, „Borys”, „Tor”, „Patron” i ja. Siódemka ludzi i sześć par oczu wbitych we mnie.
— Do śmigłowca, wpieriod — wrzeszczałem.
Mi-8 podniósł się z nami. Nerwowo wybierałam numer do Katii. Cholerna cisza. Technik pokładowy, widząc to, co robię, zagadał.
— W Moskwie wyłączono nadajniki komórkowe, do nikogo się nie dodzwonisz.
Kląłem w myślach, że puściłem Jekaterinę, powinienem postawić na swoim. Modliłem się tylko, by nie jechała metrem, na dobrą sprawę nawet nie wiedziałem, w jakim rejonie Moskwy mieszkała owa Tania, która widziałem może dwa razy w życiu.
— „Tor”, sprawdź broń i wyposażenie. Już!!! — wrzasnąłem na zastępcę.
— Tak, toczona — odparł i wykonał rozkaz.
Przez interkom połączyłem się z pilotem. Startując, nie mieliśmy konkretnych rozkazów, miałem nadzieję, że coś dotarło do nich drogą radiową i dowiem się więcej.
— Panika i chaos, nasi próbują ustalić, co się dzieje, wszystkie służby w stolicy, w stanie najwyższej gotowości, ale większość utknęła w korkach. Kurwa, poniedziałek, wszystko jedzie w kierunku Moskwy, a ci, którzy spanikowali, chcą się z niej wydostać. Zobacz, co się dzieje na autostradzie i obwodnicy — odpowiedział mi drugi pilot.
— Gdzie lecimy? — zapytałem.
— Łubianka obstawiona chłopakami z czterdziestej piątej i jedną sekcją „Alfy”. Tam poszły wszystkie karetki. Dwadzieścia pięć osób zabitych, tyle podali i dwa razy tyle jak nie więcej rannych. Udajemy się w rejon drugiego zamachu na stację Park Kultury — usłyszałem.
Spojrzałem na swoich ludzi. Zacięte, poważne twarze, pełne skupienie.
— „Tor”, bierzesz ze sobą „Prioma” i „Urala”. „Borys”, jesteś uszami i oczami „Patrona”. Ty, Walentino, idziesz ze mną — podzieliłem zadania.
— Jestem Vesta, nie wkurwiajcie mnie z tym imieniem, proszę, kamandirze — lubiłem jej dopiec, wiedząc, jak nie cierpi swojego imienia.
— Dobra, mamy punkt przyziemienia, niewielkie boisko przy szkole numer 1253. Bliżej nic nie znalazłem, stamtąd macie naprawdę blisko — usłyszałem ponownie w słuchawkach głos drugiego pilota.
Śmigłowiec szedł, jak po sznurku, trzymając się głównej drogi prowadzącej do stolicy. Przez okna maszyny dało się dojrzeć potężne korki, zarówno w jedną jak i w drugą stronę.
— Jeżeli tam są służby i zabierają rannych i zabitych, zabezpieczamy rejon zdarzenia. Zero wpuszczania kogokolwiek, oczy dookoła głowy. Terroryści mogą chcieć nagrywać zajście lub zdetonować ładunki podczas akcji ratunkowej. Każdy podejrzany ląduje na glebie, gwałtowne ruchy, nie pierdolimy się, strzelamy, a potem pytamy, tu nie ma zasad. Poniali!!! — wrzeszczałem do swoich ludzi.
Trzymałem fason, choć nie było mi łatwo. Cały czas miałem obawy o Katie. Nie mogłem jednak tego pokazać podwładnym. Potrafiłem przesunąć te myśli, gdzieś na dalszy plan. Była adrenalina, zadanie do wykonania, co ułatwiało mi zepchnięcie dręczących myśli na bok.
„Pewnie dotarła, a może ta Tania ją podwiozła” — uspokajałem się.
— Kapitanie, zmiana decyzji! — wyrwał mnie z przemyśleń głos pierwszego pilota. — Lecimy w rejon stacji Park Pabiedy. Zatrzymano tam metro i prawdopodobnie w nim jest trzecia z terrorystek. Rozkaz z góry. Macie zneutralizować zagrożenie, zmieniam dane — dodał po chwili.
A więc „szahidki”, zwane inaczej „narzeczonymi Allacha” lub „czarnymi wdowami”. Zindoktrynowane kobiety, którym przeprowadzono pranie mózgu, lub których najbliżsi zginęli w walce z „niewiernymi”. Nord-Ost, Biesłan i wiele, wiele innych lokalizacji. W wieku 16-25 lat, różnej narodowości, choć przeważały Czeczenki. Noszące się na czarno „wiedźmy”, w długich sukienkach lub szerokich, długawych spodniach. Niejednokrotnie gwałcone i szprycowane narkotykami, by złamać ich wolę i mamić mitycznym rajem.
Od dawna nie miałem oporu, by w takiej sytuacji zabić kobietę. Terroryzm to nie płeć, to stan umysłu. Likwidowałem niebezpieczeństwo, terrorystkę, potencjalną morderczynię niewinnych osób.
— Zmiana decyzji, cel do realizacji, podział bez zmian — rzuciłem do swoich ludzi.
Stacja Park Zwycięstwa była poza ścisłym centrum Moskwy, na peryferiach przy kompleksie poświęconym Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Sam Park zajmował blisko 135 hektarów i byłem tam chyba dwa razy w życiu, z tego raz z Tamarą.
„Nie powinno być problemu z wysadzeniem nas” — przeszło przez myśl.
— Coś bliżej wiemy? — rzuciłem pytanie do pilota.
— Jedna „szahidka”.
— Łącz z Wympiełem, kurwa, muszę wiedzieć więcej. Nie wpierdolę tam swoich ludzi, o tak na żywioł! — poleciłem.
Przerzucił mnie na drugi kanał i wywołał dowództwo. Mieliśmy tylko przenośne radiotelefony, a te nie miały aż tak dalekiego zasięgu. Po drugie, teraz każda ze służb działała na łączności radiowej. Sieć komórkowa była nadal wyłączona w Moskwie.
— Wodzu, spokojnie, zabrałem telefon satelitarny, coś mnie tknęło — zameldował „Priom”.
— Trzymaj go w odwodzie, chuj wie, jak zachowa się w metrze. W razie czego zostaniesz na powierzchni i będziesz jako retranslator — odpowiedziałem mu, błogosławiąc, że zabrał to cacko.
Pilot połączył się przy pomocy krótkofalowej radiostacji R-842 z centrum dowodzenia mojej jednostki. Póki byliśmy w powietrzu i miałem ten środek łączności, musiałem dowiedzieć się jak najwięcej. Prosta zasada — im więcej wiesz, tym mniej ryzykujesz.
Zdaliśmy sobie sprawę, że maszyna odbiła z wcześniej obranego kursu i teraz leciała w kierunku nowego celu. Dziewczyny z sekcji łączności naszej jednostki sprawnie połączyły mnie z operacyjnymi.
— „Poliak”, podajcie wszystkie dane. Coś wiecie o celu i dane obiektu — tu nie ma czasu na długie zapytania. Minimum słów, maksimum muzyki.
— Jedna terrorystka, ładunek na niej nie eksplodował, gdyż ta stacja jest zbyt głęboko, a sygnał był na tyle słaby, że go w ogóle nie ma, lub może zdołaliśmy w porę wyłączyć sieć. Większość ludzi ewakuowana, dostaliśmy sygnał od ochrony, a ci od jednego z pasażerów o podejrzanej kobiecie. Młoda, nie więcej niż dwadzieścia lat. Milicja zabezpieczyła teren i go izoluje. To najgłębsza stacja w moskiewskim metrze, możesz mieć problemy z łącznością. Wyłączono tam wszystkie urządzenia elektryczne i elektronikę — starałem się słuchać w skupieniu. — Na peronach pozostało pięć, może sześć osób, które zostały stratowane przez uciekających. Wewnątrz, oprócz niej jedna starsza osoba na wózku inwalidzkim i wózek z dzieckiem przy drzwiach. Matka zemdlała i leży w wagonie. Terrorystka ukryta za inwalidą na wózku — dostałem prawie pełny obraz sytuacji i dostrzegłem, że dolatujemy do celu. — Czego potrzebujesz? — padło pytanie.
— Ludzi z łączności, bym mógł mieć kontakt z wami, jammery, by zakłócić pasmo, na którym pracowali, i pirotechników — rzuciłem szybko, widząc, że maszyna podchodzi do przyziemienia na wolnej przestrzeni parku.
— Nasi saperzy utknęli w korkach, dotarli ludzie z „Alfy”, ale sprawdzają teraz drugą lokalizację jak mam ci zakłócarki dostarczyć kurwa! Gołębiem pocztowym? — usłyszałem i zdałem sobie sprawę, jaki chaos panuje.
Nie, nie miałem pretensji do abonenta po drugiej stronie. Ta kobieta pewnie by mi nieba uchyliła i dała wszystko, co żądam, ale nie tylko ja zostałem w ten kocioł wysłany. Pierdolnęły dwa ładunki, mogło być ich więcej.
— Kapitanie, desantujemy się, śmigłowiec przyziemia! — przerwała moją rozmowę „Vesta”.
Zrzuciłem słuchawki, założyłem hełm na głowę. Poprawiłem kominiarkę. Technik otworzył drzwi i wypadliśmy ze śmigłowca. Ten tylko lekko dotknął podłoża, a gdy tylko nas wysadził, zaczął się podnosić.
Nie biegliśmy szykiem ubezpieczonym, to nie nierozpoznane pole walki, choć można było brać pod uwagę, że ktoś z terrorystów nas obserwuje. Nikłe prawdopodobieństwo, zbyt duży otwarty teren, trudno się ukryć, a milicjanci dawali jakąś osłonę.
Bieg, cholernie szybki. Miałem swoje lata, nie byłem młodzieniaszkiem. Czterdziestka, młodszym nie dorównasz. Po stu metrach za moimi plecami pozostał tylko „Patron”, dźwigający swojego SWD i osprzęt dla siebie i swojej ochrony.
Dopadliśmy milicjantów tkwiących przy wejściu.
— Kurwa, ilu ludzi, który wagon, gdzie cel?! — rzucałem pytania do pyzatego funkcjonariusza stojącego przy wejściu do metra.
Patrzył na mnie jak na ufoludka, mając chyba pełno w porach. Rozbiegany wzrok, trzęsące się dłonie. On się bał, to było widać.
— Gdzie dowódca, kto tu dowodzi? — starałem się nie krzyczeć, lecz ciężko mi to wychodziło, widząc taką melepetę.
— Tam — wreszcie wydusił z siebie, wskazując ręką stojący pojazd.
— „Ural”, przyprowadź chuja. Już! — poleciłem.
Prócz tego, że zabezpieczyli wejścia do stacji i pomogli ofiarom, którzy wydostali się stamtąd, nie zrobili nic. Nie otrzymałem żadnych pomocnych informacji. Nic, poza tym, że na peronie pozostali ludzie i jest jedna terrorystka w wagonie, ukryta za starszym niepełnosprawnym staruszkiem.
— „Tor”, „Ural” na czoło. Rozpoznanie i odejście na boki. Bez kontaktu z poszkodowanymi. Rozpoznajecie i wskazujecie reszcie pozycje. Potem ja z „Vestą” zajmujemy miejsce, skąd mam dowodzić — zacząłem. — Ale na waszym rozpoznaniu się wspieram. Na końcu „Patron” i „Borys”, zajmujecie pozycję i meldujecie gotowość. Na mój rozkaz. Paniali! — stawiałem rozkazy. — „Priom”, łączność, liczę na ciebie, zostajesz tutaj.
— Przyjęli, dowódco! — to właśnie chciałem usłyszeć.
Jebane 740 stopni w dół. Całe 126 metrów. Trzy minuty jazdy. Tyle czasu zajmuje zjechanie schodami ruchomymi, a te akurat nie działały.
Przeładowanie broni. Miałem swojego AKS-74U oraz „Giurzę”, pozostali, oprócz „Vesty” i „Patrona”, mieli standardowe AK-74.
— Gotowa, broń przeładowana, kryję — usłyszałem damski głos Walentiny i usłyszałem szczęk jej peema — PP-19 „Bizon”, swoistej maszynki do szycia.
— Naprzód! — wydałem komendę.
Nie, nie pędzisz, człowieku, na złamanie karku. Musisz przemieszczać się cicho. Każdy krok to wypracowany ruch. To co zajmuje zwykłemu śmiertelnikowi w tym miejscu i w tym czasie, lecz nie w takiej sytuacji, tobie zabiera o wiele więcej czasu.
Gogle na oczach, hełm na czerepie, kominiarka na gębie, Ciężko się oddycha, pomimo faktu, że ta ostania jest termoaktywna. Czujesz każdy oddech, każde tchnienie.
Biało-brązowe płytki podłogowe na peronie. Byliśmy na miejscu. Dostrzegłem wagony kolejki podziemnej.
— Trójka do jedynki, nie widzę celu, sześć osób na peronie, cztery dają oznaki życia — otrzymałem meldunek od „Tora”.
Omiotłem wzrokiem stację. Pierwsza taka akcja w moim życiu. Owszem, w Biesłanie było nieco gorzej, podobne ryzyko, ale kurwa, rozpoznanie było lepsze. Może dlatego, że wchodziłem na gotowe, a wtedy nie rozumiałem tych, którzy byli wcześniej, tak jak my tu i teraz.
— Rozchodzicie się, wchodzę — rozkazałem.
— Kryję — krótka komenda, a jakże oczekiwana, zwłaszcza gdy po raz pierwszy wydaje ją kobieta.
— Potrzebujesz wsparcia? — poznałem głos „Urala”, starego druha.
— Nie, kryj „Vestę” i mnie — krótki komunikat.
— Przyjąłem.
— Pierwsza sekcja zajęła pozycję, gotowi do realizacji — zameldował „Tor”.
Pokonujesz dystans, nie wiedząc, co się stanie. Może ta pojebana „czarna wdowa” naciśnie przycisk, który trzyma w ręku.
Sześcioro osób, zdetonuje ładunek. Przynajmniej trzy zginą, tak oceniłem, bo teraz byłem pewien, że tkwi w ostatnim wagonie.
— Jedynka w realizacji, podchodzę do celu, piątka zabieraj poszkodowanych — znów łamałem zasadę.
— Piątka, NEGATIV, osłaniaj mnie, jedynka, idę pierwsza — to mnie zaskoczyło i zaszokowało.
Vesta wyminęła mnie i ruszyła w kierunku ostatniego wagonu. Poruszała się tak, jak nas szkolono.
— Job twoju mać, Vesta — tylko tyle zdołałem z siebie wydusić, a teraz to ja kryłem kobietę.
— Osłaniam piątkę, „Ural”, „Borys”, do mnie — modyfikowałem taktykę działania.
Dopadli mnie, a ja ruchem dłoni wskazałem, że mają wyciągnąć leżących ludzi.
— Najpierw żywi, potem umarli — dorzuciłem.
„Ural” nigdy nie srał „żarem”. Dlatego też zajął się wózkiem z dzieckiem. Gdy mnie mijał, rzucił tylko:
— Ukryta za wózkiem inwalidzkim, ale damy radę.
— Uspokój się, odkładam broń, wchodzę do środka — te słowa „Vesty” mnie sparaliżowały.
Nie wydałem jej takiego rozkazu, ba, nawet w głowie mi to się nie wykluło. Prosta zasada: masz cel, strzelasz. Z terrorystką pozostał jeden człowiek, strzec na wózku. Leciwy gość, ile on może przeżyć?
— „Patron”, widzisz cel? — zapytałem.
— Nie widzę, Vesta zasłania.
Moi byli na pozycjach, przynajmniej ci najważniejsi. Gdyby nie nasza medyczka, być może podałbym rozkaz do strzału.
— Osłaniać, wchodzę — sam nie wiem, dlaczego tak zadziałałem.
Z pozycji klęczącej, zza filara, wyszedłem, odkładając na bok pistolet i karabinek. Pozostał mi tylko nóż szturmowy, przytroczony do kamizelki taktycznej.
— Wchodzę Vesta, przekaż jej że nie mam złych zamiarów — uprzedziłem partnerkę i spokojnym krokiem ruszyłem w kierunku otwartych drzwi wagonu.
— Wchodź „Poliak”. Tylko ostrożnie bez gwałtownych ruchów — usłyszałem.
„Już ja się, kurwa z tobą policzę, za ten numer” — kląłem Walentinę w myślach.
Minąłem leżącą kobietę tuż przy drzwiach wejściowych. Jej nie zdołano zabrać, gdyż byłą za blisko terrorystki. Najprawdopodobniej była to matka tego dziecka w wózku. Pochyliłem się powoli i dotknąłem jej szyi, chcąc wyczuć puls. Żyła.
Dojrzałem klęczącą przy inwalidzkim wózku Vestę i skuloną za nim terrorystkę. Ubrana w długą sięgająca prawie stóp czarną sukienkę i narzuconą na nią kurtkę nie miała niewiele więcej lat niż moja Tamara. Siedemnaście, góra osiemnaście. Ona dojrzała mnie i skuliła się jeszcze bardziej. Na wózku siedział starszy jegomość w leciwym wieku. Był blady jak ściana i głęboko oddychał przez usta.
— Wyciągnę tylko ją — to mówiąc wskazałem rękę na nieprzytomną kobietę — I zaraz wrócę — dodałem, chwytając poszkodowaną za poły płaszcza.
— „Ural” do mnie, mamy jeszcze jedną poszkodowaną. Zabierasz i wycofujesz się — rzuciłem w radiotelefon.
— Zrozumiał, realizuję — usłyszałem w odpowiedzi.
Odciągnąłem ofiarę od wagonu i po minucie dostrzegłem zbliżającego się operatora. Doszedł do mnie.
— Przejmuję — powiedział głośno i jednocześnie delikatnie szturchnął mnie dłonią — Wsadzam do tylnej kieszeni — dodał szeptem i poczułem jak wsuwa do jednej z tylnych przegródek swój pistolet.
Nic nie odpowiedziałem, kiwając tylko głową na znak że zrozumiałem.
— Wchodzę, jestem bez broni, chcę ci pomóc — powiedziałem i ponownie ruszyłem do wagonu.
Powoli, stawiając krok za krokiem zbliżałem się do terrorystki. Patrzyłem jej prosto w oczy, a ona robiła to samo. Cały czas kontakt wzrokowy – to najważniejsze.
— Stój — po raz pierwszy wydobyła z siebie głos, a ja zastygłem dwa metry od niej w bezruchu.
— Wiktorze, ona krwawi z narządów rodnych, chyba mamy poronienie, zobacz na podłogę — Vesta mówiła to spokojnym tonem głosu.
Dziadek na wózku, chyba stracił przytomność, bo głowa poleciała mu na prawe ramię.
„Dobrze, przynajmniej on nie odjebie żadnego numeru” — na swój sposób byłem z tego faktu zadowolony.
— Dasz radę to zatrzymać. Masz jakieś leki? — zadałem pytanie medyczce.
— Tak, mam, ale ona nie zezwala mi się zbliżyć — odpowiedziała Vesta.
Widziałem we wzroku tej nastolatki paniczny strach i przerażenie. W oczach miał łzy, twarz w podkówkę. Co chwila pociągała nosem. Była jak wystraszone zwierzę, które dopadli myśliwi.
— Jak masz na imię? — zadałem dziewczynie proste pytanie.
— Zlata, mam na imię Zlata — odpowiedziała po chwili.
— Ja jestem Wiktor, a tam przy tobie jest Wala. Ona jest lekarzem, poda ci lek, żebyś nie krwawiła już więcej, ale musisz jej na to pozwolić. Jesteśmy tu aby cię uratować — mówiłem to tak spokojnie lecz stanowczo, że sam się sobie dziwiłem.
— Nie, zabijecie mnie, dacie mi narkotyk i zabijecie — odpowiedziała.
Cały czas lustrowałem jej ciało. Nie dostrzegłem by w dłoniach miała jakiś przycisk z kablem. Takie coś miały „czarne wdowy” w Biesłanie i na Dubrowce. Tylko ty człowieku nigdy nie wiesz czy naciśniecie tego urządzenia spowoduje eksplozję, czy tez zwolnienie owego nacisku. Nie wyniuchasz tego na odległość. Dostrzeżesz w bliskiej odległości, jeżeli widzisz dłonie. Snajper gdzie indziej celuje w pierwszej sytuacji, a w inne miejsce w drugiej. Na szczęście nie miała tego. Jeden problem odpadał.
Byłem w takim miejscu że szybkie dobycie pistoletu, który wsadził mi „Ural” i przycelowanie zajęłoby mi kilka, kilkanaście sekund. Sprawa rozwiązana, ładunek najprawdopodobniej był detonowany zdalnie. Jeden strzał, z takiej odległości się nie pudłuje.
Co najwyżej szok, naszej Walentiny, którą z pewnością ochlapałaby krew Zlaty, pomieszana z płynem rdzeniowo-mózgowym.
Jednak kurwa nie mogłem, widząc tę przerażoną nastolatkę i jeszcze to jej imię. Miało słowiańskie pochodzenie i było popularne na Kaukazie i Czeczeni. Coś mnie blokowało, pragnąłem ją uratować, a nie zabić. Przynajmniej na razie.
— Gdybyśmy chcieli to zrobić, już dawno byś nie żyła. Zobacz, jesteśmy bez broni. Wala pokaże ci lek, jaki ci poda. Jeżeli się nie zgodzisz, to się wykrwawisz i umrzesz, a tego i ty nie chcesz, ani my — odpowiedziałem i obróciłem się dookoła, by mogła dostrzec że jestem bez oręża. — Zobacz, odrzucam nóź — byłem pewien że nie zobaczyła pistoletu, „Ural” wsunął go do najszerszej kieszonki kamizelki.
Ciszę przerwał brzęk ostrza, które uderzyło o podłogę wagoniku.
— Zobacz Zlata, to cyclonamina, lek, który zatamuje krwawienie. Powiedz mi, ty byłaś w ciąży? — Vesta zapytała i miałem ją zamiar za to ukatrupić na miejscu.
Po jasną cholerę zadała to ostatnie pytanie? Po to by w dziewuszce wzbudzić przykre, traumatyczne wspomnienia? Przecież mogła zostać zgwałcona, w tym obozie szkoleniowym, bo przecież „czarne wdowy” w większości są szkolone i przygotowywane do samobójczych misji, a to trwa tygodnie lub miesiące. Wojownicy sobie używają. Niski procent kobiet robi to z woli zemsty, bo wierzą w te brednie o raju i etosie męczeństwa.
— Tak, oni mnie… — i dziewczę wybuchło płaczem.
Idealna sytuacja, by teraz wyciągnąć gnata i jednym celnym strzałem zakończyć życie terrorystki. Prosto, pewnie, by się nawet nie zorientowała. Taka myśl przez chwilę przeleciała w mojej głowie, ale tego nie uczyniłem.
— Jeżeli nie chcesz, to nie mów. Pozwól tylko sobie pomóc — spokojnym głosem, starałem się naprawić to co spierdoliła koncertowo Vesta.
Patrzyłem na nastolatkę i widziałem że się waha. Plama krwi w miejscu gdzie kucała stawała się coraz większa.
— „Patron” do „Poliaka”, strzał niemożliwy, nie widzę celu — usłyszałem w słuchawce.
— Negocjujemy, nie jest planowana likwidacja — powiedziałem to tak naturalnie, że każdy by uwierzył.
Nastała chwila ciszy. Vesta trzymała w dłoni ampułkę z lekiem, dziewczyna przerzucała wzrok, to na mnie to na medyczkę. Nie wiem jak długo to trwało nim usłyszeliśmy od niej:
— Dobrze, ale nie zabijajcie mnie? — przystała.
— Vesta, podaj specyfik, a potem się wycofaj, zostaje z nią sam. Zrozumiałaś? — ostatni wyraz zaakcentowałem tak wyraźnie że musiało to do niej dotrzeć.
— Pozostanę w odwodzie — No jednak była tępą babą. Nie tolerowałem nigdy niesubordynacji.
— ZROZUMIAŁAŚ? — dobitnie, dałem jej do zrozumienia że nasza współpraca, chyba ma się ku końcowi, pomimo faktu że zaopiniowałem jej okres próbny pozytywnie.
Patrzyłem jak nabiera lek do strzykawki i coś szepcze do dziewczyny. Tamta kiwnęła głową. Kolejna szansa by zlikwidować „szahidkę”. Ryzykowna, bo głowa Vesty była blisko, ale pewnie bym trafił.
„Na pewno bym trafił” — jednak tylko patrzyłem.
— Już? — zapytałem, w chwili gdy medyczka opuściła podniesiony rękaw sukienki terrorystki po zakończonej iniekcji.
— Tak, ale muszę… — odpowiedziała Walentina.
— Nic nie musisz, wycofuj się, zrobiłaś swoje — przerwałem operatorce.
— Wiktorze, muszę jeszcze chwilę pozostać, może wystąpić wstrząs — starała mi się tłumaczyć swoje zachowanie.
— Wyjdź za wagon i stamtąd obserwuj. To rozkaz — gdyby nie ta sytuacja, dopadłbym ją i rozerwał na strzępy, za te dyskusje i niesubordynację.
Zadziałało. Rozpiąłem kamizelkę taktyczną, gdy mnie mijała. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Patrzyła zdziwiona, gdy po pozbyciu się taktycznego oporządzenia, zdjąłem kamizelkę kuloodporną i założyłem z powrotem taktyczny szpej.
— Co ty robisz?
Mój wyraz wzroku, dał jej odpowiedź. Nie pytała już więcej. Zdjąłem hełm i rękawiczki.
— Podejdę teraz do ciebie i zobaczę jak to wygląda. Ściągnę ładunek z ciebie. Dobrze? — Dziewczyna kiwnęła głową na znak że się zgadza.
— „Poliak” kurwa, nie jesteś saperem — usłyszałem w słuchawce głos „Prioma”.
— To mi ich ściągnij, Załatw mi łącze szerokopasmowe na audio i video na naszej częstotliwości i łącz z bazą, z „Pomzem” — odpowiedziałem mu. — I podrzućcie mi terminal video, musze mieć z nim stały kontakt — dodałem.
„Pomz” był emerytowanym saperem i pirotechnikiem, który nas szkolił w „Wympiele”. Jeżeli miałem podjąć się, tego co zamierzałem, to musiałem mieć jego wsparcie. Jakieś szkolenie z saperki, każdy z nas miał, ale bardziej w kwestii konstruowania min pułapek, i fugasów oraz ich rozbrajania. Tyle, a to było stanowczo za mało.
— Przyjął, idę do ciebie. Czekaj, nic nie rób — odpowiedział.
Staruszek, albo już kipnął na dobre, albo zapadł w głęboki sen, ale on był w tej chwili najmniej ważny. Gdyby padła decyzja likwidacji terrorystki, nikt by na niego nie zwracał uwagi. Pociski poszatkowały by jego, jeżeli tylko byłoby wysokie prawdopodobieństwo że zabiją ją. Był, z założenia spisany na straty. Brutalne, ale prawdziwe.
— Dasz radę się podnieść? — zapytałem cicho, będąc tuż przy niej. — Będzie mi łatwiej, no i musimy się pozbyć tej sukienki — dodałem.
— Wstanę, ale sukienka nie — odpowiedziała.
— Nie bój się, będę stał przed tobą, snajper cię nie trafi bo zasłonię mu cel, a po drugie go odwołałem. Słyszałaś sama co mówiłem. Nic nie zrobi bez mojej zgody. Idzie tu jeden z moich ludzi z kamerą, bo musze mieć kontakt z saperem, by rozbroić ten ładunek, co masz na sobie, a nie dam rady tego zrobić jak będziesz miała na sobie sukienkę — sam siebie podziwiałem ze tak spokojnie tłumaczę tej dzierlatce to wszystko.
W wyrazie twarzy widziałem że miała opory. Musiałem ją przekonać, na bok ze wstydem, gdy chodzi o życie, a na razie miałem zamiar uratować to boskie stworzenie.
— Tu piątka, szóstka podchodzi ze sprzętem — odezwała się Vesta.
— Zaraz tu wejdzie mój kolega i zostawi sprzęt, a potem się wycofa. Nic się nie bój — byłem nie wiadomo dlaczego siłą spokoju.
— Tak — powiedziała cicho i podniosła się, opierając o ścianę wagonu.
— Tu czwarty, zasłaniasz cel — usłyszałem w słuchawkach głos „Patrona”. Nie odpuszczał, co nie było dla mnie dziwne. To on pewnie miał zagwozdkę, dlaczego tak robię.
Z wąskiej przegródki kamizelki wyjąłem nożyczki i zacząłem rozcinać sukienkę od góry. Powoli, delikatnie ostrza zsuwały się w dół, a mim oczom ukazał się „pas szahida” umocowany na jej ciele. Wyglądał jak gorset, który oplatał zgrabne dziewczęce ciało na wysokości piersi i częściowo brzucha.
Nie, to nie były laski dynamitu. Skurwysyny upchali w przegródkach semtex lub plastic i chuj mnie interesowało co tam jest. Nie było tego dużo, może kilogram, może dwa, ale taka ilość rozerwałaby nas teraz na strzępy.
— Zostawiam sprzęt, kamera włączona. „Pomz” czeka na linii. Transmisja zabezpieczona, za dwadzieścia minut obiecali dostarczyć jammera. O saperach zapomnij, mają w chuj roboty na tamtych stacjach, albo tkwią w korkach — „Priom” mówił to tak spokojnie, że aż go nie poznawałem. — Potrzebujesz pomocy? — dodał.
— Nie, wycofaj się i utrzymuj łączność, bez niej nie dam rady — odparłem.
Poszatkowałem sukienkę tak że teraz dziewczyna tkwiła przede mną w samych mocno zakrwawionych majtkach, skarpetach i butach oraz biustonoszu, znajdującym się pod ładunkiem wybuchowym. Cały czas chyba krwawiła bo po udach spływały strużki krwi.
— Ona nadal krwawi, może trzeba jej dać jeszcze — zwróciłem się do Vesty.
— Dostała dwie ampułki, więcej nie mogę, krwawienie powinno ustąpić maksymalnie po godzinie — dała mi odpowiedź.
— Dasz radę ustać, a najlepiej jakbyś się odsunęła od ściany, muszę to obejrzeć od tyłu — poprosiłem biorąc kamerę i łącząc się z „Pomzem”.
Nie było czasu na szmery bajery i gadki szmatki z naszym emerytowanym saperem. Od razu kierując kamerę na ciało dziewczyny zapytałem go czy coś dostrzegł. Poprosił mnie tylko bym jeszcze raz powoli przyjechał po materiale wybuchowym i kablach.
— Niech pan wyłączy na chwilę, ja już nie dam rady — nagle usłyszałem głos nastolatki.
Odłożyłem kamerę i spojrzałem jej w oczy.
— Co się stało, powiedz mi?
— Ja muszę, nie utrzymam już dłużej.
— Sikaj, niczym się nie przejmuj — zdałem siebie sprawę, że trzymała mocz.
— Odwróć się proszę — poprosiła błagalnym wzrokiem.
Odwrócić się tyłem do wroga, było niedopuszczalną rzeczą. To jak proszenie się o śmierć. Nie mogłem tego uczynić. Wiedziałem że kiedyś zginę, ale do jasnej cholery, nie zabity w czasie gdy terrorystka sika.
— Patrz na mnie, a ja na ciebie i zrób to — naprawdę musiałem być przekonujący.
Boże, jaka ona była przerażona. Te ładne brązowe oczy, cudne czarne włosy, wąska szyja, smukłe ramiona.
„Kto ci dziecko tak zrył beret i dlaczego się zgodziłaś?”
Oddać mocz w obecności obcego mężczyzny na pewno dla kobiety nie jest komfortowe, na dodatek na stojąco, w majtki. To już wstyd do sześcianu, dla tak młodej istoty. Musiałem jakoś rozładować, tę niekomfortową dla niej sytuację.
— Nie wstydź się. Mam trzy córki. Najstarsza Tamara, bardzo podobna do ciebie, ma teraz piętnaście lat i urodziła się w Biesłanie. Jest moją przybraną córką, jej rodzice zginęli wtedy tam w szkole. Byłem przy niej jak dostała pierwszy raz okres, też się wstydziła, nawet bardziej niż ty teraz. Założyłem jej podpaskę — nieco ubarwiałem, ale chciałem ją uspokoić.
— Moja najlepsza przyjaciółka ma na imię Tamara — załapała temat. — Tylko ja się teraz tak czuję — dorzuciła po chwili.
— Zdejmę z ciebie te zakrwawione majtki. Jestem starym bykiem, cipkę już widziałem nieraz i wcale nie jestem ciekaw jak wygląda twoja, a wiem jak się teraz czujesz. Opatrunkiem przetrę tamte okolice i nogi, gdzie jest krew. Nie będę tam patrzył. Dobrze? — sam siebie nie poznawałem.
Chyba musiałem być przekonywujący, a moja gadka zrobiła dobre wrażenie bo dziewczyna kiwnęła głową na znak przyzwolenia. Rozerwałem opatrunek osobisty, a drugą z dłoni, uzbrojoną w nożyczki rozciąłem na boku materiał zakrwawionych i posikanych fig. Te upadły na podłogę, która teraz w tym miejscu była plamą moczu i juchy.
— Cel pewny, mam likwidować? — przeszył mnie meldunek „Patrona”.
— Niet, niet, niet! — wywaliłem z siebie po trzykroć, gdy schyliłem się i opatrunkiem zacząłem wycierać jej intymność.
To nie była tylko krew, jakieś skrzepy, wymieszane teraz z moczem i wydzieliną z pochwy. Nie, nie czułem obrzydzenia. Lata w specnazie i „Wympiele” zrobiły swoje. Czołganie się w wąskim kręgu, gdzie masz porozrzucane świńskie lub krowie wnętrzności, nieraz nie pierwszej świeżości. Manekiny upaprane krwią, i… ludzka krew zmieszana z płynem mózgowo-rdzeniowym, gdy wwaliłeś w kolesia pocisk z odległości niecałego metra, lub gdy ów trafił towarzysza w czerep, a ty byłeś blisko. Za pierwszym razem ciężko, potem normalka, za dziesiątym razem to zjesz śniadanie w obecności trupa bez głowy. Przecież w prosektorium nieraz bywałem i z patologami wódkę piłem.
— Przyjął, ale mam nacisk z sektora, za długo to trwa — to zdanie mnie zaskoczyło.
„Co za chuj wpierdala mi się w robotę?”
— Każda decyzja konsultowana ze mną. Poniał!
— Piąta gotowa wesprzeć działania pierwszego — wcięła się Vesta.
— Poniał.
Nie wiem dlaczego, ale najdelikatniej jak umiałem wycierałem okolice jej łona, ud i niżej. Dostrzegłem że ma gęsią skórkę i zrobiło mi się jej żal, a to kurwa niedobry znak. Powstałem i wiedziałem że ponownie zasłoniłem „cel”.
Czy byłem wtedy podniecony, bo przecież lustrowałem jej intymność i dotykałem gładkiej młodej skóry. Na swój sposób tak, męskich odruchów nie zabijesz. Penis dostaje erekcji, ale to tylko odruch bezwarunkowy, niby powiązany z psyche. Masz jednak inny priorytet. Instynkt samozachowawczy, a ten zawsze wygra z seksualnym. Coś jest wyżej, cos niżej. Człowiek, jeżeli jest w pełni rozumny i nie nafurany lub pod wpływem, zawsze wybierze to pierwsze.
— Piąta, NEGATIV, wycofaj się, To rozkaz. PONIAŁA! — sytuacja nie była łatwa, a ja zaczynałem być coraz bardziej rozdrażniony, ze mi ktoś przeszkadza i wpierdala się tam, gdzie według mnie nie powinien.
— Poniała. Jak krwawienie? — jednak nie dawała za wygraną, chcąc jak najdłużej zostać blisko mnie.
Spojrzałem na cipkę dziewczyny i nie dojrzałem by nadal kapała stamtąd krew. Najprawdopodobniej leki zadziałały, ale nie miałem stuprocentowej pewności.
— Ustoisz? — zapytałem Zlaty.
— Dziękuję. Tak, dam radę — szepnęła, chyba nie zdając sobie sprawy, jak blisko śmierć przeszła obok niej.
— Przeleć mi jeszcze raz cały pas. Ładunki wyglądają na proste, ale musieli się jakoś zabezpieczyć, by sama nie ściągnęła tego z siebie, tam może być problem. Przecież mogła wejść do kibla na stacji, gdziekolwiek i tam się tego pozbyć — usłyszałem od „Pomza”.
Uprzedziłem dziewczynę że znów przybliżę kamerę do jej ciała i wolniutko przesuwałem ją centymetr po centymetrze.
— Stój! — usłyszałem w słuchawkach.
— Tak — rzuciłem.
— Zobacz, jest widoczny przewód, w miejscu wiązania, to on pewnie jest pierwszym zabezpieczeniem. Musisz go zmostkować. On tam jest skręcony, celowo.
— Jak?
— Znajdź przewód w tym pasie, on musi lecieć albo przy ciele, albo w materiale. Ściągnij tam izolację, podobnie po drugiej stronie pasa i połącz je oba dłuższym, takim, byś mógł z niej to zsunąć
— A może zabrać się za ładunki? — zapytałem.
— Pierdol ładunki, za duże ryzyko. Ja tu widzę plątaninę kabli. Nie robił tego fachowiec, ale też nie laik. Masz farta, przewody są różnej grubości, różnica oporu nie zrobi bum — czułem w jego głosie, że jest ze mną i tak samo to przeżywa. — Masz przewody? — zapytał.
Miałem, zawsze mieliśmy przy sobie, każdy, zwinięta wiązkę lontu do zapalników elektrycznych. Wystarczająca długość, by ów odciąć od spłonki iż zrobić z niego obejście.
— Od spłonki, starczy?
— Starczy, ściągaj izolację ostrożnie, mikrometr po mikrometrze, nie uszkodź przewodu.
— Coś źle? — zapytała terrorystka.
— Wyciągnę cię z tego, uwierz mi, ustoisz jeszcze?
— Nie wiem, słabo się czuję, trochę mi się w głowie kręci — nie rokowało to dobrze.
— Vesta, potrzebuję byś jej dała coś na wzmocnienie, musi postać jeszcze z pół godziny. Masz coś, nie podziałam jak mi się położy. Dawaj.
Medyczka znalazła się przy mnie po minucie, może dwóch. Omiotła mnie spojrzeniem i stwierdziła:
— Może różnie zareagować, wcześniej dostała maksymalną dawkę, jest ryzyko.
— A my tu kurwa nie ryzykujemy? — zadałem pytanie. — Musi postać jeszcze z pół godziny, może srać, szczać, ale ma stać, inaczej jej nie rozbroję. Poniała! — dodałem, patrząc jak robi iniekcję nastolatce.
— Teraz spierdalaj i zejdź mi z oczu, tam daleko za trzeci filar, a najlepiej na zewnątrz i zostaw swój medyczny plecak. — nakazałem, gdy zakończyła.
Walentina zacisnęła zęby, a jej wzrok stał się lodowaty. Nie zostawiła swojego medycznego cudeńka, co wcale mnie nie zdziwiło. Ona była lekarzem, a nie ja. Jej sprzęt, a nie mój.
Gdy zniknęła zacząłem majstrować przy zabezpieczeniu. Kamerę ułożyłem tak by „Pomz” widział co robię. Gdy tylko wsunąłem palce pod pas, wzdrygnęła się.
— Co? — zadałem pytanie, nieco zaskoczony.
— Masz zimne dłonie — usłyszałem w odpowiedzi.
Jezu, taka rzecz, a może spierdolić robotę. Co zrobić? Chuchać, dmuchać na paliczki? Nie, wsunąłem je w pachwiny, tam jest najcieplej, nie licząc pach, ale to mi przyszło pierwsze do głowy. Minuta, może dwie, a pewnie więcej, gdy zabrałem się ponownie do roboty. Kabel był pod pasem, a ten udało mi się wykręcić, tak że widziałem przewód.
— Wszystko jest dobrze, wszystko dobrze — pocieszałem ją i paznokciami ściągałem izolację.
Miałem multitoola, ale bałem się go użyć. To moje działanie, zakrawało na średniowiecze, ale się udało. Zmostkowałem obwód. Nic nie pierdolnęło gdy szczypcami przeciąłem kabel.
— Zrobione „Pomzie”, ściągać to z niej?
— Nie, oni nie są tak głupi, to robił amator ale aspirujący do wyższej kasty, daj mi jeszcze ogląd na jej tył i przód, muszę się przyjrzeć, tylko powoli.
Przesuwałem kamerę jak tylko mogłem najwolniej. Mnie tu już nic nie zastanawiało. Rozszerzyć pas, ściągnąć to z niej i po sprawie.
— Niby w porządku, ale zbadaj haftki biustonosza i jego całego, nie wierzę że dali tylko jedno zabezpieczenie, mi się to nie klei.
— Muszę tam włożyć dłonie, na twoje piersi, pod stanik. Może coś pamiętasz? Jak cię przygotowywali, jak zakładali ci to? — ależ ja kurwa byłem naiwny.
— Nie, ostatnie co pamiętam, to to jak mi dali zastrzyk w rękę, zobacz — powiedziała i wyprostowała obie górne kończyny.
Ślepy by dojrzał iniekcję w okolicach zgięcia ramion i tuz przy dłoniach. Te skurwysyny tumaniły ja narkotykami.
— Mogę? — zapytałem, a ona kiwnęła głową dając przyzwolenie.
Obmacywałem młode piersi, szukając kawałka przewodu. Cycuszki, sutki, boki, i wreszcie, tam na plecach. Znalazłem, był niewidoczny gołym okiem przewód, który wyczułem, sprytnie podłączony pod haftki biustonosza.
— Mam kurwa, mam to — nie mogłem zgasić swojej radości.
— Zrób to samo, co wcześniej…
— 106 21 wycofuj się, przejmujemy zadanie — wleciało na tej samej częstotliwości.
— Dowódco wchodzą ludzie z GRU, co mam robić — zameldował „Priom”.
— Z kimkolwiek gadam, jebany dupku, właśnie podałeś mój kod i będę musiał się nowego uczyć, a to nie jest łatwe. Zostaw moich ludzi w spokoju, bo nie ręczę za siebie — wykrzyczałem. — Całość „Wolfów”, osłona działania. Procedura BARS — dodałem, dając swoim ludziom wolną rękę w działaniu.
— Stój, stój! — padło i usłyszałem serię z karabinka.
— Wycofuję się, przerwa w łączności — meldował „Priom”, informując, że dupki z GRU chciały pokazać, kto tu rządzi.
— Piąta na pozycji, kryję pierwszego.
Kolejne meldunki moich ludzi były pewne i jasno wskazywały, że stoją za mną. Nie pierwszy raz miałem do czynienia z chłopcami z GRU.
— Siódemka, trójka, czwórka, szóstka, ósemka na pozycjach!
— W przypadku ataku otworzyć ogień!
— Schodzą, ogień zaporowy!!! — usłyszałem głos mojego zastępcy.
— Pojebało cię, kurwa, 10 621, przerwij ogień.
— Wolfy osłaniać, potrzebuję dziesięciu minut.
— Przyjąłem, cel namierzony — rozpoznałem głos „Patrona”.
— Sekcja gotowa do otwarcia ognia, No pasaran!! — krzyczał „Tor”.
— Piąta gotowa do przejęcia celu.
— Pojebało was, pojebało was! — brzmiało w eterze.
Właśnie rozcinałem delikatne okowy, które blokowały dziewczynę. Wygrałem.
— Ktoś strzela?— zapytała, być może głupio.
— To moi, chronią cię — odpowiedziałem, uwalniając ją z tego specyficznego gorsetu.
Stała przede mną całkowicie naga, nawet nie próbując się zasłonić. Zauważyłem, że krwawienie ustało i po udach nie spływają już strużki krwi.
— Piąta dawaj do mnie! — krzyknąłem w radio.
Vesta po kilku sekundach była przy mnie. Strzały ustały, najwyraźniej grupa z GRU spasowała.
— „Poliak”, tu dowódca grupy wsparcia „Tigr”, chcemy wam pomóc. Wydaj rozkaz, by twoi ludzie nie strzelali. Jesteśmy po tej samej stronie — zaskrzeczało w radiotelefonie.
Dobrze znałem tych gości z GRU. Będą mi mówili miłe słówka, a i tak zrobią swoje.
— Kończę rozbrajanie ładunku, nie przeszkadzaj. Odezwę się za dwie minuty — zbyłem go.
Spojrzałem na operatorkę i nagą dziewczynę. Dobrze wiedziałem, o co chodzi tym z GRU.
— Rozbieraj się Walentina — rzuciłem do medyczki, a ta zrobiła głupią minę. — Rozbieraj się, jeżeli chcemy ją mieć dla siebie. Ci chłopcy od „Tigra” przyszli tu w jasnym celu, a ja nie zamierzam oddawać jej — dodałem, a Wala chyba zrozumiała, o co mi chodziło.
Bez słowa ściągała z siebie oporządzenie i mundur.
— Przebieraj się w jej ciuchy, szybko — zwróciłem się do Zlaty.
— „Ural” do mnie! — ponownie wrzasnąłem w radiotelefon.
Pojawił się po chwili, zaskoczony, patrząc na ten cyrk, który tu się odgrywał.
— Odpowiadasz za nią, natychmiast pakujcie się w pojazd, rekwirujcie jakikolwiek i pędźcie gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd. Przekaż to „Torowi”, ale ty za nią odpowiadasz głową. Jest nasza i nikt nie ma prawa jej zabrać. Ja tu zostaję z „Vestą”. To rozkaz i tylko Fiodor albo „Wołk” ma go prawo zmienić. Poniał! — przekazałem mu, co mają dalej uczynić.
— Wsje jasno — to chciałem usłyszeć.
— Opróżnij magazynki od pistoletu i peema, i nie gap się tak na Walentynę — poleciłem mu, widząc, jak gapi się na pół rozebraną operatorkę.
Terrorystka wciągała na gołe ciało spodnie i bluzę, potem nałożyła buty, a na koniec, razem z Vestą i „Uralem”, pomogliśmy jej założyć kamizelkę kuloodporną i taktyczną.
Omiotłem wzrokiem medyczkę. Pozostała w samym podkoszulku i nieco fikuśnych figach. Trzeba przyznać, że była zgrabna. Długie nogi, na których dostrzegłem gęsią skórkę, czerwony lakier na paznokciach stóp, zgrabny tyłek.
— Zabieram ją — usłyszałem od „Urala”, który naciągnął na twarz Zlaty kominiarkę i poprawił hełm. — Nie bój się, nic ci nie grozi — zwrócił się do dziewczyny i zabrał ją ze sobą.
— I co teraz? — zapytała Wala.
— Módl się, żeby cię nie rozwalili, bo nie wiadomo, jaki rozkaz dostali. W razie czego moją „Giurzę” masz tu z tyłu za dziadkiem — No chyba po tych słowach, nie tryskała optymizmem. — Ale nic się nie bój, zostaję tu z tobą, zginiemy oboje — dodałem na pocieszenie, wsuwając pistolet na tył inwalidzkiego wózka. — Przeładowany, odbezpieczony — poinformowałem ją.
Uśmiechnęła się delikatnie, cała drżąc.
— „Tigr”, moi ludzie wychodzą, nie rób głupot. Dajemy wam wolne pole, ja pozostaję na dole. Jak mnie zrozumiałeś? — wreszcie odezwałem się do tych na górze.
— Zrozumiałem, niech wychodzą. Podaj liczebność.
— Sześć, powtarzam sześć — odpowiedziałem tym z GRU. — „Tor”, wyprowadzaj ludzi, oczy dookoła głowy i zabieraj sekcję do bazy, rozkaz od naczalstwa — te słowa skierowałem do zastępcy.
— Przyjął, wykonuję — dało się usłyszeć w odpowiedzi.
Odbezpieczyłem przeładowany wcześniej subkarabinek, nie do końca wierząc tym kutasom z GRU. Idealna sytuacja, by mnie sprzątnąć i zwalić wszystko na terrorystów. Lepszego scenariusza nie wymyślisz. Nastąpiła wymiana ognia, jeden z operatorów zginął śmiercią bohaterską.
— „Poliak”, ty jesteś… — zaczęła Walentyna.
— Nie właź w dupę, jeszcze z tobą nie skończyłem, porozmawiamy, jak wrócimy do jednostki — przerwałem jej.
W lusterku wagonu zauważyłem, jak po paru minutach na peron wpadają pojedynczy operatorzy z GRU. Osłaniając się wzajemnie, byli coraz bliżej nas.
— Ośmiu, standardowa sekcja — oceniłem.
Wyjście ze stacji metra „Moskwa — Park Zwycięstwa”, w tym samym czasie.
— Weź, mi tu nie pierdol, mam rozkaz powrócić do bazy i zabrać pojazd pierwszej napotkanej służby! Nie każę ci jechać z nami. Mam kontuzjowaną operatorkę! Jak chcesz, to dzwoń do siedziby FSB, ale gwarantuję, że zbiorą twoje dane i wylądujesz na Kamczatce albo przy chińskiej granicy! Kurwa, gadasz z oficerem, z „Wympieła”, a nie z byle chujem z OMON-u!!! — ostatnie słowa „Tor” wyrzucił z siebie tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Zadziałało. Ładowali się do milicyjnej „Buchanki”. „Ural” sprawnie wskoczył za kierownicę i ruszył dość ostro, włączając sygnały uprzywilejowania. Pędzili przed siebie, starając się unikać korków.
— Wytrzymasz? — padło pytanie do Zlaty od „Prioma”.
Kiwnęła głową na tak. „Patron” pomógł jej zdjąć hełm, a potem kominiarkę. Odetchnęła. Czuła się słabo. Przecież, nie tak dawno poroniła. Nic nie mówiła, ale w duchu cieszyła się, że to nastąpiło. Żyła, a gdyby nawet urodziła to dziecko, to ostatnimi czasy tylu ją gwałciło, że trudno byłoby wskazać ojca.
— Zjedz, bo blada jesteś — usłyszała, a jeden z operatorów podał jej baton energetyczny.
— Pierwszy, ewakuacja w toku — usłyszała, jak dowodzący teraz oficer rzucił to zdanie w radiotelefon.
— Realizować, o trudnościach nie meldować — usłyszeli w odpowiedzi.
Gdy tylko wyszli ze stacji metra, w dół ruszyli chłopcy z GRU. Przeliczyli tylko, czy liczba wychodzących się zgadza, i nawet nie zamienili z nimi słowa. Butne, zadufane w sobie dupki, a dały się zrobić jak dzieci.
Kluczyli, odbijali, gdy tylko widzieli, że gdzieś stoją w korkach pojazdy. Atak nie byli w ścisłym centrum. W radiu słuchali, co relacjonują media. O ich akcji w metrze nie było nawet słowa. Tylko „Łubianka” i „Park Kultury”.
— Kurwa, „Poliak”, to ma łeb, ale go chyba po tej akcji zgrillują. W chuja zrobić GRU — rzucił „Tor”.
— On ma z GRU od dawna na pieńku, nie trawi kutasów, podobnie jak my — odpowiedział „Ural”, gwałtownie skręcając w boczną uliczkę.
— Panowie, mamy zasięg, komórki działają — zauważył „Priom”.
— To na chuj liczysz, dzwoń do Centrali — „Tor” był już w tym stadzie rasowym wilkiem.
Zatrzymali samochód na peryferiach Moskwy. Obawiali się, że drogi dojazdowe do i ze stolicy nadal mogą być zablokowane.
— Co z tobą dziewczyno, co z tobą?! — krzyknął „Patron”, widząc, jak Zlata leci nieprzytomna na podłogę pojazdu.
Stacja metra „Moskwa — Park Zwycięstwa”, w tym samym czasie.
— Przejmujemy ją. Polecenie z góry — usłyszałem i dostrzegłem, jak do wagonu wchodzi jeden ze specjalsów z GRU. Mogłem tylko podejrzewać, że to dowodzący akcją. Mierzył jebany we mnie ze swojego karabinka.
— Opuść kurwa tę broń i nakaż to swoim ludziom. Kapitan „Poliak”, pierwsza grupa „Wympieła”, grupa „M”. Z kim mam kurwa przyjemność? — nadal celowałem w niego ze swojej broni. — Nie ma tu zagrożenia, nie generuj go! — nie ma to, jak narzucić swoje zasady gry.
Byłem już pewny, że chłopaki gdzieś pędzą zarekwirowanym pojazdem. To, co teraz się tu miało wydarzyć, mnie już serdecznie waliło. Należało grać na czas, dając swoim ludziom możliwość oddalenia się od miejsca zdarzenia.
— Kapitan „Tigr”, specjalny pododdział antyterroru GRU — usłyszałem i dostrzegłem, jak opuszcza broń. — Teren czysty — rzucił do swoich.
Omiótł nas wzrokiem, a w tym czasie i ja już w niego nie celowałem. Dochodzili kolejni jego operatorzy. Część zajęła pozycje, zgodnie z przyjętą taktyką.
— To ona? — zapytał, wyraźnie w to nie wierząc.
Walentyna nie pasowała do jego wyobrażenia nastolatki. Nie miała czeczeńskich rysów, a mimo młodego wieku, pomylenie jej z siedemnastolatką byłoby obraźliwe dla jego inteligencji.
— Nie, to moja operatorka, „piątka”. Jeśli zamierzasz nas tu zabić, zrób to przynajmniej w sposób, który ma ręce i nogi. Mnie to obojętne, gdzie mnie trafisz, ale kobiety, jak sam wiesz, nie chcą w głowę, wolą w serce, bo każda z nich w trumnie chce nadal wyglądać powabnie — zagrałem ostro, spodziewając się różnych reakcji, ale kontynuowałem swoją grę.
— Ty chuju… — zwrócił się do mnie, ale, o dziwo, nie przyłożył karabinka do oka. — „Don”, gdzie ci z „Wympieła”? Zatrzymaj natychmiast!!! — zwrócił się do swojego człowieka.
Nawet nie zadbał o to, by zmienić kanał w radiotelefonie. Musiałem usłyszeć, co odpowiedział jego operator.
— Nie ma, zabrali pojazd milicjantów i odjechali.
Uderzył ręką w okno wagonu, a jego wściekły wzrok przeszył mnie na wskroś. Miał kominiarkę na twarzy, więc nie mogłem dostrzec jego wyrazu, ale z pewnością był wściekły.
— Odłóż broń, aresztuję cię. Gdzie oni są? Gdzie są twoi ludzie? — miotał się, wkurzony.
— Nie wiem, odkładam broń, rób, co musisz, ale mojej operatorki zapewnij coś na dupę, bo głupio, żeby paradowała na wpół rozebrana przed mediami — powiedziałem, kładąc karabinek na podłodze wagonu.
Dopadli mnie, razem z drugim operatorem, i powalili na ziemię. Nie byli delikatni, mocno wykręcając mi ręce.
— Odcięliśmy media, nikt nie wie, co tu się dzieje — szepnął, pochylając się nade mną.
— Na pewno, przecież milicjanci dali moim ludziom pojazd. Słaby blef, a ludzie tu mieszkają niedaleko — odpowiedziałem, czując, jak przeszukują mnie w poszukiwaniu broni i amunicji.
Dostałem cios w twarz i poczułem, jak podnoszą mnie z podłogi. Spojrzałem na Vestę, która była skuta podobnie jak ja i transportowana w nieznane miejsce.
— Odpowiesz kurwa za to, z nami się tak nie pogrywa — usłyszałem groźbę.
Centralny Wojskowy Szpital Kliniczny Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej. Moskwa. Kilkanaście-kilkadziesiąt minut po pierwszym zamachu na stacji metra „Łubianka”.
Nagle nastał Armagedon. Karetki zwoziły rannych w różnym stanie i z różnorodnymi obrażeniami.
Alosza Iwanowicz Grabin — doktor habilitowany, ordynator wydziału transfuzjologii i transplantologii — już zwątpił, że dotrze na czas lekarka z Bałaszychy, z którą rozmawiał tydzień wcześniej. Był w stanie to zrozumieć. To, co teraz się działo, było podręcznikowym przykładem medycyny katastrof. Konkretna lekarka, z tym czymś, czego brakowało obecnym absolwentom akademii. Gdy opowiadała mu, jak przetaczała krew w Biesłanie, na granicy ryzyka, sam otworzył usta ze zdziwienia. Ta rozmowa miała być tylko formalnością.
„Dam drugą szansę, pewnie utknęła w korkach” — tak to sobie wytłumaczył.
Nie było teraz czasu na żadne przemyślenia. Był tutaj i jego zadaniem było wspomóc swoich kolegów. Właśnie podjeżdżała kolejna karetka. To był cud, że przez te korki przebiła się i dotarła do nich.
— Raisa, przejmuję pacjenta — rzucił krótko do dyspozytorki i wybiegł z dwójką ludzi.
— Kobieta, około trzydziestu lat, dokonaliśmy amputacji prawej kończyny dolnej. Twarz, liczne odłamki szkła, uszkodzone lewe oko, lewe ramię, silne krwawienie, według mnie do amputacji poniżej łokcia, podano… założone dwie opaski uciskowe. Niewydolna krążeniowo, duży upływ krwi. Stan krytyczny, tętno ledwo wyczuwalne, oddech niewyczuwalny. Reanimowana… — to wystarczyło.
— Na trzy!!! — sterował podległym personelem lekarz.
Miała szczęście, że trafiła do tej karetki, gdzie był Wołodia. Młody rezydent chirurgii, facet z powołaniem. Jako jeden z nielicznych pchał się do pogotowia, zdając sobie sprawę, że takie nieszablonowe wypadki dadzą mu praktykę, tak niezbędną w tym zawodzie.
„Boże, to ona” — pomimo mnóstwa szkła na twarzy kobiety, Alosza rozpoznał aspirującą do jego zespołu lekarkę.
— Zatrzymanie krążenia!!! — wrzasnął Wołodia i bez pytania o zgodę rozpoczął RKO.
— Mamy wolną salę operacyjną?! — wrzasnął na stojącą jak słup soli pielęgniarkę.
— Tak, dwójka się zwolniła — odpowiedziała po chwili.
— Ściągaj anestezjologa i instrumentariuszki, Wołodia zostajesz, będziesz mi asystował!!! — ordynator krzyczał, nie mówiąc normalnie.
— Pan? — z niedowierzaniem zapytała jedna z pielęgniarek asystujących mu przy poszkodowanej.
— Tak, mam specjalizację chirurgii. Rozcinaj tę zieloną sukienkę, na co czekasz?!
Wjechali z pacjentką za drzwi z napisem „Sala Operacyjna”, nim jednak to się stało, ordynator zdołał krzyknąć do Raisy.
— Niech daje, tu ktoś z moich, grupa krwi na cito!!!
Rozpoczynał się wyścig o życie trzydziestoletniej kobiety…
10 komentarze
Ask
Jammer, świetny tekst. Wciąga jak licho, emocje sięgają zenitu. Duży kontrast - początek to wręcz sielanka, koniec - horror.
Bardzo piękny początek. W jednostce Wympieł - przykład przyjaźni żołnierzy, braterstwa broni, pewnego uspokojenia. Choć to Rosjanie, wróg, to jednak stwarza miły nastrój (w końcu to fikcja, nie traktujmy ich ani jako wrogów, ani przyjaciół). Ale przyjemnie się czyta. A w domu Wiktora - miłość rodzinna, do żony, córek. w tym malutkiej Kławdii. I radość z urodzin syna w dalekiej Polsce. Po wielkich bojach - troche ciepła i spokoju.
A potem - zamachy terrorystyczne. I wspaniała scena w metrze z czeczeńską terrorystką, a raczej biedną, sponiewieraną dziewczyną. I piękna postawa Wiktora, który de facto ratuje jej życie. Przy okazji - Vesta też pokazuje swoją piękną stronę.
A chwile potem - GRU, pokazane tu jako oprawcy, bestie. Wiktor i Vesta aresztowani - za co? Chyba tylko z powodu nienawiści obu służb. No, wiele chyba Wiktorowi za to nie zrobią, ale pewnie kolejny awans z głowy.
Nie wiem, ile w tych opisach - zamachy, akcja w metrze, sytuacja "czarnych wdów" czeczeńskich, pasy shaheda - to rzeczywistość, a w jakim stopniu Twoja inwencja. I skąd czerpałeś informacje. Opisy bardzo ciekawe, na pewno wiele w nich prawdy. Dla mnie bardzo ciekawe.
Opis jest bardzo dynamiczny, emocjonujący, akcja jak w filmie sensacyjnym. Nadaje się na film - ale na pewno nikt tego nie nakręci, przecież nie będziemy w Polsce gloryfikować w pewnym sensie Rosjan. Ale książka - dlaczego nie. Do filmu trzeba by przenieść przynajmniej część akcji do Polski.
No, i zakończenie w Twoim stylu, czyli totalny horror. Czy naprawdę Katia musiała zostać tak strasznie poszkodowana? To był dla mnie trudny moment w opowiadaniu. Trzy córki - to przede wszystkim dla nich tragedia, dla Wiktora oczywiście też. Nie wiem, przeżyje, czy nie - okaże się za parę dni, mam nadzieję.
W sumie - moja ocena wciąż rośnie.
Pozdrawiam
Ask
Jammer106
@Ask nie wiem czy udało się walnąć z wysokiego C, ale mam nadzieję że odcinek nadal trzyma fason. Fakt, mamy tu rollercoaster, od spokoju, po dramatyczne przeżycia bohatera, no i kolejną kobietę.
Co do zamachu, prawdziwe są dwie eksplozje, ta ostatnia, gdzie działa Wympiel to mój wymysł.
Informacje dotyczące czarnych wdów zaczerpnięte z materiałów prasowych i opracowania o terroryzmie północno kaukaskim, tak że sporo tam prawdy
Każde służby specjalne, bez względu na kraj się wzajemnie nie lubią o rywalizują, tu może troszkę przerysowalem, ale GRU nie za bardzo się kocha z FSB, to typ szorstkiego uczucia.
Jak zawsze od Ciebie, rozbudowany, fachowy komentarz, na który zawsze czekam.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.
Jaśko
Masz cojones, fabułę zagmatwaną zagmatwać jeszcze bardziej, wprowadzić nową kobietę w życie Radka. Nie wiem i nie chcę wiedzieć jak to rozwiążesz do czasu aż znowu tu wejdę i znów z zapartym tchem będę śledzić losy bohaterów.
P.S. fotka super
Jammer106
@Jaśko
Oj, tak już mam. Pomotac jeszcze bardziej. Czy Vesta odegra ważną rolę w życiu bohatera, zobaczymy.
Ile się tej fotki naszukalem, to tylko ja wiem, ale mnie się też podoba.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.
arkadius30
Jestem właśnie w Ustce o czytam właśnie kolejny wspaniały odcinek.
Jak zawsze super
Jammer106
@arkadius30 dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Yrek
Chłopie nie wiem skąd czerpiesz pomysl, wiedzę i jak to potrafisz ubrać w słowa. Te opowiadania są rewelacyjne. To gotowy scenariusz na film, tylko kto mógłby to nakręcić? W takiej skali realizacja kosztowałaby grube miliony. Pozdrawiam
Jammer106
@Yrek
No tak, koszty byłyby spore, ale.. nie ten czas i nie ten kierunek. Rosja -tu jest główny problem. Żaden reżyser nie wejdzie w taki klimat , bo dostanie w pysk i to ostro.
Pomysł - trochę z filmów, ale nie za dużo, wiedza - no trochę naszych przeciwników rozpoznawałem w swojej robocie. Dwie misje poza granicami kraju (nie, specjalsem nie byłem) Dużo wiem, ale daleko mi do specjalistów w branży.
Słowa - no cóż, podpowiedzi lepszych, praktyka jest nauka wszystkiego, doświadczenie przychodzi z czasem.
Kto mógłby to nakręcić? - obecnie nikt. Cholernie śliski temat. Jak to kiedyś Andkorowi napisałem "Na Pasikowskiego za małe, a Vega by to spierdolił", a gdyby jeszcze Karolak miał grać główną rolę - no to bym się powiesił.
I kto by po oglądał - teraz na topie telenowele, "dlaczego ja", tudzież "Pamiętniki z wakacji".
Choć "Heweliusz" daje nadzieję że ludzie odbija się z owej sieczki.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.
andkor
Kolejny raz pokazujesz wielkość opowiadania. Oczywiście czekam na ciąg dalszy.
Pozdrawiam
Jammer106
@andkor
Oj, oj. Z tą wielkością to przesadziłeś. Każdy pisze jak mu w duszy gra. Twoje opowiadania, z życia wzięte dają inne odczucie niż moje. Jesteś "naturszczykiem" (w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu), nie kolorujesz , piszesz prosto, fajnie, naturalnie. Zazdroszczę Ci, jak tak nie umiem, a gdybym nawet się postarał to wyszłoby sztucznie, nienaturalnie. Jesteś Wielkim Człowiekiem i proszę opisuj Swoje życie, rozterki, miłość, tak jak to robisz. W tym Twoim przekazie jest siła, a powtórzenia, drobne błędy i inne pierdoły miej w ...
Pamiętaj, w różnorodności siła, nikt nie chce czytać dopieszczonej prozy, niektórzy potrzebują, właśnie Twoich opowiadań, takich swojskich, naszych.
Moje opowiastki to wytwór wyobraźni - Twoje realne życie, i przegrywam tu z Tobą.
Pozdrawiam, dziękując za komentarz.
andkor
@Jammer106 Dziękuje za budujące słowa.
P.S Bee namawia mnie bym opisał przyczynę zakończenia pracy ratownika morskiego w stanach.
Jammer106
@andkor
Jak mnie masz klauzuli poufności, to co stoi na przeszkodzie? Choć niektórzy mówią - co wydarzyło się na Oceanie, w Oceanie zostaje. Twoja wola.
andkor
@Jammer106 Właśnie w tym problem że podpisywałem klauzule w straży granicznej USA. Po za tym tak jak mówisz co w Oceanie pozostaje tam na zawsze.
Jammer106
@andkor
To zostaje Ci licencja poetica -pozmyślać i pomieszać z faktami, ale wiem że to nie Twój styl.
Ach, jak bym Cię widział w opowiastkach morskich. Takich z młodości i tych późniejszych.
Gazda
No czegoś takiego się nie spodziewałem.
Chylę czoła przed autorem.
Brawo brawo
Jammer106
@Gazda
To ja chylę czoła przed Czytelnikami, że jeszcze mają siłę i ochotę to czytać.
Dziękuję serdecznie za komentarz i pozdrawiam.
Pumciak
Znowu namieszałeś jak dziadek w bapci majtkach to teraz rozwikłaj to.
Jammer106
@Pumciak
Po części się rozwikła na następnej części, ale do końca pozostaną jeszcze jakieś niedopowiedzenia.
Pozdrawiam i dziękuje za komentarz.
Monia2406
Co można napisać..zawsze to samo..rewelacja! Napięcie budowane od początku do końca
czeka na kolejną część bo tam to się będzie działo!! 😀😀😀
Jammer106
@Monia2406
No właśnie pierwsze 1k znaków kolejnej części natworzone. Schlebiasz mi jako kobieta, pisząc tak miły komentarz. Przewidywałem ze wojenno-militarne opowiastki, zostaną odrzucone przez płeć piękną, a tu proszę, takie miłe zaskoczenie.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam cieplutko (u mnie -9).
Monia2406
@Jammer106 u mnie na Śląsku -8 ale drogi i chodniki w bardzo dobrym stanie i mam nadzieję że tak pozostanie
ten wątek wojenno-militarny jest według mnie bardzo dobry i dodaje atrakcyjności temu opowiadaniu
Jammer106
@Monia2406
Trochę po tamtych okolicach jeździłem i z ludźmi gadałem, więc Śląsk od Zagłębia, odróżniam (oj jaka burdę dostałem w Sosnowcu mówiąc że to Śląsk!!!) U mnie drogi i chodniki też OK.
Kobieta, która twierdzi że wątek militarno-wojskowy, dodaje atrakcyjności. A ja głupi myślałem inaczej. Cały czas człowiek się uczy. "jak to my mężczyźni mało o kobietach wiemy".
Pozdrawiam.
Monia2406
@Jammer106 jak kończyłam czytać trzeba zabrać te miłość to wyobrażałam sobie taki scenariusz że niewiadomo jak ale Rosyjska żona ginie a Klaudia rzuca wszystko bierze syna i jedzie do niego do Rosji i żyją razem długo i szczęśliwie w paczworkowej rodzinie 🙈🤣 wtedy to mi się wydawało nierealne ale po przeczytaniu Vesty..hmmm.. ciekawe jak to rozegrasz 💪
Hart
Nie będę komentował bo po co i tak rozkręciłeś sofcie do granic możliwości więc teraz radź sobie sam . Ja zdecydowanie wolę poczekać na następną część bo i tak musisz to zakończyć co namieszałeś . Napięciu 500v o natężeniu nie wspomnę. Zresztą wiesz co o tobie myślę mistrzu zamieszania. A tak serio 👍🏻. Czekam na następną odsłonę. No to spadam😉
Jammer106
@Hart
Jakbyś mnie Harcie nie znał, zawsze musze cos pokręcić, namieszać. Nie ma u mnie prostych scenariuszy.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Maciek12
Powiem tylko rewelacja jakby to była książka to byłaby przeczytana na jeden raz
Jammer106
@Maciek12
Dziękuje za miły komentarz i pozdrawiam serdecznie.