
Powietrze w korytarzu cuchnęło siarką i czymś jeszcze – czymś zwierzęcym, ciężkim, pulsującym.
Kiedy podniosła wzrok znad starego, pożółkłego pergaminu, zobaczyła, że już nie jest sama.
Stwór był ogromny.
Zbyt ogromny, żeby zmieścić się w ludzkiej skali strachu. Skóra przypominała zastygłą lawę – szara, popękana, miejscami wciąż parująca. Oczy świeciły żółtawym blaskiem, jak latarnie w opuszczonej kopalni. A między nogami… cóż...
– Jinkies… – wyszeptała odruchowo, choć wiedziała, że to słowo nie pomoże.
Za jej plecami rozległ się drugi, głębszy ryk.
Odwróciła głowę gwałtownie – Daphne.
Daphne, która zawsze wyglądała jak z okładki magazynu, teraz wisiała kilkanaście centymetrów nad ziemią, trzymana w powietrzu przez łapska drugiego potwora. Sukienka
była już rozerwana w kilku strategicznych miejscach, a nogi w fioletowych szpilkach bezradnie kopały powietrze.
– Velma! – krzyknęła, ale głos załamał się, kiedy pazury stwora zacisnęły się mocniej na jej biodrach. I... piersiach.
Pierwszy stwór pochylił się nad Velmą.
Gorący oddech owiał jej twarz – pachniał czymś słodko-zgniłym. Wielka, szorstka dłoń złapała ją za podbródek, zmuszając do spojrzenia w górę.
Druga ręka – dużo, dużo większa – po prostu chwyciła materiał swetra na wysokości piersi i pociągnęła.
Rozdarł się jak mokry papier, ukazując jej ciężki biust w koronkowym staniku.
– To… to nie jest możliwe… – mamrotała, próbując utrzymać resztki naukowego dystansu. – To musi być… halucynacja… zbiorowa… trucizna halucynogenna…
Stwór nie odpowiedział.
Zamiast tego pochylił się jeszcze niżej.
Język – długi, czarny, pokryty wypustkami – wysunął się i przejechał po jej policzku, zostawiając mokrą, gorącą smugę.
Velma pisnęła żałośliwie – wysoki, niekontrolowany dźwięk, jakiego sama od siebie nie spodziewała się usłyszeć od czasów, kiedy była małą dziewczynką.
Z boku dobiegł zduszony jęk Daphne.
Drugi stwór już nie tylko ją trzymał...
Teraz poruszał biodrami w powolnym, rytmicznym tempie. Materiał stringów Daphne został odsunięty na bok jedną szponiastą dłonią, odsłaniając jej delikatną szparkę.
Kolejne pchnięcie – i nogi rudowłosej zadrżały gwałtownie w powietrzu.
– Vel… ma… – wycharczała, oczy szeroko otwarte, makijaż spływający czarnymi smugami – …pomóż…
Ale Velma nie mogła pomóc.
Jej okulary zsunęły się na czubek nosa, a wielka, szorstka łapa wciskała jej twarz w zimny kamień, jednocześnie unosząc biodra do góry.
Sweter odsłonił już w pełni piersi... Spódnica została zadarta na plecy, odkrywając jej nagość.
A potem poczuła to.
Gorące, twarde, niewiarygodnie grube – przy samym wejściu.
– To… fizycznie niemożliwe… – wyszeptała jeszcze raz, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Stwór nie wydawał się przejmować czymkolwiek, a już zwłaszcza szeptami dziewczyny.
Pierwsze pchnięcie było powolne. Bardzo powolne.
Jakby chciał, żeby poczuła każdy jego centymetr, każdy pulsujący, pokryty żyłkami, fragment.
Velma krzyknęła – nie z bólu.
Z szoku. Z przeciążenia bodźcami. Wreszcie... z podniecenia.
Za rogiem korytarza rozległ się trzeci ryk.
Znacznie dalej.
Ktoś – lub coś – nadchodził jeszcze.
I wtedy, gdzieś w najgłębszym zakamarku umysłu, Velma Dinkley, najrozsądniejsza członkini Mystery Incorporated, zrozumiała żejeden i drugi potwór jest prawdziwy.
I zamierza bezapelacyjnie skończyć to, co zaczął. Bez litości.
Velma próbowała się skupić na faktach. Na tym, co widziała przez mgłę zsunętych okularów. Stwór nad nią miał skórę jak wilgotna glina – szorstką, lepką, pokrytą drobnymi wypustkami, które drżały przy każdym ruchu.
Jego człon był absurdalnie duży, pulsujący, z fioletowymi żyłkami wijącymi się tuż pod skórą.
Pierwsze pełne pchnięcie weszło głęboko, rozciągając ją do granic. Poczuła palący nacisk, mieszankę bólu i czegoś innego – czegoś, co sprawiło, że jej biodra mimowolnie uniosły się o centymetr, jakby ciało samo szukało więcej.
Stwór ryknął a potem zaczął się poruszać. Powoli na początku, jakby testował, ile wytrzyma. Każde cofnięcie zostawiało pustkę, każde wejście wypełniało ją z głośnym, mokrym plaśnięciem.
Jej ręce zacisnęły się na pergaminie, który wciąż trzymała – papier zgniótł się w wilgotną masę pod palcami.
– To... niemożliwe... – jęknęła, ale głos załamał się, kiedy potwór przyspieszył.
Jego łapy chwyciły jej biodra, pazury wbiły się lekko w skórę, nie przecinając, ale zostawiając czerwone ślady. Rytm był zwierzęcy, bez finezji – po prostu wbijanie się raz za razem, głębiej, szybciej. Velma poczuła, jak jej ciało dostosowuje się mimo woli: mięśnie wewnątrz ściskały go instynktownie, wilgoć ułatwiała wszystko, co nie powinno być łatwe. Oddech stał się urywany, piersi podskakiwały przy każdym pchnięciu, sutki twarde od zimnego powietrza i adrenaliny.
Gdzieś w tle słyszała własny głos – mieszankę jęków i protestów, które brzmiały coraz mniej przekonująco.
Zerknęła w bok, przez łzy i pot. Daphne wisiała w powietrzu, nogi rozstawione szeroko, fioletowa sukienka zwisała w strzępach. Drugi stwór był mniejszy, ale równie brutalny – jego skóra lśniła śluzem, a członek był dłuższy, zakrzywiony, z wypustkami na końcu. Chwycił Daphne za uda, unosząc ją wyżej, i wszedł w nią jednym, gwałtownym ruchem. Rudowłosa krzyknęła – wysoki, ostry dźwięk, który odbił się echem po korytarzu. Jej ręce machnęły bezradnie, próbując odepchnąć potwora, ale on tylko ryknął i pchnął mocniej.Daphne poczuła, jak wypełnia ją coś obcego, gorącego, pulsującego. Wypustki na członku drażniły ścianki wewnątrz, wysyłając fale szoku przez całe ciało.
Stwór nie czekał – zaczął od razu, rytmicznie, unosząc ją i opuszczając na siebie jak lalkę. Każde opuszczenie wbijało go głębiej, aż po samą nasadę, a ona czuła, jak jej mięśnie drżą, próbując się dostosować.
Biodra bolały od uścisku pazurów, ale gdzieś pod tym bólem budowało się coś innego – napięcie, które rosło z każdym ruchem. Jej nogi w szpilkach dyndały bezradnie, jedna szpilka spadła na podłogę z cichym stuknięciem.
Makijaż spływał, mieszając się z potem i śliną potwora, który lizał jej szyję długim, szorstkim językiem.
– Nie... proszę... – wycharczała Daphne, ale jej ciało zdradzało: biodra kręciły się lekko, szukając lepszego kąta, a oddech przyspieszył, przechodząc w jęki. Stwór przyspieszył, jego ruchy stały się chaotyczne, zwierzęce – wbijanie się z głośnym klaskaniem skóry o skórę. Poczuła, jak coś w niej pęka: napięcie eksplodowało, ciało zadrżało w niekontrolowanym skurczu, wilgoć spłynęła po udach.
Ale potwór nie przestał – kontynuował, przedłużając to, co powinno się skończyć, aż jej jęki przeszły w krzyk.
Velma widziała to wszystko przez mgłę. "Jej" stwór nie zwalniał – pchnięcia stały się głębsze, szybsze, wypełniając ją do granic. Czuła, jak buduje się w niej to samo napięcie: mięśnie ściskały mocniej, oddech stał się płytki, a potem... eksplozja. Krzyknęła, ciało wygięło się w łuk, paznokcie wbiły w drewnianą podłogę.
Ale on nie skończył – ryknął triumfalnie i kontynuował, wbijając się jeszcze kilka razy, aż w końcu poczuła gorący przypływ wewnątrz, lepki, obcy.
Daphne osiągnęła szczyt po raz drugi, zanim jej stwór skończył – wylał się w nią z rykiem, zostawiając ją drżącą, opuszczoną na podłogę w kałuży wilgoci.
Velma dołączyła chwilę później, leżąc bez sił, z ciałem obolałym, ale dziwnie... zaspokojonym.
Trzeci ryk rozległ się bliżej. Większy. Głodniejszy.To jeszcze nie był koniec.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
3 komentarze
Historyczka
Czy ktoś zaproponuje, jakież to trzecie monstrum pojawi się w tle?
takisobie
I pomyśleć, że lubiłem przygody tej paczki przyjaciół. Mogliby zrobić wersje wedle Twojego pomysłu.
Historyczka
@takisobie

Może nawet udałoby się napisać na tyle długi scenariusz, z jakimś stopniowaniem akcji i jej nagłymi, zaskakującymi zwrotami, któren nadałby się nawet na film pelnometrażowy...
takisobie
@Historyczka
Wcale by mnie to nie zdziwiło
japanlover
Świetne!
Może nie uschnę czekając na dalsze wydarzenia i doznania...
Historyczka
@japanlover

Jeśli coś podszepniesz? Zwłaszcza tego trzeciego monstera...