Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Moja prywatna terapia cz.3

Moja prywatna terapia cz.3Poniedziałek zaczynał się dla mnie jeszcze przed świtem. Budzik dzwonił o 5:40, a ja przez chwilę leżałem nieruchomo, patrząc w sufit i próbując przypomnieć sobie, jaki dziś właściwie jest dzień. Potem kawa, szybki prysznic, telefon już pełen wiadomości od klientów i ten sam pośpiech, który od miesięcy nie dawał mi odetchnąć.  
W pracy czas płynął dziwnie - jednocześnie za szybko i za wolno. Spotkania, raporty, telefony, poprawki „na już”. W porze obiadu zorientowałem się, że kawa dawno mi wystygła, a kanapka nadal leżała nietknięta obok laptopa.  Dopiero wieczorem, w drodze na siłownię, pozwoliłem sobie na kilka spokojniejszych myśli i złapaniu oddechu. Przewertowałem w głowie wszystko co dziś zrobiłem, starając się wychwycić w niej czy o czymś zapomniałem. Terminy umówione, umowa na rozpoczęcie nowej budowy na obrzeżach miasta domknięta i wysłana, prezentacja domu na jutro przygotowana, wszystkie faktury przejrzane i podpisane. Można zamknąć dzień roboczy i skupić się na sobie. Zaparkowałem samochód na parkingu, niedaleko miejsca do którego planowałem się udać i lekko ociężale wygramoliłem się na zewnątrz, zgarniając przy okazji sportową torbę z tylnej kanapy.  

Niewielka siłownia mieściła się na parterze starego, lekko podniszczonego budynku, pomiędzy zakładem fryzjerskim a małym sklepem spożywczym. Z ulicy łatwo było ją przeoczyć - wyblakły szyld nad wejściem pamiętał jeszcze poprzednią dekadę, a jedyne okno niemal całkowicie zasłaniały plakaty kulturystów i ręcznie wypisane godziny otwarcia. Po wejściu do środka uderzał charakterystyczny zapach gumowych mat, metalu i starego drewna, zmieszany z ciężkim, wilgotnym powietrzem po całym dniu ćwiczeń.
Pomieszczenie było małe, niskie i słabo oświetlone. Kilka jarzeniówek mrugało od czasu do czasu, rzucając chłodne światło na zużyty sprzęt. Pod ścianami stały stare ławki treningowe z popękaną skórą, obok nich rząd wysłużonych hantli, z których część miała starte oznaczenia ciężaru. W kącie znajdował się atlas pamiętający czasy, gdy produkowano sprzęt bardziej z myślą o trwałości niż wyglądzie - skrzypiał przy każdym ruchu linek, ale działał niezawodnie. Na podłodze leżały czarne gumowe maty, miejscami odkształcone i starte od lat użytkowania. Przy jednej ze ścian wisiało duże lustro z pękniętym narożnikiem, odbijające sylwetki ćwiczących w lekko zniekształcony sposób. Obok stał niewielki stolik z poobijanym czajnikiem elektrycznym i plastikowymi kubkami, z których stale unosił się zapach taniej kawy.  
Nie było tam nowoczesnych ekranów, elektronicznych paneli ani błyszczących maszyn. Wszystko wydawało się proste, trochę zużyte, ale prawdziwe. Bywalcy znali się z imienia, wymieniali krótkie skinienia głową i wracali do swoich treningów bez zbędnych rozmów. Słychać było stuk odkładanych ciężarów, ciężki oddech i metaliczne brzęczenie talerzy. Mimo skromności miejsce miało w sobie coś swojskiego - jakby czas płynął tam wolniej niż na zewnątrz. Niczego więcej nie potrzebowałem, mimo, że stać mnie było na nowoczesną i ekskluzywniejszą miejscówkę. Nie lubiłem się zbytnio obnosić z wielkością swojego portfela.  
Wieczorami to miejsce ożywało najbardziej. Do środka wchodzili ludzie zmęczeni pracą, szkołą albo własnymi myślami, zostawiając za drzwiami hałas miasta i codzienne problemy. Przez chwilę panowała cisza przerywana jedynie szumem starego wentylatora, ale z czasem przestrzeń wypełniała się metalicznymi dźwiękami i cichymi rozmowami. Ktoś regulował ławkę, ktoś inny liczył powtórzenia półgłosem, a radio w tle grało stare piosenki, których nikt już naprawdę nie słuchał.
Trening miał w sobie coś monotonnego, ale jednocześnie uspokajającego. Te same ruchy powtarzane dzień po dniu tworzyły rytuał, od którego łatwo było się uzależnić. Pot spływał po karku, dłonie pachniały metalem i gumą, a zmęczenie z każdą minutą stawało się dziwnie przyjemne. Człowiek wychodził stamtąd wyczerpany, ale lżejszy - jakby wraz z kolejnymi seriami zostawiał na podłodze część napięcia, gniewu albo niepokoju.
Godzina potrafiła minąć tam niepostrzeżenie. Na zewnątrz robiło się ciemno, sklepy zamykały rolety, ludzie wracali do domów, a w środku wciąż rozbrzmiewał znajomy dźwięk ciężarów uderzających o siebie z głuchym, metalowym echem.  
Po zakończonym treningu, wziąłem szybki prysznic w szatnianej łazience, która swoją drogą też pamiętała bardzo dawne czasy. Nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie. Przebrałem się, spakowałem torbę i z w miarę wilgotnymi jeszcze włosami opuściłem budynek idąc w kierunku parkingu na którym zostawiłem auto. Wróciłem do domu, zakręciłem się robiąc zwykłe domowe czynności i poszedłem spać.

We wtorek było jeszcze gorzej. Znowu budzik rozdzwonił się na dobre o swojej standardowej porze. Szybka kanapka, kubek letniej już kawy wypitej w biegu, teczka pod ręką i trucht do samochodu. Przyjęliśmy nowy projekt, a kalendarz zapełnił się po brzegi. Przez cały dzień odpowiadałem ludziom półsłówkami, zerkając ukradkiem na ekran telefonu. Czekałem na wiadomość od niej, choć sam nie umiałem powiedzieć dlaczego aż tak bardzo tego wyczekiwałem. Gdy w końcu pod koniec dnia napisała krótkie: „Jak żyjesz?”, uśmiechnąłem się pierwszy raz od rana. Wymienialiśmy sms-y między sobą aż do wieczora, opowiadając sobie o przebiegu swoich dni, przemyśleniach i po prostu śmialiśmy się z błahostek. Dopiero odkładając telefon na szafkę nocną i szykując się do snu, zdałem sobie sprawę z tego jak bardzo tego potrzebowałem i jak podświadomie tego wyczekiwałem.  

Środa minęła mi pod znakiem zmęczenia. Rutyna dnia była niezmienna, jedynie wyskoczyło mi pilne spotkanie z klientem w kawiarni. Wieczorem siedziałem przy biurku w ciemnym mieszkaniu, słysząc tylko cichy szum miasta za oknem. Powinienem jeszcze skończyć plan budowy, odpisać na maile i przygotować prezentację, ale zamiast tego otworzyłem naszą wczorajszą rozmowę i czytałem ją od początku, jakby między zwykłymi zdaniami miało ukrywać się coś więcej niż tylko codzienność. Pod koniec dnia siłownia, gorący prysznic i sen.

Czwartek przyniósł mi lekką ulgę. Wiedziałem już, że do mojego spotkania z Majką został mi  tylko jeden dzień. Ta myśl działała lepiej niż kawa. Nawet korki rano wydawały się mniej irytujące, a ludzie w pracy mniej męczący. Kiedy ktoś zapytał, czemu jestem dziś w tak dobrym humorze, wzruszyłem tylko ramionami, niczego więcej nie zdradzając. Zamknąłem drzwi swojego biura, rozsiadłem się wygodnie w fotelu i sam się nad tym głębiej zastanowiłem. Czy ja naprawdę zacząłem myśleć o niej w inny sposób niż dotychczas? Czy wspólna noc, podczas której de facto  tak naprawdę do niczego nie doszło, mogła coś zmienić między nami? Nie znalazłem na to odpowiedzi.

W piątek odliczałem godziny. Co chwilę patrzyłem na zegarek, jakby wskazówki specjalnie zwalniały. Pod koniec dnia zamknąłem laptopa z wyraźnym poczuciem ulgi. Miasto było jeszcze głośne i rozświetlone, kiedy wracałem do domu, ale pierwszy raz od dawna nie czułem ciężaru całego tygodnia na ramionach. Niedługo miałem ją zobaczyć, a ta myśl uzmysłowiła mi, jak bardzo na to czekałem, ale jakoś dzisiaj nie przywiązywałem do tego większej uwagi.
Stanąłem przed otwartą szafą dłuższą chwilę, przesuwając dłonią po wiszących marynarkach, jakby od wyboru jednej z nich zależało coś więcej niż zwykła kolacja służbowa. W pokoju panował półmrok rozświetlany jedynie ciepłym światłem lampy stojącej przy łóżku. Na krześle leżała świeżo wyprasowana koszula, a obok niej starannie złożony ciemny garnitur. Najpierw wziąłem prysznic - długi i gorący, próbując zmyć z siebie zmęczenie całego dnia. Para osiadała na lustrze w łazience, kiedy przeczesywałem mokre włosy dłonią i przyglądałem się swojemu odbiciu z mieszaniną skupienia i lekkiego napięcia. Nie przepadałem za oficjalnymi spotkaniami, zwłaszcza takimi, podczas których każde słowo i każdy gest wydawały się mieć znaczenie. Założyłem białą koszulę, zapinając guziki powoli, jeden po drugim. Materiał był chłodny i sztywny od prasowania. Potem sięgnąłem po ciemne spodnie od garnituru i poprawiłem kanty, zanim wsunąłem pasek w szlufki. Kiedy narzuciłem marynarkę, moja sylwetka natychmiast nabrała bardziej dojrzałego, eleganckiego wyglądu, choć sam nadal czułem się trochę nieswojo w zbyt formalnym stroju.
Przez chwilę zerkałem w lustro, wiążąc krawat z ostrożnością człowieka, który robi to rzadko, ale chce wyglądać perfekcyjnie. Po dwóch nieudanych próbach w końcu zacisnąłem węzeł pod kołnierzykiem i poprawiłem go lekkim ruchem dłoni. Na nadgarstek zapiąłem zegarek, a do kieszeni marynarki wsunąłem telefon i cienki portfel. W pokoju unosił się zapach perfum - subtelny, drzewny, odrobinę cięższy niż ten, którego używałem na co dzień. Spryskałem nimi szyję i mankiety koszuli, po czym jeszcze raz spojrzałem w lustro upewniając się, że wszystko wygląda ze sobą dobrze.  
Wsiadłem w samochód i ruszyłem w stronę dobrze znanego mi adresu. Silnik mruczał spokojnie, a światła miasta odbijały się w wilgotnym asfalcie jak w lustrze. Każdy kilometr wydawał się dłuższy niż zwykle, bo tym razem nie chodziło tylko o drogę — chodziło o spotkanie, na które czekałem od wielu dni. W radiu leciała muzyka, której prawie nie słyszałem, bo myśli krążyły wokół niej: jak będzie wyglądać, jak się uśmiechnie, co powiem na początku.

Mijałem znajome ulice, ale tej nocy wszystko wyglądało inaczej. Nawet czerwone światła na skrzyżowaniach zdawały się przeciągać chwilę napięcia. Dłonie mocniej zaciskały się na kierownicy, a serce przyspieszało mi bardziej niż samochód na pustej obwodnicy.
Kiedy zostało już tylko kilka minut, poczułem mieszankę szczęścia i niepewności. Zaparkowałem i przez moment siedziałem w ciszy. Wziąłem głęboki oddech, spojrzałem w lustro i uśmiechnąłem się lekko do własnych myśli. To miał być zwykły wieczór. A jednak coś mi mówiło, że mogę go zapamiętać na długo.  
Po kilku minutach zauważyłem, jak na klatce schodowej zapala się światło z wbudowanym czujnikiem ruchu. Wiedziałem, że zaraz ją zobaczę i poziom mojej ekscytacji podniósł się jeszcze bardziej, a kiedy wyłoniła się zza drzwi, moje ciało na chwilę znieruchomiało.  

Majka miała na sobie prostą, ale starannie dobraną sukienkę w głębokim, ciemnym kolorze, który podkreślał jej jasną cerę i smukłą sylwetkę. Materiał delikatnie poruszał się przy każdym kroku, miękko układając się wokół nóg. Na ramiona narzuciła lekki płaszcz, elegancki i dopasowany, z rękawami kończącymi się tuż nad nadgarstkami. W jednej dłoni trzymała telefon, drugą odruchowo wygładzała materiał przy biodrze, jakby upewniała się, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak powinno. Jej włosy były starannie ułożone, choć nie przesadnie wystylizowane - długie, ciemne fale spływały swobodnie na plecy i ramiona, odbijając światło delikatnym połyskiem. Kilka luźnych pasm opadało przy twarzy, dodając jej wyglądowi naturalności. Makijaż miała lekki, subtelny i elegancki. Delikatnie podkreślone oczy wydawały się większe i bardziej wyraziste, a cienka warstwa tuszu sprawiała, że rzęsy rzucały miękki cień na policzki, kiedy opuszczała wzrok. Usta pokrywał stonowany, jasnoróżowy kolor, bardziej przypominający naturalny odcień niż wyraźną szminkę. Kiedy szła w stronę samochodu, obcasy jej butów cicho stukały o betonowy chodnik, a echo rozchodziło się po cichej już okolicy. Zatrzymała się na chwilę przy wejściu, rozglądając po cichej ulicy. Wyglądała elegancko i dojrzale, ale w krótkim spojrzeniu, które rzuciła przed siebie, wciąż było coś młodzieńczego - ślad niepewności ukrytej pod starannie przygotowanym wyglądem i spokojnym wyrazem twarzy.  
Drzwi samochodu otworzyły się powoli, a do środka wpadł chłodny wieczorny wiatr razem z jej perfumami - delikatnymi, ale wystarczająco wyraźnymi, by na moment odebrał mi myśli. Usiadła obok z lekkim uśmiechem, poprawiając włosy opadające na ramiona, a światło latarni przesunęło się po jej twarzy jak scena z filmu, którego nie chciałby nigdy zatrzymać. Patrzyłem o sekundę za długo. Serce waliło mi tak mocno, że miałem wrażenie, iż słychać je głośniej niż pracujący silnik. Przecież tyle razy wyobrażałem sobie ten moment - miałem być spokojny, pewny siebie, zabawny. Tymczasem siedziałem nieruchomo, trzymając dłonie na kierownicy trochę zbyt mocno, bo aż pobielały mi kłykcie.  

- Cześć - powiedziała cicho, siadając obok.
- Hej… cześć – wydusiłem, trochę za szybko.
Mam nadzieję, że długo nie czekałaś? - zapytałem w końcu.
- Jakieś… dwie minuty. Przeżyłam - zaśmiała się lekko.
Też się zaśmiałem, bardziej z ulgi niż z żartu.
- Ślicznie wyglądasz - wyrwało mi się nagle.
Spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem.
- O, dziękuję. Ty też całkiem nieźle - odpowiedziała z uśmiechem.
Poczułem, jak policzki robią mi się gorące.
- „Całkiem nieźle” brzmi jak ocena nauczyciela od matematyki.
Zaśmiała się głośniej, opierając głowę o fotel.
- Dobra, to inaczej. Wyglądasz naprawdę dobrze. Lepiej?
- O wiele - odpowiedziałem, choć ledwo byłem w stanie utrzymać spokojny ton.
Przez moment patrzyliśmy na siebie w półmroku auta, rozświetlanym jedynie światłami ulicy. Potem odchrząknąłem i nerwowo spojrzałem przed siebie.
- Okej… przygotowałem się mentalnie na prowadzenie samochodu, ale nie przygotowałem się na to, że będziesz wyglądać aż tak…
- Aż tak jak? - spytała z rozbawieniem.
Zawahałem się.
- Niebezpiecznie – przyznałem krótko.
Uniosła brwi.
- Niebezpiecznie?
- No wiesz… człowiek powinien patrzeć na drogę.
Roześmiała się tak szczerze, że od razu poczułem się spokojniej.
-  Czyli mam rozumieć, że rozpraszam kierowcę?
- Bardzo.
- To może powinnam wysiąść?
Spojrzałem na nią szybko.
- Nawet nie żartuj.
Między nimi zapadła krótka cisza, ale tym razem przyjemna. Silnik cicho pracował, gdzieś w oddali przejechał tramwaj, a ja po raz pierwszy od jej wejścia do auta naprawdę odetchnąłem.
- Dobra - wrzuciłem kierunkowskaz -  To oficjalnie zaczynamy ten wieczór.
- Liczę, że masz plan.
- Mam.
- I?
Spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem.
- Na razie plan działa. Przyszłaś – skwitowałem z zadziornym uśmieszkiem.  

Droga minęła nam dosyć szybko. Majka opowiadała mi o swoim dzisiejszym dniu na uczelni - była na trzecim roku architektury. Wspomniała o okropnej kanapce kupionej w drodze do domu i o rozterkach w wyborze sukienki na dzisiejszy wieczór. W końcu podjechaliśmy na miejsce. Przywitał nas widok dużego, masywnego budynku w jasnym kolorze, z osadzonymi kolorowymi lampami przy gzymsach. Zaparkowaliśmy samochód i ruszyliśmy w stronę wejścia, trzymając się pod rękę.

Wysokie, przeszklone drzwi otworzyły się bezszelestnie, wpuszczając nas do wnętrza skąpanego w ciepłym, złotym świetle. Marmurowa posadzka odbijała blask kryształowych żyrandoli zawieszonych wysoko pod sufitem, a dyskretna muzyka fortepianowa mieszała się z cichym brzękiem kieliszków i stonowanymi rozmowami prowadzonymi przy elegancko nakrytych stołach.
Sala była przestronna, ale zaprojektowana tak, by każdy detal budował poczucie ekskluzywności. Ciemne drewno, aksamitne zasłony i subtelne kompozycje białych orchidei nadawały miejscu atmosferę luksusu bez przesadnej ostentacji. Kelnerzy poruszali się niemal niezauważalnie, z perfekcyjną precyzją dolewając wino i wymieniając talerze, jakby cały wieczór był wcześniej wyćwiczonym spektaklem.
W głębi sali znajdował się długi bar podświetlony bursztynowym światłem. Za nim błyszczały rzędy kryształowych butelek i idealnie wypolerowanych kieliszków. W powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy, drogich perfum i dań przygotowywanych przez kuchnię otwartą częściowo na salę.
Goście - prezesi, inwestorzy i partnerzy biznesowi - rozmawiali spokojnymi, pewnymi głosami. Eleganckie garnitury i wieczorowe suknie tworzyły obraz świata, w którym każde słowo mogło oznaczać milionowe kontrakty albo początek ważnych sojuszy.
Przy panoramicznych oknach rozciągał się widok na nocne miasto. Światła ulic przypominały złote żyły pulsujące pomiędzy wieżowcami, a odbicia neonów tańczyły w tafli ciemnej rzeki poniżej. To nie było zwykłe przyjęcie. To był wieczór ludzi przyzwyczajonych do sukcesu - i miejsce, które doskonale to podkreślało.
Zajęliśmy swoje miejsca przy stole, po drodze witając się z każdą mniej lub bardziej znaną mi osobą, w oczekiwaniu na mojego klienta i organizatora kolacji.  

- Dziękuję państwu za przyjęcie zaproszenia. Mam nadzieję, że dzisiejsze spotkanie pozwoli nam doprecyzować warunki współpracy - powiedział spokojnie Tomasz Wysocki, inwestor dla którego tworzyłem projekt nowoczesnego osiedla na przedmieściach, zajmując miejsce przy stole.

- Również dziękujemy za możliwość rozmowy - odpowiedziałem - Analizowaliśmy państwa propozycję i widzimy kilka obszarów o dużym potencjale rozwoju.

Kelner podał pierwsze danie, a rozmowa płynnie przeszła do kwestii biznesowych.
- Z naszej perspektywy kluczowe będą terminy realizacji - zauważył Tomasz, przeglądając dokumenty na tablecie. - Szczególnie w pierwszym kwartale przyszłego roku.
- Rozumiemy te oczekiwania - odparłem - Dlatego przygotowaliśmy model wdrożenia podzielony na trzy etapy. Pozwoli to ograniczyć ryzyko operacyjne i zachować pełną kontrolę nad budżetem.

Tomasz spojrzał na mnie badawczo.
- Czy przewidują państwo możliwość rozszerzenia zakresu projektu po zakończeniu pierwszego etapu?
- Tak, uwzględniliśmy taką opcję w harmonogramie. Zakładamy, że po analizie wyników pilotażu będzie można zwiększyć skalę działań bez konieczności renegocjowania głównych warunków umowy.

Przez chwilę przy stole panowała cisza przerywana jedynie dźwiękiem odkładanych kieliszków.

- To rozsądne podejście - powiedział w końcu Tomasz. - Szczególnie przy obecnej sytuacji rynkowej.
- Dokładnie. Zależy nam na długoterminowym partnerstwie, nie wyłącznie na krótkoterminowym wyniku.

Tomasz spojrzał na przygotowane materiały.
- W takim razie chciałabym wrócić do kwestii odpowiedzialności za obsługę klienta po wdrożeniu. Czy państwa zespół będzie dostępny również po zakończeniu procesu implementacji?
- Oczywiście. Zapewniamy pełne wsparcie operacyjne przez pierwsze dwanaście miesięcy oraz dedykowanego opiekuna projektu.
- To istotna informacja - odpowiedział
- Interesuje nas transparentna komunikacja i stabilna współpraca. Uważam, że to fundament skutecznych relacji biznesowych.  

Tomasz skiną głową z aprobatą i złożył podpis na umowie. Odetchnąłem z wielką ulgą, ten projekt był dla mnie bardzo kluczowy nie tylko ze względu na zyski, ale również dla prestiżu który bez wątpienia mógł wypchać nazwę mojej firmy na głębsze wody w tym biznesie.
Po chwili atmosfera przy stole stała się nieco luźniejsza. Rozmowa zeszła na rozwój rynku i plany firm na kolejny rok, jednak formalny ton spotkania nadal podkreślał profesjonalny charakter kolacji.
Przy długim, elegancko nakrytym stole wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno podczas biznesowej kolacji - spokojne rozmowy, stłumiony dźwięk kieliszków, dyskretna muzyka w tle i uprzejme uśmiechy ludzi przyzwyczajonych do formalnych spotkań. W pewnym momencie jednak coraz mniej skupiałem się na rozmowie o kontraktach i wynikach kwartalnych. Kobieta siedząca obok skutecznie rozpraszała moją uwagę.
Na początku próbowałem zachować pełen profesjonalizm. Zadawałem pytania, komentowałem wypowiedzi innych, od czasu do czasu spoglądałem na telefon leżący obok talerza. Ale mimowolnie zacząłem zauważać szczegóły związane tylko z nią. Delikatny zapach perfum, który pojawiał się za każdym razem, gdy lekko się odwracała. Sposób, w jaki z uwagą słuchała rozmówców, lekko przechylając głowę. Elegancję jej ruchów - spokojnych, pewnych siebie i niewymuszonych.
„Skup się” - pomyślałem, gdy przez chwilę obserwowałem, jak poprawia mankiet marynarki. Wiedziałem, że powinienem słuchać siedzącego naprzeciw inwestora, ale moja  uwaga wracała do niej z irytującą regularnością.
Najbardziej zaskakiwało mnie to, że nie chodziło wyłącznie o wygląd. Spotykałem atrakcyjne kobiety często. W świecie biznesu przywykłem do ludzi charyzmatycznych, inteligentnych i doskonale odnajdujących się w towarzystwie. W swoim życiu również raczej stroniłem od kobiet. Wolałem swoje poukładane życie i uważałem, że poważny związek nie jest dla mnie - przynajmniej na tą chwilę. Byłem pracoholikiem, lubiłem wolność, a przede wszystkim, bałem się kolejnego rozczarowania. Ona jednak miała w sobie coś spokojnego i autentycznego, co przebijało przez całą formalność wieczoru.
Kiedy nachyliła się lekko w moją stronę, by skomentować coś półgłosem, poczułem dziwnie wyraźne napięcie. Jej głos, cichy i swobodny, brzmiał tak, jakbyśmy rozmawiali tylko we dwoje mimo kilkunastu osób przy stole. Złapałem się na tym, że chciałem  przedłużać te krótkie wymiany zdań - nawet zupełnie nieistotne.
„To nie jest dobry moment na takie rzeczy” - próbowałem sobie tłumaczyć. Biznesowa kolacja. Profesjonalne relacje. Rozsądek podpowiadał dystans. A jednak coraz częściej zastanawiałem się, czy ona również zauważa te drobne chwile zawieszenia spojrzeń i zbyt długie uśmiechy.
Gdy się zaśmiała, lekko dotykając dłonią kieliszka, poczułem absurdalne rozczarowanie, że nie potrafi zatrzymać tej chwili na dłużej.  
Ostatnie kieliszki wina pozostawały już prawie puste, a rozmowy przy stole stopniowo traciły swój oficjalny charakter. Kelnerzy dyskretnie zbierali talerze, zostawiając jedynie filiżanki espresso i rozproszone na stole dokumenty, do których nikt od dłuższej chwili nie zaglądał. Za panoramicznymi oknami miasto tonęło w nocnych światłach, a atmosfera spotkania stawała się spokojniejsza, bardziej swobodna.

- Myślę, że możemy uznać ten wieczór za bardzo produktywny - powiedział Tomasz, odkładając serwetkę na stół. - Udało nam się omówić wszystkie kluczowe kwestie.
- Zgadzam się - odpowiedział Marek. - I mam wrażenie, że nasze zespoły nadają na podobnych zasadach, co jest równie ważne jak same liczby.

Kilka osób przy stole przytaknęło z lekkimi uśmiechami. Formalne napięcie, obecne na początku kolacji, wyraźnie już zniknęło.

- W takim razie proponuję, abyśmy w przyszłym tygodniu dopracowali szczegóły harmonogramu i przeszli do finalnej wersji umowy.
- To rozsądny plan - odparłem spokojnie - Nasz dział prawny przygotuje zaktualizowane dokumenty do poniedziałku.

Tomasz wstał od stołu i poprawił marynarkę.
- Dziękuję państwu za wieczór. To była naprawdę dobra rozmowa.
- Również dziękujemy - odpowiedziałem, podając mu dłoń. - Liczę, że to początek długiej współpracy.

Uścisnęliśmy sobie dłonie z profesjonalnym spokojem, ale w naszych spojrzeniach pozostało coś więcej niż formalna uprzejmość - subtelne poczucie wzajemnego szacunku i świadomość, że najważniejsze decyzje często zaczynają się właśnie przy takich stołach, późnym wieczorem, kiedy oficjalna część spotkania powoli dobiega końca.

Nocne miasto było spokojniejsze niż kilka godzin wcześniej. Ulice lśniły od wilgoci po krótkim deszczu, a światła latarni odbijały się w szybach zaparkowanych samochodów. Po wyjściu z restauracji oboje przez chwilę stali przed wejściem, jakby żadne z nich nie chciało jeszcze kończyć tego wieczoru.

- Muszę przyznać, że poszło lepiej, niż zakładałem - przyznałem, rozluźniając w końcu krawat.
Majka uśmiechnęła się lekko.
- Mówiłam ci, że zaakceptują tę propozycję. Za dużo pracy w to włożyłeś, żeby miało się nie udać.  

Ruszyliśmy powoli w stronę parkingu, mijając prawie puste kawiarnie. Formalna atmosfera kolacji została już za nami.

- W pewnym momencie myślałem, że Tomasz zacznie negocjować wszystko od początku - mruknąłem.

Zaśmiała się cicho.
- Ten moment z budżetem? Tak, też to widziałam. Ale kiedy wspomniałeś o rozszerzeniu projektu, odpuścił.

Spojrzałem na nią z lekkim uznaniem.
- Dobrze czytasz ludzi.
- Ty po prostu za szybko zakładasz najgorszy scenariusz.

Drzwi mieszkania zamknęły się za nami cicho, odcinając nas od chłodnego powietrza miasta. W środku panował półmrok - jedynie lampy w salonie rzucały ciepłe, rozproszone światło na drewnianą podłogę i porzucone na kanapie dokumenty z ostatnich dni pracy.

Wszedłem pierwszy, z wyraźną ulgą rozpinając guzik marynarki.

- W końcu cisza - mruknąłem, odkładając klucze na komodę.
- I brak ludzi udających, że lubią projekty budynków, kosztorysy i inne, dziwne papierki - odpowiedziała z lekkim uśmiechem, zsuwając z ramion elegancki płaszcz.

Przez chwilę oboje staliśmy nieruchomo, jakby dopiero teraz naprawdę docierało do nich zmęczenie po całym dniu. Atmosfera była spokojna, znajoma i swobodna - zupełnie inna niż kilka minut wcześniej w restauracji.

- Nie wiem, co było gorsze. Negocjacje czy siedzenie trzy godziny w tej koszuli.
- Zdecydowanie twoje przemówienie o „strategicznej synergii”.

Spojrzałem na nią z udawanym oburzeniem.
- To było profesjonalne.
- To było tragicznie korporacyjne.

Zaśmiałem się pod nosem i skierowałem w stronę sypialni. Po chwili wróciłem już bez marynarki, z podwiniętymi rękawami koszuli, wyglądając bardziej jak dawny znajomy niż człowiek, który jeszcze godzinę temu prowadził formalne rozmowy przy eleganckim stole.
Ona zdjęła szpilki z wyraźną ulgą i odstawiła je przy drzwiach. Rozpuściła włosy, które wcześniej miała starannie upięte, a napięcie z całego wieczoru powoli znikało z jej twarzy.
Potem każde z nas zaczęło wracać do swojej codzienności - ona zniknęła w łazience, by zmyć makijaż i przebrać się w luźny sweter, ja zamieniłem eleganckie ubranie na ciemny T-shirt i wygodne spodnie.

Salon rozświetlało jedynie ciepłe światło małej lampki stojącej przy łóżku. Za oknem miasto powoli cichło, a krople deszczu od czasu do czasu uderzały o parapet, tworząc spokojne tło dla naszej rozmowy.

Leżeliśmy obok siebie w luźnej, pozornie swobodnej bliskości, do której oboje byliśmy przyzwyczajeni od lat. A jednak tego wieczoru wszystko wydawało się inne. Cisza między nami nie była już zwykłym komfortem przyjaźni - była pełna napięcia, którego żadne z nas nie próbowało już ignorować.

Majka leżała na boku, oparta na przedramieniu, obserwując mnie uważnie. Patrzyłem  chwilę w sufit, zbierając myśli, po czym odwróciłem głowę w jej stronę.

- Cały wieczór próbowałem zachowywać się normalnie - powiedziałem cicho.
- I?

Uśmiechnąłem się krótko, bardziej bezradnie.
- Chyba średnio mi wyszło.

Jej spojrzenie zatrzymało się na mojej twarzy odrobinę dłużej.
- Zauważyłam.

Przez moment żadne z nas nic nie mówiło. Słychać było jedynie cichy szum miasta i ich spokojne oddechy. Przesunąłem dłonią po karku, wyraźnie spiętego mimo zmęczenia.

- To wszystko robi się niebezpieczne - mruknąłem.
- Niebezpieczne?
- Tak. Bo zaczynam cię traktować inaczej, niż powinienem.

Jej oddech lekko się zatrzymał, choć próbowała tego nie pokazać.
- A jak powinieneś?

Spojrzałem jej prosto w oczy.
- Jak przyjaciółkę. Tylko że od jakiegoś czasu coraz trudniej mi oddzielić to od… reszty.

W moim głosie nie było pewności siebie, do której przywykła. Raczej ostrożność człowieka, który bardzo nie chce stracić czegoś ważnego.

Majka opuściła wzrok na chwilę, nerwowo przesuwając palcami po brzegu kołdry.
- Myślałam, że tylko ja mam z tym problem.

Te słowa sprawiły, że napięcie między nami nagle stało się bardziej realne. Przesunąłem się odrobinę bliżej, powoli, dając jej czas na cofnięcie się, jeśli uzna to za błąd.

Nie odsunęła się.

Przez chwilę po prostu patrzyliśmy na siebie w ciszy. Bliskość, której wcześniej nie zauważaliśmy albo nie chcieliśmy zauważyć, teraz wydawała się niemal namacalna. Uniosłem dłoń i bardzo ostrożnie dotknąłem jej policzka.  

- Powiedz mi, jeśli to zły pomysł - szepnąłem.

Pokręciła lekko głową. To wystarczyło.

Pochyliłem się powoli i pocałowałem ją miękko, jakbym nadal nie dowierzał, że naprawdę mogę to zrobić. Pierwszy pocałunek był krótki, ostrożny. Ale kiedy odpowiedziała mi bez zawahania, całe napięcie, które budowaliśmy między sobą przez ostatnie miesiące, zaczęło w końcu znikać.

Jej dłoń odnalazła mój nadgarstek, zatrzymując go przy sobie, a pocałunki stały się spokojniejsze i bardziej pewne. Nadal nie było w nich pośpiechu — bardziej ulga i czułość niż gwałtowność. Jakbyśmy oboje próbowali oswoić fakt, że granica między przyjaźnią a czymś znacznie głębszym właśnie przestała istnieć.

Kiedy odsunęliśmy się od siebie tylko na kilka centymetrów, nadal pozostawaliśmy blisko, oddychając tym samym spokojnym rytmem. Oparłem czoło o czubek jej głowy i zaśmiałem się bardzo cicho, z niedowierzaniem.

- Chyba już naprawdę wszystko skomplikowaliśmy.
Uśmiechnęła się lekko, nie odsuwając się ani o milimetr.
- Może po prostu przestaliśmy udawać.

BadAngel

opublikował opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użył 5302 słów i 30239 znaków, zaktualizował 20 maj o 21:44.

2 komentarze

 
  • Użytkownik Amorek99

    Jest dobrze budujesz atmosferę, tylko jak napisał przedmówca błagam bez tartaku delikatnie subtelnie tak reszta nie 😉😉😎😎💪💪

    2 godz. temu

  • Użytkownik Czytelnik3

    Zaczynając czytać ten rozdział, miałem  nadzieję, że nie wylądują w łóżku i nie zacznie się tartak. Dziękuję za powolne dojrzewanie ludzi.

    16 godz. temu