Jak jeden podmuch wiatru. Cz. 6

Jak jeden podmuch wiatru. Cz. 6Wszystko działo się tak szybko, że nim zdążyłem zareagować. Czarny samochód odjechał piskiem opon. Na ulicy wciąż leżały ranne osoby a z daleka usłyszałem pierwszą karetkę, która gnała na sygnale. Rozejrzałem się dookoła oceniając sytuację. Berni leżał martwy na ulicy, a ja zdawałem sobie sprawę, że właśnie straciłem brata. Podbiegłem do niego, ale nic już nie mogłem zrobić. Wzrokiem szukałem córki, która siedziała ukryta wraz z Maxem. Nic się jej nie stało. Nie daleko mnie bo może kilka metrów leżała nie przytomna Carla a cały mój świat stanął w miejscu. Podbiegłem do żony, czując narastający strach. Jej oddech był płytki i wolny. Bardzo mocno krwawiła a dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że została ranna w dwóch miejscach. Karetka podjechała i zabrała ją do szpitala. Maxowi nic nie było. Detektyw pojechał tuż za nami a na ulicy policja zabezpieczała martwe ciała. Z tego co zauważyłem zginęło dziecko i mój brat. Kolejne karetki zabierały inne osoby a wszystko wyglądało jak w filmie sensacyjnym. Czułem strach ale nie tyle o życie Carlii co o sam fakt, że zostaliśmy znalezieni.  
- Mama przeżyje prawda? - zapytała córka, a w jej oczach ujrzałem łzy.  
- Mam taką nadzieje kochanie - zapewniłem dodając gazu. Wciąż nie docierało do mnie to, że Berni zginął. Kilkanaście minut później wraz z córką wbiegaliśmy do szpitala. Czułej jak fala strachu narasta, a jak na złość nikt nie chciał powiedzieć słowa.  
- Zostań z wujkiem. Postaram się coś dowiedzieć - szepnąłem patrząc na zdenerwowanego Maxa. -
Wiesz kto to był? - usłyszałem głos detektywa  
- Nie mam pojęcia. Zapewne Ci, którzy podejrzewają ją o kradzież tych przeklętych diamentów - odpowiedziałem nie zwracając uwagi na strach w oczach córki.  


Diamenty. Obawiałem się tego, że w końcu nas znajdą, ale nie przepuszczałem tylko, że będzie to tak szybko. Jessika siedziała obok mnie, a ja ze względu na dobro dziecka starałem się być opanowany. Lucas nie wracał dobre kilka minut, a ja przypuszczałem, że udało mu się porozmawiać z lekarzem. Bałem się, bo nie wiedziałem w jakim stanie znajduje się Carlla a to przerażało mnie coraz bardziej. Chociaż udawałem, starałem się nie zwracać na to uwagi, jednak nic nie mogłem poradzić na fakt, że zakochałem się w tej kobiecie. A teraz nawet nie wiedziałem, czy ona w ogóle żyje. Nie wiedziałem nic. Po kilkunastu minutach zobaczyłem zdenerwowanego Lucasa i domyślałem się, że nie jest najlepiej. Bałem się. Tak bardzo się o nią bałem.  
- Operują ją - powiedział wybuchając płaczem. Chciałem jakoś podejść, zapewnić go, że wszystko będzie dobrze, ale nie wiedziałem, czy to właściwe. Sam umierałem z niepokoju, chociaż starałem się udawać, że panuje nad emocjami. Nie chciałem bardziej denerwować dziecka. Jessika jakby wyczuwała strach ojca, podeszła do niego i mocno go przytuliła. Ten objął ją i siedzieli wtuleni do siebie kilkanaście minut. Cieszyłem się, że dziewczynka ma ojca, chociaż byłem zły na kobietę. Bo gdyby nie jej pomysł, nic złego by się nie stało. Nie walczyłaby o życie a dziecko nie straciło być może by matki. Modliłem się by Bóg zlitował się nad nią i nie pozwolił jej odejść. Potrzebowaliśmy jej. Córka jej potrzebowała. Nie mogłem siedzieć bezczynnie. Postanowiłem zacząć działać, chciałem uruchomić swoje kontakty, musiałem dorwać tych, którzy do nas strzelali. Wyszedłem ze szpitala i zadzwoniłem pod wciąż dobrze znany numer. Mężczyzna odebrał po drugim sygnale. - Słucham tu komisarz Nick w czym mogę pomóc? - usłyszałem dobrze znany głos  
po drugiej stronie sygnału.  
- Cześć. Pamiętasz mnie? - zapytałem, czując ból, rozmawiając z starym przyjacielem.  
- Max? to naprawdę Ty - słyszałem radość w jego głosie  
- Tak Nick to ja - szepnąłem. - Możemy się spotkać? najlepiej jeszcze dziś? teraz? - zapytałem czując jak tracę nadzieje.  
- Za piętnaście minut w moim biurze?- szepnął zaskoczony  
- A nie u Ciebie w domu? - zapytałem.  
- No niech będzie. Za piętnaście minut u mnie w domu. Uprzedzę Ewę, że wpadniesz i dzieciaki też. Tęsknią za Tobą, szczególnie Bartek - szepnął rozłączając się. Ja też za nimi tęskniłem. Wróciłem do szpitala i przyjrzałem się z dala Lucasowi. Naprawdę wyglądał na porządnego gościa i wyglądało na to, że bardzo kochał swoją córkę. Ciekawiło mnie, czy tak samo kochał żonę i czy żona kochała go. Wydawało mi się, że tak. Dlatego wyjechała. Wydawało jej się to jedynym wyjściem. Nie chciała go narażać. Narażając przy tym własne życie. Głupia! popełniła kolejny błąd.  
- Ja muszę na chwile wyjść. Zadzwoniłem do komisarza i mam zamiar dowiedzieć się czego się dowiedzieli o tej strzelaninie - powiedziałem nie spuszczając wzroku z Jessiki. - Jak się skończy operacja przedzwoń do mnie okej? - szepnąłem czując na sobie jego dziwne spojrzenie.  
- Dobrze zadzwonie  no i powiedzenia - powiedział nie spuszczając wzroku z drzwi z napisem sala operacyjna
. - Przykro mi z powodu brata. Naprawdę mi przykro - powiedziałem. Jednak on nie odezwał się do mnie słowem. Pocałowałem małą w czoło i opuściłem szpital. Musiałem pojechać do przyjaciela i dowiedzieć się kim byli i czego chcieli. Musiałem, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że dopóki oni są na wolności nikt z nas nie jest bezpieczny.

agusia16248

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1051 słów i 5538 znaków, zaktualizowała 18 sie 2015.

2 komentarze

 
  • Py64

    Troszkę błędów robisz I tak świetne.

  • agusia16248

    @Py64 Dziękuje Postaram się więcej uwagi zwracać na błędy

  • Py64

    @agusia16248 Właśnie widzę

  • agusia16248

    @Py64 Jednak chyba błędy zawsze będą mi się wkradać

  • Py64

    @agusia16248 Postaram się to przemilczeć.

  • Py64

    @agusia16248 Czekam na "Życie po wypadku"

  • agusia16248

    @Py64 Z ortografii zawsze byłam kieska Chociaż poprawiam nic to nie daje :(

  • Py64

    @agusia16248 Nie martw się.

  • Misiaa14

    Cudnee

  • agusia16248

    @Misiaa14 Dziękuje kolejna część będzie z dedykacją dla Ciebie

  • Misiaa14

    @agusia16248 oooo dziękuje  ;3