Jak jeden podmuch wiatru. Cz.3

Jak jeden podmuch wiatru. Cz.3Chociaż wiedziałem, że moje zachowanie jest co najmniej dalekie nie na miejscu, nie potrafiłem się powstrzymać. W tej kobiecie było coś takiego, że wszystko to, co dotąd osiągnąłem, o czym marzyłem przestawało mieć sens. No i coś nie zgadzało mi się w tej całej historii. Nie miałem jeszcze pewności co, ale wiedziałem, że coś jest nie tak. To nie tak, że się w niej zakochałem, nie! Może trochę pociągała mnie jej uroda, może trochę fascynowała jej postawa, ale tu chodziło o coś zupełnie innego. O coś, czego sam nie rozumiałem. Ta kobieta miała w sobie jakąś moc, coś z dziecięcej naiwności a jednocześnie wyglądała na opanowaną i bystrą. Sam już nie wiedziałem. Niczego nie byłem już pewny. Wszedłem do jej mieszkania i rozejrzałem się po nim. Mieszkanie było malutkie, ale bardzo przytulne. Na podłodze porozrzucane były zabawki dziecka, co świadczyło o obecności w domu jej córki. Były tu same?  
- A więc? można wiedzieć kim pan jest i co pan tu robi? jak mnie znalazł? - dopytywała się  
- Jestem detektywem i zostałem wynajęty, by panią odnaleźć - powiedziałem spokojnym głosem  
- Proszę powiedzieć, swojemu zleceniodawcy, by zostawiono mnie w spokoju! Ja nie ukradłam tych kamieni! Zaszła pomyłka - podniosła głos  
- A więc nawet nie zaprzecza pani, że jest Pani Carlą? - zapytałem zaskoczony. Ta kobieta naprawdę mi imponowała.  
Kobieta chyba dopiero teraz zorientowała się, co zaszło, bo spojrzała na mnie zaskoczona i przerażona jednocześnie. Na ułamek sekundy cała pewność siebie uleciała z niej jak dym. - Proszę się nie obawiać. Nie wiem co zaszło, ale nie mam groźnych zamiarów - uspokoiłem ją  
Jednak jej twarz nadal malowała rozpacz połączony ze strachem.Teraz, gdy miała szerzej otwarte oczy, wyglądała jeszcze piękniej. - Pani Carlo ja naprawdę nie zamierzam panią skrzywdzić - zapewniłem, tym razem łagodniejszym głosem  
- A wiec po co pan tu jest i dlaczego mnie śledził? - zapytała, nie spuszczając ze mnie wzroku  
Chciałem powiedzieć, że sam nie wiedziałem, ale powstrzymałem się. Co miałem jej niby powiedzieć? przecież sam nie miałem pojęcia co ja tu robię i dlaczego pojechałem właśnie za nią. Jednak coś nie dawało mi spokoju. Czy to możliwe, by mój przyjaciel mnie okłamał? czy możliwe, że wrobił mnie, albo co gorsza wpakował się w jakieś kłopoty? o czym ona mówiła? o kamieniach? kradzież kamieni? tak słyszałem coś o tym, ale przecież wydarzyło się to, daleko stąd. Czy ona była żoną tego znanego gangstera?  
- Czy pani mąż zajmuje się handlem brylantami? czy jest znanym gangsterem? - zapytałem prosto z mostu  
Jej twarz wyrażała gniew i rozpacz. Chyba byłem zbyt brutalny, ale nie miałem czasu. Przeczuwałem coś, ale nie chciałem dać tego po sobie poznać. Wolałem, by moja intuicja po raz pierwsza zawiodła, bo gdyby okazało się, że mam rację, musiałbym zdradzić a nawet oszukać kogoś, z kim przyjaźniłem się od lat.  
- Proszę wyjść natychmiast! I niech pan przekażę mojemu mężowi, że to nie ja ukradłam brylanty! Nie odzyska on dziecka! Nie oddam mu jej! - wykrzyczała  

Drzwi od mieszkania zamknęły się, a ja nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Czułam jak miękną mi kolana i poczułam paraliżujący strach. Boże! odnalazł nas! Byłam teraz niemal przekonana, że to mój mąż wynajął tego detektywa. Co chciał przez to osiągnąć? zmusić mnie bym oddała mu dziecko? czemu sam się tu nie zjawił? czemu nie przyleciał po nas i siłą nie zabrał nas do domu? dlaczego robił sobie tyle zachodu.skoro i tak  
moje życie nigdy nie miało dla niego znaczenia. Czy uwierzył, że to ja ukradłam te kamienie? czy uznał mnie winną i już zaplanował moją śmierć? jak tak, to co zrobi naszej córce? jak zmusi małe dziecko, by zapomniało o matce? spojrzałam na śpiącą córkę i zesztywniałam. Nie byłby chyba aż tak podły, by zabić i ją. Chociaż? Położyłam się obok naszej córki i spróbowałam zasnąć. Nawet nie wiem kiedy ogarnął mnie sen.  
***
Obudził mnie jakiś hałas, nie byłam pewna, ale chyba ktoś właśnie wchodził do mieszkania. Nagle poczułam na ustach czyjąś dłoń i zesztywniałam. Byłam trzymana w czyiś silnych ramionach a ktoś po cichutku chodził po mieszkaniu. Dziecko obok nie było. Szarpałam się, ale nie miałam szans. czyżby porwanie?  
- Nie bój się to ja, detektyw - usłyszałam jego cichy szept przy uchu  
Szarpnęłam się ponownie, ale znów na nic. Poddałam się i dałam się mu prowadzić.Nagle poczułam szarpnięcie i znów stanęliśmy bez ruchu. W mieszkaniu cały czas panował zmrok, co ułatwiało nam ukrycie się. Nam a może jemu? nie wiedziałam. Kroki ucichły a po chwili usłyszałam znajomy dzwonek telefonu. Po chwili odezwał się kobiecy głos.  
- Nie ma tu tego- powiedziała kobieta - No nie ma! szukałam! Nie mogę gadać, bo nie chcę ich obudzić - rozłączyła się i ponownie tym razem nerwowo rozejrzała się po pokoju. Po chwili wyszła z mieszkania, a ja jak oparzona wyrwałam się z jego ramion. Usiadłam na łóżku i zesztywniałam. Znałam ten głos aż za dobrze. Przecież to wszystko nie miało żadnego sensu!  
- Poznałaś ten głos? - dopytywał się detektyw - Tak - szepnęłam zamyślona. I nagle coś nie dało mi spokoju. Rozejrzałam się po mieszkaniu, ale nigdzie nie było śladu mojej córki. - Gdzie jest moje dziecko? - zapytałam zdruzgotana - Proszę się nie obawiać. Pani córka śpi u mnie w samochodzie. Udało mi się ją wynieść. Chciałem wynieść też panią, ale nie miałem już na to czasu. Proszę za mną, może się już przebudziła - wyszeptał
Po chwili wyszliśmy z mieszkania i udaliśmy się prosto do jego samochodu. Na tylnym siedzeniu, przykryte kocem spało moje dziecko. - Jessica!- rzuciłam się w stronę córki - Jess kochanie! - szeptałam głaszcząc ją po główce  
- Zna pani tą osobę? - dopytywał się detektyw - Tak. To była moja przyjaciółka. Jedyna osoba, która pomogła mi w tym kraju. Czego mogła szukać? - zapytałam - A nie domyśla się pani? a może - zawahał się - A może to ona ma coś wspólnego z kradzieżą tych diamentów? - zapytał, a ja nie byłam w stanie już nic powiedzieć.  
- Jedziemy do mnie! Tu nie możecie zostać - zadecydował i już po chwili siedzieliśmy w jego samochodzie.  

Detektyw siedział na schodach i zastanawiał się nad ostatnimi wydarzeniami. Chociaż na pierwszy rzut oka sprawa wydawała mu się banalna, teraz nie wiedział jaki powinien wykonać kolejny ruch. Jednego był pewien, nie mogli zostać. Przecież gdyby ktoś zobaczył ich w jego mieszkaniu, cała trójka byłaby w śmiertelnym niebezpieczeństwie.  
Chciał ich chronić, musiał. Nie wiedział dlaczego jest to dla niego aż takie ważne, no dobrze może wiedział? po śmierci kobiety którą kochał, obiecał sobie, że więcej nie dopuści do takiej sytuacji. Mimo braku stu procentowej pewności o jej niewinności, czuł, że ktoś tak wrażliwy, tak delikatny jak Carla, nie mógłby ukraść kamieni. Tylko dlaczego próbowano ją wrobić i co z tym miała wspólnego jej przyjaciółka? miał ochotę zadzwonić do przyjaciela i dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, ale wciąż brakowało mu odwagi. Nie chciał w tą sprawę być zamieszany bardziej niż powinien, ale obawiał się, że zaangażował się w ochronę tej dwójki. Carla go pociągała, a jej córka była tak słodkim dzieckiem, że zawładnęłaby chyba każdym sercem. Dlatego nie mógł pozwolić, by zostali u niego. Obawiał się, że za parę dni pokocha ich i przestanie racjonalnie myśleć. Wstał i podszedł do okna. Coś nie dawało mu spokoju i już po chwili zorientował się, że się nie myli. Po drugiej stronie ulicy stał czarny samochód. Ten sam, którego widział już dwa razy. Raz pod mieszkaniem  
Carli a drugi raz, gdy rano wychodził z mieszkania. Czyżby go śledzono? czyżby już wiedzieli? nie miał takiej pewności, ale podejrzewał, że jakimś cudem zorientowali się, że kobieta jest u niego. Nagle usłyszał sinik drugiego samochodu i poczuł, że są w niebezpieczeństwie. Pobiegł do pokoju w którym zamyślona siedziała Carla.  
- Ubieraj się! mamy towarzystwo! - krzyknął rzucając jej kamizelkę kuloodporną. Drugą założył Jessicę i biorąc dziecko na ręce, zbiegł po schodach. Teraz cieszył się z tego, że miał tajemne przejście. Sam nie wiedział dlaczego, ale kazał zbudować tajemny korytarz, prowadzący na tył domu. Gdzie zawsze czekało na niego drugie auto. Od początku swojej wieloletniej kariery zdarzyło mu się to pierwszy raz i dziękował Bogu, za to, że wpadł kiedyś na ten pomysł. Teraz natomiast biegli korytarzem, słysząc jak za ścianą obok, słychać strzały. Za każdym razem, zatrzymywali się i modlili, by ściana okazała się na tyle silna, by kula nie trafiła w żadne z nich. Jessice założył słuchawki z mp3, zupełnie jakby przeczuwał zaistniałą sytuację. Samochód był stary i dawno nie używany. Nikt z wyjątkiem jego nie wiedział o tym, że drugie auto stoi w ukrytym garażu i czeka na taką sytuację. Auto było kuloodporne. Nic już im zatem nie zagrażało.  
- Gdzie jedziemy? - usłyszał zdyszany, przerażony głos Carli - Nie mam pojęcia. Chyba zatrzymamy się w hotelu - szepnął skupiając się na prowadzeniu samochodu. Nagle usłyszeli huk, odwrócili się i zobaczyli gruzy mieszkania, w którym byli jeszcze chwilę przed wybuchem.  
- To bomba? - usłyszał niemal przerażony głos towarzyszki - Tak. Jeden, ale za to solidny ładunek - szepnął patrząc jak jego mieszkanie zamienia się w ruinę. - Do diabła! Jak oni mogli? - krzyknął, zatrzymując się na poboczu. Zgasił silnik i wybiegł z samochodu. Byli oddaleni na tyle, że nie było szans, by ich zauważyli. Na ulicy zrobił się korek, a kierowcy samochodów tak, jak on, wyszli z pojazdów i zaczęli z zaciekawieniem przeglądać się pożarowi - To pewnie gaz! - krzyczał jeden i po chwili wrócił do samochodu i odjechał.  
Kilka minut później podjechała straż a zebrane towarzystwo, zaczęło się pomału rozjeżdżać. Tylko samochód Detektywa nadal stał na poboczu a kierowca patrzył, jak płonie cała jego przeszłość. - Niech to szlak! - szeptał upadając na trawnik.  
- Tak mi przykro. To wszystko moja wina - szepnęła Carla, patrząc na załamanego detektywa. - Nie. To wina wyłącznie ich. To nie pani podłożyła ten ładunek i nie pani mnie w to wciągnęła - rzekł, udając się prosto do samochodu. - Było tam coś cennego? - zapytała zdumiona - Nie. Nic oprócz pamiątek, po kimś, kogo kochałem - szepnął przerażony swoją szczerością. Tak tego było mu chyba najbardziej żal. Pamiątek po  
miłości, które spłonęły wraz z mieszkaniem. Chociaż starał się być opanowany, w głębi serca czuł strach.Był przekonany, że chodziło o coś znacznie poważniejszego niż sądził, skoro ktoś posunął się do takiego kroku. Komuś nie było na rękę to, że tak bardzo się w to zaangażował. Komuś zależało na jej śmierci i zastanawiał się jak bardzo na tym, mu zależało. Czy posunie się jeszcze do czegoś? czy coś im grozi?  
wiedział, że teraz bardziej niż kiedykolwiek, musiał być ostrożniejszy.  

Chociaż czułem strach, nie miałem innego wyjścia. Byłem zbyt blisko celu, bym teraz miał zrezygnować. Musiałem ją odnaleźć i dowiedzieć się dlaczego ode mnie uciekła. Musiałem odzyskać Jessicę i sprowadzić ich do domu. Musiałem przełamać swoją niechęć i postarać się być miły. Musiałem, ale nie miałem pojęcia, czy mi się to wszystko uda.  
- Jesteś gotowy? - usłyszałem głos brata. Spojrzałem na Berniego i uśmiechnąłem się. - Nie jestem pewny, ale chodźmy tam i dowiedzmy się czegoś o mojej żonie - szepnąłem sam do końca niezbyt przekonany temu, co mówię. Zatrzymaliśmy się przed białym, dużym domem i poczułem jak serce uderza coraz szybciej. Zadzwoniłem domofonem i wyobraziłem sobie jak otwiera mi drzwi. Stała przerażona przede mną, a ja uśmiechnąłem się do niej. Jednak po chwili dotarło do mnie, że to tylko moja wyobraźnia i ponownie nacisnąłem domofon. Usłyszeliśmy czyjeś kroki i po chwili drzwi otworzyły się.  
- Co ty tu robisz? - w drzwiach stanęła długonoga kobieta i spojrzała na mnie trzepocząc rzęsami. - Zadałam Ci pytanie prawda? - rzekła mierząc mnie surowym wzrokiem.  
Zignorowałem jej pytanie i niemal siłą wdarłem się do mieszkania. Rozejrzałem się po parterze, ale nigdzie nie było śladu obecności mojej żony. Po chwili jej spojrzenie złagodniało i oparła się o ścianę. - Nie ma jej tu - rzekła cichym głosem. Podniosłem na nią wzrok, a jej oczy coś w sobie skrywały. - Była u mnie. Zostawiła Cię prawda? - zapytała teraz już delikatniejszym głosem. Kiwnąłem głową. - Ona nie ukradła tych kamieni. Daliśmy jej schronienie. Jednak wyprowadziła się - wyszeptała. Nie zdążyłem niczego powiedzieć, bo mówiła dalej. - Poznała kogoś. Zamieszkała u niego. Nie mam pojęcia co się z nią dzieje - rzekła podając mi kartkę z adresem zamieszkania mojej żony. - Uważaj na siebie! On jest detektywem. Właściwie był. Słyszałam - zawahała się - Słyszałam, że nie jest zbyt godny zaufania. :Lepiej zabierz ze sobą Jessicę - szepnęła odprowadzając nas na dwór.Przytuliłem ją, dziękując za adres i wraz z bratem pojechaliśmy pod wskazane miejsce.Berni zabrał ode mnie kartkę z adresem i spojrzał na nią całkowicie zaskoczony.  
- Detektyw Max? Max Conor? - spytał zaskoczony - Znam go. Od paru lat nie miałem o nim wiadomości. Po tym co stało się w jego karierze, przestał spotykać się ze znajomym i- wyjaśnił Berni.  
Podjechaliśmy pod mieszkanie Maxa i zamarliśmy. Z mieszkania prawie nic nie zostało. A wszędzie naokoło kręciła się straż i policja.  
- Tu nie wolno! proszę stąd odjechać! - usłyszeliśmy głos policjanta - Co tu się stało? - spytałem, nie odrywając wzroku od tego, co zobaczyłem. - Wybuch. Wszystko zostało zniszczone. Prawie nic nie ocalało - usłyszałem. Na ziemi, nie daleko nas leżał kawałem materiału koca i podbiegłem do niego.  
- Nie! krzyknąłem. - Boże tylko nie to! - wykrzyczałem, upadając na piasek. Kocyk należał do Jessiki. CDN

agusia16248

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 2716 słów i 14451 znaków, zaktualizowała 15 cze 2015.

4 komentarze

 
  • alexandra22

    swietne

  • wolna

    Cudowne czekam na kolejną

  • g owno

    Ooooo, meega *0* czekam na nexta

  • Mysterious

    świetne jak każde w Twoim wykonaniu