Over the edge cz 5

Przyszedł czas obiadu. Istniało nikłe prawdopodobieństwo, żeby Lieke zabrała mnie do tej samej restauracji włoskiej, do której miałem iść z Elizą. Dojechaliśmy do Vinkeles na Keizersgracht 384. Pani pułkownik zachwalała mi te miejsce po drodze. Obiecałem jej dać poprowadzić wiśniowe cacko w drodze powrotnej.  
Usiedliśmy bliżej okna.
— Lubisz francuska kuchnię? — zapytała bezceremonialnie.
— Tak, ale nie wszysko. Francuzi sądzą, że są we wszystkim najlepsi.Owszem co do win musujących muszę im przyznać racje
— I dobrze grają w piłkę nożną — dodała blondynka.
— Nie przepadam za sportem.  
— Czy będziemy dalej rozmawiać o sprawie, czy wolisz odpuścić?
— Wiesz, co? Nawet jak nie będziemy rozmawiać to jest w nas. Oczywiście ja jestem bardziej obciążony.
— Dlaczego tak sądzisz?
— Wiesz przecież.
— To nie twoja wina, że jesteś najlepszy. Powinny być lepsze zabezpieczenia przed dojściem do ciebie.  
— Są bardzo mocne. W zasadzie tylko policja ma dojścia. Nie jestem zainteresowany sławą.
— Steve, zapytam cię coś. Wiem, że jesteś skrupulatny, pedantyczny. Masz otwartą głowę. Nie tracisz czasu na złe poszlaki. Masz nosa. Ja natomiast jestem dobra w jednym. Próbuję wejść w skórę przestępcy. Próbowałeś tego?  
— Nigdy. Być może w twoim przypadku to pracuje. Ja mam inne metody.
— Nie próbuję ci nic narzucić, tylko jeślibyś dodał to co daje mi sukces, wówczas miałbyś większe szanse.
— Ja wierzę, że wygram. Walczę po dobrej stronie. Do dzisiaj miało dla mnie znaczenie, moje JA. Teraz się wszystko zmieniło.To moja ostatnia sprawa.
Lieke otworzyła oczy.
— Żartujesz, prawda?
— Nie. Nie chcę, żeby następny fanatyk lub psychol chciał znowu pojedynku. Koniec.  
Kobieta patrzyła na mnie nieco inaczej.
— Czy możesz opisać kim on jest?
— Mam zarys. Dokładny, w zasadzie pedantyczny. Bez uczuć. I jednego jestem pewny. Został odrzucony. Przez matkę lub dziewczynę.
— Czyli nienawidzi kobiet, tak?
— W przeszłości, teraz jest to już nieistotne. Ma ogromne ego. Liczy się tylko on. A jednocześnie na zewnątrz wygląda zupełnie normalnie.  
— Stan majątkowy?
— Ma pieniądze. Nie pracuje. Ma akcje, nieruchomości, może fabrykę. Sam, raz na jakiś czas, tylko sprawdza stan konta.
— Samotny?
— Z pewnością.
— I tak szukamy igły w stogu siana. Ale mamy większe szanse.
Zamówilśmy coś lekkiego. Nie miałem ochoty nawet na rybę. Lekka sałatka i owoce. Bez alkoholu.  
W oddali słuchać było syreny policyjne. Lieke zmienia wyraz twarzy na chwilkę.
— Szukanie taniej siły roboczej teraz na nas się mści. Połowę przestępstw dokonują emigranci. Na szczęście nie są to najpoważniejsze przekroczenia. Zmienię temat. Szkoda, że odrzuciłeś van Allena i Kocha. Szczególnie ten pierwszy jest dobry.  
— Nie lubię zbyt dużych grup. Sądziłem, że będę pracował z jednym mężczyzną.
Przyszła mi całkiem inna myśl i tym uprzedziłem pannę pułkownik.
— Znasz dobrze van Hartenna? Jaki to człowiek?
— Dobry i prawy. Bardzo uczciwy i zdyscyplinowany. Wiesz, jego poprzednik był szefem wiele lat. Dziwny facet, zarabiał dużo i było mu mało. Na szczęście nie twonił ich na kobiety ani nie wydawał pieniedzy na bzdury. Rodzina i przyjaciele. Ale miał tupet. Nie sądził, ze dojdą.
— Ma rodzinę — ciągnąłem.  
— Córkę. Jego oczko w głowie. Jeszcze jak był zastępcą, miała lepszą ochronę niż prezydent.
Bawiłem się widelcem. Sałatka miała naprawdę dobry smak, prawdopodobnie dużą zasługą był lekki dressing. Eliza wyszła z ukrycia. Zacząlem się zastanawiać co teraz porabia, czy tęskni, płacze... Pomyślałem, że jestem ostatnim draniem. Tyle zimnych i mocnych słów jej powiedziałem na pożegnanie. Jestem potworem.  
Postanowiłem zmienić hotel. Czułem się zbyt słaby i obawiałem się, że nie wytrzymam i będę chciał ją zobaczyć.
Zapłaciłem rachunek mimo sprzeciwów Lieke. Wyjąłem kluczyki i położyłem przed nią.
— Prowadzisz manual, prawda?
— Podobnie jak ty, potrafię prowadzić czołg. Bez obawy.  
Wzięła kluczyki. Podeszliśmy do samochodu.
— Mogę trochę poszaleć?
— Tylko nie zrób wypadku. Daliście mi go na czas pobytu. Jest wasz, do Stanów go nie wezmę, bo mam tam swój. Odrobinkę inny kolor, ale nie jestem aż tak drobiazgowy.
Lekie zaczęła się śmiać.
— Jesteś, tylko nie widzisz. Obserwowałam jak układasz widelec i nóż. Jak chodzisz, jak robisz cokolwiek. Wyobrażałam sobie jaki jest Steve Carter, ale realia przekroczyły najśmielsze oczekiwania.
Otworzyła torebkę i wyjęła niebieskie policyjne światło i ustawiła je na dachu. Ruszyła paląc opony. Umiałem jeździć, ale Lieke miała chyba we krwi coś z kierowcy formuły jeden, albo lepiej. Co prawda światło pomagało. W końcu dojechaliśmy na posterunek.
— Całkiem nieźle — powiedziałem.
— Nic się nie bałeś — uśmiechnęła się specyficznie.
— Co? — zapytałem.
— Nie powiem.
— Mów.  
Weszliśmy do budynku. Skinieniami głowy pozdrawiała kolegów. Wszliśmy do jej gabinetu. Miała róż na buzi.
— Pomyślałam o czymś... intymnym, nie powiem. Nie powinnam...Przepraszam.
Wziąłem ją za ramiona.
— Mów.
Stanęła blisko. Poczułem zagrożenie. Wyczuwałem coś, ale tłumaczyłem sobie, że to coś innego.
— To jaki jesteś, bardzo na mnie działa.  
Nie spodziewałem się tego, a jeszcze mniej co zrobiła po chwili. Pocałowała mnie w usta. I to w sposób nie pozostawiający złudzeń. Była na tyle subtelna, że czekała na odwzajemnienie. Delikatnie odsunąłem twarz, ale trzymałem ją za ramiona w okolicy barku.
— Czuję, ale mam kogoś w sercu. Nie powinnaś...
Osunęła się i odwróciła. Widziałem, że wyciera łzę.
— Przepraszam — wydukała. Zachowuję się jak nastolatka.
Odwróciła się powoli.
— To ta kobieta, prawda?
— Tak.
Chciała coś zapytać. I wiedziałem co. Ale zaniechała. I dobrze. Spojrzała na mnie. Doskonale sobie radziła.  
— Co przypuszczasz? Masz przekonanie, że wygrasz, a nie mamy nic. Przypuszczasz, że następna ofiara będzie porwana jutro. Nie wiemy kto ani gdzie. Wiemy, że ten facet chce ci udowodnić, że jest lepszy od ciebie. Zabije i będzie zabijał dalej, żeby cię pogrążyć. Dla niego nie liczy się, że zabija i pozostawia żal u rodzin i innych ludzi.
— Stop. Ja wierzę, że mi się uda. Stoję po dobrej stronie. Jezus powiedział: Twoja wiara cię uzdrowiła. Powiedziałem, że ta kobieta nie umrze. Nie wiem jak, ale wygramy. Ten człowiek złamał fundamentalne prawo Najwyższego. Zabił. Zabił dzieci. Zabił niewinne osoby. On już przegrał. Motorem jego działania jest duma i wyniosłość. Jesteśmy narzędziami sprawiediwości. Bóg jest z nami, nie przegramy. Wygramy. Robię wszystko co mogę. Wykorzystuję co mi dano i co sam wypracowałem, ale nie polegam na sobie.
— Wybacz, Steve. Skoro tak, czemu Bóg do tego dopuścił. Nie wiedziałam, że tak mocno wierzysz.
Popatrzyłem na nią.
— Widzisz. Pamiętam moją pierwszą sprawę. Byłem inny od urodzenia. Stroniłem od ludzi, nie chciałem zajmować się głupotami. Rozwiązywałem sprawę kradzieży. Zrobiłem wszystko co mogłem i nic. I wówczas poprosiłem o pomoc. I dałem radę. I od tego czasu zawsze tak robię. Ale nie wiedziałem jednego. Urastałem w dumę, a wszystkie laury nie mi się należały. Im człowiek jest mniejszy w swoich oczach, jest tym większy w oczach Stwórcy. Wiem, że wygram, ale to Bóg wygra. Podwójnie. Bo już nie będę tego robił.  
— Chcesz po prostu czekać?
— Nie. Będziemy pracować więcej. Zrobimy wszystko co w naszej mocy. Ale z wiarą. I ty przestaw swój tok myślenia. Złapiemy go. Przelał krew i jego krew musi być przelana.
— W Holandii nie ma kary śmierci.
— Dlatego on nigdy nie stanie przed sądem. Ale zginie.
— Zabijesz go?
— Muszę.  
— Ale wówczas ty staniesz przed sądem.
— Jeżeli będę musiał, tak się stanie.
— Kończę o czwartej. Spotkam cię o dziewiątej i pojedziemy na huśtawkę.
— Daj mi swój numer. Zadzwonię.
Wziąłem kartkę i napisałem. Z telefonu publicznego. Lieke odpisała.
  ,,Sądzisz, że jesteśmy na podsłuchu?"
  ,,Całkiem możliwe. I nie sądzę, że to oni. Sądzę, że to on".
Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. Wzięła kartkę i napisała.
   ,,Podejżewasz kogoś konkretnie"?
   ,,Tak, to logiczne. Pomyśl"
— Będziesz w hotelu czy zamierzasz zwiedzać?
— Pozwiedzam, może mi się coś otworzy. Pierwsza taka sprawa, że nie mam żadnego punktu zaczepienia. Ten ktoś jest doskonały.  
Spojrzała na mnie dziwnie i chciała coś powiedzieć, ale dałem jej znak. O, byłem naprawdę zadowolony z takiego partnera! Rozumieliśmy się.
— Idę zebrać informację od kolegów i potem złożę raport szefowi. A on wyśle wyniki do ministerstwa.  
— Sprawa poszła aż tak daleko?
— O tak. Media o tym trąbią. Obrywamy za opieszałość. Ludzie zaczynają marudzić, że policja dostaje pieniądze za darmo. Poza tym, sprawa robi się polityczna. Wszystkie ofiary były białej rasy. Rozumiesz co mam na myśli.
— Bzdury. To nie nic wspólnego z konfliktem islam-chcrześcijaństwo.
— I ja to wiem, ale zawsze w takich sprawach ktoś chce upiec dwa rożna na jednym ogniu.
Zmieniłem temat.
— Zobacz komputer. Znalazł coś?  
Oboje podeszliśmy do ekranu. I oboje byliśmy zaskoczeni. Trzy czwarte wskazywało na hinduski znak OM. Komputer wskazywał z prawie pewną szansą następne miejsce. Ale to było kilka budynków. A ja potrzebowałem konkretny pokój albo mieszkanie.
— I co zrobimy?
— Będziemy tu szukać.
Znowu wziąłem kartkę.  
  ,,Obstawimy całkiem inny rejon"
Poskładałem wydruki i wszystko co ruszyłem. Lieke też zbierała się do wyjścia.
— Poczekaj. Chcę znać grupy krwi ofiar.  
Blondynka wzięła za telefon.
— Lepiej idź — poprosiłem.
Siedziałem chwilkę. I te dwie minuty pozwoliły by myśli o Elizie natychmiast wróciły. Napisałem coś na kartce i czekałem na mojego partnera.
Po jej wyrazie twarzy wiedziałem, że trfiłem.
— Ty jesteś genialny. Wszystkie ofiary mają najbardziej wyjątkowa grupę krwi O, Rh ujemne.
— Ile zajmie analiza tych danych co mamy?
— Nie wiem. Krąg potencjalnych ofiar się zawęża. Nasze szanse rosną.
— Przewidziałem to. Musiał być punkt zaczepienia. Ale pamiętaj co teraz powiem. On nam szykuje niespodziankę.  
— Co masz na myśli?
— Że jest jeszcze coś. Pod naszym nosem, a tego nie widzimy.  
— Czyli specjalnie prowadzi nas fałszywym tropem?
— Nie. Nie potrafię wyjaśnić, ale wiem.
Przypomniałem sobie o Glassie.
— Jest jeszcze jedna sprawa.  
Napisałem imię i nazwisko.
— Facet zalega sporo za parkingi. Dałoby się to uregulować?
— Postaram się.  
Zanim wyszliśmy, pokazał się generał.
— Mam do pana słowo, Steve.
— Jestem partnerem panienki Ontrahten i jeżel powie mi pan prywatnie i tak jej powtórzę.
Uśmiechnął się krótko.
— Rozmawiałem z ministrem spraw wewnętrznych. Oczywiście jesteśmy w Uni europejskiej, ale nadal jesteśmy Holandią.
— Wcześniej byliście Beneluxem, to jesteście przyzwyczajeni.
— Minister wywarł na mnie nacisk. Oczywiście nie stracę stanowiska, jeżeli następna ofiara zginie, ale...
— Nie zginie. Przyjechałem tu, żeby to skończyć. I mam najlepszą pomoc, więc proszę uspokoić ministra. Zamierzam się odstresować i pozwiedzać. Co pan proponuje. Urodził się pan w tym mieście, prawda?
— Tak, jest co zwiedzać. A jak ogólne wrażenia?
— Czysto i kolorowo.  
— O, to ciesze się, że się panu podoba. Co moge polecić? Interesujące jest muzeum sexu i ludzkiego ciała.
— Tak, a coś jeszcze?
— Rembrant. Jesteśmy dumni, że mieliśmy tak wielkiego artystę.
— Chętnie zobaczę, lubie jego styl.
— Jestem pewny, że i panienka Lieke coś panu podsunie.
— Tak, generale.  
— A i jeszcze jedno. Potrzebuje pan broń? Pozwolenie załatwię od ręki.
— Przydało by się. Miałem właśnie poprosić Lieke... ale skoro tak, to nie będę musiał.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 2055 słów i 12182 znaków, zaktualizował 25 gru 2019.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Coraz więcej szczegółów, ale nadal nie wiadomo.