Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Fukushu - sha cz 15

― Co jest, kochanie. Powiedz ― szepnęła Rebeka ― Jesteś mi jak córka. W końcu będziesz żoną mojego syna.
― Tak, ale tego nie powiem. Nie powinnam.
― Wal, jesteś odważna ― rzekła Sally.
― Ale to dotyczy was. To znaczy...
― Nie obawiaj się. Gabi wie. A czujesz dobrze. Kocham Sally. Ale platonicznie. Uratowała mi życie.
― Przepraszam, że to powiem. Można mieć wdzieczność. Nie, można pokochać, ponieważ ktoś cię uratował, to musi...
Rebeka uśmiechnęła się delikatnie.
― Tak, masz rację.
Sally wzięła ją na stronę.
― Nie wierz, że platonicznie. Leci na mnie.
― Coś ty powiedziała, wiedźmo!
― Prawdę, kochanie.
― Nie deprawuj młodej dziewczyny. Ona jest delikatna. Nie wierz jej, ona zmyśla ― powiedziała do Noemi, Rebeca
― Jest w porządku. Ja to rozumiem. Ja mam duży ładunek uczucia do Aya-Kasumi, ale czysto uzuciowy. Tego nie można wywołać... To musi być. Tylko nikt nie wie dlaczego. U osób o niskiej moralniości są inne pobudki i oczekiwania, raczej tylko natury cielesnej. Natomiast u ludzi o wysokiej moralności... Nikt nie wie.
― Widzisz, Rebeka. To nie koniec świata. Jesteś o wysokim poczuciu moralności dlatego to ukrywasz.
― Przestań, Sally. To że jesteś dla mnie atrakcyjna nie znaczy, że chcę z toba spać.
― Przepraszam, chyba już pójdę — powiedziała Noemi.
― To my cię przepraszamy, koniec o tym ― powiedziała Rebeka ― zostań, coś zrobimy do jedzenia.  
― Noemi, ja żartowałam, jestem trochę toporna ― powiedziała Sally. Nie widziałaś Shingo?
― Tak, rozmawia z Frankiem. Frank chyba chce wyjechać.
― Co mówisz! Cholera. Znam go tyle lat. Dlaczego?
― Chyba wiesz dlaczego, złamałaś mu serce.
― Może jestem wiedźma i nie powinien mnie wówczas ratować. Ale nie zrobiłam tego. Tak już jest. Mam do niego uczucie i mogę nawet powiedzieć, że go na swój sposób kocham. Ale nie złamałam mu serca.
― Przestań, zabraniam ci tak mówić. Pomówię z nim.
― To nic nie da. On cię tylko lubi. To, że jesteś dziesięć razy ładniejsza niż ja, nic nie ma do rzeczy.
Rebeka tylko popatrzyła za nią i wyszła.
― Przepraszam cię Noemi. Jestem cholera.
― Wcale nie. Jesteś baba z jajami.
― Noemi! Taka grzeczna dziewczynka mówi takie rzeczy?
― To prawda. Moja mama i tata by się zawstydzili. Tylko najgorsze, że ja się nie wstydzę. Ale faktycznie nie powinniśmy tak mówić. Może to ty Sally, powinnaś porozmawiać z Frankiem?
― I co mu powiem? On wie, że jest w moim sercu. Ale jemu to nie wystarcza. Nie zmuszę się, żeby go kochać bardziej. Nie przestanę kochać, Becky. I mogę tylko się zmusić, żeby się nie zadużyć w Shingo na amen..
― Skoro tak mówisz, to chyba już za późno. A już nie jesteś dzieckiem i to nie jest zauroczenie.
― Wiesz, Noemi. Nie miałam szczęścia do prawdziwych mężczyzn. Frank jest agentem, ale widzisz jaki jest. Pokochałam Rebekę. Sama nie wiem dlaczego. Gdybym poznała Shingo wcześniej może by się to nie stało. Ale tak? Co zrobię? Tak czuję. Wiem, że jestem zołza.  
― Wcale nie jesteś. Może Rebeka wydaje się być bardziej kobieca, ale to walory ciała. Masz duże i dobre serce. I wątpie czy ja jestem w środku bardziej delikatna niż ty.  
Sally popatrzyła na Noemi. Podeszła i przytuliła się mocno do piersi młodej dziewczyny. Zaczęła chlipać.
― Jest ze mnie cholera. Nie mów tak.
Noemi pozwoliła się jej wypłakać. Weszła Rebeka.
― Pogadaj z nim. Chce jechać. Może mu przyłóż i go skrępujemy ― powiedziała Rebeka.  
― Biedny Frank. Może ja pójdę.
― Ty? Dlaczego?
― Bo tylko ja go chyba rozumiem ― powiedziała Noemi.
Wyszła.
― Słyszałaś, Becky?
― Może ma i rację. To cudowna dziewczyna. Mój Gabi pokochał ją od pierwszego wejrzenia. A ona jego. Mieli po pięć lat, uwierzysz? Przecudowna dusza. Może jej posłucha, bo Shingo na niego nie wpłynął.

Frank usłuchał. Nikt nie wiedział na jak długo. Co mu powiedziała Noemi, pozostało ich tajemnicą.
                                                                                 *
Dotarli do Langley. Przytulili się czule
― Powodzenia, Gabriel-san. Nie powiem tego, chociaż powinnam.
― Wiem, Aya-san. Ja ciebie też. Bardzo.
― Gabriel!
Aya pocałowała jego usta.
― Może cię nie zobaczę.
― Nie po to Shingo mnie ratował. On to zrobił, bo wie, że będę twoim mężem. To po pierwsze. Po drugie, jeszcze nie jesteśmy po ślubie.
― Gabi, mój aniołku.
Aya wytarła łzę.
― My japończycy, a szczególnie shinobi nie okazujemy uczuć. Coś mi wpadło w oko.
― Dobrze Aya-san. Rozumiem. Wiem, że się zobaczymy, ale i tak miałem to zrobić, bo wiem, że bardzo tego pragniesz.  
Gabriel pocałował ją w usta. Ale daleko bardziej namiętnie niż ona jego. Aya patrzyła na niego jak nigdy dotąd.
― Aya, musimy już iść. Powodzenia, kochanie.
― Trzymaj się, Gabriel-san. Moja miłości.
Ruszyli w przeciwnych kierunkach, a Gabriel wiedział, że musi trochę poczekać. Aż Aya zrobi swoje.  

Aya weszła do baru. Od kwadransa już tam siedziała Ruby Mc Martin.  
Gabriel i Aya mieli dwie komórki. Oczywiście na zmienione nazwiska. John Smith i Katy Holms. Kiedy wszystko będzie już gotowe, mieli się skontaktować.
     Po dwóch godzinach Aya zadzwoniła. Dwa razy. Znaczyło, że ma Ruby. Gabriel zaczął kierować swoje kroki do biura generała Mc Martina.
Przy wejściu stało dwóch żołnierzy.
― Stać! Dokumenty.
― Nie mam. Proszę powiedzieć, że przyszedł Gabriel Koerg. To pilne. Proszę przekazać wiadomość tylko do Mc Martina.
― Proszę odejść. Generał nie przyjmuje nikogo bez zapowiedzi.  
― Słuchaj no, panienko. Jak chcesz do końca swojej służby czyścić kible, to zostań. Jeśli nie, to złap za telefon i powiadom go.
Wartownik zaklął pod nosem i zrobił to. Kiedy generał usłyszał, musiał coś powiedzieć chłopakowi. Obaj wartownicy wymierzyli broń w pierś Gabriela.
― Nie ruszaj się, jesteś aresztowany.
Gabriel stał spokojnie. Po chwili wybiegł Mc Martin.  
― Nie! To naprawdę ty! Aresztować i zaprowadzić do mojego gabinetu.
― John, jeśli mnie ruszą, armia USA straci dwóch dobrych żołnierzy. Przyszedłem sam, bo nigdy byście mnie nie znaleźli. Musimy pogadać. Zawiadom pozostałą szóstkę. Mam co chcecie. Tylko zachowujcie się przyzwoicie. A może wówczas dostaniesz jeszcze jedną gwiazdkę.
― Dobrze, tylko nie rób głupstw. Kto cię uratował. Ten ninja? Twój ojciec zginął przypadkowo. Agent zrobił straszny błąd.
― O tym pogadamy później. Są sprawy wagi bezpieczeństwa narodowego i to jest ważniejsze. Mam coś co chcecie. Będziecie mieli swoja gwiazdę. Może lepiej pojedźmy od razu do Pentagonu. Miałeś nosa, John. Miałem to od początku, tylko nie wiedziałem. Prywatne urazy zostawiam na bok. Jak wiesz, zabiłem mordercę mojego ojca. Ruscy coś mają, czego wy nie macie. A tak będzie równowaga.
― Skąd mam ci wierzyć, że nie blefujesz. Musimy cię przesłuchać.
― Nie musicie. Czy sądzisz, że przyszedłem żeby robić sobie żarty? Pojedziemy do Pentagonu. Możesz już zawiadomić ministerstwo obrony. Prezydenta jutro. Musisz mieć pewność. I Scott Larkin, również. Przepraszam generał, Larkin. To się nie powtórzy.
― Gdzie jest twoja mama. I czy może wiesz gdzie jest agent Clarksen i agent Moor?
― Posłuchaj, John. Ja nie jestem idiotą. Może nie dorównuję ojcu geniuszem, ale mój iloraz iteligencji znacznie przekracza twój. Jak chcesz mieć laury, to się zachowuj. Ostatnie ostrzeżenie. Traktuję cię po przyjacielsku. Więc to doceń. A tak dla informacji. Jakby ktoś miał głupi pomysł. Ruby jest w dobrych rękach. Wiem, że jesteś dobrym tatusiem i zależy ci na swojej córeczce więcej niż na Leann i Kropce razem.
Twarz Mc Martina zmieniła się na chwilę.
― Jeśli włos z głowy jej spadnie, zapłacisz mi...
― Jestem gentelmenem. Ruby pewnie jeszcze nie wie gdzie jest. Jak wytrzeźwije, zadzwoni. Wiesz, trzeba się zabezpieczyć. Musicie mi wierzyć. A tak doprowadzimy projekt do końca i to jak najszybciej.  
     Generał się uspokoił, chociaż nie całkowicie. Zadzwonił w kilka miejsc.
― Gdzie to masz, chłopcze?
― Nie jestem dla ciebie chłopcem. Ja cię tytułuję odpowiednio. Zaczynasz mnie irytować. Chyba pozwolę wziąść całą chwałę generałowi Larkinowi. Chyba, że jest równie źle wychowany jak ty.
― Przepraszam panie Keorg, czy tak lepiej?
― Może być. Wolę Gabriel. Ale nie waż się mnie nazwać Gabi. Tak tylko mówią do mnie ci, którzy mnie kochają. Pamiętaj. Nigdy. Jeśli to zrobisz, zginiesz.
Gabriel spojrzał na wystraszonego Mc Martina.
― Chyba, że mnie pokochasz. Ale wątpię. Cała miłość masz do Ruby i do siebie. Niestety.  
― Dobrze, Gabriel. Gdzie to jest?
― Zaskoczę cię. Mam to ze sobą.  
― Faktycznie, zaskoczyłeś mnie. Byłbyś głupi gdybyś teraz kłamał. To twoja sprawka z USS Mauritius?
― Dobrze, że mi przypomniałeś. Proszę zaniechać poszukiwań mamusi i osób jej towarzyszących. Pani Clarksen bardzo lubi mamusię i wzajemnie. W ogólę nie chcę rozmawiać o tym więcej. Kiedy jedziemy do Pentagonu? To nie daleko. Może być Czarny sokół. Fajna maszyna.  
― Posłuchaj, Gabriel. Mam nadzięje że mnie nie ośmieszysz. Szanowałem twojego ojca. Rozumiesz, ja wykonuję tylko rozkazy...  
― Tak, wszyscy to zawsze mówią. Rozumiem. Zbierz swoich najlepszych ekspertów. Zrobimy testy. Z tym co macie obecnie. Powiem wam wszystko. Nie będziecie nic kwestionować. Przekonacie się, że jestem uczciwy. Nie chcę pieniędzy. Czego chcę, to gwarancji, że nikomu z moich bliskich mi osób, nic się nie stanie. To wszystko. Zdajesz sobie sprawę, że beze mnie do niczego nie dojdziecie? Z dwóch powodów. Mój tata się zabezpieczył. Podwójnie.
     Chyba generał potraktował go poważnie, bo po czterdziestu pięciu minutach byli już w Pentagonie. Była cała siódemka. Generał Larkin, kilku jego doradców i grupa naukowców.
― Dziękuję wszystkim za przybycie ― zaczął Gabriel.  
Byli w małej sali. Stał tam projektor, plansza. Wszystko o co poprosił Gabriel. Objaśnił im najprościej jak umiał.
Potem były pytania. Oczywiśście tak jak się spodziewał, zapytał fizyk, profesor Wasse. Był asystentem u ojca Gabriela.
― Dlaczego nie ma żadnych wzorów. Jak mamy wierzyć, że to będzie działać. Czy masz nas za idiotów, że wydamy miliony dolarów na lot sondy w kosmos?
Odpowiedź Gabriela zaszokowała wszystkich.
― Panie, Wasse. Oczywiście, że mam was za idiotów. Co zrobiliście przez siedem lat? Na miejscu komisji senackiej zabrałbym wam dyplomy i oczywiście wynagrodzenie. Nie będę pisał wzorów, bo ich nie pojmiecie. A taka ekspedycja nie kosztuje miliony tylko miliardy. Czy pan jest kompletnym dyletantem. Śmigłowiec kosztuje ponad dwadzieścia milionów. Żeby was uspokoić, powiem tylko że mój tata przerósł was o trzy pokolenia. Był dobrym człowiekiem, mężem i ojcem. I chciał wam dać to. A wy go wykończyliście. Wiem, że zrobił to pomyłkowo jego ochroniarz. Chcę wiedzieć kto za tym błędem stał. Ale pomijam to. Żeby wam nie przyszło do głowy pozbyć się mnie, jestem gwarantem. Po dwudziestu latach dam wam pełnomocnictwo. Jeśli umrę wcześniej, przepiszę wam w spadku odnośną wiedzę. Mam coś w sobie. Bardzo maleńki element. Bez tego nie zadziała. Może to pan zrozumieć, profesorze Wasse?
― Nie, to nie może być poważne, o czym mówisz, młody człowieku.
― Co pan wie o piko technologi?
― Piko? Chyba nano?
― Tak właśnie myślałem. Mam nadzieję, że wie pan co to jest piko?
― Oczywiście. Może dojdziemy do tego za dwadzieścia lat.  
― Dobrze. Nie mam czasu pana uczyć. Jest pan za stary, żeby więcej pojąć. To co umieścicie w satelicie da moc milion razy większą  niż obecnie. Dzięki laserowemu działu, będzie można niszczyć obiekty w powietrzu, pod woda i za betonowa ścianą. Oczywiście stalową również. To co teraz macie, jedynie rozgrzewa. Oczywiście możemy zrobić test. Ale ja powiedziałem, że zrobię dwa. Jeśli zrobicie jeden w laboratorium to pozostanie tylko jeden z kosmosu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jesteście szubrawcami i zamierzacie odebrać mi serce z Gwiazdy śmierci. Wówczas przekonacie się, że bez mojej osobistej ingerencji to nie zadziała.  
― Nie możemy się na to zgodzić ― powiedział generał Larkin. To zakrawa na ultimatum. Rząd Stanów zjednoczonych Ameryki nigdy się na to nie zgodzi.
― W takim razie, nie będziecie mieli Gwiazdy Śmierci.
Powstał szmer.  
― Dobrze, zrobimy próbny test w laboratorium. Jeśli zadziała, będzie zainstalowany na satelicie. Jeśli nie, zgnijesz w więziemiu.
― Jak się pan nazywa?
― Jestem admirał Henry Glass.
― Panie admirale. Pan nie zobaczy tego na swoje oczy. Test nie może być przeprowadzony w laboratorium. Musimy zrobić go na pustyni w Newadzie.
― Robiliśmy tam próby jadrowe ― rzekł Larkin.
― Och, dziękuję, że mi pan to powiedział, ale wiedziałem o tym już jak miałem pięć lat. Moc lasera jest tego rzędu. Tylko bardziej koncentryczna. To cacko da obraz na Księżucu około dwóch milimetrów. Jakie są wasze osiągi. Dwieście sześdziesiąt metrów?
― Pół mili. A dlaczego admirał Glass nie zobaczy eksperymentu, panie Koerg?
― Nie jestem emocjonalny, ale za to ,,zgnije w więzieniu", musi być kara. To pan admirale, chciał zakończyć plan Kleopatra. Tylko dzięki postawie agent Clarksen, mama żyje.  
― Skąd masz te dane, panie Koerg? ― Larkin zmarszczył brwi.
― Mam. Ktoś musi bronić tego kraju. Mam ludzi. Możecie nazwać mnie terrorystą. Ale po tacie odziedziczyłem dar przwidywania. Jeśli admirał Glass zostanie w domu, będzie żył. Jeśli pojedzie na pustynie, dostanie zawału.
― Dlaczego słuchacie tego gnoja ― krzyknął Glass.
― Proszę się uspokoić admirale. Greg Koerg był geniuszem. Nie sądzę, że jego syn jest idiotą. Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Politycy moga kłamać, my nie. Kiedy będziesz gotowy, panie Koerg?  
― Nawet jutro. Będziemy potrzebować zwykłe działo laserowe średniej mocy. Jeśli nie osiągnie mocy 12 KT, to możecie mnie zamknąć. A i tak to później zrobicie, bo będziecie chcieli wypróbować beze mnie. Ale to będzie drugi test. Wasze osiągniecia to około 60 kW, prawda. Mój tata zaprojektował coś o czym nie macie pojęcia. Promień przodujący.
― To brzmi jak fantazja. Ale skoro twierdzisz, że w tym maleństwie jest komputer kwantowy mogący utrzymać dekoherencję na siedem godzin, sprawdzimy tylko to. Jeśli test na Newadzie potwierdzi twoje słowa, wówczas jeszcze w ciągu dwóch tygodni wynalazek twojego taty zostanie umieszczony na orbicie w środku zwykłego laseraowego działa, jakie są już na orbitach. Nazywam się Clark Marginson. Jestem szefem Rozwoju Broni Kosmicznej. Proszę przyjąć przeprosiny za nieodpowiednie słowa admirała Glassa.
― Dziękuję panu, panie Marginson. Niestety tak się stanuie jak powiedziałem, jeżeli chodzi o admirała.  
― Gówniarz ― sapnął Glass i wyszedł z sali.
     Nastepnego dnia około drugiej po południu uzbrojony laser średniego zasięgu przygotowano do testu. Miał uderzyć w betonowa ścianę o grubości trzech metrów. Normalny laser zagrzał by dziurkę wielkości ćwierć dolarówki. Glass uparł się być na teście, mimo sprzeciwu Marginsona. Glass niejednokrotnie miał już sprzecki z Clarkiem. Zanim laser strzelił, Glass upadł. Jak się później okazało, dostał rozległego zawału. Zmarł trzy minuty później. Nie wstrzymano testu. Tylko wszyscy uczestnicy poczuli strach nieznanego pochodzenia. Aż do czasu wystrzelenia rakiety z przylądka Canaveral, nikt nie śmiał urazić Gabriela.
Laser strzelił i z betonowej ściany nie pozostało nic. Zmierzono. Moc lasera osiągnęła 13.5 Kilo ton trotylu.  Czyli trochę więcej niż bomba na Hiroszimie. Najdziwniejsze, że nie pozostawił promieniowania. W porównaniu z najmocniejszym obecnie laserem... była to wartość w żaden sposób nie porównywalna. Nikt nie mógł pojąć jak to cacko działa. Marginson uśmiechnął się.  
― Geniusz, jak ojciec. Szkoda, że Koerg zginął. Banda idiotów ― szepnął Clark pod nosem.
    Po teście Marginson zagwarantował Gabrielowi bezpieczeństwo. Następnego dnia Ruby wróciła do domu. Nie bardzo pamiętała z kim piła. Mówiła, że dziewczyna była bardzo miła. Chętnie by napiła się z nią jeszcze raz. Mc Martin poszedł do kościoła. Modlił się tam dwie godziny.
  
W tym czasie pozostała piątka poznawała się lepiej. Po tygodniu Sally była zakochana w Shingo na amen. Z wzajemnością. Wielki shinobi nie dał tego po sobie poznać. Jedynym wyjątkiem kiedy okazywał uczucia była Aya-Kasumi. Shingo nie mógł zrozumieć jak to możliwe, że czuje uczucie również do Rebeki. W końcu uznał, że co jest niemożliwe, stało się możliwe.
Aya-Kasumi cały czas przebywała w okolicy wschodniego wybrzeża. Śledziła poczynania swojego lubego. Mimo, że miała dostęp praktycznie do wszystkich sekretów, tylko skąpe informacje pojawiały się w sieci.  W końcu nastąpił moment na, który czekał Gabriel. Rakieta wyniosła uzbrojony laser na odpowiednią orbitę.
  
Gabriel polubił trochę Clarka i rozmawiał w zasadzie tylko z nim. Dla Mc Martina i jego ludzi zostawił kopię umowy. Chodziło o prawo własności patentu. Byli zdziwieni, że dał to im, a nie zaniósł do urzędu patentowego. Mc Martin został głównym współpracownikiem projektu. Otrzymał następną gwiazdkę i propozycje objecia posady zastępcy sił zbrojnych USA.  
― Chcę się usunąć w cień ― powiedział Gabriel.
― Zrobię co będę mógł. Ale prawdopodobnie będziesz więźniem w złotej klatce jak twój ojciec.  
― Clark, chcę cię zaprosić na dobra sakę. Powiem ci coś. Jesteś miłym gościem. Tacy ludzie jak ty powinni władać tym państwem. Powinniście się wyzwolić.
― Co mówisz, Gabrielu! Jesteśmy wolni.
― Jutro o drugiej, podam ci adres.
― Nie dałem ci telefonu. Jak mi podasz?
― Mam swoje sposoby.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 3040 słów i 18207 znaków.

Dodaj komentarz