Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Fukushu - sha cz 10

― Zrób coś jeść. Idę kąpać się z Sally.
― No jasne. Frank zawsze przy garach.
― Nie narzekaj. Faktycznie brzuch ci rośnie.
Becky cmoknęła go w policzek i wybiegła. Zobaczyła górę kostiumu Sally.
― A co mi tam. Lubię się kąpać nago. I kto by pomyślał. Popatrz sobie, Greg. Mam nadzieję, że jesteś w górze.  
Wskoczyła do wody zostawiając obie części kostiumu na piasku
                                                                                
                                                                       **
― Dasz radę, prawda?
― Muszę.
Gabriel zdjął bursztyn z szyi.
― Weź to, mistrzu. W ten sposób Noemi będzie wiedziała, że jesteś ze mną.
― To nie wystarczy. Mieliście jakiś sekret?
― Osprey i... Powiedz jej, że Penelopa całowała się z Josephe. Nikt o tym nie wie. Tylko ja i ona.
― Musi się udać. Tylko jesteś pewny, Gabriel-san, że to miejsce jest dobre. W samej jaskini lwa?
― Tak. Zaraz potem muszą mnie aresztować. Inaczej będziemy w niebezpieczeństwie.  
― A tak będziemy bezpieczni? Tam jest mnóstwo wojska?
― To nie ma znaczenia. Tata był naprawdę genialny. Te serduszko... Jest mocniejsze niż bomba atomowa. Shingo-san. Koniecznie musisz je przewieść i pokazać Noemi.
― Gabi. Ja znalazłam sposób.
― Tylko Noemi tak na mnie mówiła . I mama. Tata? Nie pamiętam.
― Kocham cię, Gabrielu. Nie mogę tak na ciebie mówić?
― Możesz, Aya. Oczywiście, że możesz. Co znalazłaś?
― Myślę, że te serce ma dla ciebie i Noemi wielką wartość. Twój tata umieścił cały mechanizm i super mały element w jego środku.  
― Tak, ale byrsztyn daje specjalne załamanie...
― To tylko w celu ich lokalizacji. Cały układ ,,Gwiazdy śmierci" działa bez serduszka. Sprawdzałam.
Tylko czy jesteś pewny, że to nie może działać bez ciebie?
― Tak. Ja jestem inicjatorem. Dwa razy. A trzecim...
― To naprawdę trzeba być geniuszem.
― Będę musiał blefować. Ale to kłamcy. Połkną to.  
― A co potem?
― Jak się uda, dadzą nam spokój. Wierz mi.
― Wszystko gotowe. Łódka będzie czekać o szóstej rano. Sądzisz córko, że ta antena będzie działać? ― zapytał mistrz.
― Tak. Powinniśmy być niewidoczni dla radarów. Ale do czasu zalogowania paczki, jesteśmy zniszczalni fizycznie.  
― Mam nadzieję, że nie będą walić z rakietami lub strzelać z czołgu. A na inne niespodzianki jesteśmy przygotowani.  
     Aya-Kazumi popatrzyła na kilka czarnych toreb. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Czego nie wiedział nawet Shingo, to tego, że będą mieli kłopoty, zanim wyjadą z lasu Asahi.  
Kazuhiro Edo, stary przyjaciel ze strony jego zmarłej żony Rei, pomagał Shingo od siedmiu lat. Uważał jak mógł. Do kiedy zamawiał jedzenie i zwykłe rzeczy wszystko było dobrze. Ostatnio zamówili kilka elementów elektronicznych. Po nici do kłębka. Ci którzy go ścigali, zaprzestali. Uznali, że Shingo zniknął. Ale jeden człowiek nie zapomniał. Takahiro Abe. Najlepszy uczeń Shingo. Chyba nawet przerósł mistrza. Ale Shingo miał swoje zasady. A Takahido miał większe mniemanie o sobie niż tradycja shinobi. I tak, z prawie przyjaciela stał się śmiertelnym wrogiem Shingo. A tydzień temu złapał ślad. Kiedy trójka szykowała się do wyjazdu, Abe z dwudziestką ninja czekał na odpowiedni moment. I pewnie by mu się udało. Co pomogło Kyoshi, to miłość do japońskiej ziemi.  
Za każdym razem kiedy ją opuszczał, rozmawiał z ziemią, drzewami i powietrzem.
Shingo usiadł na ziemi. Wciągał powoli powietrze, słyszał ptaki. Ale jego wyczulony słuch wyczął jeszcze coś. Zwykły człowiek by nie usłyszał. Aya, może. Charakterystyczny świst zarzucanych linek. Mogli być w odległości sto metrów.
― Shingo wstał bezgłośnie. Wszedł do domu.
― Aya, Sha!
Nie musiał mówić więcej. Po minucie byli już uzbrojeni. Aya wiedziała, że karabin nie będzie potrzebny. W tym jednym Abe był zgodny z Shingo. Ale Gabriel był innego zdania. Poza mieczem z najlepszej stali jaka znała Ziemia, sięgnął po małe 0.44.
― Chrzest bojowy, Gabrielu ― szepnęła dziewczyna.
Miała łuk. Trzydzieści strzał. Kilkadziesiąt gwiazdek. I oczywiście parę ulubionych sztyletów. Popatrzyła na Gabriela. Miał tylko miecz Hattori Henzo. Wojownicy ninja nie posługują się dobrymi mieczami. Gabriel dostał go od Shingo. Miecz był w rodzinie od trzystu lat. Wykuł go ponoć sam mistrz.
― Uważaj na kusarigama ― szepnęła.
Te zakrzywione sierpy z łańcuchem służyły głównie do wspinania. Ale potrafiły usidlić dobrego szermierza. A Shingo nie podarowałby miecza wartego pół miliona dolarów byle komu. Gabriel był urodzonym szermierzem. Jego umiejętności ken-do były tak wielkie, że właściwie wystarczała mu tylko ta broń.
     Mistrz poznał się na nim, kiedy Gabriel miał dwanaście lat. Shingo był powściągliwy w pochwałach, bo wiedział, że odnosi to czasem złe skutki. Ale Gabriel miał wszystkie cechy, prawdopodobnie wrodzone. Miał szybkość, reflex, wyczucie odległości, a co najważniejsze szósty zmysł. Wyczuwał ruchy przeciwnika.  
Po roku ćwiczeń, Shingo nie mógł dłużej ukrywać swojej oceny.
― Masz wszystkie cech szermierza, a dodatkowo masz szósty zmysł. Chociaż jak cię obserwuję to myśle, że ty masz chyba też siódmy i ósmy.  
― To wielki zaszczyt słyszeć takie słowa z twoich ust, mistrzu. Postaran się ze wszystkich sił, żeby cię nie zawieść.
Shingo opowiedział mu o Takahido. Kiedy mieli trochę czasu, Shingo opowiada mu historie o wielkich samurajach, a czasem księżniczkach z różnych japońskich rodów. Dlatego chłopiec asymilował wszystko z tradycji japońskiej, bardzo łatwo. A teraz przyszedł niezapowiedziany egzamin...
    W walce jest różnie. To, że ktoś jest dobry nie oznacza, że będzie żył, albo nie odniesie rany. Mimo, że Shingo wiedział, że Gabriel ma łączne zdolności, jego i Aya razem, poczuł obawę w sercu. Dlaczego?
Ponieważ pokochał go jak syna. W tej sytuacji, stanął do walki, podwójnie obciążony. Wiedział, że będzie bronił podświadomie, jeżeli będzie trzeba i Aya-Kasumi i Sha. Długo nie mógł przywyknąć, ale w końcu zaczął go tak czasem nazywać, zamiast Fukushu-sha.  
( Jest to trudne nie dla Japończyka. Po angielsku mściciel znaczy fukushu-sha. Ale kiedy tłumaczymy z polskiego mściciel znaczy to po japońsku fukushu. W rozmowie, Japończycy wytłumaczyli mi, że fukushu-sha, znaczy mściwy mściciel, chociaż mściwy po japońsku znaczy Shunenbukaidesu. Samo sha nic nie znaczy w japońskim języku. Shingo uszanował postanowienie Gabriela, żeby jego imię nie było dłuższe niż Aya- Kasumi, a Fukushu-sha ma jedną literę więcej. Ma siedem liter. Oczywiście w języku angielskim. W japońskich znakach Fukushu-sha ma trzy znaki a Aya-Kasumi tylko dwa.)
      
Shingo dał znaki dzieciom. W jednym na pewno górował. W doświadczeniu. I w tym z pewnością górował nad Takahido Abe. Shingo wiedział o niektórych członkach jego grupy. Większoś z nich miała wiek Abe. Było jednak z nim dwóch starych shinobi. Ugięli honor przed młodym pyszałkiem. Bo Takahido nie znosił nieposłuszeństwa.  
O co zaczęły się sprzeczki między mistrzem a najlepszym uczniem? Shingo miał skrupuły, Abe nigdy. Brał każde zlecenie, jeżeli cena był odpowiednia. Ci co zatrudniali zabójców, wiedzieli o zasadach i Shingo i Takahido. Jeśli trzeba było kogoś zabić z daleka, wynajmowali snajperów. Aya była najlepsza w strzelaniu, ale nie brała zleceń. Kiedy ojciec odmówił, nie kwestionowała jego decyzji. Była chyba też najmłodsza. Co do Aya, najdziwniejsze było to, że to co robiła nie wpłyneło na jej charakter i zachowanie.  
     To jedno zlecenie było najgorsze. W tym jednym wypadku Shingo nie chciał, lecz Aya wymogła to na nim. Wysoko postawiony bogacz znał różnych wpływowych ludzi. Miał swoją ulubioną przyjemność. Zadawał ból i potem śmierć młodym dziewczynkom. Upodobał sobie wschodnie rasy. Wietnamki, Thailandki lub Japonki. Ale miał na sumieniu i hinduski.  
Dlatego Aya miała ciężki orzech do zgryzienia. Musiała grać grzeczną, bezbronną dziewczynkę. Ale co wówczas przeżył Shingo, tylko on wiedział. Ubezpieczał córkę w ogródzie zboczeńca. A ten miał kilku goryli. Tylko trochę lepszych niż on sam. Bo kto o normalnym wnętrzu chciałby pracować dla takiej osoby? Co najdziwniejsze ten człowiek miał żonę i dwójkę dzieci. Dziewięcioletnią córkę i siedmioletniego syna. I podobno uchodził za wzorowego ojca.  
      Aya chciała go zabić od razu kiedy znaleźli się sami. Nie bacząc na ochronę. Ale nie wiedząc czemu, zmieniła zdanie. Chociaż trochę wczuć się w ofiary tego demona w ludzkiej skórze. Pozwoliła częściowo się rozebrać. Nikt nie wiedział, jak większość ofiar reagowała na widok łańcuchów, pasów i innych akcesorii, ale prawdopodobnie wpadały w histerię. Natomiast Aya nie dała poznać strachu. Kiedy Norman, bo tak miał na imię ten psychopata zobaczył, że Aya nie panikuje, zapytał.
― Nie boisz się, mała?
― Nie, mój ojciec mnie wiązał i bił.  
Miała doskonale podrobione blizny.
― Ale cię nie tknął?  
― Nie.  
― To ja będę twoim pierwszym mężczyzną. Nie boisz się, Miko?
― Nie. Ci z agencji dali mi 50 dolarów. Powiedzieli, że jest pan miły.
     Norman zaczął sie śmiać.
― Dałem im pięć tysięcy, żeby zapomnieli o tobie. Ja lubię sprawiać ból takim niewiniątkom. Jak nie  będziesz się drzeć, to może cię oszczędzę. Te wszystkie małe dziwki strasznie się darły. A ja tego nie znoszę. Ale ty mnie też zaczynasz irytować. Nie wrzeszczysz, nie płaczesz, nie próbujesz uciekać. Zaczyna mnie to złościć.
     Aya popatrzyła na niego ze smutkiem.  
― Mogę coś powiedzieć, panie Norman?
― Mów, mała japońska szmato. Podobno mieszkałaś na przedmieściach Kioto?
― Jest mi przykro.
― Przykro? Dlaczego?
― Że to będzie tak krótko trwało.  
― Krótko, co najmnie dwie godziny ty mała suko. Ja umiem sprawiać...
Ale nie dokończył. To trwało ułamek sekundy... Aya wskoczyła mu na kark i objęła go tam udami i szarpnęła momentalnie swoim giętkim ciałem. W sekundę potem Norman leżał ze złamanym karkiem. Podeszła do okna i dała znak ojcu. Shingo miał ze sobą dwóch ludzi. Po chwili wybuchła bomba. Taka specjalna, co robi dużo hałasu, a mało szkód. Aya ubrała się szybko w spodnie i koszulkę. Zaczęła walić w drzwi. Liczyła, że ochrona zareaguje typowo. Po chwili drzwi się otworzyły.  Facet o wyglądzie Marokańczyka, otworzył drzwi
― Panie Norman, na dole...
Palce Aya wyrwały mu jabłko Adama. Wyszarpnęła jego pistolet, umieszczony za paskiem na plecach. W samą porę się uchyliła. Dwie kule świsnęły koło jej torsu. Strzeliła dwa razy. Po chwili drugi ochroniarz już nie żył. Pozastałych dwóch wykończyli ludzie Shingo. Wcześniej zabili czterech ludzi przy bramie, po cichu, jak przystało na shinobi
     Po pięciu minutach jechali już niebieskim vanem bez okien.
― Wszystko dobrze, Aya-san?
― Nie.
― Zrobił ci coś! Mówiłem, że to nie dla ciebie!
― Kyoshi! Sądziłeś, że córka wielkiego shinobi będzie uprawiać róże! Nic mi nie zrobił. Zdobyłam jego sympatię na kilka minut, bo się nie bałam się. Nie jest dobrze, bo świat jest niesprawiedliwy.
― Tak, masz rację Aya-san. Ale nie wiem co masz na myśli. Nie pozwolę ci więcej iść na taką akcję.
― Ojcze. Miałam na myśli to, że to za łatwa śmierć dla tej kreatury. Złamałam mu kark nogami. Powinien umierać godzinami. Powinno go się cucić, dawać adrenalinę, a jeśli trzeba nawet kroplówkę...
― Aya-Kazumi, przestań. Skończę z tym. Wybacz!  
― Shingo-san, to ty wybacz. Nie powinnam tego powiedzieć. Nie sądź, że jestem potworem. Nie mam emocji. Jestem ciągle zwykłą dziewczynką.
― Aya-san. Wierzę, że jest sprawiedliwość. Bóg. Nie wiem jak mnie oceni. Pewnie pójdę do piekła. Nigdy nie godziłem się na zabijanie dzieci. Nie chcę zabijać kobiet, w sensie kobiet.  
Aya uśmiechnęła się.
― Wojownik nie jest kobietą. Ja jestem shinobi, kiedy wykonuję zadanie. Później jestem Aya-Kasumi, której jest przykro, że straciła matkę. Ale ta Aya-Kasumi ma ojca, którego kocha. My japończycy nie uzewnętrzniamy uczuć. Może nie jestem wobec tego czystą japonką.  
― Może ja też nie jestem czystym japończykiem. Watashiniha musume anata wa junsuina aidearimasu. (Córko, dla mnie jesteś czystą miłością)
― Chichi, Kyoshi. Seishin-tekina masuta.(Ojcze, mój nadzwyczajny, mistrzu duchowy)
― Wathashino chisana (Moja maleńka).  
― Tato. Możemy coś zrobić dodatkowo?
― Co, kochanie?
― Wykończmy właściciela tej agencji. Za darmo. Ten potwór przyznał, że zapłacił im za milczenie. Kto wie skąd jeszcze brał ofiary... Ale tak naprawdę, zdobedę też listę tych co go kryli.
― Musume (Córko) Ja ich dopadnę.
― Dziękuję, Kyoshi.
      
     To wszystko przemknęło w głowie Shingo w chwilę przed atakiem Takahido Abe. Po chwili byli już tylko shinobi. Gwiazdki zaczęły świstać. Grupa Takahido była niewidoczna. Dla zwykłych ludzi. Ale nie dla Aya-Kasumi.  
Z kocią miękkością wzięła łuk. Po chwili sześć strzał dosięgło celu. Takahido musiał mieć ego do gwiazd, że zaatakował w dzień. Wiedział pewnie, że jest ich troje. Po chwili czterech ninja wyskoczyło z nikąd. Ale zanim dotknęli ziemi po salcie w powietrzu, już byli martwi. Miecze Shingo i Sha podzieliły się równo. Teraz i Aya rzucała shuriken. Jeden spadł z dachu z tyłu, drugi z drzewa. Dwóch po lewej stronie Gabriela... Po chwili rozbiegli się. Aya usłyszała złowrogi świst zakrzywionego noża z łańcuchem. Jeden wbił się w pień drzewa, dosłownie kilka cali od jej głowy. Szarpnęła łańcuch. Wojownik skoczył na nią z mieczem. Świst przeszył powietrze. Aya zrobiła unik, obrót. Kolejny adept pożegnała się z tym światem. Była doskonała w krótkim sztylecie. Wciąż nie było Tahahido. Aya kątem oka dostrzegła ruch koło Gabi. Złotowłosy aniołek miał nienaganną technikę. Jeden cios i trzy trupy. Shingo zabił następnych dwóch. W końcu wszystko ucichło.
― Nie doceniłem cię, Shingo-san. Walcz ze mną w pojedynku na śmierc i życie. To ma być, Shi to nama no ketto.
Takahido wyłonił się z za drzewa.
― Twoja pewność siebie jest większa niż twoja głupota. Mogłeś zaatakować w nocy ― rzekł spokojnie Shingo. Miałbyś wówczas większe szanse.
― Mistrzu, pozwól mi walczyć ― rzekł Gabriel.
― Nie, Sha ― to musi się teraz skończyć. On zawsze chciał tego.
     Stanęli. Aya zadrżała. Takahido miał również miecz Hattori Hanzo. Shingo miał zwykły miecz shinobi. Zaczęli walczyć. Shingo był lepszy, ale Takahido był szybki. Shingo ranił go lekko. I stało się to, czego obawiała się Aya. Miecz ojca pękł  w kontakcie z doskonałą stalą miecza Hattori Hanzo. Aya dostrzegła drugą ranę na torsie Abe, ale nie zbyt mocną.
― Nie zabiję cię mieczem, starcze.  
Abe trzymał koniec swojej broni na torsie Shingo.  
― Nie jesteś warty tej stali.  
Takahiro wyciągnął Glok 18.  
― Żegnaj Shingo.
     Takahiro musiał wiedzieć, że strzeli szybciej niż Aya, rzuci shuriken. Usłyszeli strzały. Dwa. Abe spojrzał zdziwiony na Gabriela.Takahido nie miał broni w dłoni. Pierwsza kula Gabriela wyrwała mu pistolet z dłoni. I tak już by nie mógłby trzymać miecza. Miał odstrzelonu kciuk, a dwa palce były trwale wyłamane. Ale ta kula go nie zabiła. Miała ochronić Shingo. Zabiła go druga. W samo serce. Abe padł na plecy.
― Gdybyś miał mój miecz, byłoby po nim ― powiedział spokojnie Gabriel.
― Przegrałem ― szepnął Shingo ― jego pewność siebie nie była większa niż jego głupota.
― Skąd u niego ta broń?
― To popularna broń agentów wywiadów. To, że miałem zwykłe 0.44 nie ma znaczenia.
Liczy się kto pierwszy celniej strzeli. Oczywiście wtrąciłem się, ale wcale mnie to nie martwi. Gdyby chciał zbić cie mieczem i tak bym go zastrzelił, powiedział spokojnie Gabriel. Te cięcie było doskonałe, mistrzu. Gdybyś miał mój miecz, wygrałbyś, ojcze ― rzekł Gabriel. Ale mamy ratować Rebekę i Noemi więc nie będziemy teraz o tym rozmawiać ― powiedział Gabriel.
― Gdybym był samurajem, musiałbym popełnić seppuku.
― Ale jesteś shinobi. A my musimy jechać. Statek nie będzie czekał wiecznie, mistrzu.
― Gabriel-san jestem ci winny życie. Proś o co chcesz.
― Jedźmy.  
     Weszli do domu i wzięli torby. Shingo poszedł do drugiego pomieszczenia. Stał tam jeep. Toyota. Dach garażu miał zabezpieczenie. Odbijał fale radaru. Kolejny wynalazek Aya. Shingo zapalił jeepa. Aya wyszła z domu.
―  Wyłączyłam prąd. Trzeba oszczędzać. Rachunki duże, a roboty nie ma. I nie będziemy palić domku. Abe był tylko nadętym shinobi, ale nie zdrajcą. Szkoda, że nie mamy czasu ich zakopać.  
― Być może Kazuhiro Edo to zrobi. Wojownicy shinobi nie są warci by ich ciała jadły  wrony ― rzekł mistrz.
    Shingo jeszcze raz nie mógł wyjść z podziwu, kim jest jego córka.  
                                                                
                                                            Operacja ,,Kleopatra”.

Ruszyli. Mieli ładny kawałek do przejechania. Poruszali się drogą 39, a potem 238 aż do jeziora Notoro. Zajęło im to dwie pół godziny. Tu czekała na nich motorówka. Płynęli długo aż do Yokohamy. Mogli do Tokyo, ale ostatecznie zdecydowali się na Yokohamę. Tu mieli bardzo szybki statek, który popłynął w kierunku Hawajów. Tam miał płynąć Gabriel. Shingo poleciał z Yokohamy do Wenezueli, a Aya do USA, Langley w stanie Wirginia.  
     Najtrudniejsze zadanie miał Gabriel. Musiał ostrzyc swoje piękne włosy. Założył brązowe szkła kontaktowe i ufarbowł włosy na heban. Musiał też zrobić to samo z brwiami i rzęsami. Miał podarunek od Aya. Coś w rodzaju zakłucacza. Jego zdjęcia pewnie gdzieś były w programach. Co prawda miał wówczas dziesięć lat, ale komputer potrafi zrobić na tej podstawie zdjęcie siedemnastoletniego młodzieńca. Aya była naprawdę dobra jako haker. Ryzyko, że takie zdjęcie czekało w programach lotnisk, sięgało zera, ale nie chcieli ryzykować.  
      Gabriel miał najtrudniejsze zadanie, chociaż Aya miała nie mniej łatwe.
Pierwszy dotarł na miejsce docelowe, Shingo. Po dwóch dniach zobaczył Noemi.  
Jeszcze w ich domku pod górą Asahi, Aya zbudowała kilka lokatorów indiwidualnych. Informacje zapisane w środku bursztynowego serduszka łatwo dało się skopiować. Oczywiście to było łatwe tylko dla niej. Shingo szedł za sygnałem. Już pierwszego dnia po przylocie zawęził promień poszukiwań do pół kilometra. Potem poszło łatwiej niż przypuszczał. Rodzice Noemi nie zmienili nazwiska. Aya zdobyła jej zdjęcie, kiedy miała lat dziesięć, zaraz po zamachu. Na tej podstawie techniką komputerową zrobiła przypuszczalny portret prawie osiemnastoletniej Noemi.  
      Był środek maja. Ciepło, ale nie upalnie. Obserwował ją najpierw koło domu, na drugi dzień, koło szkoły. Dostrzegł oczywiście ochroniarza. Teraz musiał czekać na koordynację czasu wspólnych akcji. Mieli zadziałać o tej samej porze. Co do dnia i godziny...Musiał czekać około tygodnia. Wynajął pokój w tanim hotelu. Jedyne co musiał zrobić, to zapewnić alibi rodzicom Noemi. Miał już plan. Trochę się niepokoił o córkę i o Gabriela. Do czasu akcji mieli się nie kontaktować. Ponieważ mieli lokatory, wiedział gdzie jest Aya i jego uczeń i przyjaciel.
     Aya dotarła do Langley. Wiedziała, że nie zdoła dostać się do środka jako zwykły ninja. Budynki biur CIA były dobrze chronione. Postanowiła się podszyć pod jedną z kobiet tam pracujących. Przez kilka dni obserwowała z daleka pracowników wchodzących i wychodzących z budynków. Oczywiście była zainteresowana kobietami. Młodymi, pochodzącymi z rejonu Indochin. I znowu szczęście jej dopisało.  
      Idealna kobieta mogła mieć dwadzieścia trzy lata i była prawdopodobnie japonką. W rejonie Japoni jest kilka państw jak Korea, Chiny lub Taiwan gdzie występują twarze podobne do japońskich. O ile Shingo był od wieczności rdzennym japończykiem, jego zmarła żona Rei, a matka Aya-Kasumi była pół koreanką i pół chinką. Córka Shingo miała drobne ciało, ale wcale nie miała krótkich nóg. A jej twarz łączyła europejskie i hinduskie rysy. Miała też większe oczy niż przeciętna japonka.
      Na drugi dzień, Aya znalazła się na pasażu prowadzącym do biur CIA. Miała długi płaszcz i okulary słoneczne. Dzień był jasny i poza pojedynczymi chmurami, słońce królowało na blado niebieskim nieboskłonie. Zrównała się z dziewczyną, wyprzedziła ją troszkę i ... rozsypała swoje dokumenty, przed nieznajomą.
― Och, przepraszam ― powiedziała Aya, czystym latynoamerykańskim dialektem.  
Zaskoczona dziewczyna pomagała jej zebrać papiery z chodnika. Po chwili Aya odeszła, ale zostawiła coś na jej bluzce. Coś niewielkiego. Dwa razy mniejszego niż łebek szpilki...

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i miłosne, użył 3586 słów i 21061 znaków.

Dodaj komentarz